Zwierciadło morza/XXXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Zwierciadło morza
Data wydania 1935
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aniela Zagórska
Tytuł orygin. Mirror of the Sea
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


WTAJEMNICZENIE
XXXV

— Okręty! — wykrzyknął marynarz dobrze już w latach, odziany w czyste cywilne ubranie. — Okręty — powtórzył; jego bystry wzrok odwrócił się od mojej twarzy i pobiegł wzdłuż szeregu wspaniałych figur dziobowych, które ku końcowi lat siedemdziesiątych sterczały w zwartym rzędzie nad błotnistym brukiem New South Dock. — Okręty są zawsze w porządku; to tylko ludzie na nich...
Conajmniej z pięćdziesiąt kadłubów — budowanych z drzewa, z żelaza pod hasłem piękna i szybkości, kadłubów o kształtach stanowiących najwyższe osiągnięcie współczesnego budownictwa okrętowego — leżało przycumowanych w rzędzie dziobem ku bulwarowi, jakby je zgromadzono na pokaz, ale nie na pokaz wielkiego przemysłu, tylko wielkiej sztuki. Były pomalowane na szaro, czarno, ciemnozielono, z wąską żółtą pręgą podkreślającą linję wzniosu wzdłużnego, lub z rzędem wymalowanych na burcie kwadratów naśladujących otwory armatnie dawnych żaglowców wojennych — wojowniczą ozdobą przystrajającą krzepkie boki tych towarowców, które nie miały znać innych tryumfów poza tryumfem szybkości w przewiezieniu ciężaru, innej chwały poza chwałą długoletniej służby, innych zwycięstw poza nieskończoną, pozbawioną rozgłosu walką z morzem. Te wielkie, puste kadłuby o opróżnionych ładowniach wyszły dopiero co z suchego doku; farba na nich błyszczała; zanurzone płytko u drewnianych pomostów, tkwiły na wodzie z masywną godnością, przypominając raczej nieruchome budynki niż przedmioty przeznaczone do pływania; inne, już nawpół załadowane, miały niebawem odzyskać prawdziwy morski wygląd okrętów zanurzonych do swej linji ładunkowej, i wydawały się bardziej przystępne. Ich łagodniej pochylone trapy rzekłbyś zapraszały marynarzy, wałęsających się w poszukiwaniu zaciągu, aby weszli na pokład i „spróbowali szczęścia“ u głównego oficera, którego obowiązkiem jest czuwać nad sprawnością statku. Parę „wykończonych“ okrętów o uprzątniętych pokładach i zawartych lukach tkwiło na wodzie głęboko, jakby chcąc się ukryć wśród górujących nad niemi braci; zdawało się że naprężają smycze swych poziomych cum, że lada chwila wysuną się sterem naprzód z pracujących szeregów, popisując się prawdziwą harmonją kształtów, której statki nabierają dopiero wówczas gdy są gotowe do wyjścia na morze. A od wrót doku do jego najdalszego zakątka — gdzie stary, zadomowiony hulk, President (wówczas okręt ćwiczebny marynarki wojennej), leżał, ocierając się bokiem o kamienne nabrzeże — nad wszystkiemi temi kadłubami, gotowemi i nie gotowemi do wyjścia, około stu pięćdziesięciu wyniosłych masztów rozpinało pajęczynę osprzętu niby olbrzymią sieć, w której gęstych oknach, czarnych na tle nieba, tkwiły ciężkie reje, jakby zaplątane i zawieszone.
To dopiero był widok! Najskromniejszy ze statków unoszących się na wodzie przemawia do serca marynarza wiernem swem życiem; a tutaj oglądało się arystokrację okrętów. Było to szlachetne zgromadzenie najpiękniejszych i najbardziej chyżych, z których każdy miał na dziobie rzeźbione godło swego imienia; wyglądało to niby galerja odlewów z gipsu — kobiecych postaci z koronami na głowie, w powłóczystych szatach; kobiet z włosami ujętemi w złotą siatkę, czasem z błękitną szarfą w pasie, wyciągających toczone ramiona jakby wskazywały drogę; głów mężczyzn w hełmach lub bez; wojowników w całej postaci, królów, mężów stanu, lordów i księżniczek, białych od stóp do głów; gdzieniegdzie trafiała się ciemna postać w turbanie, pomalowana na różne kolory — jakiś wschodni sułtan lub bohater — a każda z figur chyliła się naprzód pod ukośnym, potężnym bukszprytem, jakby w tej zgiętej pozie pragnęła rozpocząć znów jaknajprędzej podróż długości 11.000 mil. Takie to było owe piękne galjony[1] najpiękniejszych okrętów świata.
Ale po co się starać o oddanie w słowach wrażenia, którego wierności nie może stwierdzić żaden krytyk i żaden sędzia? Chyba tylko przez miłość dla życia, które dzieliły z nami owe wędrowne, obojętne wizerunki, bo żadne oko ludzkie nie ujrzy więcej takiej wystawy sztuki budownictwa okrętowego i sztuki rzeźbienia galjonów, jaką się widziało przez rok okrągły w New South Dock, w galerji pod otwartem niebem. Całe to cierpliwe, blade towarzystwo królowych i księżniczek, królów i wojowników, alegorycznych postaci, i bohaterek, i mężów stanu, i pogańskich bogów w koronach, w hełmach, z gołemi głowami, opuściło morze nazawsze, wyciągając aż do ostatka piękne, krągłe ramiona nad kotłującą się pianą, lub wystawiając włócznie, miecze, tarcze, trójzęby w tej samej nieznużonej, podającej się naprzód postawie. I nic pod nich nie zostało; może tylko we wspomnieniach kilku ludzi trwa jeszcze dźwięk ich imion, które znikły oddawna z pierwszej strony wielkich londyńskich dzienników, z dużych afiszów na stacjach kolei, ze drzwi biur okrętowych, z pamięci marynarzy, dokmistrzów, pilotów i ludzi na holownikach; z szorstkich głosów obwołujących statki i z trzepotu flag sygnałowych, którym porozumiewają się okręty, zbliżając się do siebie, aby zaraz się rozstać wśród nieskończoności morza.
Ów zacny marynarz w starszym wieku, odwróciwszy wzrok od mnóstwa masztów i raj, spojrzał na mnie aby się upewnić co do naszego koleżeństwa w zawodzie i w tajemnicy morza. Spotkaliśmy się wypadkiem i nawiązaliśmy z sobą kontakt w chwili gdy się przy nim zatrzymałem; uwagę naszą przyciągnął tensam szczegół w osprzęcie statku najwidoczniej nowego, statku którego reputacja miała się dopiero ustalić w rozmowach marynarzy dzielących w przyszłości jego życie. Nazwa tego statku była już na ich ustach. Słyszałem jak ją wymieniało dwóch grubych jegomościów o czerwonym karku, ludzi typu nawpół morskiego, na stacji kolejowej przy Fenchurch Street, gdzie w owych czasach codzienna ciżba pasażerów rodzaju męskiego była odziana w trykotowe bluzy oraz żeglarskie sukno i wyglądała na bardziej spoufaloną z godzinami przypływu i odpływu niż z godzinami pociągów. Imię nowego statku zauważyłem na pierwszej stronie porannej gazety. Gdy pociąg linji kolejowej doków przystawał u obskurnych, drewnianych platform przypominających pomosty, przypatrzyłem się nieznanemu im zestawieniu błękitnych liter tego imienia, widniejących na białem tle na tablicach do ogłoszeń. Statek ów został naturalnie ochrzczony, przy zachowaniu odpowiedniego rytuału, w dniu kiedy wyszedł ze stoczni; lecz mimo to daleko mu jeszcze było do tego aby mieć „imię“. Nie był jeszcze wypróbowany, nie znał wcale sposobów i podejść morza, gdy rzucono go między znakomite, sławne okręty, aby wziął ładunek na dziewiczą swą podróż. Nic nie mogło świadczyć o jego krzepkości i zaletach charakteru prócz reputacji warsztatów okrętowych, skąd został puszczony na łeb na szyję w świat wód. Wydał mi się pełen skromności. Leżał bardzo spokojnie i tulił się lękliwie bokiem do nabrzeża, mocno uwiązany nowiutkiemi linami do pachołków na bulwarze; wyobraziłem sobie że nie dowierza swym siłom, że jest onieśmielony towarzystwem swych wypróbowanych i doświadczonych braci, już oswojonych z wszystkiemi gwałtami oceanu i z wymagającą miłością ludzi. Te sławne okręty więcej odbyły długich podróży, podczas których wyrobiły sobie opinję, niż ów statek przeżył tygodni pod troskliwą ludzką opieką, albowiem nowy okręt otoczony jest pieczołowitością niby panna młoda. Nawet zgryźliwi, starzy dokmistrze spoglądają na niego życzliwie. Świeżo wykończony ten statek, stojący nieśmiało u progu pracowitego, niepewnego życia, w którem tyle się od okrętu spodziewamy, uczułby się pocieszony nad wyraz i pokrzepiony na duchu, gdyby był mógł usłyszeć i zrozumieć słowa wypowiedziane tonem głębokiego przekonania przez mego zacnego marynarza, który raz jeszcze powtórzył pierwszą część swego powiedzenia:
— Okręty są zawsze w porządku...
Grzeczność nie pozwoliła mu powtórzyć drugiej, gorzkiej części zdania. Przyszło mu do głowy, że byłoby może niedelikatnie kłaść na to nacisk. Poznał we mnie oficera marynarki szukającego prawdopodobnie pracy tak jak on, i pod tym względem kolegę, ale jednocześnie człowieka przynależnego do skąpo zaludnionej rufy, gdzie w rozmowach marynarzy ustala się w znacznej części dobra lub zła reputacja okrętu.
— Czy mógłby pan powiedzieć to samo o wszystkich statkach bez wyjątku? — zapytałem, mając dużo wolnego czasu, bo choć byłem najoczywiściej oficerem marynarki, ale właściwie nie po to znalazłem się w dokach aby „poszukiwać zaciągu“, które to zajęcie pochłania jak szulerka i równie mało nadaje się do swobodnej wymiany myśli, a przytem oddziaływa ujemnie na dobroduszność konieczną do przypadkowych rozmów z bliźnimi.
— Zawsze sobie można z niemi poradzić — rozstrzygnął zacny marynarz.
On także nie stronił od pogawędki. Jeśli przyszedł do doku aby szukać zaciągu, nie trapił go widać niepokój o rezultat swych starań. Był pogodny jak człowiek, którego zacny charakter przebija dyskretnie lecz wyraźnie z jego powierzchowności, a temu nie oprze się żaden główny oficer poszukujący ludzi. Jakoż istotnie usłyszałem wkrótce że pierwszy oficer Hyperiona zapisał nazwisko mego rozmówcy na podoficera.
— Podpiszę kontrakt w piątek i zaokrętuję się nazajutrz przed rannym przypływem — rzekł zwolna tonem niedbałym, który stanowił kontrast z jawną gotowością do długiej pogawędki na stojąco — z zupełnie obcym człowiekiem.
Hyperion[2] — rzekłem. — Nie pamiętam abym kiedy widział ten statek. Jaką on ma opinję?
Z obszernej odpowiedzi marynarza okazało się że Hyperion nie ma właściwie żadnej określonej opinji. Nie jest bardzo szybki. Zdaje się jednak że niełatwo sterować nim nawprost. Przed kilku laty mój rozmówca widział go w Kalkucie i pamięta jak mu wówczas mówiono, że podczas jazdy w górę rzeki Hyperion zerwał obie swe cumy. Ale mogła to być wina pilota. Ot i teraz przed chwilą, gawędząc z praktykantami na pokładzie, mój podoficer słyszał że w czasie ostatniej podróży Hyperion, zakotwiczony około Downs w drodze z kraju, strzaskał burtę przy śródokręciu, został zniesiony i stracił kotwicę z łańcuchem. Ale mogło się to stać wskutek niedbalstwa załogi. Swoją drogą tak to wygląda, jakby osprzęt kotwicowy działał opornie. Prawda? W każdym razie zdaje się że tym statkiem ciężko jest manewrować. Zresztą ponieważ Hyperion będzie miał jak słychać nowego kapitana i nowego oficera w tej podróży, niepodobna przewidzieć jak się sprawi...
W takich oto marynarskich gawędach na brzegu ustala się zwolna opinja statku, jego sława, przechowuje się rejestr jego zalet i wad oraz komentarze do jego idjosynkrazyj, wygłaszane z lubością niby plotki o ludziach; wysławia się zalety statku, tłumaczy się jego błędy, jako rzeczy na które niema rady na naszym niedoskonały świecie i których podkreślać nie wypada ludziom, co przy pomocy okrętów wydzierają dla siebie gorzki kęs chleba z burzliwego uchwytu morza. A wszystkie te rozmowy składają się na „opinję“ okrętu, którą jedna załoga przekazuje drugiej bez goryczy, bez niechęci, z pobłażaniem wynikającem ze wzajemnej zależności, z poczuciem ścisłego zespolenia ze statkiem zarówno podczas wykorzystywania jego zalet jak wśród niebezpieczeństw, któremi grożą jego wady.
To uczucie wspólnoty tłumaczy dumę ludzi ze statków. „Okręty są zawsze w porządku“, jak powiedział z głębokiem przekonaniem i pewną ironją mój leciwy, zacny podoficer; ale niekoniecznie są tem za co je ludzie uważają. Mają własną indywidualność; mogą wzmocnić szacunek, jaki mamy dla samych siebie, wskutek wymagań, które ich zalety stawiają naszej biegłości, a ich wady naszemu męstwu i tężyźnie. Trudno powiedzieć które z tych wymagań pochlebiają bardziej marynarzowi; ale nie ulega wątpliwości, że przysłuchując się przez dwadzieścia lat z górą marynarskim gawędom na morzu i lądzie, nie wykryłem w nich nigdy tonu prawdziwej niechęci. Nie zaprzeczam że na morzu nuta bluźniercza dźwięczała niekiedy dość silnie w gderliwych wymysłach, które przemokły, zziębnięty, zmęczony marynarz rzuca swemu statkowi, a które w chwilach rozdrażnienia gotów jest cisnąć wszystkim okrętom jakie kiedykolwiek spuszczono na morze, całemu temu pomiotowi, co stawia wymagania bez końca, pływając po dalekich wodach. Słyszałem także przekleństwa rzucane na niestały morski żywioł, którego urok przetrwał mimo doświadczeń nagromadzonych wiekami i usidlił tamtego bluźnierczego marynarza, jak usidlił pokolenia jego praojców.
Mimo wszystko co niektórzy (na lądzie) mówią o miłości, którą jakoby czują do morza, mimo wszelkich uniesień nad morskim żywiołem w prozie i pieśni, morze nie było nigdy życzliwe dla człowieka. Conajwyżej dzieliło ludzką nieukojność i odgrywało rolę niebezpiecznego podżegacza wszechświatowych ambicyj. W przeciwieństwie do dobrotliwej ziemi, nie dochowało wierności żadnej rasie; ludzka odwaga, i znój, i poświęcenie nie zostawiły na niem żadnych śladów; nie uznało niczyjego ostatecznego władztwa, i nigdy nie przejęło się sprawą swych panów jak owe kraje, gdzie zwycięskie narody zapuściły korzenie, kolebiąc kołyski i stawiając grobowce. Ten, który — człowiek lub naród — pokłada ufność w przyjaźni morza, a pozostawia odłogiem swą chytrość i siłę swojej prawicy, jest głupi! Ocean, jakby był zbyt wielki, zbyt potężny na pospolite cnoty, nie zna ani współczucia, ani wiary, ani prawa, ani pamięci. Jego zmienność można ujarzmić na rzecz ludzkich zamysłów tylko przez niezłomną wolę i bezsenną, zbrojną, zazdrosną czujność, w której zawsze było może więcej nienawiści niż miłości. Odi et amo[3] może być zaprawdę hasłem tych, którzy świadomie lub naoślep poddali swe istnienie urokowi morza.
Wszystkie burzliwe namiętności przeżyte przez ludzkość w zaraniu jej dni, żądza grabieży i żądza sławy, żądza przygód i żądza niebezpieczeństw, wraz z wielką miłością do nieznanego i marzeniami o władzy i potędze, przeminęły jak obrazy odbite w zwierciadle, nie zostawiając żadnego śladu na tajemniczem obliczu morza. Niezbadane i bez serca, morze nie dało z siebie nic ludziom starającym się o jego niepewne łaski. W przeciwieństwie do ziemi, nie może być ujarzmione ani niewyczerpaną cierpliwością, ani najcięższym znojem. Pomimo swego czaru, który znęcił tak wielu ku gwałtownej śmierci, ogrom morza nie był nigdy kochany na podobieństwo gór, równin, a nawet pustyni. Pomijając zapewnienia i hołdy pisarzy, którzy — nożna to śmiało powiedzieć — nie dbają prawie o nic na świecie poza rytmem swych zdań i harmonją swych okresów, podejrzewam zaiste iż miłość dla morza, do której pewni ludzie i pewne narody przyznają się z taką gotowością, jest uczuciem złożonem; składa się na nią wiele dumy, sporo musu, a najlepsza i najistotniejsza jej część, to przywiązanie do okrętów, niestrudzonych służebników naszych nadziei i naszej godności. Wśród setek ludzi, którzy urągali morzu, poczynając od Szekspira  —

„Dzikszy niż męka serca, głód lub morze“,

aż do ostatniego z wilków morskich dawnego typu, mających do rozporządzenia niewiele słów i jeszcze mniej myśli — nie znalazłby się, jak sądzę, ani jeden, któryby złączył z przekleństwem złe lub dobre imię okrętu. Jeśli kiedykolwiek marynarz posunął się tak daleko w bluźnierstwach, wydartych mu przez ciężki trud na morzu, że dotknął swego statku, było to tylko niby lekkie muśnięcie ręki, która bez grzesznej myśli spocznie dobrotliwie na kobiecie.


Przypisy

  1. Figury dziobowe.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Hyperion — w mitologii greckiej jeden z tytanów; bóg obserwacji i niebios, symbolizował jeden z filarów podtrzymujących wszechświat — wschodni
  3. Przypis własny Wikiźródeł odi et amo (z łac.) — nienawidzę i kocham


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Aniela Zagórska.