Zygmuntowskie czasy/Tom I/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
IX.
LAGUS.

W bursie do której wpisany był Maciek panował nazajutrz rozruch jaki zwykle oznajmuje wyjście żaków ze szkoły. Było to po południu, Pudłowski kręcił w zamku kluczem dobywając się do swego mieszkania, dziatwa tymczasem zbiegała hałasując ze wschodów, śpiewała, krzyczała i rzucając po kątach książki, linje, papiery, wybierała się za jałmużną...
U drzwi pod obrazem św. Grzegorza biskupa dzielili się żacy na kupki, pobrawszy garnuszki swoje w ręce, książki pod pachę, torebki na plecy.
Każda gromadka puszczała się w swoją stronę, rozpoczynając śpiewać cienkiemi głosy pieśni znajome mieszczanom krakowskim, wywołujące jałmużnę.
Jedni usiedli niedaleko bursy, pod murem cmętarza i kościoła, wywodząc śpiew i czekając miłosierdzia przechodzących, drudzy puścili się samopas do domów, w których służbę sprawując, kawałek chleba zapewniony mieli, inni kupkami w porządku od bramy do bramy idąc, u każdej się zastanawiali i śpiewali póty, aż im otworzono i rzucono zwykły datek w garnuszki i torebki. Ten datek równo się potem między żebrzącą dzielił gromadkę. Pieśni śpiewane były po większej części nabożne, a zwykła i najstosowniejsza: O Opatrzności. Bo i dzieci te jakże podobne były ptaszętom pieśni, którym ojciec niebieski zsyła ziarno pokarmu.
Lecz w tej pielgrzymce ciężkiej a co dzień powtarzanej, ile przykrości do zniesienia? ile utrapień dla dzieci... Ile drzwi nielitościwie zamkniętych? ile szyderstwa czasem?
Tam strach żaków, indziej skąpstwo zapierały wrota. Domy możnych i szlachty omijali żacy, do nich tylko w święta z djalogami i pieśnią uczęszczając, codzienna kwesta odbywała się najwięcej i wyłącznie prawie po mieszczanach.
Wesołe choć głodne gromadki często się w tej wędrówce z drogi zbijały. Ukazał się żyd, ten nieprzyjaciel żaka główny, wszyscy sypali się na niego i póty szturchali, póki nieprawego kozobulca nie wymogli. Starsi zaglądali pod czółka i zasłony mieszczek przechodzących, wedle upodobania grzecznem słówkiem, lub ostrą przymówką je witając. Młodsi zwracali się z drogi dla ptaszęcia, dla popatrzenia na różowe i złociste straganów owoce i bułki.
Im dalej tak szli żacy, tem kupki zmniejszały coraz i dzieliły. Niektórzy mieli upodobane swoje wrota, i wyrzekając się zbiorowej jałmużny, udawali po swoją.
W jednej z tych gromadek wybiegających jak czarne mrówki z bursy, był Maciek Skowronek, Pawełek Soroka, a na czele Urwis.
Ten wytuzawszy już Maćka, za to co nazywał nieposłuszeństwem w dzień św. Gawła popełnionem, szedł na czele orszaku przez kilkanaście kroków, głośniej od innych pieśń zawodząc. Potem jakby coś przypomniawszy sobie, zamilkł, zawrócił i wprost zbliżył do Maćka, którego pochwyciwszy za rękę, uprowadził na stronę.
— Słuchaj-no — rzekł — ty pamiętasz, jakiegom ci guza nabił?
— Juściż pamiętać muszę, bo go jeszcze mam.
— To dobrze... niech ci to będzie nauką, żebyś starszych słuchał. A teraz za guza ci nagrodzę. Chodź tylko ze mną.
— Dokąd?
— Co ci do tego? Nie będziesz pewnie żałował.
— Na cóż się mamy od braci oddzielać?
— Zobaczysz na co.
— Porzućcie mnie, weźcie Pawełka Sorokę, ja pójdę ze swemi...
— Ale kiedy ja ci każę iść z sobą!
— Zmiłuj się, daj mi pokój!
Urwis nastawił ogromnego kułaka i podsunął go pod nos Maćkowi.
— Widzisz? — spytał z flegmą.
— Widzę — rzekł drżący chłopiec i umknął w tej chwili puściwszy się jak strzała naprzód ulicą. Urwis podkasał poły, nasadził mocniej czapkę i za nim.
Napróżno wysilał się Maciek, bo co chwila bliżej niego był Urwis, któren groźbami i przekleństwy ścigał uciekające dziecię.
Na zawrocie ku rynkowi wielkiemu porwał Urwis za ramię żaczka i uderzywszy go silnie w głowę, zmusił się zatrzymać. Maciek padł na kamienie płacząc.
— Cicho błaźnie, cicho! Dam ci pokój, a milcz i chodź ze mną. — Słyszysz — chodź ze mną!
— Idę — smutnie łkając wyjąknął wstając sierota. — Idę — ale gdzież mnie prowadzisz?
— Pod kościół do Panny Marji, tam jest ktoś, co się z tobą chce widzieć.
Maciek, któremu na myśl przyszła Agata, stanął, oczyma błysnął i weselej już odpowiedział Urwisowi.
— Czemużeście mi tego wprzód nie powiedzieli, ja wiem kto tam na mnie czeka i sam pójdę.
— Nie, nie, ja cię zaprowadzę, trochę zdziwiony odrzekł Urwis, to bezpieczniej będzie.
— Chodźmy.
I szybko puścili się ku kościołowi, w którym właśnie sobotni odprawiał się nieszpór; a na cmętarzu, kruchcie i na ulicy zasiedli dziadowie, wyciągali ręce śpiewając różaniec. Zdaleka dał jakiś znak Urwis, z tej ciżby powstał olbrzymiego wzrostu dziad, z koszturem w ręku i dosyć szybko pośpieszył ku żakom.
Był to Lagus straszniejszy niż kiedy, bo z obnażonemi nogami, które już pokrywały narwane i rozgnojone rany od jaskru i wilczego łyka. Pomimo tych ran jednak szedł żwawo. — Na widok jego, przypomniawszy sobie gdzie go widział Maciek, przerażony chciał uciekać; ale Lagus już był tuż, a Urwis pilnie go wstrzymywał.
— To on?
— To on — odparł Urwis, macie go i róbcie co wiecie.
— Za mną chłopcze — rzekł dziad biorąc go za rękę.
— Dokąd? po co? wyrywając się zakrzyczał sierota. — Jakie macie prawo mnie zatrzymywać? O Boże, ratujcie! ratujcie!
— Cicho! cicho! szarańczo, odfuknął Lagus, napróżno się zapierasz i wrzeszczysz, moje ty dziecko jesteś i musisz iść za ojcem.
— Za ojcem! głośniej jeszcze zapłakał żak, szarpiąc się. — Na Boga! ratujcie, ratujcie mnie.
— Cicho! bo ci ręce połamię, odrzekł ponuro Lagus, ręce i nogi połamię niecnoto. — Idź, nie opieraj się i nie krzycz, bo ci łeb o ścianę rozbiję. — Idź, mówię a nic ci się złego nie stanie.
— Ale dokąd-że mnie prowadzicie?
— Milcz, dzieciuchu — milcz. —
Pomimo groźb, Maciek nie przestawał wzywać ratunku ludzi, i gdy mimo kościoła przechodzili, spodziewając się że tam być musi Agata, znowu głośniej jeszcze krzyczeć począł. Ale nikt nawet głowy na wołanie nie odwrócił, przechodzący myśleli, że dziad prowadzi własne krnąbrne dziecko. Lagus tymczasem wlokąc za sobą Maćka, pospieszał.
Zchodząc z większych ulic, puścił się oszyjkami, przechodniemi kamienicami, tyłami domostw ku mieszkaniu Hahngolda na Kazimierz kierując.
Już byli uszli kilkaset kroków, a dziad ściskając rękę żaka w żelaznej swej dłoni, burczał ciągle na płaczącego, gdy na zawrocie w uliczkę oko w oko spotkali się z panem Czuryłą.
W szaraczkowej swej kapocie, podpierając się kijem, stary szlachcic kroczył powolnie, gdy naprzód głos dziecka, potem widok jego uderzył zamyślonego.
Czuryło poznał sierotę i podnosząc kij, cały zczerwieniony zastąpił drogę dziadowi.
— Stój, łajdaku, zawołał, gdzie to dziecko wleczesz?
Lagus zmięszał się, a Maciek począł wołać: ratuj mnie panie — ratuj mnie panie!
— To moje dziecko, co wam dokąd je prowadzę.
— Kłamiesz, złodzieju! zawołał Czuryło, nie twoje, ja je znam — to Maciek sierota, gdzie go prowadzisz! Puść go zaraz, a nie to ci łeb rozbiję.
Lagus zdawał się chwilę rozmyślać, potem nagle porwał żaka oburącz i jak pióro na plecy zarzuciwszy, puścił się uciekać. Ale Czuryło drogę mu zastępując, kijem po łbie uderzył.
Jedną ręką utrzymując żaka, żebrak drugą świsnął potężnym swoim koszturem, który czapkę tylko z głowy szlachcicowi zrzucił. Na krzyk dziecka i Czuryły, okna się pootwierały na ulicę, ale nim ciekawi dobiedz potrafili, już żebrak zepchnąwszy starca, puścił się szybko dalej. — Szlachcic odurzony razem i upadkiem, ostatkiem sił jeszcze rzucił się gonić za Lagusem.
Napróżno — żebrak wkrótce zniknął na zakręcie. Wybiegli mieszczanie poczęli zatrzymywać pana Czuryłę i rozpytywać go. Opowiadanie choć krótkie zabrało chwilę czasu, kilku zaraz puściło się w pogoń na różne strony, ale zapóźno. Lagus skrył się między budowlami gdzieś i zawiązawszy chłopcu gębę szmatą, przycisnąwszy dłonią, czekał, aby się uspokojono.
Tymczasem jak z małej częstokroć rzeczy, rozruch w mieście powstaje, wołanie pana Czuryły, rozbieżenie się kilku ludzi, zruszyło wszystkich, pootwierały się okna, powybiegały kobiety, zaczęły się formować kupki ludzi i z ulicy w ulicę najdziksze przebiegać poczęły wieści. Jedni mówili o pożarze, drudzy o rozboju, inni o porwaniu dziecka, inni o pochwyceniu kobiety, inni o gwałcie popełnionym na kościele, inni o samobójstwie.
Czuryło rzuciwszy nagromadzonych w miejscu, gdzie się spotkał z żebrakiem pospieszył do bursy. Po drodze spotkał gromadki idących za jałmużną i kilką słowy opowiedział im o porwanym żaku.
Natychmiast wrzaskiem rozległa się ulica, wszyscy z pod kościołów, z pod figur, z domów, chodzący za chlebem i jedzeniem, skupili się i rzucili w różne strony, zwołując bracią zewsząd, do wspólnej obrony. Wnet przerobiono ten wypadek na napaść żydowską, na zamordowanie żaka przez Izraelitów. Przechodzący żydzi napadnieni, odarci, bliższe domy żydowskie zrabowane.
Noc już była, a tumult wzmagał się jeszcze. Napróżno senjorowie wyszli i profesorowie kollegiów, aby uśmierzyć rozruch, który się obiecywał przerodzić w ogólne zamięszanie i pociągnąć całą młódź uczącą.
Jak zwykle żakom przestrachu tylko było potrzeba, do wrzawy. — Historja Maćka sieroty, coraz dziwniej opowiadana, rozżarzała niechęć przeciw żydom. — Rozstawiano po ulicach straże, obsaczono drogi na przedmieścia, a kupy zbrojne w kije, ożogi, szable, przebiegały po rynkach i aż po ciemnych zakątach miasta. Wszystkie domy pozatarasowywano, z mieszczan nikt już nie śmiał wyjrzeć na miasto i głowy tylko ciekawszych wyzierały przez w pół otwarte okna.
Z ciemnej uliczki, powolnym krokiem wysunął się Lagus, sam jeden, podpierając koszturem i stękając. — Spotkał się z kupą żaków, która go zatrzymała.
— Zkąd idziesz sprosny dziadzie? — krzyczały dzieci.
— Zkąd, zwyczajnie z włóczęgi, dziateńki, za jałmużną. — Ale co wam takiego, że po nocach wrzawę robicie?
— Żydzi żaka porwali! zawołali wszyscy, żydzi, żydzi! Bij żydów!
— Patrzcie niewiernych, dodał dziad — zawsze swoje, zawsze swoje, taki to prawda że im do macy krew potrzebna chrześcjańska! I jakże to było?
— Szlachcic na swoje oczy widział, jak odarty żyd.
— Taki widział.
— Na swoje oczy, nawet go żyd pobił.
— Ale nie żyd — zawołał ktoś z boku, tylko dziad, patrzajcie to może ten sam.
Lagus zadrżał.
— Dziad! o to już dziateńki złość ludzka! Co im dziadowie zawinili? Dziad! a poco dziadu dziecko?
I począwszy mruczeć pacierz, odsunął się kilka kroków.
W tem Czuryło pilnujący się ulic ciągle ujrzał Lagusa.
— Trzymajcie dziada, zawołał, to on! to on!
— Łapaj, goń!
Ale Lagus puścił się co miał sił ulicą i roztrącał w prawo i lewo koszturem machając żaków. — Byłby pewnie umknął, gdyby nie Agata, która rozstawiwszy ręce, rozkrzyżowana, drogę mu zastąpiła. — Lagus nie mogąc się w pędzie wstrzymać, wywrócił i padł. Żacy przybiegli i krzyczącego, wyrywającego się, pochwycili. Nadbiegł Czuryło.
— Gdzieś podział dziecko? zawołał, mów gdzie je podziałeś?
I Lagus jęczeć począł. — Co chcecie od biednego żebraka?
— Czegóżeś uciekał? przerwał bijąc go szlachcic.
— Przeląkłem się! panie. Na Boga, puśćcie mnie — czego chcecie od biednego nędzarza? co wam winien?
— To on go porwał, to on! powtarzał Czuryło, wiązać go i na ratusz do więzienia.
— Do więzienia! krzyczała Agata — przychodząc do przytomności. — Mów, mów, co zrobiłeś z dziecięciem?
— Z jakiem dziecięciem — ach! zlitujcie się, zlitujcie się! To żydzi! to żydzi, to nie ja! ten szlachcic sam nie wie co mówi. — Puśćcie mnie.
Gdy tak krzyczą i kupa pospólstwa co raz większa się do koła zbiega, a żacy Lagusa krępować myślą, dzwon kościelny, jeden i drugi ozwał się ponuro na pożar. —
— Gore! gore! krzyknęło kilka głosów.
— Gore! głośniej jeszcze wrzasnął dziad.
— Trzymajcie go! wołał Czuryło — trzymajcie go!
Agata i szlachcic uczepili się Lagusa, gdyż w tej chwili żacy zapomniawszy o wszystkiem, poczęli podnosić głowy, szukając łuny na niebie.
Urwis tymczasem w pośrodku stojąc, odwoływał swoich — do ognia. Dziad obejrzał się tylko, strzęsnął, zamachnął kijem i widząc, że nań mniej zważają, między ciemne domostwa uciekł.
Dzwony coraz głośniej, jeden za drugim, ze wszystkich krańców miasta — wołały — Gore! gore! Lud przerażony szukając ognia i żacy puścili się także na ratunek do pożaru.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.