W zaklętym lesie (Korotyńska, 1939)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł W zaklętym lesie
Podtytuł Baśń fantastyczna
Pochodzenie Księgozbiorek Dziecięcy Nr 8
Wydawca „Nowe Wydawnictwo“
Data wydania 1939
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

KSIĘGOZBIOREK DZIECIĘCY
EWA REŃSKA
W ZAKLĘTYM LESIE
BAŚŃ FANTASTYCZNA
Z ilustracjami
WARSZAWA
NOWE WYDAWNICTWO
Zakady Graficzne „FENIKS“, Warszawa






Kto zna historię o Kopciuszku, pamięta dobrze, że biedna sierotka została żoną królewicza. Dobrze było młodej królowej u boku kochającego męża, a gdy jeszcze urodziło jej się, rok po roku, dwoje ślicznych dziatek, zdawało się, że szczęścia jej nigdy nic już nie zmąci. Dzieci rosły zdrowo i kochały się bardzo. Królowa z radością patrzyła przez lustrzane szyby, jak pod okiem piastunki biegają po zamkowym parku. Jasne ich włoski lśniły w słońcu jak złoto, a buzie rumieniły się od lekkiego wietrzyka.
— Patrz, mamusiu, złapałem ślicznego motyla — wołał chłopczyk.
— Puścimy go, synku, na wolność. Patrz, jakie ma zmięte skrzydełka. Niech sobie leci i cieszy się słonkiem — mówiła królowa.
— A ja narwałam kwiatków — szczebiotała królewna Dobrotka wyciągając ku matce zaciśniętą piąstkę, w której tkwiło kilka stokroci.
Król z dumą patrzył na swe dzieci. Królewicz Sławomir, Sławkiem przez rodziców zwany, wysoki był nad wiek i ruchliwy jak żywe srebro.
— Dzielny z niego kiedyś będzie wojownik. I dobry gospodarz kraju — mówił pewnego dnia król. — Widziałem dziś, jak bronił swą siostrę przed napadem indyka. Wyciągnął swą drewnianą szabelkę i rzucił się na wroga. Gdyby nie kuchcik, mielibyśmy dziś na obiad pieczyste z indyka.
— Nasz synek jest nie tylko odważny, ale i serce ma złote. Interesuje się wszystkim, co się wokół niego dzieje. Dziś stanął w obronie kuchcika, którego kucharz za uszy wytargał — dodała z uśmiechem królowa.
— Dobre mu daliśmy imię. Przysporzy sławy krajowi, gdy obejmie po mnie rządy.
Królewna Dobrotka tylko z jasnych włosów podobna była do brata. Poza tym różnili się bardzo. Królewicz miał bystre, ciemne oczy ojca, siostra jego z urody przypominała matkę. Niebieskie oczy patrzyły na świat łagodnie i marząco. Usposobienie miała też spokojniejsze, lubiła słuchać śpiewu i bajek, opowiadanych przez piastunkę. Królowa też chętnie opowiadała dzieciom o swym dzieciństwie nie wstydząc się niskiego swego pochodzenia.
Gdy opowiadała o swej doli sierocej, mała Dobrotka bliska była płaczu, a w oczach Sławka zapalały się iskry gniewu.
— Czemu tatuś nie kazał uwięzić twej macochy? Trzeba ją było skazać na śmierć! — zawołał raz chłopczyk.
— Zemsta nikomu radości nie sprawia. Złe kobiety i tak dość wycierpiały z zazdrości, że to mnie szczęśliwy los spotkał — odpowiedziała królowa.
— A gdzie one teraz są? Jak je spotkam, to im powiem, co o nich myślę — oznajmił królewicz.
— Nie wiem, gdzie są. Przez jakiś czas mieszkały dalej w domu mego ojca, ale potem gdzieś znikły. Nikt nie umie mi powiedzieć, co się z nimi stało. Dom stał przez długi czas pusty. Teraz kazałam założyć tam sierociniec. Jak urośniecie, to zabiorę was tam kiedy w odwiedziny do dzieci.

Nie wiedziała królowa, że macocha i jej córki z gniewu i zawiści z dniem każdym robiły się coraz gorsze i gorsze, aż wreszcie zamieniły się w czarownice. Opuściły dom i wyniosły się na Łysą Górę, gdzie zostały chętnie przyjęte przez inne wiedźmy, zamieszkujące to miejsce. Jeżdżą od tego czasu na miotłach i szkodzą ludziom.
W zaklętym lesie (1928) p09.jpg

Zła macocha nie przestała myśleć o dokuczeniu pasierbicy. Nieraz ukryta wśród zarośli przyglądała się królewskiemu zamkowi. Ile razy ujrzała w oknie lub w parku młodą królową, zawsze uśmiechniętą i promieniejącą szczęściem, zgrzytała ze złości i zaciskała swe szponiaste palce.
— Skończy się twoja radość, różane liczko zblednie, a oczy łzami się zaleją. Załamiesz ty jeszcze białe rączki, zapłaczesz gorzko — syczała wściekle.
Widząc, jaką miłością otacza królowa swe dzieci, postanowiła je porwać. Nie była to jednak łatwa sprawa. Zamek był strzeżony przez wartowników, a nad dziećmi czuwała wierna piastunka. Czarownica nie traciła jednak cierpliwości. I oto zabrzmiały pewnego dnia w całym kraju surmy wojenne. Nieprzyjaciel napadł na pograniczne zamki, groził państwu najazdem. Zwołał więc król swych rycerzy i pożegnawszy czule żonę i dzieci ruszył na wojnę.
— Nic się o nas nie martw, tatusiu — zawołał Sławek za odjeżdżającym. — Ja tu jestem i obronię mamę i siostrę.
Z królem wyruszyli wszyscy rycerze, a w zamku pozostała tylko nieliczna załoga. Skorzystała z tego czarownica. Cichaczem przekradła się do parku królewskiego i zasiała obok ławeczki, na której zwykle siadywała piastunka z dziećmi, ziarenka sen-ziela. Nazajutrz, gdy dzieci wybiegły do ogrodu, królewna jak zwykle usiadła obok niańki, by jej potrzymać kłębek nici do robótki. Nagle wyciągnęła biały paluszek i zawołała:
— Nianiu, patrz, jakie dziwne kwiatki! Jeszcze nigdy takich nie widziałam. Mienią się jak tęcza.
Nadbiegł królewicz i wszyscy troje pochylili się nad zerwanymi przez dziewczynkę kwiatami. Ale zaledwie je powąchali, zapadli wszyscy w sen. Na to tylko czekała ukryta w krzakach czarownica. Schwyciła dzieci i uprowadziła je tajemnym przejściem z ogrodu. Potem wymówiła zaklęcie i wraz z dziećmi uleciała do gęstego lasu. Tu porzuciła śpiące wciąż jeszcze królewięta i ze złośliwym chichotem wróciła na Łysą Górę.
— Jak się zbudzą, to i tak pomrą z głodu. A gdyby nawet wyżyły, to za kilka dni wróci zza morza Żar-Ptak i uwiedzie je do Kamiennego Pałacu.
Tymczasem dzieci spały na miękkim mchu aż do następnego ranka. Gdy się zbudziły, nie wiedziały, gdzie się znajdują. Na próżno biegały na wszystkie strony i nawoływały niańkę. Zewsząd otaczał je gęsty, nieprzenikniony bór. Wreszcie zmęczone usiadły na zwalonym pniu. Dobrotka zaczęła płakać, Sławek objął ją ramieniem i dłuższy czas milczał zasępiony. Wreszcie powziął widocznie jakieś postanowienie. Odgarnął z czoła złote kędziory i powiedział:
— Nie płacz, siostrzyczko. Płacz nic nie pomoże. Nie wiem, kto nas tu przyprowadził. We śnie widziałem jakąś straszną, rozczochraną kobietę. To pewnie ona nas porwała. Ale damy sobie radę do czasu, aż nas znajdą. Przecież mamusia na pewno każe nas szukać.
— Ale kto nas ma szukać? Przecież wszyscy rycerze są na wojnie. Nawet paziowie wyjechali. W zamku są tylko same kobiety i kulawy kucharz.
— Tak, to prawda — zasępił się znów królewicz. — Ale i tak poradzimy sobie.
Dzielny chłopiec postanowił więc od razu zabrać się do pracy, by zabezpieczyć siostrę od głodu i chłodu. Nazbierali poziomek, a gdy się nieco pożywili, zabrał się królewicz do budowania szałasu. Nałamał gałęzi i związawszy je łykiem zrobił malutki domek. Dobrotka uzbierała miękkiego mchu i wyścieliła nim wnętrze szałasu.
Minęło kilka dni. Chłopiec martwił się bardzo, że nie może zdobyć nic innego do jedzenia prócz poziomek i jagód, a i tych wkrótce może zabraknąć. Postanowił więc zrobić łuk i strzały i upolować jakiegoś ptaka. Na szczęście miał przy sobie krzesiwko, które dostał raz od chłopca stajennego, gdy bawili się razem w wojnę. Mógł więc rozpalić ogień i upiec przy nim zdobycz. Po kilku daremnych próbach udało mu się zabić kilka niedużych ptaszków. Oblepił je gliną, jak go uczył ów chłopiec, i włożył do ognia. Gdy się upiekły, zjedli je oboje ze smakiem, choć były twarde i wcale nie przypominały wybornej pieczeni z indyka, podawanej do królewskiego stołu.
Ale pewnego dnia, gdy Sławek wyszedł z namiotu, ujrzał siedzącego na gałęzi olbrzymiego ptaka o złocisto-czerwonych piórach. Schwycił swój łuk, by zastrzelić ptaka, ale ten zaczął śpiewać tak cudnie, że chłopcu opadły ręce. Jak urzeczony szedł za ptakiem coraz dalej i dalej. Ptak przelatywał z drzewa na drzewo nie przestając śpiewać. Chłopiec szedł wciąż za nim nie widząc nic dokoła siebie. Nie spostrzegł, że las już się skończył, że ptak prowadzi go po kamieniach i skałach do zamku, otoczonego grubym murem. Przy szeroko otwartej bramie rósł krzak róży. Róża wyciągnęła gałązki, by zatrzymać chłopca, ale nie zdołała uchwycić go za ubranie. Brama z trzaskiem zamknęła się za królewiczem i w tej chwili stracił on pamięć o całym dotychczasowym życiu. Zapomniał o małej siostrzyczce pozostawionej w lesie, o królowej-matce płaczącej tam pewnie w opustoszałym zamku. Skamieniało w nim serce. Szedł przed siebie, zasłuchany wciąż w przedziwną piosenkę Żar-Ptaka. W Kamiennym Pałacu ponuro było i głucho. Stoły zastawione były jadłem, wspaniałe łoża zasłane mięciutką pościelą. Ale w obszernych komnatach nie rozległ się nigdy żaden dźwięk, nikt nigdy nie przemówił tu ani słowa. Gdy umilkł śpiew ptaka, królewicz rozejrzał się dokoła. Ale nie zbudziły się w nim żadne wspomnienia. Jak posąg kamienny zbliżył się do stołu, zjadł po trochu z każdego talerza, napił się wyśmienitego wina, a potem rzucił się na puchowe łoże i zasnął.

I od tego czasu całe dni schodziły mu na jedzeniu, spaniu i błądzeniu po zamku i wspaniałym ogrodzie. Ale nic nie budziło w nim ani radości, ani zachwytu. Jedynie z utęsknieniem oczekiwał na przybycie Żar-Ptaka. Ptak zjawiał się zwykle o zmroku i do wzejścia księżyca śpiewał swą czarodziejską pieśń. Usypiał nią tęsknoty, które w czasie dnia zaczynały się budzić w zastygłym sercu chłopca.
W zaklętym lesie (1928) p17.jpg
Tymczasem mała królewna długo biegała po lesie, z płaczem wołając brata.

— Może zbłądził w lesie, muszę go odnaleźć — postanowiła.
Przez kilka dni błąkała się na próżno. Wreszcie zgubiła drogę do szałasu i musiała spędzić noc pod gołym niebem. Rano znów rozpoczęła swą wędrówkę, aż znużona i pełna rozpaczy zawołała:
— Ach, utopię się już chyba! Lepsza śmierć w jeziorze niż powolne konanie z głodu.
Już miała się rzucić w głębinę, gdy nagle usłyszała tuż za sobą przecudny śpiew. Złocisto-czerwony ptak siedział na gałęzi i wabił ją ku sobie. Dziewczynka niepomna niczego poszła za nim. Zapomniała o głodzie i strachu, o samotności i opuszczeniu. Szła przed siebie, zasłuchana w przedziwną melodię. Gdy mijała bramę, prowadzącą do Kamiennego Pałacu, krzak róży wyciągnął gałązki i schwycił ją za sukienkę. Żar-Ptak zamilkł i odleciał zagniewany. Brama pozostała otwarta.
— Przytul się do mnie, ogrzej mnie — szepnął królewnie tuż nad uszkiem krzak róży.
— Och, różyczko, gdzie jest mój brat? — zawołała królewna głosem pełnym łez.
— Zostań przy mnie, przytul się do mnie, a zobaczysz go, jak chodzi po alejach ogrodowych czekając na ptaka.
Dziewczynka objęła krzak ramionami. Ostry kolec ukłuł ją w paluszek. Ukazała się kropelka krwi i Dobrotka została nagle zamieniona w kwiat czerwonej róży.
Królewicz daremnie oczekiwał powrotu Żar-Ptaka. Nie zjawił się on ani tego dnia, ani następnych. Chłopiec uczuwał dziwny niepokój w sercu. Nie wiedział, czego mu brak. Obudziła się w nim jakaś dziwna tęsknota. Błądził po wysypanych żwirem ścieżkach, wśród wspaniałych klombów kwiatowych. Jakieś mgliste wspomnienia dawnego życia nasuwały mu się przed oczy.
A zła czarownica tańczyła swój dziki taniec radości przy ognisku na Łysej Górze.
— Cieszcie się, moje córki! Kopciuszek już nigdy nie będzie szczęśliwy! Wypłacze oczy za dziećmi, zeschnie z tęsknoty za nimi. Nie zobaczy ich już nigdy. Już zamknęły się za nimi bramy Kamiennego Pałacu. Zamarły ich serca. Nie wrócą do domu, nie wrócą. W zimny się kamień obrócą — wyła radośnie.
A córki jej wtórowały:

„Nie wrócą do domu, nie wrócą,
w zimny się kamień obrócą“.

Ale przedwczesna była radość złej macochy. Królowa Jasnotka rzeczywiście przez wiele dni po stracie dzieci zalewała się łzami. Gdy na głos dzwonka królewięta nie przyszły na obiad, posłała po nie pannę służebną. Ta po chwili wróciła przerażona z wieścią, że stara niańka śpi na ławeczce w ogrodzie, a dzieci nigdzie nie ma. Wybiegła królowa do parku, rozbiegły się dworki po całym zamku. Szukano wszędzie zaginionych dzieci. W piwnicy i na strychach, w zamkowej wieżycy i na dziedzińcu. W stajniach królewskich i w czeladnych izbach. Nawet kulawy kucharz pokuśtykał do lamusa i szukał tam królewiąt wśród zardzewiałych zbroic. Stara niańka spała twardo i zbudziła się dopiero na drugi dzień rano. Przerażona opowiedziała o dziwnych kwiatkach, od których straciła przytomność. Kucharz, gdy się o tym dowiedział, pokiwał głową.
— To było sen-ziele, królowo — powiedział — czarownica jakaś musiała się zakraść do parku i zasiać je koło ławki. Na próżno szukamy dzieci. Nie ma ich już w zamku. Trzeba iść w świat i szukać piór Żar-Ptaka. Kto ma nasiona sen-ziela, ten też dzierży władzę nad tym ptakiem. O, gdybym był młodszy, zaraz ruszyłbym w drogę i odnalazł królewskie dzieci. Ale stary jestem i na jednej nodze niedaleko zajdę.
— Ale jak mogła się tu dostać wiedźma, przecież brama strzeżona jest we dnie i w nocy? — zapytała królowa.
W tej chwili nadbiegł ogrodniczek.
— W gęstych krzewach jaśminu odnalazłem furtkę. Nie znałem jej dotąd. Zakryta jest krzakami i bluszczem. Furtka ta była otwarta. Na gałązce jaśminu znalazłem błękitną wstążkę, którą nosiła we włosach królewna Dobrotka! — wołał zdyszany.
Królowa załamała ręce. Więc dzieci jej porwano. Od razu domyśliła się, kto to zrobił. Zła macocha nie darowała jej zawodu, jaki spotkał jej córki. Została czarownicą i teraz zemstę wywiera na niewinnych dzieciach. Przypomniała sobie królowa swe dzieciństwo pod opieką złej kobiety spędzone. Wiedziała, że nie zna ona litości, że serce ma z kamienia. Nie namyślając się wiele wybiegła z zamku i przez owo tajemne przejście wydostała się za mury.
Nie wiedziała, w którą zwrócić się stronę, szła więc przed siebie nie zważając na nic. Tak doszła do rozstajnych dróg. Gdy stanęła, niepewna co ma dalej czynić, ujrzała nagle błyszczące wśród pyłu złote pióro. Podniosła je, domyśliła się bowiem, że jest to pióro Żar-Ptaka. Przyciskając je do serca szła dalej i dalej, nie czując głodu ani zmęczenia.
Myślała tylko o swych nieszczęsnych dzieciach, dręczonych gdzieś zapewne przez złą czarownicę. Serce ściskało się jej z bólu na myśl, że może już nie żyją. Wreszcie po wielu dniach wędrówki zobaczyła z daleka ciemne mury otaczające Kamienny Pałac.
A w zaklętym ogrodzie całymi godzinami snuł się mały królewicz, gnany coraz większą tęsknotą. Pewnego dnia znalazł się w pobliżu bramy i ujrzał śliczny krzak różany. Na krzaku tym kwitł jeden jedyny szkarłatny kwiat. Gdy chłopiec zbliżył się do niego, kwiat pochylił się ku niemu, a na jego płatkach błysnęły małe kropelki rosy. To królewna Dobrotka płakała z radości, że widzi ukochanego braciszka. Królewicz wyciągnął rękę i chciał zerwać kwiat, ale ukłuł się w palec i w tej chwili został sam w różę zmieniony.
— Braciszku, braciszku, oto znów jesteśmy razem — zaszeptała Dobrotka.
A zaklęty w kwiat królewicz odzyskał pamięć przeszłości i przytulił się czule do siostry.
Gdy królowa Jasnotka stanęła w bramie, siły opuściły ją zupełnie. Oparła się o granitowe mury, by nie upaść. Gorące łzy potoczyły się z jej oczu.
— O, dzieci moje nieszczęsne, gdzie jesteście? Jakże was mam szukać, gdy już sił mi braknie? — szlochała, a łzy jej gorące padały na śliczny krzak róży, rosnący tuż przy bramie. I nagle prysły czary. Przed zdumioną królową stanęły jej dzieci, roześmiane i szczęśliwe. Krzak róży zmienił się w dorodną dziewicę. Była to siostra króla, jako mała dziewczynka porwana przez czarownicę i na dworze opłakana już, jako zmarła. Nie miała ona matki, która by zapominając o wszystkim innym poszła w świat na jej poszukiwanie. Królewna Różyczka nasłuchała się wielu zaklęć, gdy tak stała uwięziona przez wiele lat przy bramie Kamiennego Pałacu. Gdy więc zobaczyła w ręku królowej złote pióro Żar-Ptaka, ucieszyła się bardzo. Wyciągnęła dłoń z piórem przed siebie i zawołała:


„Usłysz, Żar-Ptaku, moje wołanie,
Spełń me żądanie, spełń me żądanie!“


Zaszumiały skrzydła i wspaniały ptak zjawił się przed Różyczką.
— Zanieś nas, ptaku, do zamku królewskiego.
I w chwil kilka później królowa i królewna Różyczka znalazły się wraz z dziećmi w pałacu królewskim. A właśnie z daleka słychać było granie trąb — to król wracał zwycięsko z wojny.
Przez cały miesiąc bawiono się na zamku i odtąd już nic nie zamąciło życia królowej Jasnotki.

KONIEC



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.