Z „Cyrulika Sewilskiego“

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pierre Beaumarchais
Tytuł Z „Cyrulika Sewilskiego“
Pochodzenie Antologja literatury francuskiej / Beaumarchais
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Całość jako: Pobierz cały tekst jako ePub Pobierz cały tekst jako PDF Pobierz cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Z „CYRULIKA SEWILSKIEGO“[1].

FIGARO spostrzega hrabiego. Gdzieś już widziałem tego księżyka... (Wstaje).

HRABIA, na stronie. Ten człowiek nie jest mi obcy.

FIGARO. Ależ nie, to nie żaden ksiądz! Ta dumna i szlachetna postawa...

HRABIA. To pocieszne wejrzenie...

FIGARO. Nie mylę się: hrabia Almawiwa.

HRABIA. Toż-to ten nicpoń Figaro!

FIGARO. On sam, Wasza Dostojność.

HRABIA. Hultaju! jeśli jedno słowo...

FIGARO. A, poznaję mego pana, po tem łaskawem obejściu, jakiem mnie zawsze zaszczycał.

HRABIA. A ja nie poznałem cię zrazu. Roztyłeś się, zaokrągliłeś...

FIGARO. Cóż Wasza Dostojność chce: nędza!

HRABIA. Biedny chłopak! Cóż ty porabiasz w Sewilli? Wszakże, swego czasu, poleciłem cię w ministerjum na posadę.

FIGARO. Otrzymałem ją, Wasza Dostojność, i wdzięczność moja...

HRABIA. Nazywaj mnie Lindorem. Nie widzisz z przebrania, że chcę pozostać nieznanym?

FIGARO. Znikam więc.

HRABIA. Przeciwnie. Czekam tu na kogoś; otóż, dwaj ludzie, którzy gwarzą z sobą, wyglądają mniej podejrzanie, niż jeden który się przechadza. Udawajmy zagadanych. No i cóż? ta posada?

FIGARO. Minister, mając wzgląd na polecenie Waszej Dostojności, kazał mnie mianować pomocnikiem aptekarza.

HRABIA. Przy szpitalach armii?

FIGARO. Nie; przy stadninach andaluzyjskich.

HRABIA, śmiejąc się. Dobry początek karjery!

FIGARO. Posada była nienajgorsza, mając bowiem pod sobą wydział opatrunków i leków, sprzedawałem często dobrym ludziom rzetelne końskie lekarstwa...

HRABIA. Które zabijały poddanych Jego Królewskiej Mości!

FIGARO. Ha, ha! niemasz uniwersalnego leku.

HRABIA. Czemuś rzucił to miejsce?

FIGARO. Rzuciłem? Ono mnie rzuciło; przystawiono mi stołka:

Zazdrość z wyschniętą łapą, z twarzą siną, bladą...

HRABIA. Och, przyjacielu, litości! litości! Układasz też i wiersze? Widziałem przed chwilą, jak gryzmoliłeś coś na kolanie, wyśpiewując od białego rana.

FIGARO. Oto właśnie przyczyna mego nieszczęścia, Excelencjo. Kiedy doniesiono ministrowi, że układam, ośmielę się powiedzieć, wcale wdzięczne bukieciki dla Chlorydy, szarady do dzienników, że krążą tu i ówdzie madrygały mego pióra, kiedy się dowiedział, słowem, że zdarza mi się czasem wleźć żywcem pod prasę, wziął rzecz z tragicznej strony i odebrał mi posadę, pod pozorem, że zamiłowanie do sztuk nie da się zgodzić z powagą stanowiska.

HRABIA. Kapitalne rozumowanie! I nie próbowałeś...

FIGARO. Byłem aż nazbyt szczęśliwy iż o mnie zapomniano, w przeświadczeniu iż możni czynią nam dosyć dobrego, kiedy nie czynią nic złego.

HRABIA. Coś musi tkwić pozatem. Przypominam sobie, że, już w mojej służbie, był z ciebie wielki nicpoń.

FIGARO. Ech, Boże, Excelencjo, bo też, gdy ktoś jest biedakiem, żąda się, aby był bez wad.

HRABIA. Leniwy, nieporządny...

FIGARO. Wedle miary cnót, jakich wymaga się od służącego, czy Excelencja zna wielu panów, którzyby byli godni być lokajami?

HRABIA, śmiejąc się. Wcale nieźle. I osiedliłeś się tutaj.

FIGARO. Nie zaraz.

HRABIA, przerywając. Chwileczkę... Zdawało mi się, że to ona... Gadaj dalej, słucham.

FIGARO. Wróciwszy do Madrytu, chciałem na nowo spróbować swoich talentów literackich. Teatr wydał mi się zaszczytnem polem...

HRABIA. Och! litości!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

HRABIA. Co ja słyszę? Jutro ma zaślubić Rozynę potajemnie!

FIGARO. Excelencjo, trudność dzieła zdwaja jedynie potrzebę determinacji.

HRABIA. Któż to znów ten Bazyli, który zajmuje się jego małżeństwem?

FIGARO. Et, mizerny człeczyna; obznajmia trochę z nutami pupilkę doktora; zarozumiały z swej sztuki, łajdus, golec, na kolanach przed talarem; z tym łatwo będzie dojść końca, Excelencjo... (Spoglądając ku żaluzji). Jest, jest!

HRABIA. Kto taki?

FIGARO. Za żaluzją, ona, ona. Nie patrz pan, nie patrzże pan!

HRABIA. Czemu?

FIGARO. Czyż nie pisze: Zaśpiewaj pan od niechcenia? to znaczy, zaśpiewaj pan... tak, jakbyś śpiewał... jedynie aby śpiewać... O, o, jest, jest.

HRABIA. Skoro udało mi się wzbudzić jej sympatję jako nieznajomy, nie porzucajmyż imienia Lindora; triumf tem więcej będzie miał uroku. (Rozwija papier rzucony przez Rozynę). Ale jak dobrać słów pod tę melodję? Nie umiem składać wierszy...

FIGARO. Wszystko co tylko Waszej Dostojności przyjdzie na myśl, będzie doskonałe: w miłości, serce nie jest zbyt wymagające co do produktów dowcipu... weź Excelencja tylko mą gitarę.

HRABIA. Cóż ja z nią pocznę? gram tak licho!

FIGARO. Czyż człowiek pańskiego urodzenia może czegokolwiek nie umieć? Ot, grzbietem dłoni, tram, tram, tram... Śpiewać bez gitary w Sewilli! dalibóg, zarazby pana przejrzano, wytropiono. (Figaro przytula się do ściany pod balkonem).

HRABIA śpiewa, przechadzając się i towarzysząc sobie na gitarze.

Każesz — odkryję me imię w tej dobie;
Nieznany, śmiałem kochać cię z daleka:
Gdy się dam poznać, i cóż mnie dziś czeka?
Ha, trudno, trzebaż być posłusznym tobie.

FIGARO, po cichu. Dalipan, doskonale! Śmiało, Wasza Dostojność!

HRABIA.

Zowię się Lindor, ród mój pospolity,
Serce swe święci ci żaczek ubogi:
Czemuż nie dano, bym wniósł w twoje progi
Pana możnego dolę i zaszczyty?

FIGARO. Tam do licha! ja sam nie potrafiłbym lepiej, ja, który mam pretensje do poezji!

HRABIA.

Co rano przyjdę śpiewać, głosem tkliwym,
Miłość, co wszelki ślad nadziei grzebie;
Całe me szczęście w tem, by widzieć ciebie:
Słysz mnie, ach, błagam, z czuciem równie żywem!

FIGARO. Och, na honor! co to, to już!... (Podsuwa się i całuje kraj płaszcza hrabiego),

HRABIA. Figaro?

FIGARO. Wasza Dostojność?...

HRABIA. Sądzisz, że słyszała?

ROZYNA, wewnątrz domu śpiewa.

Wszystko mi szepce, że Lindor uroczy,
I że mi trzeba kochać go na wieki...

(Słychać, jak ktoś zatrzaskuje z hałasem okiennicę).

FIGARO. Wierzysz pan tym razem, że słyszała?

HRABIA. Zamknęła okno; widocznie ktoś wszedł.

FIGARO. Och, biedna mała! jak się jej głos trząsł! Wzięta jest, Excelencjo.

HRABIA. Posługuje się sposobem, który sama wskazała: Wszystko mi szepce, że Lindor uroczy... Ileż wdzięku! dowcipu!

FIGARO. Ileż podstępu! miłości!

HRABIA. Myślisz, Figaro, że zechce być moją?

FIGARO. Raczej prześlizgnie się przez żaluzję, niżby się miała tego wyrzec.

HRABIA. Stało się, należę już do mej Rozyny... na życie.

FIGARO. Zapomina Wasza Dostojność, że ona już nie słyszy.

HRABIA. Mości Figaro! powiem tylko jedno słowo: będzie moją żoną; i, jeśli zechcesz dzielnie dopomagać nie zdradzając mego imienia... rozumiesz, znasz mnie...

FIGARO. Uchylam czoła. Dalej, Figaro, pędź ku fortunie, mój synu.

HRABIA. Usuńmy się, aby nie ściągnąć podejrzeń.

FIGARO, żywo. Ja wchodzę do tego domu, gdzie, mocą swej sztuki, jednem dotknięciem czarodziejskiej różdżki, uśpię czujność, rozbudzę miłość, zazdrość sprowadzę na manowce, intrydze zamydlę oczy, i obalę wszystkie przeszkody. Wasza dostojność, dwa kroki do mego mieszkania: mundur, bilet kwaterunkowy i złoto w kieszeniach.

HRABIA. Dla kogo złoto?

FIGARO, żywo. Złoto, na miły Bóg, złoto: to nerw wszelkiej intrygi.

HRABIA. Nie gniewaj się, Figaro, wezmę poddostatkiem.

FIGARO, odchodząc. Będę tam za chwilę.

HRABIA. Figaro?

FIGARO. Co takiego?

HRABIA. Gitara?

FIGARO wraca. Zapominam gitary! ja! oszalałem chyba! (odchodzi).

HRABIA. A twoje mieszkanie, warjacie!

FIGARO wraca. Nie, doprawdy, na głowę upadłem! Sklepik o cztery kroki stąd, malowany niebiesko, szybki oprawne w ołów, na szyldzie trzy talerze, oko w dłoni, Consilio manuque, Figaro (wybiega).



Akt II, Scena 15.

BARTOLO. Szczęście to, duszko, że się nam udało go wyprawić! Ale czyś nie ciekawa przeczytać wraz ze mną pisma które ci oddał?

ROZYNA. Jakiego pisma?

BARTOLO. Tego, co to udał że podnosi z ziemi.

ROZYNA. Et, to list od krewniaka; wypadł mi z kieszeni.

BARTOLO. Mnie się coś zdaje, że to on go wydobył ze swojej.

ROZYNA. Nie, nie, poznałam list: ten sam.

BARTOLO. Czyż to co kosztuje przyjrzeć się raz jeszcze?

ROZYNA. Nie wiem nawet, co z nim zrobiłam.

BARTOLO, ukazując kieszonkę. Włożyłaś tutaj.

ROZYNA. Och! przez roztargnienie.

BARTOLO. Pewnie, pewnie. Zobaczysz, że to jakiś figiel.

ROZYNA, na stronie. Jeżeli nie wpadnę w złość, nie będzie sposobu odmówić.

BARTOLO. Dajże, moje serduszko.

ROZYNA. Co panu do głowy wpadło, żeby tak nalegać? znowu jakieś podejrzenie?

BARTOLO. Ale cóż ty znów masz za przyczynę, aby nie chcieć pokazać?

ROZYNA. Powtarzam panu, to nic: list krewniaka, który oddał mi pan wczoraj rozpieczętowany. Skoro już o tem mowa, powiem otwarcie, że ten sposób postępowania oburza mnie w najwyższym stopniu.

BARTOLO. Nie rozumiem.

ROZYNA. Czy ja przeglądam papiery, które pan dostaje? Dlaczego pan sobie pozwala otwierać wszystko, co przychodzi pod moim adresem? Jeśli to zazdrość, obraża mnie; jeśli proste nadużycie władzy którą sobie przywłaszczyłeś, oburza mnie jeszcze bardziej.

BARTOLO. Jakto, oburza! Odkądże to przemawiasz do mnie tym tonem?

ROZYNA. Jeśli wstrzymywałam się do dziś, to nie znaczy, iż wolno panu znieważać mnie bezkarnie.

BARTOLO. Gdzie tu zniewaga?

ROZYNA. To wprost niesłychane, pozwalać sobie otwierać cudze listy!

BARTOLO. Listy własnej żony?

ROZYNA. Nie jestem nią jeszcze. A zresztą, czemużby wobec żony miało się przywilej niegodziwości, której nie wyrządza się nikomu?

BARTOLO. Chcesz zmylić trop i odwrócić uwagę od bileciku, który, z pewnością, pochodzi od jakiegoś galanta! Ale ja go zobaczę, upewniam.

ROZYNA. Nie zobaczy pan. Jeżeli zbliżysz się do mnie, uciekam z domu, i proszę o schronienie pierwszej spotkanej osoby.

BARTOLO. Która cię nie przyjmie.

ROZYNA. To się dopiero pokaże.

BARTOLO. Nie jesteśmy we Francji, gdzie zawsze przyznają słuszność kobietom; ale, aby ci odjąć ochotę do wybryków, dla pewności zamknę drzwi.

ROZYNA, podczas gdy doktór idzie ku drzwiom. Nieba! co czynić?... Włóżmy czemprędzej na to miejsce list krewniaka i pozwólmy go sobie wydrzeć. (Zamienia szybko listy i kładzie list krewniaka do kieszeni, tak aby róg wystawał).

BARTOLO, wracając. No, teraz, mam nadzieję, że ujrzę ten list.

ROZYNA. Jakiem prawem, jeśli łaska?

BARTOLO. Prawem najpowszechniej w świecie uznanem: prawem silniejszego.

ROZYNA. Raczej dam się zabić, niż pozwolę na to.

BARTOLO, tupiąc nogą. Ech, moja panno!

ROZYNA, pada na fotel, udając że mdleje. Och, cóż za niegodziwość!

BARTOLO. Daj list, lub drżyj przed mym gniewem.

ROZYNA, wpół-leżąc w fotelu. Nieszczęśliwa Rozyno!

BARTOLO. Co tobie się dzieje?

ROZYNA. Cóż za straszna przyszłość!

BARTOLO. Rozyno!

ROZYNA. Dławię się z wściekłości!

BARTOLO. Słabo jej.

ROZYNA. Mdleję... umieram.

BARTOLO, maca puls i mówi na stronie. Nieba! list! Przeczytajmy, póki się nie spostrzeże. (Dalej obmacuje puls i bierze list, który stara się przeczytać, odwracając się trochę).

ROZYNA, ciągle wpół-omdlała. O, ja nieszczęśliwa!... och!...

BARTOLO, puszcza jej rękę i mówi na stronie. Cóż za szał każe człowiekowi dochodzić tego, czego wciąż lęka się dowiedzieć!

ROZYNA. Och! biedna Rozyno!

BARTOLO. Nadużywanie pachnideł... wywołuje takie spazmatyczne dolegliwości. (Czyta za fotelem, wciąż obmacując puls. Rozyna podnosi się nieco, spogląda nań chytrze, potrząsa głową, i, bez słowa, wraca do poprzedniej pozycji).

BARTOLO, na stronie. O nieba! To, w istocie, list krewniaka. Przeklęta podejrzliwość! Jak ją teraz uspokoić? Niech nie wie przynajmniej, że przeczytałem! (Udaje, że podtrzymuje Rozynę i wkłada list z powrotem do fartuszka).

ROZYNA, wzdycha, Och!

BARTOLO. No, no, to nic, dziecko; troszkę waporów, oto wszystko; puls nawet nie przyspieszony. (Bierze flakon z konsoli).

ROZYNA, na stronie. Włożył list z powrotem! doskonale.

BARTOLO. Moja droga Rozyno, trochę wody lawendowej.

ROZYNA. Nie chcę nic od pana: zostaw mnie.

BARTOLO. Przyznaję, byłem nieco porywczy z tym bilecikiem!

ROZYNA. Właśnie chodzi o bilecik! To pański sposób objawiania swej woli oburza mnie.

BARTOLO, na kolanach. Daruj: ja sam uznałem swój błąd; oto mnie widzisz na kolanach, gotowym wszystko naprawić.

ROZYNA. Tak! ślicznie! ale i tak jest pan przekonany, że to nie jest list od krewniaka.

BARTOLO. Od niego czy nie od niego, nie żądam już wyjaśnień.

ROZYNA, podając list. Widzisz pan, że dobrem obejściem wszystko można ze mną uzyskać. Czytaj.

BARTOLO. Twój poczciwy postępek rozprószyłby me podejrzenia, gdybym miał to nieszczęście zachować je jeszcze.

ROZYNA. Niechże pan czyta.

BARTOLO, cofa się. Boże broń, bym ci miał wyrządzić podobną zniewagę!

ROZYNA. Przykrość mi pan robi, odmawiając.

BARTOLO. Przyjmij, jako zadośćuczynienie, ten znak mego zupełnego zaufania. Idę odwiedzić biedną Marcelinę, której ten Figaro, nie wiem poco, otworzył żyłę na nodze; pójdziesz ze mną?

ROZYNA. Idę w tej chwili.

BARTOLO. Skoro pokój zawarty, serdeńko, podaj mi rękę. Gdybyś ty mogła mnie kochać, ach! jakabyś była szczęśliwa!

ROZYNA, spuszczając oczy. Gdyby pan mógł mi się podobać, ach, jakbym pana kochała!



Przypisy

  1. Beaumarchais, Komedje, przełożył Boy, Gebethner i Wolff.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Pierre Beaumarchais i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.