Zwierciadło morza/XXXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Zwierciadło morza
Data wydania 1935
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aniela Zagórska
Podtytuł oryginalny Mirror of the Sea
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XXXVI

Miłość do statku jest zupełnie różna od miłości, którą ludzie czują do wszystkich innych tworów swych rąk — naprzykład do swego domu — ponieważ nie jest skażona przez dumę wynikłą z posiadania. Może wchodzi tu w grę duma człowieka z własnej sprawności, odpowiedzialności, tężyzny, lecz pozatem miłość do statku jest uczuciem bezinteresownem. Żaden marynarz nie kochał okrętu — nawet własnego — jedynie z powodu zysków, któremi ów okręt napychał mu kieszenie. Jestem tego pewien, jeśli chodzi o marynarza; gdyż właściciel statku, nawet człowiek najbardziej dodatni, znajduje się zawsze poza obrębem tego uczucia, które jednoczy w poufnem koleżeństwie statek i człowieka, wspierających się nawzajem w obliczu nieubłaganej choć czasem zatajonej wrogości świata wód.
Morze — należy wyznać tę prawdę — nie jest wcale wspaniałomyślne. Nie słyszano nigdy aby rozwinięcie męskich zalet — odwagi, tężyzny, wytrzymałości, wierności — wzruszyło wrodzoną mu świadomość swej potęgi. Ocean jest pozbawiony sumienia jak dziki samodzierżca zepsuty mnóstwem pochlebstw. Nie może ścierpieć najlżejszego pozoru wyzwania; był zawsze nieprzyjednanym wrogiem okrętów i ludzi, odkąd okręty wespół z ludźmi ośmieliły się w swem niesłychanem zuchwalstwie wypłynąć na morze, nie bacząc na groźny mars na jego obliczu. Od owej chwili ocean połykał bez przerwy ludzi i floty, a złości jego nie nasyciła bynajmniej ilość ofiar — tyle rozbitych statków, tylu zgładzonych ludzi. Dziś, jak i zawsze, gotów jest mamić i zdradzać, druzgotać i zatapiać niepoprawnych optymistów — ludzi, co opierając się na wierności okrętów, usiłują wydrzeć oceanowi bogactwo dla swych domostw, panowanie nad światem, lub tylko kęs strawy dla zaspokojenia głodu. Jeśli niezawsze starczy mu furji aby zdruzgotać, gotów jest każdej chwili zatopić cichaczem. Najbardziej zdumiewającym dziwem głębin jest ich bezdenne okrucieństwo.
Odczułem pierwszy raz jego grozę pewnego dnia na środku Atlantyku, przed wielu laty, gdy uratowaliśmy załogę duńskiego brygu wracającego do kraju z Indyj Wschodnich. Lekka, srebrzysta mgła łagodziła spokojną, majestatyczną wspaniałość światła pozbawionego cieni — rzekłbyś czyniła niebo mniej odległem i pomniejszała ogrom oceanu. Był to jeden z dni, kiedy potęga morza wydaje się naprawdę pociągająca, niby charakter silnego męża w spokojnych chwilach poufnego z nim obcowania. O wschodzie słońca dostrzegliśmy czarną plamkę od strony zachodniej, napozór zawieszoną wysoko w pustce za iskrzącą się zasłoną ze srebrzysto-modrej mgły, która chwilami jakby się poruszała i płynęła w powiewie co pchał nas powoli naprzód. Spokój tego czarodziejskiego poranka był taki głęboki, taki niezamącony, że zdawało się iż każde słowo, wymówione głośno na pokładzie, przeniknie do samego jądra tej nieskończonej tajemnicy zrodzonej ze związku wody i nieba. Nikt nie podnosił głosu.
— Zdaje się, panie kapitanie, że to wrak napełniony wodą — rzekł spokojnie drugi oficer, schodząc z góry z lornetką w futerale przewieszonym przez ramię. Nasz kapitan skinął bez słowa na sternika, aby skierował statek ku czarnej plamce. Wkrótce rozróżniliśmy niski, strzaskany pieniek sterczący na przodzie wszystko co zostało po straconych masztach okrętu.
Kapitan gawędził półgłosem z głównym oficerem, rozwodząc się nad niebezpieczeństwem takich szczątków i nad strachem, aby nie wejść na nie nocą, gdy wtem jeden z marynarzy na przodzie krzyknął:
— Tam są ludzie na statku, panie kapitanie! Widzę ich!
Głos tego człowieka był nadzwyczajny, nie słyszało się jeszcze na naszym statku takiego głosu; był to zdumiewający głos jakiegoś nieznajomego. Wywołał nagły zgiełk krzyków. Podwachta wybiegła na dziób statku jak jeden mąż, kucharz wypadł z kuchni. Wszyscy widzieliśmy teraz tych nieboraków. Byli przed nami! I natychmiast wydało się, że nasz statek — który zasłużył sobie dobrze na opinję, iż nie ma równego w szybkości przy lekkim wietrze — utracił moc poruszania się, jakby morze stało się lepkie i przylgnęło do jego boków. Ale się jednak poruszał. Nieobjęty ogrom, towarzysz nieodłączny okrętowego życia, wybrał ten dzień aby tchnąć na statek leciutko jak śpiące dziecię. Wrzawa wywołana przez nasze podniecenie zamarła, i żywy nasz okręt, słynny z tego że nie tracił sterowności ani na chwilę, póki był powiew wystarczający dla utrzymania piórka w powietrzu, sunął bez szmeru, niemy i biały jak duch, ku okaleczonemu i rannemu bratu, z którym zetknął się w chwili jego śmierci, wśród rozsłonecznionej mgły spokojnego dnia na morzu.
Z lornetką jakby przyrośniętą do oczu, kapitan rzekł drżącym głosem:
— Powiewają do nas czemś tam na rufie. — Położył gwałtownie szkła na luce świetlnej i jął chodzić po tylnym pomoście. — Koszulą czy też flagą — wykrzyknął niecierpliwie. — Nie mogę rozróżnić... Jakimś tam parszywym łachmanem!
Zaczął znów chodzić po rufówce tam i z powrotem, spoglądając od czasu do czasu na barjerę, aby się przekonać jak prędko się posuwamy. Jego nerwowe kroki rozlegały się wyraźnie wśród ciszy panującej na statku; nasi ludzie wpatrzeni w jedną stronę ani drgnęli w swem zapamiętaniu.
— Nic z tego! — wykrzyknął nagle kapitan. — Spuścić łodzie natychmiast! Łodzie na wodę!
Nim skoczyłem do swojej, wziął mnie na stronę jako niedoświadczonego młodzika i rzekł ostrzegawczo:
— Jak pan się znajdzie przy statku, niech pan uważa, żeby was z sobą nie zabrał. Rozumie pan?
Szepnął to poufnie, aby żaden z ludzi u fałów nie słyszał — a ja się zgorszyłem. „Mój Boże, jakże można w podobnych okolicznościach myśleć o niebezpieczeństwie!“ wykrzyknąłem w duchu, gardząc taką zimnokrwistą ostrożnością.
Potrzeba wielu lekcyj aby urobić prawdziwego marynarza, to też skarcono mnie natychmiast. Doświadczony dowódca rzekłbyś odczytał jednem badawczem spojrzeniem myśli na mojej naiwnej twarzy.
— Pan wyrusza po to żeby wyratować ludzi, a nie żeby niepotrzebnie zatopić łódź z załogą — warknął mi surowo do ucha. A gdy odbijaliśmy, przechylił się przez barjerę i zawołał: — Wszystko zależy od siły waszych ramion, chłopcy. Pokażcie co umiecie!
Był to wyścig co się zowie; nigdybym nie uwierzył że załoga zwykłej łodzi towarowca potrafi nadać tak zawziętą gwałtowność miarowemu rytmowi wioseł. To, co nasz kapitan widział wyraźnie nimeśmy wyruszyli, stało się teraz jasne dla nas wszystkich. Wynik naszej wyprawy wisiał na włosku nad tą przepaścią wód, która nie wyda swych umarłych aż po dzień sądu ostatecznego. Był to wyścig dwóch łódek sprzysiężonych przeciw śmierci dla zdobycia w nagrodę życia dziewięciu ludzi a śmierć miała duże fory w tym wyścigu. Widzieliśmy zdala jak załoga statku pracowała przy pompach; pompowali bezustanku na tym wraku, zanurzonym już tak głęboko, że łagodna, niska fala — na której nasze łodzie wznosiły się i opadały bez szkody dla szybkości — sięgała prawie barjery, skubiąc końce strzaskanego osprzętu, chwiejące się rozpaczliwie pod nagim bukszprytem.
Nie mogliśmy zaiste wynaleźć lepszego dnia dla naszego wyścigu, nawet gdybyśmy mieli do wyboru wszystkie dni, jakie zaświtały nad samotnem zmaganiem się i samotną agonją statków, odkąd skandynawscy korsarze wyprawili się po raz pierwszy na zachód przeciw biegowi atlantyckich fal. Był to wyścig pierwszorzędny. Przy finiszu nie było różnicy nawet na długość wiosła między pierwszą a drugą łodzią, a śmierć zbliżała się według wszelkiego prawdopodobieństwa jako trzeci groźny zawodnik na szczycie najbliższej gładkiej fali. Otwory ściekowe brygu bulgotały wszystkie razem łagodnie, gdy woda wznosząca się u burty cofała się sennie z lekkim szumem, jakby igrając wokół niewzruszonej skały. Nadburcie było zniesione na dziobie i rufie, i widziało się nagi pokład, zanurzony głęboko jak tratwa, ogołocony na czysto z łodzi, masztów, nadbudówek — ze wszystkiego prócz haków w pokładzie i pomp. Objąłem jednem spojrzeniem ten ponury widok, w chwili gdy zbierałem siły aby pochwycić ostatniego człowieka opuszczającego statek, kapitana, który dosłownie opadł w moje ramiona.
Był to ratunek niesamowicie cichy — bez żadnego okrzyku, bez jednego wypowiedzianego słowa, bez gestów i znaków porozumiewawczych, bez świadomej wymiany spojrzeń. Aż do najostatniejszej chwili ludzie na pokładzie tkwili u pomp, z których tryskały dwa jasne strumienie wody na gołe nogi rozbitków. Brunatna ich skóra przeglądała przez podarte koszule; dwie małe gromadki półnagich obszarpańców nieustannie gięły się w pas jedna przed drugą w pracy, od której grzbiety ledwie nie pękły — w górę i w dół; tak byli tem pochłonięci że nie mieli czasu spojrzeć przez ramię na pomoc, która się do nich zbliżała. Gdyśmy dotarli w pędzie do brygu, pozornie niezauważeni, jakiś głos zawył ochryple raz jeden, rzucając rozkaz, a potem — tak jak stali bez czapek, mrugając błędnie czerwonemi powiekami, z solą zasychającą szaremi pręgami w zmarszczkach i fałdach zarośniętych, wynędzniałych twarzy — porwali się od rękojeści pomp, potykając się, wpadając jedni na drugich, i dosłownie rzucili się nam na głowy.
Stukot przy ich wpadaniu do łodzi oddziałał wręcz druzgocąco na złudę tragicznego dostojeństwa, którą — przez szacunek dla samych siebie — osłoniliśmy walkę ludzkości z morzem. W ów czarowny dzień dyszący łagodnym spokojem, przesycony zamglonym blaskiem słońca, zginęła moja romantyczna miłość do tego, co ludzka wyobraźnia uznała za najwznioślejszy przejaw Natury. Oburzyła mię cyniczna obojętność morza na zasługi ludzkich cierpień znoszonych z odwagą, obojętność odsłonięta w tej śmiesznej scenie, nacechowanej panicznym strachem wydartym przez okropną ostateczność dziewięciu marynarzom dzielnym i godnym szacunku. Ujrzałem fałsz w najtkliwszym nastroju morza. Takiem było i innem być nie mogło: przepadł mój pełen lęku młodociany szacunek dla niego. Gotów byłem uśmiechać się gorzko w obliczu jego nieprzepartego czaru i patrzeć z gniewem na jego furję. Odrazu, zanim jeszcze odbiliśmy od brygu, spojrzałem chłodnem okiem na wybraną przez siebie drogę życia. Złudzenia przepadły, ale czar pozostał. Nareszcie stałem się marynarzem.
Wiosłowaliśmy zawzięcie przez jakiś kwadrans, poczem złożyliśmy wiosła, czekając na nasz statek. Szedł ku nam ze wzdymającemi się żaglami i wyglądał niezwykle szlachetnie; smukłość jego nabrała we mgle wytworności. Kapitan brygu, który z twarzą ukrytą w rękach siedział obok mnie na tylnej ławce, podniósł głowę i zaczął mówić jakby z posępną gadatliwością. Huragan pozbawił ich masztów i nadwyrężył kadłub, który jął przeciekać; statek dryfował całemi tygodniami, załoga tkwiła bezustanku przy pompach; spotkała ich znowu burza; okręty które widzieli nie dostrzegały ich, wody było coraz więcej w kadłubie, a fale nie zostawiły nic, z czegoby się dało sporządzić tratwę. Bardzo było ciężko patrzeć na statki mijające ich raz po raz w pewnej odległości, „jak gdyby się umówiono że musimy zatonąć“, dodał. Ale starali się wciąż utrzymać możliwie najdłużej bryg na powierzchni, pompując bezustanku przy skąpem pożywieniu, przeważnie surowem, aż „wczoraj wieczorem“, ciągnął kapitan jednostajnie, „akurat o zachodzie, ludzie się załamali“.
Zamilkł na prawie niedostrzegalną chwilę poczem ciągnął dalej prawie zupełnie takim samym tonem:
— Powiedzieli mi że brygu wyratować się nie da i że spełnili już swój obowiązek. Nic na to nie odpowiedziałem. Mieli słuszność. To nie był bunt. Nic im na to nie mogłem odpowiedzieć. Przez całą noc leżeli porozkładani na rufie jak martwi. Ja się nie położyłem. Trzymałem straż. O brzasku dostrzegłem wasz statek. Czekałem aż się zrobi jaśniej; powiew zaczął zamierać na mojej twarzy. Wówczas krzyknąłem ze wszystkich sił: — Spójrzcie na ten okręt! — ale tylko dwóch ludzi podniosło się bardzo wolno i zbliżyło się do mnie. Z początku staliśmy tylko we trzech, patrząc jak się zbliżacie i czując że bryza ustaje niemal zupełnie; ale potem inni podnieśli się także jeden po drugim, i wkrótce miałem za sobą całą załogę. Odwróciłem się i rzekłem do nich: widzicie że okręt idzie w naszą stronę, ale przy tej słabej bryzie może przybyć zapóźno, chyba że zabierzemy się do pomp i postaramy się utrzymać bryg na powierzchni aby zdążył wyratować nas wszystkich. Tak do nich powiedziałem, a potem wydałem rozkaz aby się wzięli do pomp.
Wydał rozkaz i sam służył przykładem, zabierając się do pompowania, ale ludzie ociągali się przez chwilę, popatrując niepewnie jeden na drugiego, nim wzięli się do roboty.
— Hi, hi, hi! — wybuchnął najniespodziewaniej kapitan głupkowatym, tragicznym, nerwowym chichotem. — Załamali się zupełnie. Zadługo z nimi igrano — wyjaśnił usprawiedliwiająco, spuścił oczy i zamilkł.
Dwadzieścia pięć lat to duży szmat czasu — ćwierć wieku jest odległą i mroczną przeszłością; lecz do dziś dnia pamiętam ciemnobrunatne nogi, ręce i twarze tych ludzi, których morze złamało na duchu. Leżeli bokiem bardzo spokojnie na deskach dna między ławkami, zwinięci w kłębek jak psy. Załoga mojej łodzi, wsparłszy się o rękojeście wioseł, patrzyła i słuchała jak na przedstawieniu. Nagle kapitan brygu spojrzał na mnie i zapytał jaki mamy dzień.
Stracili rachubę czasu. Kiedy mu powiedziałem że to niedziela, 22–go, ściągnął brwi, obliczając coś w myśli, poczem wpatrzył się w próżnię i żałośnie kiwnął głową po dwakroć.
Wyglądał dziwnie niechlujnie i rozpaczliwie smutno. Gdyby nie niewygasła szczerość jego błękitnych oczu, nieszczęśliwych i znużonych, które co chwila zwracały się ku opuszczonemu, tonącemu brygowi, jakby tylko tam mogły znaleźć wytchnienie — wzięłoby się go za warjata. Ale zadużo w nim było prostoty aby mógł zwarjować, owej męskiej prostoty, która wyłącznie jest powołana do tego aby uodpornić ludzkiego ducha i ludzkie ciało na zmaganie się ze śmiertelnemi igraszkami morza lub z mniej ohydną jego wściekłością.
Ani gniewne, ani żartobliwe, ani uśmiechnięte, obejmowało nasz daleki jeszcze statek, powiększający się w miarę jak zbliżał się do nas, nasze łodzie z wyratowanymi ludźmi i ogołocony kadłub brygu, który pozostał w tyle za nimi; obejmowało wszystko rozległą, spokojną ciszą — nawpół zagubione w jasnej mgle, niby w marzeniu o niezmiernej, tkliwej łaskawości. Nie było zmarszczek na obliczu morza, choćby najlżejszych. A niska fala biegła tak gładko, że przypominała wdzięcznie rozkołysany lśniący popielaty jedwab, usiany zielonemi błyskami. Wiosłowaliśmy powoli, a gdy kapitan brygu, spojrzawszy przez ramię, podniósł się z cichym okrzykiem, moi ludzie, nie czekając rozkazu, wynurzyli instynktownie wiosła i łódź straciła pęd.
Kapitan opierał się o moje ramię, ściskając je silnie, a druga jego ręka, wyciągnięta sztywno, wskazywała oskarżycielskim palcem niezmierzony spokój oceanu. Po pierwszym okrzyku, który zatrzymał rytm naszych wioseł, kapitan nie odezwał się ani słowem, ale całą postawą, wyrażającą oburzenie, zdawał się wołać: „Patrzcie!“... Nie miałem pojęcia jaka wizja złego go nawiedziła. Poczułem lęk; zdumiewająco energiczny, zastygły gest przyśpieszył bicie mego serca w oczekiwaniu na rzecz potworną i niespodzianą. Cisza wokół nas stała się przygniatająca.
Przez chwilę rozkołysane jedwabnie fale biegły niewinnie jedna za drugą. Widziałem jak każda z nich wzdymała mglistą linję widnokręgu daleko, hen za szczątkami opuszczonego brygu, a w następnej chwili, podrzuciwszy leciutko, przyjaźnie naszą łódź, przechodziła pod nami i już jej nie było. Kołyszący rytm wznoszenia się jej i opadania, niezamącona łagodność tej nieodpartej siły, wielki urok głębokich wód rozkosznie ogrzały mi serce, niby chytra trucizna miłosnego napoju. Ale upłynęło zaledwie parę kojących sekund, gdy zerwałem się także, zakołysawszy łodzią jak skończony szczur lądowy.
Dokonywało się śpiesznie coś przerażającego, mętnego, tajemniczego. Zapatrzyłem się w to jak urzeczony z niedowierzaniem i zgrozą, niby śledząc niewyraźne, szybkie ruchy jakiegoś gwałtu dziejącego się w mroku. Rzekłbyś na dany sygnał rozkołysanie gładkich fal zatrzymało się nagle wokół brygu. Przez dziwne optyczne złudzenie całe morze jak gdyby rzuciło się na wrak, przytłaczając go wezbraną jedwabistą powierzchnią, na której w jednem miejscu wybuchnął dziko kłąb piany. Potem fala opadła. Było po wszystkiem; gładkie rozfalowanie biegło ku nam jak przedtem od widnokręgu w nieprzerwanym rytmie i przesuwało się pod nami, podrzucając łódź leciutko, przyjaźnie. Hen daleko, tam gdzie był okręt, gniewna biała plama, kołysząca się na powierzchni stalowo-szarych wód nakrapianych przebłyskami zieleni, zmniejszała się szybko, bez syku, jak płachta czystego śniegu topniejącego w słońcu. A wielka cisza, która zapadła po tem wtajemniczeniu w nieubłaganą nienawiść morza, była pełna zgrozy i mroku klęski.
— Koniec! — wykrzyknął z głębi piersi mój dziobowy tonem konkluzji. Plunął w dłonie, ujął krzepciej wiosło. Kapitan brygu opuścił zwolna sztywne ramię i popatrzył po naszych twarzach w uroczystej, rozmyślnej ciszy, która wezwała nas do zjednoczenia się z nim w prostodusznej grozie i zdumieniu. Nagle usiadł przy mnie i pochylił się z powagą ku ludziom mojej załogi, którzy kołysali się rytmicznie, wiosłując powoli długiemi uderzeniami, wpatrzeni wiernie w kapitana.
— Żaden statek nie spisałby się tak dzielnie — rzekł do nich z mocą, gdy minęła chwila naprężonej ciszy, podczas której siedział z drżącemi ustami i zdawał się szukać słów odpowiednich do wyrażenia tak wysokiego świadectwa. — Był mały, ale był dzielny. Nie niepokoiłem się wcale. Był silny. Podczas ostatniej podróży wiozłem na nim żonę i dwoje dzieci. Żaden inny okręt nie byłby wytrzymał tak długiej niepogody, a mój statek musiał ją znieść przez wiele dni, zanim zmiotło nam maszty temu dwa tygodnie. Poprostu wyczerpały się jego siły — nic więcej. Wierzcie mi. Trwał pod nami przez wiele dni, ale nie mógł trwać wiecznie. Długo się to ciągnęło. Cieszę się że już po wszystkiem. Nigdy dzielniejszemu okrętowi nie było sądzone zatonąć w taki dzień jak dzisiejszy.
Kapitan brygu miał dane po temu aby wypowiedzieć mowę pogrzebową nad statkiem, jako syn dawnego morskiego ludu, którego narodowe istnienie, tak mało skażone przez wybujałość męskich zalet, żądało od ziemi tylko oparcia dla swoich stóp. Prostoduszność kapitana i zasługi jego przodków, bogatych w wiedzę o morzu, sprawiły, że nadawał się do wygłoszenia tej doskonałej mowy. Nie brakowało nic w jej kompozycji — ani pietyzmu, ani wiary, ani pochwalnego hołdu, należącego się zasłużonym zmarłym wraz z budującem zestawieniem ich czynów. Statek żył i był kochany przez swego dowódcę; wycierpiał dużo, i jego dowódca cieszył się że statek wypocznie. Była to mowa świetna, a zarazem prawowierna w swem oparciu się o główny artykuł wiary marynarza, wiary, której stanowiła prostoduszne wyznanie. „Okręty są zawsze w porządku“. Ci, co współżyją z morzem, muszą wyznawać tę wiarę od początku do końca; i przyszło mi na myśl, gdy patrzyłem zukosa na kapitana brygu, że są ludzie co ze względu na swą prawość i czyste sumienie godni są tego by wygłosić żałobną pochwałę dla wierności okrętu — wierności na śmierć i życie.
Potem kapitan nie powiedział już ani słowa; siedział nieruchomo u mego boku z rękoma splecionemi luźno między kolanami, póki cień naszego statku nie padł na łódź; w odpowiedzi na głośny okrzyk radości, witający powrót zwycięzców z ich nagrodą, kapitan podniósł stroskaną twarz i uśmiechnął się słabo ze wzruszającą pobłażliwością. Uśmiech tego godnego potomka najdawniejszego z morskich plemion — którego śmiałość i męstwo nie zostawiły żadnego śladu wielkości i chwały na obliczu wód — dopełnił mego wtajemniczenia. Niekończona głębia dziedzicznej mądrości była we współczującym smutku tego uśmiechu, za którego sprawą serdeczny wybuch radosnych krzyków zabrzmiał mi w uszach jak zgiełk dziecinnego tryumfu. Nasza załoga wydawała okrzyki niezachwianej pewności siebie — zacne dusze! Jakby człowiek mógł kiedykolwiek być pewien że wziął górę nad morzem, które zdradziło tyle statków o „wielkiem imieniu“, tylu dumnych ludzi, tyle wyniosłych ambicyj dążących do sławy, potęgi, bogactwa, wielkości!
Gdy doprowadziłem łódź pod fały, mój kapitan w pysznym humorze rozparł się na barjerze czerwonemi piegowatemi łokciami, wychylił się i zawołał do mnie sarkastycznie z głębi sokratesowskiej brody:
— A więc jednak przyprowadził pan łódź z powrotem, co?
Sarkazm był w jego zwyczaju; na obronę kapitana mogę conajwyżej powiedzieć że był to sarkazm wrodzony. Nie wynikało stąd jednak aby był przyjemny. Lecz przyzwoitość i rozsądek nakazują dostroić się w sposobie bycia do swego kapitana.
— Tak jest, panie kapitanie. Wszystko w porządku — odrzekłem. A poczciwiec mi uwierzył. Nie był w stanie rozpoznać we mnie oznak świeżego wtajemniczenia. Jednak nie byłem już tym samym młodzikiem, który poprowadził łódź, paląc się do wyścigu ze śmiercią, wyścigu którego nagrodę stanowiło życie dziewięciu ludzi.
Patrzyłem na morze innemi już oczami. Wiedziałem że — obojętne na dobro i zło — potrafi zdradzić równie bezlitośnie szlachetny zapał młodości, jak zdradziłoby najnikczemniejszą chciwość lub najwznioślejsze bohaterstwo. Przepadło moje wyobrażenie o wspaniałomyślnej wielkości morza. I patrzyłem na morze prawdziwe — morze które igra z ludźmi póki z nich sił nie wypije, i zadręcza statki na śmierć. Nic nie jest w stanie wzruszyć posępnej goryczy jego ducha. Otwarte dla wszystkich i nie dochowujące wierności nikomu, roztacza swój czar na zgubę najlepszych. Niedobrze jest je kochać. Nie zna więzów danego słowa, nie dotrzymuje wiary w nieszczęściu, nie sprzyja długoletniej zażyłości, długoletniemu oddaniu. Obietnica, którą wiecznie nęci, jest bardzo wielka; ale jedyny sekret owładnięcia niem, to siła — zazdrosna, czujna siła człowieka, który strzeże wewnątrz swych bram skarbu pożądanego przez innych.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Aniela Zagórska.