Zarysy historyi muzyki/Słowo wstępne

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Franz Brendel
Tytuł Zarysy historyi muzyki
Data wydania 1866
Wydawnictwo Paweł Rhode
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Władysław Tarnowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Słowo wstępne.


Gdyby też jedna pierś była zrobiona
Nie podług wzoru krawca, lecz Fidiasza![1]

Słowacki.

E pur si muove![2]

Nie od dziś już daje się czuć u nas między wzrastającą w narodzie garstką, mającą potrzeby muzykalne, coraz większy brak nowszej historii muzyki. Zdawało nam się przeto, że przekładem tej książki przysłużymy się publiczności naszej, ile, że jej bystrość krytyczna, przy dokładności treściwej i wyraźnie wypowiedzianych dążnościach, zawiera warunki książki krótkiej, podręcznej dla pragnących obznajomić się z kolejami i rozwojem muzyki. — Dodamy tu tylko, że intelligencyja pełna inicyatywy autora tego zarysu, który zasłynął kilkoma dziełami muzycznemi większego rozmiaru i wywarł wpływ niemały na nowoczesne wyobrażenia postępowe, (jako redaktor gazety muzykalnej lipskiej, którą objął od śmierci Roberta Schumana,) była jednym z głównych czynników tej nielicznej niedawno jeszcze plejady, potężnej przez długi czas walki tylko ścisłą solidarnością i żelazną konsekwencyą, która przeprowadziła taką rewoluoyę w umysłach muzykalnych co do pojęć, środków i celów bliższego połączenia muzyki z poezyą, — wyjścia z abstrakcyi w życie, i co do rozszerzenia jej rozmiarów twórczych, których granica nie ma granic jak duch ludzki, który ją wytwarza — jednym z trzech promieni potężnych: prawdy, dobra i piękności.
Oby to dziełko wpłynęło na obznajmienie nas z dziejami jednej z najszlachetniejszych władz i potęg duchowych prawdziwie boskiego daru Stwórcy, który w cząstce dał nam siebie: przekazując ziemi muzykę, tę władzę, która wypowiada to, czego już słowo nie wypowie, w gwałtownem uczuciu oniemiałe, a śpiewać poczynające, zapełniające tyle próżni życia, jako prawo ładu wszechświata, które Platon już mienił sfer harmonią, a Szyller w natchnieniu wyrzekł zaiste: „Co nam się dziś pięknością widzi, jutro nam się prawdą objawi.” Pragnęlibyśmy tutaj odeprzeć pewien sąd doraźny, który przesądem jednostronnym i subtelnym, a przesądem wandalskich skutków dla inteligencyi narodu przekonanie nazwać nam nakzauje; twierdzenia, które spotykaliśmy, nie tylko w polemikach prywatnych, ale i w pismach dawniejszych, jak Jarosz-Bejła, i nowszych, jak broszura o sztuce polskiej[3]. — Twierdzenia, jakoby sztuka w ogóle, a mianowicie muzyka, pośrednio odwodziły naród od czynu, a lulając go w sen rozkoszny, zwiastowała ostatecznie jego upadek, — zamiast budzić nieustannie sen lwa i grzmieć nad nim trąbą zmartwychwstania. Przedwszystkiem, pytamy, czem by był naród, którego siły w jednym, i to takim kierunku, wysilićby się mogły? jakażby była ta siła, gdyby od takich rzeczy skarleć miała? Smutno zaprawdę byłoby z narodowością, której hart pancerny w męczeńskiej wyćwiczony szkole miałby mięknąć od sztuki, co w formie poezyi od pół wieku do lotu porywa jej skrzydła ussarskie i anielskie zarazem!... Jeżeli który, to nasz naród dowiódł i dowodzi, że ma dość siły na wszelki rozwój w różnostronnych dążeniach tak czynu, jak myśli i ducha. — Przyjrzyjmy się rozwojowi Hellady i Italii — dwóch najbujniej dziełami sztuki ubłogosławionych narodów, czy dla rozwinięcia sił swoich w kierunku estetycznym, uszlachetniającym, były mniej potężnemi i walecznemi? — Dni Pizystratów, Periklesów, Kimonów, hańba Persów, przysłaniających slonce chmurą strzał swoich, i lakoniczny napis na grobie olbrzyma Eschyla: „nie był ostatni pod Maratonem“ nie poświadczą nam tego — niemniej dzieje Wenecyi, Genuy, Pizy, Florencyi i Rzymu — a upadek obu narodów gdzieindziej ma swoje przyczyny; ktokolwiek ma oczy, nie zechce ich przecie sztuce przypisać. — Patrzmy zresztą u siebie na kwitnący i wolny wiek szesnasty. Myśl narodowa rozwijała się wszechstronnie wśród potężnego życia politycznego w wieku złotym Zygmuntów, postępując w harmonii zestrojona z czynem — kiedy Polska gościnnie na oścież rozwarła wrota wszelkim prześladowanym osobistościom, uchodzącym z zachodu broczącego się we krwi wojen religijnych — Jeżeliśmy umieli poczcić inne dary Boże, nie bądźmyż Chińczykami — i w tym kierunku! Sztuka ma olbrzymie powołanie w rodzinie ludzkości, o którem nie śniło się nie tylko filozofom, ale nawet mędrkom utylitaryzmu, co ją za zbytek ogłaszają. Sztuka nie może zabsorbować wszystkich i nie dąży do tego, bo ona już w sobie samej ma pół celów swoich, jak słońce, które świeci i grzeje; ale nikt przeto nie dowiedzie, że jedynie dla tego stworzone, by nas ogrzewać i nam przyświecać — Jeźliby małej garstce jej wybrańców ułatwioną a przynajmniej uprzystępnioną została droga piekielnych trudów i dumnej boleści, to jeszcze mnóstwo krawców pozostanie dla tego przy swych warsztatach, i moc „łysokryjków” w swych perukach. — Dalecy jesteśmy od pragnienia podobnej megalomanii dyletanckiej, jaką nad ranem zasłynęła pozornie zdrzemana Warszawa — nic mniej — pragnęlibyśmy tylko mniej obojętności, moralnego dźwignięcia artysty i zachęcenia go, by się nie strzaskał o obojętność swoich i nie przepadł marnie dla kraju jako tułacz, któremu przyklasną pewnie, ale dopiero, gdy go obcy uznają. Jest to instynktowem uznaniem wlasnej niedomagalności; wskutek takiego zaprzeczono nam, (i słusznie!) polskości Chopina, w skutek tego straconym zostal dla sceny narodowej taki Dawizon; Lipiński w obcej ziemi szukać musiał posady, a H. Wieniawski oparł się aż w Petersburgu — dla tego zapewne umilkł tyle popularny Biernacki, a zawsze gonił ostatkami Kossowski[4], będący wiecznie jak tylu innych na dyskrecyi zjazdów kontraktowych i jarmarcznych; wskutek tego zmarniało i marnieje nieraz tyle talentów, któremi kiedyś szczycił by się naród w obec innych wspólzawodników. Chodzi nam tylko o wolne założenie towarzystw muzycznych, gdzieby młody uczeń spotkał mauczyciela, a nauczyciel ucznia łaknącego nauki z zapałem, o ośmielenie i zachętę; oto by muzyka przestała być zbytkiem życia, meblem salonowym, a stała się prostą potrzebą u domowego ogniska, towarzyszką życia uszlachetniającą człowieka, podnoszącą nad tyle nędzot i namiętności, a prowadząca wzrok jego wewnątrz siebie i ponad siebie. Bluźnierstwem zaiste zdałoby się nam zapewnienie, że, gdybyśmy nie byli wprost przeciwnych przekonań powyższym zasadom, mimo największego zapału dla naszego sposobu widzenia, nie stawalibyśmy z niemi do walki — przeciwnie, z zapałem rzucilibyśmy zapał ten pod stopy żelaznej powinności!... Ale właśnie, ponieważ czujemy, że u nas o związku między państwem a sztuką mowy być dziś nie może, odzywamy się do sił pojedynczych narodu. — Patrzmy na stosunek bezpośredni sztuki do narodu w ogóle. — Poezya polska — pocóż nam mówić o niej? czujemy dobrze, czem ona dziś dla nas; gdyby inne ludy znały język, który z dumą ojczystem zowiemy, ona dziś wskazywałaby im drogi miłości i cele postępu, tak jak je im kiedyś wskazywać będzie, jako nieprzekazująca zginięciu w życiu tego; co ożyło w pieśni, ale przekazująca ożyciu w życiu to, co ożyło w pieśni; tu jej wielka, żywotna wyjątkowość w przyszłości. — Doświadczenie z życia i pieśni wzięte dowodzi nam, że ten zwrot poezyi polskiej stał się nietylko bez szkody piękności, ale odkrył nowe skarby do zdobycia, a co główną jego potęgą, że reformująco godzi w jednostkę, a przez jednostkę w społeczeństwo. — Malarstwo polskie poczyna dosięgać poezyę, i mówi za siebie, czy to językiem dziejowej nemezy, czy w prastarych świątyniach naszych, gdzie budownictwo i rzeźba na nie od wieków czekają. — — Muzyka najmniej dotąd była popartą; ona zbiegła z raju utraconego towarzyszka i pocieszycielka człowieka, co mu już śpiewa nad kolebką na przyszłą drogę życia, i nad trumną na drogę wieczności, co pieśnią gminną budzi w nim, przechowuje i zespala ogniwa podań rodowych, hukając po kurhanach jak echo dziejowe; co pierś jego w boju roznieca piekłem zapału, a czyn poległych przegrzmiewa w epopeję przyszłości, rozrzewnia serce i uskrzydla ducha utworami sztuki; przebija sklepienia kościołów i sprawę ludzką zmienia w sprawę boską — daje przeczuć rzeczy niedocieczone, osładza wszelką niedolę, rozkosz czyni rozkoszniejszą, boleść mniej bolesną, wypowiada niewypowiedzialne; niejedną szkodliwą w sercu usypia Eumenidę – Ona dotąd stała zaniedbana i opuszczona, jak przed płotami sioła sierota, wodząca ślepych dudarzy … Muzyka nasza z konieczności położenia kraju, nim ją postęp w życie wprowadził, była akordem dział, strzał gwizdem, szczękiem mieczów i zbroic, w których grało słonce sławy, pieśnią bojową, harmonią dzwonów, rytmem wrzeciona, wieczornic dziejowem echem, hymnem słowik wśród zbłękitnionych jarów Podolskich, czy w ciemnych kniejach Białowieży — psalmem skowronka wiszącego nad Gopłem, czy wieżycą Jasnej góry — hejnałem namiotów, burzą Morskiego oka i ciszą Kościeliska — aż stała się człowiekiem. — Tym człowiekiem był Szopen – on uniósł ją z kraju. — A autor Sfinksa wyrzekł z goryczą: „U nas nie godzi się być artystą; jest to samowolne podawanie się na pastwę dzikich zwierząt w cyrku.“
Tak było. — —
Ale od czasu, jak zaświeciła gwiazda Szopenowska, aż do niedawna, gdy tak powszechnym stał się rozgłos Moniuszki, czujemy, czujemy jakiś prąd nowy, jak szum zdrojów wiosennych, wróżących rozwój i życie. — „Ducha nie gaście“ — Powiada wielki apostoł Paweł św. — Nie odpychajmy władz ducha, niech one nas nie odrywają od powinności życia codziennego, ależ nie dajmy im zagrzęznąć w niedokwasie chleba powszedniego, niech się uzupełniają z życiem, jak dusza z ciałem związana nierozwiązalnie. — rezultata dotychczasowe sztuki naszej zwiastują, jak widzimy, że Polska i w tym zawodzie stanie obok Grecyi i Italii, o ile bohaterstwem wyprzedziła oboje, że żywioł słowiański przez nią najczyściej i najsamodzielniej nacechowany, i tutaj z kolei nastąpić ma, po wypełnionych posłannictwach żywiołów Romańskiego i Germańskiego, które powinny być wzorami kształcącej się samodzielności. — Może przejrzenie tej książeczki zachęci do pomyślenia „kiedyś“ o szkole muzycznej narodowej, i otrzęsie po części z tej obojętności na wszystko piękne, uważane za zbytek życia — obojętności, którą tłomaczyć łatwo, ale wytłomaczyć trudno — a zwalczać tylko świadomością przekonań i opracowaniem nieskończonem nieskończoności darów przyrodzonych.


Chcieć tamować strumień postępu, objawiający się w formie czynu czy myśli, prawdy czy piękna, to powiedzieć górskiemu potokowi: nie płyń!... to powiedzieć łzie: nie płyń! krwi: nie płyń!... kwiatu — nie kwitnij! pszczole — nie rób miodu! niech tylko w ulu wspólnym każdy jak może będzie pszczołą! Mówiemy głośno, co czujemy; choćby nam zarzucono, żeśmy z tych pszczół, które nie robią miodu, a tylko wosk robią... W ludzkości ulu wszystko ma swe cele i środki, ich poczucie i dźwignię — przeto na każdym sztandarze myśli twórczej i walczącej będzie zawsze jedna wypisana odpowiedź: „E pur si muove!“[5]



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Juliusz Słowacki „Beniowski”, „Pieśń III”, wersy 537-538.
  2. Przypis własny Wikiźródeł „E pur si muove!” — „A jednak się porusza.” — zdanie przypisywane Galileuszowi po tym gdy uroczyście wyrzekł się teorii Kopernika w r. 1633.
  3. Choć ta ostatnia owocem dobrej woli i niepospolitego pióra…
  4. Przypis własny Wikiźródeł Samuel Kossowski (1805-1861)
  5. Przypis własny Wikiźródeł „E pur si muove!” – „A jednak się porusza.” – zdanie przypisywane Galileuszowi po tym, gdy uroczyście wyrzekł się teorii Kopernika w r. 1633.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Franz Brendel i tłumacza: Władysław Tarnowski.