Wnuczka/Tom III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Wnuczka
Podtytuł Romans obyczajowy (chociaż przyzwoity) w 3-ch tomach
Pochodzenie „Kolce“, 1877, nr 8-10
Redaktor J. M. Kamiński
Wydawca Aleksander Pajewski
Data wydania 1877
Druk Aleksander Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Tom III.
Co zrobił pan Ludwik wychyliwszy się przez lufcik, rubel, z przeproszeniem Walenty, książka do nabożeństwa i cztery pary okularów.

Wychylił się do połowy przez lufcik... Wychyliwszy się zaś poznał trzy wielkie prawdy, a mianowicie:
1° Iż wysokość skoku będzie dostateczną na to, aby mu kark skręcić.
2° Iż bruk jest dostatecznie twardy, aby mu mózg rozbić.
3° Że obejdzie się bez wszelkich skoków, gdyż na domu w którym ideał jego mieszka wisi karta z następującym napisem:

Mieszkanie pojedyncze dla kawalira
lub panny albo też dla osoby przy
zwoitej.

Wprawdzie pan Ludwik nie miał się za pannę, wszelako bez wielkiej ujmy swemu honorowi mógł twierdzić iż jest kawalerem i osobą przyzwoitą.
Poprawił więc włosy w lusterku, przygładził brodę, zamiast szlafroka włożył elegancką wizytkę, narzucił palto na plecy i gwiżdżąc arję z Aidy udał się wprost do przeciwległej kamienicy.
— To niby względem tej ciupy na górze, zapytał go stróż.
— A względem ciupy, mój bracie, jakże ci na imię?
— Na imię? to niby, z przeproszeniem... Walenty...
— Więc mój kochany Walenty, rzekł pan Ludwik wsadzając rubla w rękę odźwiernego, pokaż mi tę ciupę...
— Ale to ja jasnemu panu, nie mam co tej ciupy pokazować, jeno tu jest na drugim piętrze chapertyment, co w nim tyż jakiś hrabia czyli niby baron mieszkał do Ś-go Michała.
— Pokaż apartament...
Stróż pokazał ładne trzy pokoiki, a potem rzekł:
— To już teraz pójdziemy do gospodyni, bo rządcego tu nie ma, był, ale odumarł przeszłego roku na frybrę, i pani już drugiego nie przyjmowała, bez to, że te wszystkie rządce chorują na frybrę i trzeba ich chować swoim kosztem.
Weszli do apartamentów pani Zagwoździńskiej. Zacna matrona w żółtym czepcu, siedziała na fotelu czyniąc od razu trzy rzeczy, robiła bowiem pończochę, trzymała na kolanach kota i czytała Ś-go Tomasza à Kempis.
Skoro pan Ludwik wszedł, matrona porzuciła Ś-go Tomasza i pończochę, a kota bez ceremonji zruciła na dywan.
Pan Ludwik skłonił się do samej ziemi i rzekł:
— Wybaczy Szanowna Pani Dobrodziejka, że przerywam jej zajęcie, lecz przychodzę zapytać o cenę mieszkania na drugiem piętrze.
— Tysiąc dwieście, mój panie, tysiąc dwieście, każą nam kupować proszki do rynsztoków i za pozwoleniem pana, do śmietników, dziś lepiej wziąść kij i torbę, torbę i kij mój panie, aniżeli mieć kamienicę, co wiosna trzeba malować, śnieg z dachu zrucać, meldunki utrzymać, gdzież ja biedna sierota mogę temu podołać?
To mówiąc pani Zagwoździńska wybuchnęła głośnym płaczem...
— Ależ pani dobrodziejko, rzekł pan Ludwik, przecież ja skoro pod dachem pani zamieszkam będę dla niej prawdziwie męzką opieką, i w potrzebie...
— W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! zawołała wdowa, czyż to ja w moim wieku jeszcze tam jakich opieków, mam potrzebować — siedemnaście lat z łaski pana Boga wdową jestem i żadnej opieki nie potrzebowałam, to i nie potrzebuję.
— Nie Chciałem obrazić szanownej pani dobrodziejki, ale przystąpmy do rzeczy, daję tysiąc dwieście i sprowadzam się jutro...
To mówiąc pan Ludwik złożył zadatek, ukłonił się i wyszedł.
Panna Ludwika przypatrywała mu się przez dziurkę od klucza.
Weszła do salonu zarumieniona jak wiśnia i zapytała babci.
— Prawda, jaki to porządny człowiek...
— Od powietrza, głodu, ognia i takich porządnych zachowaj nas Panie, wyobraź sobie oświadczył mi się z opieką, ale powiedziałam mu takie verba veritatis, że mu aż w pięty poszło...
— Ale, moja babciu, jaki on ładny.
— Ludwisiu! Ludwisiu! zapytała zacna matrona w najwyższym niepokoju, może ty już co myślisz.
— Ależ nie, kochana babciu, ja nic nie myślę, zkąd znowu?
— Masz rację moje dziecko, to jakiś łobuz, obibok, zawalidroga... od powietrza, głodu ognia, zachowaj nas panie.
Na drugi dzień Walenty zameldował, że się pan Ludwik już sprowadził, że ma bardzo ładne mebelki, że chce zapłacić komorne, oraz że ma zamiar zobaczyć się z panią, w bardzo ważnym interesie.
— No, no, niech przyjdzie, rzekła dama, ale jeżeli to ma być względem jakiej opieki, to mu dopiero powiem pater noster.
Po chwili wszedł pan Ludwik, miał minę bardzo uroczystą, od samych drzwi kłaniał się, a zbliżywszy się złożył na ręce wdowy bardzo serdeczny pocałunek.
— Szanowna pani Dobrodziejko, rzekł do niej, płacę komorne za kwartał, a jednocześnie śmiem wyrazić bardzo pokorną prośbę...
— Słucham pana.
— Przez pracę i oszczędność zebrałem sobie tysiąc rubelków, mam tutaj tę sumkę w listach zastawnych, ale ponieważ często wychodzę z domu, a złodziei nie brak w Warszawie, przeto przychodzę prosić panią Dobrodziejkę, czyby nie raczyła przyjąć mego fundusiku do siebie na przechowanie...
— Owszem, mój młody panie, owszem, lubię młodzież oszczędną i ufającą starszym.
Pan Ludwik złożył pieniądze, ukłonił się i wyszedł.
— Ludwisiu! Ludwisiu! wołała babcia, wiesz ty co, moje dziecko, to jakiś porządny człowiek ten pan Ludwik, chciałam go poprosić w Niedzielę na herbatę.
Lecz Ludwisia, która stojąc pode drzwiami wysłuchała poprzedniej rozmowy, widząc co się święci, zmieniła taktykę.
— Eh! odrzekła, po co ma go babcia zapraszać, to jakiś obibok, zawalidroga...
— Nie znasz się na ludziach, moje dziecko, nie znasz, nie znasz, mówiła babcia trzęsąc głową..
— To musi być jakiś głupiec.
— Dziecko moje, czy wiesz co mówi pismo święte „Wszelki który rzeknie bliźniemu głupiec, będzie winien Sądu.“
W niedzielę pan Ludwik przysłał Walentego prosząc o pożyczenie mu książki do nabożeństwa, ponieważ swoją zostawił wczoraj na nieszporach w kościele.
— A to zacny młodzieniec! a to poczciwy człowiek! mówiła pani Zagwoździńska i oszczędne to i pobożne i zacne, akurat dla mojej Ludwisi. Muszę go dzisiaj zaprosić na herbatę.
To rzekłszy napisała liścik, włożywszy na nos cztery pary okularów:

Mój kohany Panje!

„Proszę kochanego pana, pszychuć Pan dziś do nas na Erbatę, oraz będziemy grali w kyksa.“

Barbara Zagwoździńska.
Koniec tomu trzeciego i ostatniego.

P. S. Byłby i tom czwarty, ale ponieważ Numa poszła za Pompiljusza i posagiem swoim odbudowała ruiny Psiej Wólki, przeto nie ma już o czem pisać.

Przyp. Aut.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.