Strona:PL Boy - Antologia literatury francuskiej.djvu/395

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



ROZYNA. Nie jestem nią jeszcze. A zresztą, czemużby wobec żony miało się przywilej niegodziwości, której nie wyrządza się nikomu?

BARTOLO. Chcesz zmylić trop i odwrócić uwagę od bileciku, który, z pewnością, pochodzi od jakiegoś galanta! Ale ja go zobaczę, upewniam.

ROZYNA. Nie zobaczy pan. Jeżeli zbliżysz się do mnie, uciekam z domu, i proszę o schronienie pierwszej spotkanej osoby.

BARTOLO. Która cię nie przyjmie.

ROZYNA. To się dopiero pokaże.

BARTOLO. Nie jesteśmy we Francji, gdzie zawsze przyznają słuszność kobietom; ale, aby ci odjąć ochotę do wybryków, dla pewności zamknę drzwi.

ROZYNA, podczas gdy doktór idzie ku drzwiom. Nieba! co czynić?... Włóżmy czemprędzej na to miejsce list krewniaka i pozwólmy go sobie wydrzeć. (Zamienia szybko listy i kładzie list krewniaka do kieszeni, tak aby róg wystawał).

BARTOLO, wracając. No, teraz, mam nadzieję, że ujrzę ten list.

ROZYNA. Jakiem prawem, jeśli łaska?

BARTOLO. Prawem najpowszechniej w świecie uznanem: prawem silniejszego.

ROZYNA. Raczej dam się zabić, niż pozwolę na to.

BARTOLO, tupiąc nogą. Ech, moja panno!

ROZYNA, pada na fotel, udając że mdleje. Och, cóż za niegodziwość!

BARTOLO. Daj list, lub drżyj przed mym gniewem.

ROZYNA, wpół-leżąc w fotelu. Nieszczęśliwa Rozyno!