Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Diana pobiegła w stronę Sosnowego Wzgórza, Ania zaś skierowała się na pocztę. Przewidywania jej się ziściły, bo istotnie wręczono jej list w dużej białej kopercie. Gdy w kwadrans potem Gilbert Blythe spotkał ją na moście nad Jeziorem Lśniących Wód, zauważył na twarzy jej wyraz radosnego podniecenia.
— Priscilla Grant także jedzie do Redmond, — zawołała. — Czyż nie nadzwyczajnie się składa? Lękałam się, że jej ojciec na to się nie zgodzi. Na szczęście nie stawiał przeszkód i mamy się spotkać na okręcie. Mogę teraz całkiem spokojnie stanąć w obliczu całej plejady profesorów z Redmond, skoro będę miała przy boku Priscillę.
— Sądzę, że Kingsport przypadnie ci do gustu, — rzekł Gilbert. — Jest to bardzo ładne, stare miasto i posiada podobno najpiękniejszy park na świecie. Opowiadano mi, że urządzenie parku jest poprostu nadzwyczajne.
— Wątpię, czy gdzieśkolwiek może być ładniej niż tutaj, — rzekła Ania, rozglądając się wokoło z rozmarzeniem, jak gdyby miejsce, które nazywała „domem“ było najpiękniejszym zakątkiem na świecie, choćby nie wiadomo ile i jak pięknych krain znajdowało pod obcem niebem.
Stali obydwoje, oparci o balustradę mostu, wchłaniając z rozkoszą upojną atmosferę zmierzchu. Tarcza zachodzącego słońca nie zniknęła jeszcze za szczytami pagórków, a już księżyc wzeszedł i odbijał się poświatą swych promieni w spokojnej tafli jeziora. Czar wieczoru zdawał się spowijać swą pieszczo-