Zygmuntowskie czasy/Tom I/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
VIII.
TARG O CZŁOWIEKA.

Przenieśmy się teraz do mieszkania znajomego nam już z poprzedzających rozdziałów powieści kampsora Hahngolda, który własny swój domek na Kazimierzu, w części miasta dla izraelitów wyznaczonej zajmował. Dworek jego otoczony do koła z ogrodem i przytykającemi domostwy razem, wysoką palissadą i w części murami nawet, miał wchód jedną tylko bramą na dolną uliczkę patrzący.
Brama sama tak rzadko się otwierała, że jej zawiasy pordzewiały, popaczyły się skrzydła. Furtka kuta, z wagą i ogromnym zamkiem, opatrzona zaporą wewnątrz, stanowiła wejście zwykłe... Minąwszy dziedzińczyk, był domek bez piętra nizki a długi, od frontu lichy, trochę porządniejszy od tyłu. Ganek na dwóch słupkach sparty, okrywał wchód do sieni i izb gospodarskich. Tu jednak nic nie zwiastowało ani majętniejszego izraelity, ani uczonego człowieka. Wszystko było prosto a nawet ubogo po żydowsku. Mosiężne szabaśniki wisiały od sufitów, proste ławki sosnowe służyły do siedzenia, a po kątach wznosiły się wysoko wysłane kotary za różno-barwnemi firankami, ze stosami poduszek i pierzyn. Minąwszy kilka podobnie urządzonych izdebek ciasnych i brudnych, natrafiało się dopiero na kute drzwi, do pracowni Hahngolda wiodące. Za te drzwi nikt już z domowych nie wchodził, ani żona, ani dzieci kampsora, a z odwiedzających ci tylko, których on sam wezwał. Dwie obszerne sklepione izby, z których jedna w pół ciemna, składały to tajemne schronienie.
I tu było ubogo, ale za widocznem opuszczeniem i zaniedbaniem, przeglądało skąpstwo, dawał się czuć gdzieś ukryty dostatek. Stół osłoniony starym zdartym dywanem, okryty księgami, papierem, zarzucony był astrologicznemi karty, kabalistycznemi znakami na pargaminach, narzędziami, które alchemika zdradzały.
Nigdzie jednak nawet w drugiej izbie nie było pieca, retort i porządnego przyboru pracujących około wielkiego dzieła, bo Hahngold namiętnie oddając się alchemji, nigdy jednak swoim kosztem i u siebie w domu prób nie czynił. — Wyczytawszy co nowego w księgach, szedł do znajomych adeptów hermetycznych tajni i tam próbował, materjałami i narzędziami cudzemi. Tu więc w domu urywkowe tylko, pojedyńcze recipiens’y, retorty i flaszki z precipitatami, zdradzały alchemika.
Więcej nad to było śladów kabały hebrejskiej, rachunków astrologicznych bałamutnych, horoskopów i niezrozumiałych jakichś wykreśleń. Na ścianach nie było tych ciekawości upodobanych mędrcom dawnych czasów, ani skór wężowych, ani wypchanego krokodyla, ani mumij, ani kości trupich, których zresztą żyd bez narażenia się u swoich współwyznawców na imie niedowiarka, chować by nie mógł.
Natomiast wisiały szuby, suknie różne, broń bogata, pasy i t. p. w zastaw zapewne wzięte fanty... Druga izba w pół ciemna pełna była kufrów, skrzyń, odzienia, pudeł, pudełek.
Tak prozaicznie wcale wyglądał ten tajnik Hahngolda... Nic w niem dla pochwalenia się, nic dla wygody własnej... Łóżko twarde i wązkie, krzesło z którego powychodziły włosy, na którem porozpadała się skóra, lichtarz mosiężny, dzban cynowy i drugi porcelanowy z pokryciem miedzianem. Okna zakratowane ledwie przepuszczały światło, zamykały je wewnątrz jeszcze okiennice kute i grube, widoku z nich żadnego, powietrza mało, światło smutne.
A jednak nigdzie lepiej, nigdzie milej i wygodniej nie przesiadywał Hahngold jak u siebie, zatopiony w medytacjach nad tajniami talmudu i kabały chaldejskiej, nie zważał na to co go otaczało.
A nie był to jeden z tych mędrców izraelskich, co dla nauki zapominają o świecie i tracą wszelką władzę praktycznego prowadzenia się. Hahngold i pracował po swojemu w księgach i ruszał się na świecie. Wszędzie go było pełno. Niemal wszystkich znał profesorów akademji, zachodził do królewskiego zamku, włóczył się po pałacach, pisał horoskopy, przepowiadał z ręki, wróżył z liter przypadkiem otwartej księgi, smażył w tyglu mniemane złoto, a oprócz tego pożyczał pieniądze na zastawy, na lichwę, podejmował się szpiegostw i najrozmaitszych spraw, byle mu one wypłacały czas stracony. — Niczem nie gardził co tylko zysk przynieść mogło. Magazyny obok jego domu będące zawierały mnóstwo kosztownych towarów, które od kupców brał zastawą. Wszystko tam znalazłeś, począwszy od zboża, aż do złota i pereł.
Następujący dzień miał się już ku zachodowi, gdy znajoma nam Agata, zmęczona i zbladła ze znużenia, pukała do fórty kampsora. Dwa ogromne psy ozwały się z łańcuchów naszczekując, a żydówka wybiegła odsunąć okienko i spojrzeć na przybywającego.
— Czego tam chcecie — spytała — tu jałmużny nie dają... Idźcie sobie.
— Ja nie po jałmużnę przychodzę — odezwała się kobieta — ale za ważną sprawą, powiedzcie Hahngoldowi, że tu idzie o to dziecko, o którem mówił Lagusowi.
Kobieta ruszyła ramionami i odeszła.
Długo musiała czekać Agata, nim jej fórtę otworzono, nareszcie pisnęły wrzeciądze i wpuszczono ją na podwórze.
Hahngold w czarnym żupanie gładził brodę na ganku. — Spojrzał, brwi namarszczył i pokiwał głową, niecierpliwym ruchem ręki przesunął jarmułkę i splunął.
— Lagus cię przysłał?
— Nie... ale potrzebuję z wami pomówić na osobności.
— Któż cię przysłał?
— Samam przyszła.
— Za czem?
— Pomówim na osobności.
— Mówcie — mówcie, co tam chcecie, ja czasu nie mam.
— Słyszałam waszą wczorajszą rozmowę z Lagusem...
— I cóż? — spytał żyd obojętnie, wykrzywiając gębę wzgardliwie.
— Wiem o kogo wam idzie, i kto was namówił na to.
— I cóż? — tak samo powtórzył żyd.
— Mogła bym was wydać i oskarżyć...
Hahngold zaśmiał się na głos, plunął kilka razy i zawołał na służącą.
— Czekajcie, czekajcie, to nie koniec — dodała Agata.
— I cóż? — znowu po swojemu dodał żyd.
— Wiele wam za stracenie dziecka obiecano?
— Co wam do tego?
— I bardzo! ja wam w dwójnasób obiecuję jeśli tego nie uczynicie, a pomożecie nam.
— Komu?
— Temu dziecięciu.
Hahngold ramionami ruszył.
— Żebraczka, baba z pod kościoła! — dodał.
— Tak, tak! ale nie ja wam obiecuję, a matka. Ty wiesz, on ma matkę.
— Ona zginęła.
— Ona nie zginęła, żyje... jest tu i wkrótce...
Żyd pilniej począł się przysłuchiwać, sam nie wiedział, wierzyć czy nie wierzyć, śmiać się, czy umawiać. Z jednej strony pędziła go chęć zysku, z drugiej lękał się oszukaństwa, osoba wybrana do poselstwa go dziwiła. Ale wkrótce począł rozumować, że zmyślona żebraczka umyślnie strój taki dla niepoznania przybrała. Ta myśl niespokoić go poczęła.
— Ale majątki nie w waszym ręku — rzekł po cichu — co wy możecie.
— Wiecie albo nie, że matka zna dobrze króla pana, bo się na dworze królowej starej chowała. Król jej majętności zagrabione oddać przymusi, ona do króla wprost udała się... On tu wkrótce przybędzie... Mamy dowody na księcia, mamy je w ręku...
Żyd począł się niespokoić.
— Co tu gadać — rzekł — ja tak nic nie mogę prędko robić, przyjdźcie jutro, przynieście pieniędzy, jak najwięcej pieniędzy, inaczej nie uwierzę.
Wskazał na fórtę, kiwnął głową i zabierał się wchodzić do domu, gdy u fórty właśnie stukać znowu poczęto, wybiegła sługa, Hahngold zatrzymał się w ganku.
Agata nie okazując po sobie pomięszania w milczeniu odeszła. — Dopełniła co zamierzyła, resztę polecając Bogu.
Nowy przybyły, był mężczyzna małego wzrostu, blondyn, nie wykwintnie ale z cudzoziemska ubrany. Biała kresa otaczała twarz rumianą, kręcącemi się puklami włosów ocienioną, na nim zielona aksamitna krótka suknia z ozdobami takiegoż atłasu, płaszczyk czarny na ramieniu, kapelusik z piórem czarnem, szpada stercząca u boku na szarfie haftowanej złotem, na nogach trzewiki z zielonemi wypustki i puklami wstążek, takiegoż koloru. Zatrzymał się u fórtki, a ujrzawszy żyda pozdrowił go żartobliwym:
Szulim lachem.
Doszedłszy ganku podał rękę kampsorowi uśmiechając się, poprawił włosy i siadając na ławce, spytał:
— A cóż?
— Jeszcze nic — rzekł żyd obojętnie — i zdaje się że na niczem nawet skończy.
— Jakto?
— Trudniej to niż się wam zdaje.
— Trudno! trudno! Chcesz chyba co utargować więcej Rebe. — Ale to trzeba mówić od razu, a nie szukać trudności, których nie ma.
Żyd po swojemu wzgardliwie ruszył ramionami i wskazał na wychodzącą z podwórza żebraczkę.
— Cóż to ma za związek?
— Ona także w tym interesie przychodziła...
— Kto?
— Ta kobieta.
— Ta kobieta! — I nieznajomy powstał z ławki żywo. — Od kogo?
— Od matki.
— Matka nie żyje.
— Żyje — odpowiedział żyd zimno.
Niespokojność zielono ubranego jegomości wzrastała, chociaż ją pokryć usiłował i przybierając postawę żartobliwą, dodał:
— Żartujecie sobie ze mnie... Gdzież ona jest?
— Udała się do króla.
Nieznajomy pobladł.
— Kto wam to mówił?
— Kto? co nam do tego, kiedy nie wierzycie.
— Ale to być nie może.
— Nu... to i dobrze.
— A nasza umowa?
— Co to za umowa?
— Myślicie ją zrywać, żywo spytał zielono ubrany.
— Ona się sama zerwała — odpowiedział żyd.
— Więc dobrze. — I powstał z ławki, a twarz mu się zarumieniła. — Znajdziem kogo innego na wasze miejsce.
— I owszem.
Nieznajomy straszył odejściem swojem żyda, ale widać było, że i sam nie rad odchodził. Żyd stał zimny i nieporuszony.
— Cóż będzie?
— Cóż chcecie żeby było?
— Stoi umowa, czy nie? Słowo i koniec.
— Ja nie chcę się w to mieszać. Sprawa już u króla.
— Kto wam nabił głowę temi baśniami... Wy chcecie więcej pieniędzy?... Dodam więc.
— Dodajcie w dwójnasób a będzie jeszcze za mało, rzekł żyd.
— W dwójnasób — zawołał nieznajomy niecierpliwie...
— Ja z drugiej strony będę miał więcej.
— Z jakiej drugiej strony, kiedy jej nie ma... Matka nie żyje.
— Ona żyje. Ona przyjechała do Tykocina.
— To być nie może.
— Zobaczycie.
— Jakieś oszustwo.
— Wszak król ją zna dobrze, on osądzi.
Przybyły z niecierpliwości targnął kapelusz, zżymał się, klął po cichu i palce zagryzłszy, stanął zadumawszy się mimo woli, pomimo że udawać chciał obojętność.
— Ale na wszystko można znaleźć radę — dorzucił Hahngold.
— Zapewne — mruknął nieznajomy — zawsze jest jakaś rada.
— Dziecko można jeszcze zawczasu uprzątnąć, nim król do Krakowa przyjedzie.
— Wszakżeśmy o to się umówili.
— Umówili prawda, ale ja myślałem, że to łatwo przyjdzie, a to i bardzo trudno. Jego strzegą.
— Kto go strzeże?
— Kto? Niewidomi, nieznajomi ludzie. Jakieś kobiety, jacyś szlachta co nad nim czuwają nieustannie.
— To niepojęta! zgrzytając zębami przerwał przybyły, którego twarz rumiana zmieniła się w pąsową, a rubaszny wyraz twarzy ustąpił gniewliwemu.
— Pieniędzy! — szepnął żyd — a dziś się wszystko skończy...
— Wiele?
— Dwa razy tyle cośmy się umówili.
— Dwa razy... oszalałeś! ja nie mam nawet tyle i chyba...
— To na cóż nam darmo gadać? Bądźcie zdrowi...
— Czekaj, czekaj... ostatnie słowo... dam dwa razy tyle, i dziś, dziś dziecka w Krakowie nie będzie?
— Nie będzie — rzekł żyd.
— Słowo?
— Słowo i ręka... a pieniądze.
— Dam w zastaw klejnoty.
— Gdzie one są?
Nieznajomy zdawał się namyślać, wahać, niespokoić, a nareszcie dodał:
— Jak zobaczę, że wy swego dopełnicie ja je oddam.
— Hm! — wzgardliwie rzekł żyd — a kto za was ręczy?
— Szlacheckie słowo!
— Ten co się o takie rzeczy jak wy umawia, nie może dać szlacheckiego słowa.
Nieznajomy zapłonił się, zżymnął.
— Do stu kaduków — zakrzyczał — a kto mi zaręczy za was? Hahngold.
— Co to jest? nie krzyczcie tak! dajcie mnie pokój... Ja i was i waszej wiary nie chcę... Bądźcie zdrowi.
— Gdybym nawet oddał wam pieniądze, czy klejnoty, wyście gotowi mi znowu powiedzieć jutro o nowych trudnościach i więcej wymagać.
— To być może — rzekł żyd spokojnie.
— Więc cóż?
— Dobranoc i po wszystkiem, bo już późno.
— Czekaj... ja ztąd tak nie odejdę... wyście mnie zawiedli, ja...
— Nu... co?
— Ja się mścić będę! — zakrzyczał rwać za rękaw żyda nieznajomy.
Hahngold rozśmiał się.
— A to jak? — spytał szydersko.
To mówiąc zmarszczył brwi, splunął, odwrócił się tyłem i porzucił nieznajomego na ganku. Służąca poszła mu fórtę otworzyć. Zmierzchło już zupełnie gdy zielono ubrany posłaniec wyskoczył szybko na ulicę, z oznakami najżywszej niecierpliwości.
Hahngold wyjrzał za nim i uśmiechnął się mówiąc do siebie:
— Jutro przyjdzie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.