W szponach/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł W szponach
Podtytuł Powieść
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


XII.

Po ciemnej, brudnej i niezmiernie ciasnej ciupie Pawiaka cela Dziesiątego Pawilonu wydała się Józefowi wspaniałem mieszkaniem. Była dość duża, miała wysokie okno, wprawdzie okratowane i „ślepe“, to jest z matowemi szkłami, lecz opatrzone wgórze dwoma lufcikami dla odświeżania powietrza. Pożywienie w porównaniu z obrzydliwem jedzeniem na Pawiaku, wydało mu się tu doskonałem. Dostał na śniadanie kubek kawy, zabielonej mlekiem, oraz dwie bułki; prócz tego na cały dzień ćwierć bochenka pytlowego chleba. Obiad z dwóch dań: jakaś zupa i kotlet z kartoflami. Wszystko podane na talerzach z dodatkiem blaszanej łyżki; widelca i noża nie dostał, ale był to w każdym razie komfort w porównaniu z wyszczerbioną, drewnianą kopystką, jaką musiał się posługiwać na Pawiaku.
Wszystko to, a głównie noc, przespana na sienniku bez dręczących pcheł i pluskiew, napełniło duszę i ciało Józefa rześkością. Od rana chodził, zcicha pogwizdując, po celi z rękami w kieszeni i oglądał uważnie pobielane ściany, oraz zielone kafle stojącego u rogu pieca. Znalazł w kilku miejscach zatarte starannie napisy, oraz na drewnianych drzwiach sprytnie wydrapany alfabet do stukania.
— Acha, więc i tutaj stukają! — pomyślał i pilnie uszu nadstawiał, czy nie usłyszy czasem gdzie za ścianą znanego rytmicznego bębnienia.
Ale nie; było cicho, było martwo.
— Milczenie, jak w grobie! — przyszło mu znane porównanie i nagle mocno zaczął tęsknić do brudnego, ciasnego, ale pełnego ruchu i życia Pawiaka.
A gdy dalsze poszukiwania doprowadziły go do odkrycia drobnego napisu, głęboko wydrapanego w zielonej polewie pieca, który mówił krótko: „Stanisław Wardeński, rok 1863, 5 Maja — idę na śmierć“, zrobiło mu się znowu bardzo smutno i gotowana kolacja z odgrzewanych kartofli, z ochłapem mięsa, polanego podejrzanym, szarym sosem — już mu niebardzo smakowała. Przypomniały mu się nagle wszystkie słyszane i czytane o tem strasznem więzieniu opowieści i nie budziła żadnej otuchy okazywana względnie grzeczność obejścia.
Chodził wkółko po celi z opuszczoną głową i deklamował sobie pocichu:

Był na Cytadeli sąd na miateżników,
Więc siedli jak czarci za stołem:
Jenerał, adjutant i czterech piszczyków,
Ze sercem miedzianem i czołem.

I rzecze adjutant: „Bat‘ku Jenerale,
„Czart chyba się z Lachów co dowie.“
„Wziął pałki Lewitu, lecz milczy zuchwale!“
„Sto pałek!... Pod pałką odpowie!“

Straż stawi Lewitu, skutego w kajdany,
I biorą na rozpyt go kaci,
Wnet zdjęto zeń szaty, co kryły mu razy,
A sędzie wołają: „Zdradź braci!“

A był tam nad nimi w tej izbie szatańskiej
Krzyż z Panem Jezusem na ścianie.
Lewitu wzrok jasny utopił w krzyż pański
I modlił: „Daj siły, o Panie!“

I poszedł pod pałki wpół nagi bez lęku
Wnet krwią mu opłynął grzbiet cały;
Choć bito go w rany, nie wydał i jęku,
I milczał, jak skamieniały.

A gdy go złożono na nędznej pościeli,
Rozważał, czy ciało wytrzyma
Te męki, bo znowu tak chłostać go mieli
Sędziowie. I poczuł: „sił niema!“

Lecz święcie dochowa tajemnice bratnie,
Bo sto ich zginęłoby może;
Toż westchnął do Boga o męki ostatnie,
I ognia nasypał pod łoże.

I usiadł na łożu spokojny, bez lęku,
Gdy jasne płomienie wstawały;
Choć ogień gryzł kości, nie wydał i jęku
I milczał, jak skamieniały.

Przez kraty wnet bracia błysk ognia ujrzeli,
Straż alarm krzyknęła w podsieniu;
Jenerał i draby wpadają do celi:
Lewitu już skonał w płomieniu.

Więc z grozą ten węgiel rzucili w rogoże,
I w ziemi kazali pochować. —
Tą śmiercią w płomieniach pochwalon bądź, Boże,
Bo żywym ją będziesz rachować! —

. . . . . . . . . . . .

Gardło mu ścisnęło wzruszenie, oczy powlokły się łzami, chodził w ekstazie wpół-przytomny, powtarzając:

Bo sto ich zginęłoby może...

— Jak mię będą męczyć, też się spalę!... — rozmyślał z rzewnym spokojem — ale nie wydam! Niedoczekanie ich!...
O szarej godzinie usłyszał stukanie, ale takie ciche, niewyraźne, że nie mógł zdać sobie sprawy, gdzie się rozlega; zresztą wkrótce umilkło i posępna cisza, spotęgowana gęstniejącym zmrokiem zdało mu się, że zalała nietylko gmach, ale świat cały. Stanął pod piecem i czekał znużony, ale już spokojny, żeby mu podali kolację i światło.
Ciszę na korytarzu naruszył nagły ruch, trzaskanie rygli, odgłosy kroków. Blady promyk światła błysnął z pod źle domkniętej zasuwki „judasza“.
— Kolacja!
Tak, to była kolacja, taka sama, jak wczoraj, taka sama, jak będzie jutro; spożywał ją, spoglądając miłośnie prawie na zakopconą lampkę naftową, jaką umieszczono przed nim na stole.
— Wybawicielka!... — pomyślał smutno, a idąc na spoczynek, pomodlił się:
— O Boże, Boże, uczyń, aby mnie nie dręczyli! Wesprzyj mnie, Panie, abym przetrwał wszystko, co mnie czeka, ażebym nie zdradził słabości przed wrogiem ojczyzny i abym nie zaszkodził sprawie! —
Posługacz — niechlujny, posępny żołnierz czeremis o miedzianej, płaskiej twarzy — zabrał naczynia od kolacji, wstawił śmierdzący blaszany kubeł na noc i, postawiwszy kopcącą lampkę u proga, zastawił ją przewróconym na bok stoikiem, jak wczoraj. Brudne, długie cienie rozpełzły się po celi, która stała się jeszcze cichszą, jeszcze bardziej podobną do szpitalnej trupiarni.
Józef z rozkoszą rozebrał się ze zwierzchniej odzieży po raz pierwszy od czasu aresztowania, wyciągnął na skąpo wypchanym sienniku, nakrył głowę, służącą za kołdrę lichą, rzadką derką i usnął natychmiast.
I znowu śniło mu się, że ucieka z głuchego, czarnego boru z pod ciemnej, gradowej chmury, gdzie wiał srogi wiatr, gdzie było zimno i dżdżysto, ku jakimś polom, ozłoconym słońcem, gdzie w zielonych brzegach srebrna płynie rzeka, gdzie było cicho, ciepło, swobodnie, wesoło... Ale był bardzo zmęczony, slaby, nogi ledwie go niosły... A tymczasem ztyłu za nim, coraz głośniej rozbrzmiewały po lesie mruki i hałasy, ryki i tupoty... Wiedział dobrze, co to znaczy: to pędzi za nim sama śmierć, to ścigają go stada wściekłych niedźwiedzi... Zbierał więc siły i biegł, potykając się na wykrotach i kępiskach, rozrywając okaleczałemi rękoma gałęzie splątanych krzewów, cierni, głogu, jałowcu... Serce biło mu i nabrzmiewało tętniącą krwią, zda się, że rychło całe mu wypełni piersi i pozbawi tchu... Płuca rozpierało powietrze, napędzone tam szybkim biegiem... Pot oblewał twarz rozpaloną i drętwiejące ciało... Trzask łamanych gałęzi, klekot szczękających zębów, głuchy tupot kosmatych łap był coraz bliżej... Józef wytężał wszystkie siły, pędził chyżo, już wydostał się z lasu, już cicha, słoneczna kraina była niedaleko, gdy wtem potknął się, potoczył i padł na grudę świeżo zoranej roli... Potwór był tuż, tuż za nim, już dostrzegał jego cień olbrzymi nad sobą, słyszał wyraźnie krwiożercze, wściekłe charczenie i zbrojne w ogromne, krzywe szpony łapy, wyciągały się ku jego piersiom... Nie mógł się ruszyć, nie mógł nawet krzyknąć...
Otworzył oczy.
Przez otwarte drzwi lała się z korytarza jaskrawa światłość, a w tej światłości stali ludzie w szarych i błękitnych mundurach. Józef nie ruszał się, nie rozumiejąc dobrze, czy to dalszy ciąg snu, czy jawa!... Lodowate przerażenie, w jakiem się obudził, rosło i poczęło mu wstrząsać boleśnie wnętrzności, nabrzmiałe i tętniące serce bić nagłe przestało. Patrzał na umundurowane larwy, milczał i nie ruszał się.
— Pożałujte!... — wyrzekła wreszcie jedna z postaci.
Józef trwał dalej w osłupieniu.
— Odiewajtieś!... — powtórzyła postać.
— Poco?... Co chcecie robić?... — bąknął chłopak niewyraźnie.
— Nu, nu!... Nie wasze dieło!... Odiewajtieś! Prikazano!
Józef usiadł na łóżku i wyciągnął drżącą rękę do wiszących na poręczy rzeczy. Żandarmi czekali z widoczną niecierpliwością. Gdy chłopiec był już ubrany, kazali mu wyjść na korytarz, poczem dwóch posługaczy weszło do celi, wzięli łóżko i ponieśli je za całem towarzystwem, które, mając Józefa pośrodku, udało się wolnym krokiem w głąb korytarza.
Było tam dwóch żołnierzy z karabinami i dwóch żandarmów bez broni w krótkich, niebieskich mundurach, w butach palonych z dzwoniącemi cicho ostrogami.
— Dokąd mnie prowadzicie?... — spytał wreszcie Józef, pokonywując przykre drganie ust.
Nic mu nie odrzekli, jeno popchnęli zlekka ku drzwiom otwartym, przez które widać było ciemne, ziejące wilgocią przejście ze stopniami schodów.
— Acha, prowadzą mnie do lochów!... — pomyślał ze zgrozą. — Boże, Boże zlituj się nade mną!... Daj mi wytrwanie!...
Istotnie sprowadzono go nadół po schodach szerokich, ale źle oświetlonych, do ciemnej sionki, a stamtąd na korytarz nieduży, oświetlony jedną lampą naftową z blaszanym reflektorem, którego blask odrazu uderzył i trochę rozerwał przerażony wzrok oszołomionego chłopca. Po obu stronach korytarza, jak w poprzednim, czerniały milczące drzwi zamkniętych cel. Jedna była otwarta. Gdy Józef zawahał się przed jej czarną, nieoświetloną głębią, starszy żandarm z szyderczym uśmiechem popchnął go zlekka...
— Nu, nu. Nie bój się! — warknął. — Tam nic niema!
Znalazłszy się w ciemnościach, Józef wyciągnął ręce przed siebie w obawie, że zaraz zawali się w jaką dziurę, pełną gadów i robactwa, jak to czytywał w opisach inkwizycji, lub że nagle schwytają go ztyłu za barki żelazne, kłujące kleszcze... Nic jednak podobnego się nie stało. Oswojony z ciemnością wzrok jego dostrzegł wkrótce, że jest w celi mniejszej trochę, ale podobnej do miejsca poprzedniego zamieszkania, z dużem, zakratowanem oknem w przeciwległej drzwiom ścianie. Wkrótce nadeszli żołnierze z łóżkiem i wnieśli światło. Cela była posępna; na grubych murach widniały rude zacieki wilgoci, a sklepiony sufit nadawał jej pozór piwnicy.
Posługacze postawili pod ścianami przyniesione łóżko i stół; stołek bokiem położyli przy drzwiach, ukrywszy za nim małą lampkę, obok umieścili śmierdzący, blaszany kubeł i wynieśli się, nie rzekłszy słowa. Żandarmi cały czas ze złośliwym uśmiechem spoglądali na pobladłą twarz chłopca. Drzwi wreszcie zamknęły się i Józef został sam ze swem wzburzeniem. Długo nie mógł się uspokoić. Chodził po celi, podejrzliwie badając dziwnie ciemne plamy na podłodze, które wydały mu się śladami krwi. Podejrzanemi również wydały mu się rdzawe smugi i centki na ścianach.
Sama struktura grubych murów, bezlitosnych, duszących wszelki krzyk, wszelkie błaganie napawała go odrazą i lękiem.
— Mogą zrobić ze mną tu wszystko, co zechcą!... Kto im zabroni?... Kto ujmie się za mną?... Nikt nawet wiedzieć nie będzie — rozmyślał, błądząc z kąta w kąt, cichemi krokami.
Miarkował stuk obuwia, miarkował nawet swe ruchy, jakgdyby lękając się zwrócić na siebie uwagę drzemiącego wpobliżu potwora. Parę razy słyszał, jak pobrzękując ostrogami, zbliżył się do jego drzwi żandarm dyżurny i, uchyliwszy blaszaną zasłonę okienka, uważnie badał wnętrze celi.
— Nie, nie położę się... Niech wiem, co ze mną zrobią!... Nie dam się bez protestu! Niech robią, co chcą, a nic nie powiem!... Niech sobie z głowy wybiją, że w ten sposób coś ze mnie wydobędą! Boże, Boże, zmiłuj się nade mną!... — powtarzał w duchu, to siadając na pościeli, to zrywając się, aby w ruchu dać ujście trawiącemu go niepokojowi.
Tak przebłąkał się aż do świtu i dopiero, gdy przez ślepe, matowe okno wpłynęło perłowe światło dnia, gdy żandarm drzwi otworzył i zabrał lampkę niepotrzebną, Józef, ogarnięty niesłychanem znużeniem, upadł na pościel i usnął.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.