W Walhalli

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Bogumił Aspis
Tytuł W Walhalli
Pochodzenie Ateneum
Data wydania 1880
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
W WALHALLI.


Panu Anastasemu Sokolnickiemu, zacnemu towarzyszowi podróży, który dzielił ze mną i wrażenia Walhalli, na skromną pamiątkę, szczerą ręką, poświęca autor.

Ciszéj!... z pokorą do bogów mieszkania!
Bogowie głośnéj nie lubią rozmowy!
Strażny Duch jaki skarcić nas gotowy
Za śmiałe szepty i śmiałe pytania!

Więc szliśmy cicho, w świętych cieniach gaju,
Przez dziwy... które moc jakaś czarowna,
Jak myśl milcząca, a jak pieśń wymowna,
Słała przed nami, po drodze do Raju.

Pod gajem — wprawo — jak wąż przyczajony,
Lśniący na świetle srebrzystém swém ciałem,
Płynęła rzeka... w szaleństwie zuchwałém
Rwąc brzeg — i pianą ciskając na strony.
Tam daléj — łąki leżały zielone
Pyszniąc się bujnie rozrosłą murawą,
A daléj — zlane smugą zorzy krwawą
Niebo dziwiło oczy zachwycone.

Był wieczór.
Słońce, żegnając dzień skwarny,
Toczyło zwolna swój krąg szczerozłoty
Na zachód... kędy, niby cień Golgoty,
Precz w dole — gdzieś tam — precz — w mgle... drżał krzyż czarny.
Lecz — przypomnieniem smutnych dziejów krzyża
Myśmy tu naszéj nie trapili myśli...


Szliśmy do nieba! — szli... szli... aż i przyszli
Tam — gdzie się gaj już ku niebu sam zbliża.
Wznieśliśmy twarze...
Wysoko — wysoko —
Na szczycie gęsto umajonéj góry,
Błysnął, z pod blasków wieczornéj purpury,
Gmach jakiś — — biały, że aż ślepił oko.

Z trzech stron — bo z czwartéj widok był zakryty —
Gmach otaczały olbrzymie kolumny...
Pięły się hardo, jak wież szereg tłumny,
Z płaszczyzn tarasów, pod sklepienia szczyty.
Nad kolumnami — w górze — z przedniéj strony —
Jak w cyklopowém czole téj budowy —
Mistrz dłuta, w wielki trójkąt marmurowy,
Wkuł obraz Chwały, przez bogów sławionéj.
I rzeźbą także lśniły drzwi wchodowe
W dole — jedyne, co wiodły do wnętrza...
Ku drzwiom tym właśnie góra wprost się spiętrza,
Gotując oczom zachwycenie nowe.

Spojrz no nad siebie — tam — z dołu — w tę drogę
Zawrotną! — spojrzyj!...
Jest-żeś tyle śmiały,
Ty, wielki człeczku, o stopie tak małéj, —
By pójść... (w twych oczach ja czytam już trwogę!)...
Pójść tam — na wyż tę — po strasznych zagięciach
Tych wschodów, które wznosili tytany,
Ludzie z kamienia! — krając twarde ściany
Téj góry ostrzem... o nieznanych cięciach!?

Wejdziesz tam?...
Spojrz no na plasty olbrzymie
Tych głazów, co cię swą białością ślepią!
Jak — cement, którym tam one się lepią
Pomiędzy sobą — ma u nas na imię?
Spytaj. Odpowiedz. I — mądrością hardy —
Nogami swojéj robaczéj postaci,
Zacznij się wspinać (gdy trud się opłaci!)
Na wyż tę senną — po téj drodze twardéj!

...Już jesteś?
— Dobrze. Powinszuj-że sobie.

Odbyłeś podróż w jéj gorszéj połowie.
To teraz spocznij. Przytomność wróć głowie,
Moc — krwi i... powstań znów na nogi obie.

Czy uważałeś tę dal jasnozłotą,
Co się za rzeką tam precz i precz szerzy?
Rozkoszna... prawda?...
Ten kolor łąk świeży —
Te lasy, co się zielenią tam oto —
Te, ponad wszystkiém migocące blaski
W czystém powietrzu... po milczącém niebie...
Czy cię to wszystko zachwyciło? — ciebie —
Coś wszedł tu w bogów królestwo — z ich łaski!?

A może ty masz duszę tyle ciemną,
Że, patrząc w dziwy te rzetelnie-boże,
Stoisz, jak larwa?... lub możeś ty... może
Przyszedł tu z piersią satyra nikczemną?

— Nie! o nie!... Myśl twa, — gdzie jesteś, — pamięta!
Tyś ją wytężył... ją całą — i duszę...
Modlisz się...
Głos twój kłóci nawet głuszę
Téj ciszy... Szepczesz: „O Walhallo święta!“

Zaiste święta!...
Więc — otarłszy nogi
Z prochów, coś jeszcze mógł zanieść tu z ziemi,
Zwróć się w tył — stanij przed drzwiami wielkiemi
Przybytku bogów i — — w święte wejdź progi!

∗             ∗

O blasku boski! o niebieska woni!
O szmerze słodki, coś mi głasnął uszy
I strugą dźwięków, nieznanych dla duszy,
W duszę mi spłynął, po nieznanéj toni!
Szalona burzo! coś ciszę mych myśli
Słóciła nagle bezładem zachwytu,
Żem, zlęknion, stanął jak posąg z granitu...
Któż — kto moc wszystkich tych czarów określi!?


Wysoka hala, z jasnemi ścianami,
O lśniącém, z drogich marmurów, podnożu,
Dachu falistym... jak woda na morzu, —
Błysnęła nagle przed memi oczami.

Niewinny lazur i czerwień płonąca
I dumna białość i zieleń łagodna
I wszystkie światła... jakich Boskość godna, —
Drżały na ścianach, śród przemian tysiąca.

Dumni bogowie o słonecznych licach,
W przejrzyste szaty z mgły białéj ubrani,
Oczyma duszy jedynie widziani, —
Migali przed nią, w cichych błyskawicach.

Więc mi łysnęła świetlna twarz Odyna,
Choć inna nieco, niż o niéj śnią wieszcze —
Twarz Herty bożéj... i jeszcze — i jeszcze
Tłum — których nigdy się nie zapomina!

Cień śmierci, smutny, przechadzał się cicho
Pomiędzy tymi wszystkimi Duchami
I — snać bogowie nie lubią go sami,
Gdy nań ze wzgardą patrzyli — i z pychą.

Bóg wojny stronił od bóstwa Mądrości —
Miłość chodziła z bóstwem cnoty w parze —
Ach!... inne jeszcze, innem widział twarze,
Śliczne... jak cisza, co w Walhalli gości!

Lecz wreszcie — myśmy nie przyszli tu po to,
By śledzić bogów w ich odwiecznym bycie —
Nas stokroć więcéj tu ciekawi życie
Ziemian, co swoją zbóstwili się cnotą.

Na tych patrzajmy! i przed tymi czołem!
Bóg — bogiem. Nie dziw, że mieszka śród nieba.
Lecz człowiek — — temu, ach! ileż potrzeba,
Ile!... by z prochu — wstać ducha aniołem!

Oto — wspaniały, jak biała kolumna,
Stoi tu zaraz twórca „Fausta“ boski —

Śni nieśmiertelność i składa ją w głoski
Nowych dramatów...
Jaka postać dumna!...
Znać, że go mało przerobiły bogi:
Czém był na ziemi, tém został w ich gronie —
I... grałby jeszcze, precz grał na bardonie
Tenże sam rapsod, co go wwiódł w te progi!

Dokoła niego wrzało kiedyś życie,
Ciągnąc go w swoje zawrotne odmęty —
On, wgłąb’ ich patrząc, — jak Duch wniebowzięty, —
Nad nocą ziemi, śpiewał pieśń — o świcie!

Śród małych — człowiek; śród wielkich — największy;
Dla wszystkich — jeden... sam stojąc olbrzymem
Nad światem wrzawy, — nieśmiertelnym rymem
Sławił ten spokój, który twarz mu piększy!

Na niego zdala patrzy zadumany
Inny tworzyciel — brat w lirze — i uczeń,
Co świętych Muzy słuchając poruczeń,
Śpiewał tak mocno... aż zmarł rozśpiewany!
O! miłość temu była życiem życia!
Pierwszą — ostatnią — i najlepszą pieśnią!
Marzeń, jak jego... czystszych, bogi nie śnią!
Jak kochał — znać to z jego serca bicia!
A ja je słyszę — — bom przechylił uszy
Ile potrzeba, ku piersi kamiennéj,
I w niéj tam śledzę ten akkord płomienny
Liry... co grała tak na mojéj duszy!
.................
Ze łzą cię rzucam, o śpiewaku wzniosły!
Twórco „Wilhelma Tella“ i „Don Fieska!“
Niech cię tu pieści tak rzesza niebieska,
Jak myśli moje, co twą pieśnią rosły!

Ot jeszcze sokół! — mąż wiedzy i pieśni
Choć tą ostatnią tylko wtórzył sobie,
Składając księgi... które tam — na grobie
Mędrca — już dzisiaj... może leżą w pleśni!
A jednak...
Herder!...
On boga ma czoło!

Co piękna w wiedzy, tyle był — poetą!
O Duchu! dobrą tyś stał się podnietą
Ludziom do światła, gdy mrok był wokoło!
Umarłeś... Inni wygryźli, jak myszy,
Kartki twych książek — przeżuli je — zjedli —
I potém głośno przed światem dowiedli,
Że to ich było, coś ty stworzył — w ciszy!

Twój los nie lepszy także, wielki cieniu,
Coś tylko pragnął mądrością żyć samą!
Coś uczył, że ta jedyną jest tamą
Przed złem i.. mocą jedyną w cierpieniu!
Obyż cię lepiéj w téj prawdzie pojęto!
Zrobiłbyś niebo z naszego tam świata!
Za nią rój bogów dziś z tobą się brata
I Kant — w Walhalli — ma dziś wieczne święto.

Opuszczam ciebie — dla innéj potęgi.
Widzę ot mędrca, co w dumie książęcéj,
Rzekł raz na ziemi, że.. „Bóg sześć tysięcy
„Lat“ nań „tu czekał“ i.. na jego księgi!
Gwiazdy przepatrzył, jak ziarnka na dłoni —
Przeliczył — zmierzył ich ruchy i biegi —
Ustawił światy, jak wojska w szeregi
I.. umarł, słysząc, że wieczność mu dzwoni.

A wieczność grała:
„O Kepplerze wielki!
Hołd ci — żeś poznał: czém są boże słońca.
Lecz — ileż większym od ciebie bez końca
Jest... kto te światy wzniósł z jednéj kropelki!
Więc ty się nie pyszń i hardość swą całą
Zniszcz w sercu, idąc w próg święty Walhalli —
Bogowie z tobąby nie ucztowali,
Gdybyś nie uznał... jak zrobiłeś mało!“

Lecz — któż to stoi niedaleko ciebie,
Cny cieniu! patrząc tak we mnie, w przybysza?
Prawie mnie wita...
Na twarzy mu cisza
Ducha zasiadła, co godzien być w niebie
A jednak... czemuż, pod larwą milczącą

Tych rysów jego, ja czuję szmer burzy?
Czy już mu pobyt w tém niebie się dłuży,
Że we mnie — w człeka — wparł wzrok tak gorąco?

Blask padł na niego...
Poznaję go...
Boże!
Czyżby to on był? — on? — tu! — w téj świątyni!?
Cześć-że mu wieczność, czy krzywdę tém czyni?
— Cześć!.. Tak jest!.. Ale...
Nie! — to być nie może!
...........
Wszak w mojéj także, chociaż biednéj ziemi,
Jest kąt dla zmarłych — jest swoja Walhalla —
Niepyszna wprawdzie, jak ta wielka hala...
U nas pierś każda chodzi z bogi swémi!...
W sercach tam oni mają swe świątynie
I w sercach także mają uczty swoje...
Więc, Boże!...
Cień ten...
Aż spojrzéć się boję...
Zda się za chwilę on w łzach się rospłynie...
Tak smutny — zimny — i stoi tak trwożnie
W tym domu samych radości i blasku...
Wprawdzie mu niebo nie skąpi oklasku...
Widzę to...
Wszakże...
— Zbliżę się ostrożnie.
...........

O tak! tak! — on to! on sam!... nasza chwała!
I nasza chluba! i nasza cześć wielka!
...Kopernik!!...
Ziemia jego rodzicielka
Całe już oczy za nim wypłakała, —
A on — syn zdradny — co wzrósł na jéj łonie
I własną chwałą już uczcił ją tyle, —
On dziś — na krzywdę téj swojéj mogile,
Którą ma u nas — — w obcych bogów gronie!?
...........
Jam klęknął jednak u stóp tego Ducha.
Poznałem, że go tu tylko.. niewolą!

Że go pochwały — zamiast cieszyć — bolą,
Któremi tłum ten, nad uchem mu grucha...
Klęknąłem, mówię i, — pełen nadziei,
Że i my swoję mieć będziem Walhallę, —
Innych już cieni nie szukałem wcale,
Chcąc kres położyć swojéj Odyssei...
Lecz....

Gdy ku drzwiom tak już wiodę me kroki,
Żegnając halę ostatniém spojrzeniem, —
Nagle ta — cała — czerwonym płomieniem
Rozbłyska, widzę... aż pod szczyt wysoki.
I widzę — jak w téj pożodze z purpury,
Tłum bladych twarzy, co dotąd milczały,
Rumieńcem życia rozognia się cały,
Jakby go jaki cud poruszył z góry!

Słońce wieczorne, zwyczajem swym starym,
Przez wielkie szyby ścian białych, zajrzało
Do nisz Walhalli i — nad Duchów chwałą
Rozradowane, błysnęło — pożarem!

I słyszę nagle... o złudo bez końca!...
(Czegom nie słyszał wcale dotąd jeszcze)
Jak bogi wszystkie, wszystkie Duchy wieszcze
Wznoszą w tym blasku hymn zgodny — do słońca!

Boże mój!.. jakaż to była muzyka, —
Jaka melodya tych nieziemskich głosów,
Co cichą falą — pod nawę niebiosów
Płynęły, płacząc nad dniem — że ten znika!

Słuchałem.
Zdrętwion, jak kolumna z głazu,
Pod boskim czarem nowego zachwytu,
Oczy półsennie podniosłem do szczytu
I — piłem roskosz.. usty bez wyrazu!

O! jakież rzeczy ja jeszcze słyszałem
I jakie-m widział wtedy, mocny Boże!
Toć w śnie mym nowym, po stubarwnym wzorze
Tych ścian tam — sztuka przeszła.. niebem całem!


Te myśli wszystkie, te dziwy promienne,
Które śnił Goethe lub Szyller, gdy tworzył —
Wszystkie uczucia, które w pieśni włożył,
Tyle cudowne, a tyle odmienne; —
Z akcyj potężnych dramatów postacie —
Wielkich muzyków wygrane natchnienia —
Wszystko stanęło, jak kute z kamienia,
Przed duszą moją, w swéj wyraźnéj szacie.

Więc — tu — ujrzałem Małgorzatę biedną
Z zapłakanemi aż do krwi oczyma,
Jak ta się szyi swego Fausta ima,
Prosząc go tylko o pieszczotę jedną.

Tam — Fausta znowu, z zadumaném czołem
Nad ciemną życia zagadką ujrzałem —
I.. Mefistofa twarz, o rysie śmiałym,
Co go piekielnym czyniła aniołem.

Ujrzałem czystą, o gorącém oku,
Macochę.. razem kochankę Carlosa, —
Jak ta, bezsilna, wzrok wznosi w niebiosa,
Wstrętnego kata piastując przy boku!

I te boleści beznadziejnéj żmije,
Co rozszarpały serce jéj pasierba,
Widziałem także...
(O! jest w dziejach — szczerba,
Któréj przed wzgardą... sam Bóg nie ukryje)!

Ukazał mi się ów, krwawéj postaci,
Mąż jeszcze, który, — chcąc tronu, korony, —
Zapomniał o tém, że.. bywa zdradzony
Kto drugich zdradza! że zło, złém się płaci!

I potém przeszła przed mém okiem burza,
Którą Beethoven śni w swojéj symfonii...
Ach! kto ją widział, nie zapomni o niéj! —
...Głuchego grajka rozpacz — jak noc — duża!

Mozart.. co wzrusza grobowce kościołów
Czarem zaklętych w swoje requiem myśli,

Wskrzesił je wszystkie. I któż — kto okréśli
Wdzięk, tych, przybranych w kształt żywy.. aniołów!

Słyszałem jeszcze gromowe odgłosy,
Co z szczęku bitew i z umarłych jęku
Bard Niebelungów złożył.. niosąc w ręku
Wieniec laurowy, co mu dały losy.

Noc wichrów średnich, na harfie stugłośnéj,
Wskrzesił mi Walter w tak mocnych akordach,
Żem, zatopiony w jéj gwałtach i mordach,
Prawie skrzyp tortur usłyszał nieznośny.

Ujrzałem jeszcze oblicze Atylli,
Strasznego Hunna, co zawładnął światem —
Widziałem, jak ten był mędrcem — i katem —
Geniuszem wieków — i bydlęciem chwili.

Tak schodząc zwolna po stopniach historyi
Ujrzałem wreszcie wielkie mury Rzymu —
Potém.. z ich zgliszcza wiejący słup dymu,
Na chwałę krzyża i dla krzyża — glorii!

∗             ∗

Ucichał zwolna chór głosów niebieski...
Blask purpurowy na białych nikł licach...
Tylko dzień jeszcze, w rzadkich błyskawicach
Migał... sklepienia oświecając freski.
Hala przybrała się w mgłę lazurową...
Więc ja, — trzeźwiejąc z długiego zachwytu, —
Wzrok nasycony odrywam od szczytu
I — ku drzwiom świętym pośpieszam nanowo.

Jednak — snać jeszczem nie wyczerpał czaru,
Który się pije w zetknięciu z bogami —
Przed wspaniałemi świętéj hali drzwiami,
Z boku, w bliskości dużego filaru,
Spotykam nowy Cień biały...
Anioła
O dziwnie pięknéj choć surowéj twarzy —
Jakiś błysk gniewu w oczach mu się żarzy...
Skrzydłami świeci i... nimbem u czoła.

Przystaję zatém przed nowém widzeniem
I — był-li cień to, czyli anioł żywy

Ja nie wiem.
Tylko... żem głos ten prawdziwy
Usłyszał — klnę się Walhalli imieniem:

— „Jam tu — Duch mówił — by świątynią sławy
„Strzedz od zgorszenia, które z mroku idzie —
„Wy tam, w zwierzęcych żądz waszych ohydzie,
„Rodzicie często płód niebu... nieprawy!

„Niepomni na to, że światło jest z ducha,
„A Boskość tylko samo światło ceni, —
„Wy szlecie tutaj, w grono boskich cieni, —
Bezdusznych... przeto, że tłum wasz ich słucha!

„Jam już istniała, gdy na waszéj ziemi
„Trzymał królestwo jedyny bóg — wojny!
„Najniższy z bogów!... do dziś jeszcze zbrojny
„Chodzi tu, między Duchami lepszymi.

„Lecz — tego boga sprośne panowanie
„Jak w niebie padło, tak i u was padnie.
Duch idzie górą!.. proch zalega na dnie!..
„Że tak być musi — to wiedzą niebianie.

„Więc, w jasne rzesze mędrców i pieśniarzy,
„Nie szlijcie wy mi ciemnych sępów wojny!
„Co tu — w téj Duchów krainie spokojnéj —
„Ma robić Tilli, o zbójeckiéj twarzy!?...

„Czas znikł, gdy człeka cała tam godziwość
„Nie w sile cnoty, lecz w krwi była sile!
„Dla synów prochu jest miejsce — w mogile,
„Nie tu! w Walhalli!...
— Jestem Sprawiedliwość.“

To rzekłszy, anioł zamknął nagle usta.
I tylko jego uroczyste słowa
Odbiła jeszcze hala marmurowa,
Już teraz — całkiem samotna i pusta.

∗             ∗

Wyszedłem.
Dawno, na przednim tarasie,

Czekał już na mnie towarzysz podróży.
Nie mówił wcale, że czas mu się dłuży —
Ach! boć był ślicznym znów świat.. o tym czasie!

Jeszcześmy razem spojrzeli w dal...
W dali
Drzémały łąki te same i lasy...
Szarzało niebo... Pełny dziwnéj krasy
Wszedł księżyc...
Pokój Mieszkańcom Walhalli!

Bogumił Aspis.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bogumił Aspis.