Villette/Rozdział XXX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charlotte Brontë
Tytuł Villette
Rozdział Monsieur Paul
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1939
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Tytuł orygin. Villette
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB • PDF • MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB • PDF • MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXX
MONSIEUR PAUL

Radzę jednak czytelnikowi, aby nie spieszył się z formułowaniem dodatnich wniosków, czy z wyobrażeniem sobie — z nazbyt pochopną sympatią dla właściwej natury ludzkiej — że od tego dnia charakter Monsieur Paula zmienił się z gruntu, że stał się on łatwy we współżyciu z nim, że przestał zagrażać w każdej chwili sianiem zamętu i niepokoju w promieniu swojej osoby.
Nie. Był w dalszym ciągu i pozostał małym człowieczkiem, ulegającym nieprzewidzianym, nieuzasadnionym kaprysom i nastrojom. Ilekroć bywał przepracowany, co zdarzało mu się często, wpadał w stan ostrego podraźnienia; w żyłach jego krążyła żywa belladonna, płynąca z zatrutego źródła zazdrości. Nie mam na myśli dyktowanej przez uczucie, tkliwej zazdrości serca ale owo niepomiernie surowsze, ciaśniejsze uczucie, którego siedliska szukać należy w mózgu raczej.
Ilekroć przyglądałam się Monsieur Paulowi, marszczącemu groźnie brwi, czy wysuwającemu dolną szczękę przy korygowaniu którego z moich wypracowań, nie zawierających tylu błędów, ilu życzyłby ich sobie (lubił stwierdzać moje błędy: szereg użytych mylnych wyrażeń był mu równie miły, jak garść smacznych orzechów), przychodziło mi na myśl, że zachodzi pewne podobieństwo pomiędzy nim a Napoleonem Bonaparte. Żywię to przekonanie do dnia dzisiejszego.
Podobny był do wielkiego Cesarza bezwstydnym nieuznawaniem wielkoduszności. Tak samo jak Napoleon gotów był wykłócać się z dziesiątkami wykształconych kobiet i uprawiać bez zarumienienia się system drobnych swad, waśni i wzajemnych oskarżeń, podsuwanych mu przez liczne, wzajem zwalczające się, kopiące pod sobą dołki koterie, jakimi zwykł otaczać się, nie dbając, że dzieje się to z ujmą dla jego godności osobistej. Bez wahania skazałby na wygnanie pięćdziesiąt pań de Staël, o ile odważyłyby się urazić go czym, współzawodniczyć z nim na jakimkolwiek punkcie, czy bodaj nawet przeciwstawić mu się.
Żywo zapamiętałam jedną z gorętszych jego utarczek z niejaką Madame Panache — niewiastą, zatrudnioną chwilowo przez Madame Beck, na której pensji udzielała lekcyj historii. Była to osoba wykształcona, to znaczy posiadająca wiele wiadomości i, co ważniejsze, sztukę umiejętnego szermowania nimi. Umiała doskonale wysławiać się i miała bezgraniczną wiarę w samą siebie, w swoją nieomylność. Jej powierzchowność nie była również pozbawiona stron dodatnich. Przypuszczam nawet, że wielu uznałoby ją za „piękną kobietę“, mimo to jednak istniały pewne cechy jej dojrzałych, obfitych wdzięków, zarówno jak jej głośnej, rzucającej się w oczy osobowości, z którymi nie mógł pogodzić się wysubtelniony, kapryśny gust Monsieur Paula. Już samo brzmienie jej głosu, rozlegającego się w carré, działało na niego ni to zacięcie ostrogą; jej długie, zamaszyste kroki na korytarzu doprowadzały go do takiej pasji, że chwytał z katedry wszystkie swoje książki i papiery, i znikał momentalnie.
Odważywszy się pewnego dnia z wyraźnie złośliwą intencją wpaść do klasy podczas jej wykładu, błyskawicznie, ze zwykłą swoją bystrością i przenikliwością przejrzał na wskroś jej metodę nauczania, biegunowo różną od umiłowanego własnego jego systemu. Ani myśląc ceremoniować się, ani zachować kardynalnych wymogów najpospolitszej grzeczności, brutalnie wykazał jej rzekome błędy, jakie popełniała, a raczej to, co w jego pojęciu było błędne w jej wykładzie. Nie wiem na co liczył: na jej ukorzenie się, przed jego autorytetem, czy chociażby na uważne wysłuchanie przez nią jego zarzutów, spotkał się wszakże z zaciętym oporem, wyrażonym w postaci ostrego zgromienia go za jego nie dające się istotnie niczym usprawiedliwić wtrącanie się do nie swoich rzeczy.
Zamiast wycofać się z godnością, jak mógłby jeszcze uczynić, rzucił jej bez namysłu rękawicę do boju. Madame Panache, wojownicza niczym Penthesilea, podniosła ją odważnie i z najwyższym zlekceważeniem wścibskiego przeciwnika obrzuciła go stekiem słów obelżywych. Monsieur Emanuel był wymowny, ale Madame Panache przewyższała go stokrotnie obrotnością swojego języka. Pomiędzy nimi obojgiem zawrzała niepohamowana walka na słowa. Zamiast wesoło podrwiwać z urodziwej przeciwniczki, z chorobliwej jej miłości własnej i z nieukrywanej jej pewności siebie, zionął Monsieur Paul najgłębszą nienawiścią dla niej, czyniąc jej zaszczyt poważnego wściekania się na nią, mściwego, nieubłaganego prześladowania jej, i dopóty nie zaznał snu ani odpoczynku, nie miał należytych korzyści z odżywiania się, a nawet nie czuł właściwego smaku w zaciąganiu się cygarem, dopóki nie wygryzł jej ostatecznie z murów szkolnych. Profesor zwyciężył, nie mogę jednak powiedzieć, aby laury zwycięstwa wdzięcznie przyozdobić miały jego skronie. Pozwoliłam sobie kiedyś nawet na odnośną uwagę. Ku wielkiemu mojemu zdumieniu przyznał, że mogę mieć słuszność, zarazem jednak zaznaczył, że ilekroć zdarza mu się zetknąć z kobietą czy mężczyzną o naturze prostaczej, zadowolonej z siebie, słowem typu, jaki uosabia w całej pełni Madame Panache, nie jest w stanie zapanować nad uczuciem wstrętu, jaki go ogarnia, wstrętu niewypowiedzianego, domagającego się ujawnienia go czynem, prowadzącego do wytaczania wojny na śmierć i życie.
W trzy miesiące później, dowiedziawszy się, że pokonana przez niego przeciwniczka znalazła się w złych warunkach z powodu braku zajęcia, zapomniał o swojej nienawiści i, jednako czynny w złym i dobrym, poruszył niebo i ziemię, aby wystarać się dla niej o posadę, aż wreszcie dopiął celu. Kiedy jednak przyszła, aby ostatecznie przekreślić dawne nieporozumienia i podziękować mu za okazane jej ostatnio względy, jej głos — zbyt donośny — jej butny, nieco narzucający się sposób bycia, tak na niego podziałały, że po dziesięciu minutach zerwał się i z ukłonem pożegnalnym zmusił ją — a raczej siebie — do opuszczenia pokoju w przystępie najwyższego rozdraźnienia nerwowego.
Jako dopełnienie śmiałego porównania Monsieur Paula z wielkim cesarzem Francuzów zaznaczyć muszę, że i na punkcie dążenia do zagarnięcia władzy, a, po jej osiągnięciu, utrzymania jej żelazną ręką, był Monsieur Paul podobny do Napoleona. Był człowiekiem, któremu nie zawsze należało ulegać. Czasem niezbędne było okazanie wobec niego oporu, odważne postawienie mu się sztorcem, nieustraszone spojrzenie mu wprost w oczy i wyjawienie szczerze i otwarcie, że jego wymagania przekraczają granice zdrowego rozsądku, że jego absolutyzm równa się już tyranii nieledwie.
Zapowiedzi i pierwsze przebłyski wyjątkowych uzdolnień, na jakie natrafiał w swojej karierze nauczycielskiej i jakie zaczynały rozwijać się pomyślnie pod jego kierunkiem, w dziwny sposób podniecały, a nawet niepokoiły go. Niechętnie na pozór obserwował ich wywalczanie sobie prawa do życia, nie podając obdarzonym nimi pomocnej ręki i zdając się mówić: „Utorujcie sobie drogę, jeśli czujecie się na siłach“ — sam jednak nie czynił nic, aby przyśpieszyć ich wyklucie się w pełni.
A i wówczas nawet, kiedy trudności i niebezpieczeństwa pierwszego, najtrudniejszego stadium walki były szczęśliwie pokonane, kiedy zaczerpnięty został oddech życia i kiedy widział sam, że płuca działać zaczynają sprawnie, a serce bić normalnie, kiedy rozpoznawał w oczach błysk ożywiającej je energii — i wówczas jeszcze nie spieszył z zaofiarowaniem swojego poparcia.
— Musicie dać dowód waszej istotności, zanim wezmę was pod moją opiekę — brzmiał jego nakaz. A jakimi trudnościami obwarowywał danie tego dowodu! Jakie ciernie i kolce, jakie krzemienie ciskał pod stopy, nie nawykłe jeszcze do uciążliwej drogi! Pilnował czujnie i nieubłaganie należytego, nieulękłego wykonania zadań, jakie narzucał. Szedł za śladami stóp, znaczonymi często krwią w miarę zbliżania się do celu — szedł za nimi ponuro, dzierżąc straż najczujniejszą nad przynaglanym przez ból pielgrzymem. A kiedy wreszcie użyczał mu chwili odpoczynku, zanim jeszcze sen zmrużyć zdołał zmęczone powieki, rozwierał je szeroko nieubłaganym nie znającym litości palcem, zapuszczając wzrok po przez źrenice i tęczówki aż do dna mózgu, do dna serca, aby zbadać czy nie znajdzie tam przyczajonych w najtajniejszych kryjówkach śladów próżności, dumy czy fałszu.
A kiedy pozwalał ciężko wypróbowywanemu nowicjuszowi zasnąć wreszcie użyczał mu dobrodziejstwa snu na chwilę tylko, po czym budził go nagle, aby poddać go nowym sprawdzianom: wysyłał go w trudnych przykrych misjach, mimo że biedak upadał ze znużenia; poddawał próbom jego temperament, sprawność jego zmysłów wytrzymałość jego zdrowia, i dopiero po przeprowadzeniu go przez najściślejszy probierz najsurowszych doświadczeń, kiedy użyte już były i zastosowane najbardziej żrące płyny, które nie przyćmiły jednak przyrodzonego blasku jego talentu, wówczas dopiero uznawał talent ten za samorodny i, nie przerywając wciąż jeszcze chmurnego milczenia, decydował się przyłożyć ważką pieczęć swojej aprobaty.
Mówię o tych jego ujemnych rysach, opierając się na zaznanym doświadczeniu osobistym.
Aż do momentu, w którym kończy się ostatni rozdział tych wspomnień, nie był Monsieur Paul moim profesorem — nie udzielał mi lekcyj. W owym czasie jednak, będąc przypadkowo świadkiem wykazania przeze mnie nie tylko nieznajomości pewnego działu wykształcenia (zdaje mi się, że była to arytmetyka) ale tak wielkiej na tym polu ignorancji, że — jak trafnie zauważył — powstydziłby się jej uczeń utrzymywanej kosztem dobroczynności szkółki elementarnej, wziął mnie pod swoją opiekę. Wyegzaminowawszy mnie przede wszystkim, stwierdził — zbyteczne chyba zaznaczać — kolosalne moje braki, wskazał mi odpowiednie podręczniki i wyznaczył szereg zadań do przerobienia.
Czynił to zrazu z przyjemnością, a nawet z nieukrywanym zadowoleniem, przyznając łaskawie, że, uważa mnie za „bonne et pas trop faible“ — dobrą i nie zbyt słabą — to znaczy dość chętną i nie zupełnie pozbawioną zdolności, jednakże — wskutek, jak przypuszczał, niesprzyjających warunków jak dotychczas, w stanie fatalnie upośledzonego rozwoju.
Początkowe stadium wszelkiego wysiłku zaznaczało się u mnie zawsze stanem niezwykłego otępienia. Nie umiałam nigdy, nawet zawiązując zwykłą znajomość, dawać dowodów przeciętnej bystrości umysłu. Trudne, gnębiące przejście poprzedzało odwrócenie każdej nowej karty mojego życia.
Dopóki też trwał ten stan przejściowy, był Monsieur Paul prawdziwie dobry i wyrozumiały dla mnie; widział jak bardzo cierpię i litował się nade mną, rozumiejąc jak bardzo muszę czuć się upokorzona własną nieudolnością. Nie mam też słów na opisanie jego życzliwej gotowości udzielania mi pomocy. Oczy jego zachodziły mgłą wzruszenia, ilekroć łzy wstydu z powodu daremności wysiłku zbierały się pod moimi powiekami. Mimo że i bez tego przeciążony był pracą, urywał połowę godzin wolnych, aby móc poświęcać je na udzielanie mi wskazówek.
Ale, o dziwo! — z chwilą, kiedy to z trudem przedzierające się przez chmury świtanie zaczynało wreszcie ustępować pełni światła dziennego, kiedy moje władze umysłowe zaczynały wyzwalać się ze spowijającego je mroku i kiedy wybiła i dla mnie wreszcie godzina energii i spełnienia się zapowiedzi; kiedy dobrowolnie podwajałam, potrajałam, czterokrotnie nawet mnożyłam zadania, jakie polecał mi odrobić, (sądziłam, że sprawię mu tym przyjemność) przeistoczyła się jego pierwotna dobroć w niesłychaną surowość, światło w jego oczach — z promienności w słabą iskierkę zaledwie; niecierpliwił się, zrzędził, władczo nakładał hamulec na mój zapał. Im solidniej pracowałam, na im większy wysiłek zdobywałam się, tym mniej zdawał się zadowolony ze mnie. Sarkastyczne uwagi, których surowość płoszyła mnie i zdumiewała, sypały się nieustannie na moją głowę, za nimi następowały pełne rozgoryczenia napaści na „dumę intelektu“. Wysłuchiwać musiałam dziwnie mętnych gróźb Bóg wie jakiego oczekującego mnie losu, o ile poważę się przekroczyć granice, jakie przystoją mojej płci i ośmielę się żywić niedozwolone dążenia do niekobiecej wiedzy. Niestety! Nie miałam bynajmniej podobnych dążeń. Nie żałowałam wysiłków, aby osiągnąć to co lubiłam, szlachetny wszelako głód wiedzy abstrakcyjnej — boskie pragnienie dokonywania odkryć samorzutnych — podniosłe uczucia te znane mi było z nader przelotnych przebłysków zaledwie.
A jednak, właśnie te nieubłagane szyderstwa Monsieur Paula sprawiły, że zapragnęłam rozwinąć moje zdolności w pełni; jego niesprawiedliwość pobudzała mnie do rojenia ambitnych dążeń, była dla mnie najskuteczniejszym bodźcem, przypinała skrzydła moim pragnieniom.
Zrazu, zanim jeszcze zdołałam wniknąć w kierujące nim pobudki, cierpiałam srodze z powodu tych niepojętych dla mnie szyderstw jego, stopniowo wszakże jęły one rozgrzewać krew w moich żyłach i podniecać ją do szybszego krążenia. Bez względu na to jakimi władzami umysłowymi — kobiecymi czy niekobiecymi — podobało się Bogu obdarzyć mnie, postanowiłam nie wstydzić się żadnych z nich.
Walka, jaka rozgorzała pomiędzy mną a Monsieur Paulem, była bardzo zacięta przez czas jakiś. Wydawało się, że zupełnie utraciłam życzliwość jego: traktował mnie dziwnie. W momentach największej swojej niesprawiedliwości dowodził, jakobym oszukała go, udając „faible“ — jak to nazywał — tępą; to znów utrzymywał, jakobym wprowadzała go w błąd, symulując fałszywe zdolności. Jeszcze kiedy indziej ostro napadał na mnie i oskarżał o najdalej idące naśladownictwo, a nawet o niemożliwe plagiaty; twierdził, jakobym posuwała się do wyciągania rdzenia z książek, o których w rzeczywistości nie słyszałam nawet i których odczytywanie pogrążyłoby mnie nieuchronnie w sen jak najgłębszy.
Pewnego razu, kiedy rzucił mi w twarz podobne oskarżenie, nie wytrzymałam i ostro przeciwstawiłam mu się. Zebrawszy naręcz książek z mojego biurka, zapełniłam nimi mój fartuch, aby cały ten balast cisnąć Monsieur pod nogi.
— Niech pan je zabierze, Monsieur — rzekłam — i niech pan przestanie uczyć mnie. Nie prosiłam pana nigdy o zrobienie ze mnie uczonej a pan czyni co może, aby kazać mi odczuć do głębi, że zdobywanie wiedzy nie jest szczęściem.
Powróciwszy do mojego biurka, oparłam głowę na ramieniu, zamilkłam i w ciągu dwóch dni po tej rozmowie nie odzywałam się do profesora ani słowem. Widziałam, że boli go to, a i ja byłam szczerze zmartwiona. Jego przyjazny stosunek do mnie był mi bardzo miły i drogi — przyjemność nowa dla mnie i nie dająca porównać się z niczym. Teraz, kiedy pozbawił mnie jej, nie dbałam już o jego lekcje.
Książki nie zostały jednak zabrane, odłożył je starannie na poprzednie ich miejsce i przyszedł jak zwykle na lekcję ze mną. Nastąpiło pogodzenie się — może uległam zbyt pośpiesznie; powinna byłam wytrzymać dłużej sytuację, kiedy jednak spojrzał na mnie takimi dobrymi, poczciwymi oczami, i wyciągnął do mnie rękę gestem przyjacielskim, nie była w stanie pamięć moja zachować z należną siłą chwil przecierpianej z jego powodu udręki. A zresztą, pogodzenie się bywa zawsze tak bardzo miłe!
Pewnego rana przyszło zaproszenie od mojej chrzestnej matki, abym wraz z nią wysłuchała ciekawego odczytu, jaki miał być wygłoszony w opisanej już poprzednio auli publicznej. Doktór John przyniósł to zaproszenie osobiście i przekazał je ustnie Rozynie, która nie zawahała się pójść za Monsieur Emanuelem, przechodzącym w owej chwili do najwyższego oddziału, w jego obecności stanęła „carrément“ — śmiało — przed moim biurkiem i, wsunąwszy obie ręce w kieszonki zgrabnego fartuszka, powtórzyła głośno polecenie doktora Johna, dodając poufnie:
Qu‘il est vraiment beau, mademoiselle, ce jeune docteur! Quels yeux, quel regard! Tenez! J‘en ai le coeur tout ému![1]
Po jej odejściu zapytał mnie profesor dlaczego pozwalam, aby „cette filie effrontée, cette créature sans pudeur[2] zwracała się do mnie w takich słowach.
Nie mogłam odpowiedzieć mu na to w sposób uspokajający. Słowa, użyte przez Rozynę, były tego rodzaju, jakimi zwykła stale posługiwać się młoda osoba jej typu, pod której czaszką nie było zbyt wiele miejsca na narządy szacunku i powściągliwości. A zresztą, to co powiedziała o młodym doktorze, odpowiadało w zupełności istocie rzeczy. Graham był przystojny, miał piękne oczy i przenikające na wskroś spojrzenie. Z ust moich zerwała się stwierdzająca to uwaga.
Elle ne dit que la vérité[3] — rzekłam.
Ah! vous trouvez?[4]
Mais, sans doute![5]
Lekcja, jaka przypadła tego dnia, odbyła się w ten sposób, że byłyśmy szczerze rade, kiedy skończyła się wreszcie. Po jej przeminięciu wybiegły uczennice pędem, zadowolone, ale wciąż jeszcze drżące. I ja także zamierzałam wyjść. Zatrzymał mnie wszelako rozkaz pozostania. Bąknęłam, że chciałabym zaczerpnąć świeżego powietrza — piec był rozpalony, klasa niemożliwie przegrzana. Nieubłaganie surowy głos kazał mi zamilknąć. Salamandra ta, dla której nie było nigdy zbyt gorąco w pokoju, usiadła pomiędzy moim biurkiem, a piecem, — dziwię się, że nie upiekła się żywcem — i zaczęła od uraczenia mnie grecką jakąś cytatą!
W duszy Monsieur Emanuela czaiło się stałe podejrzenie, że znam zarówno grekę, jak łacinę. Podobnie jak o małpach utrzymuje się, jakoby posiadały zdolność mówienia, nie korzystały z niej jednak, ukrywając ją przez obawę, że mogłaby być wyzyskana na ich niekorzyść, tak samo i mnie przypisywany był zasób wiedzy, występnie i umiejętnie przeze mnie tajony. Posądzano mnie o zaznanie przywilejów „klasycznego wykształcenia“, o raczenie się miodem z góry Hymettus, o przechowywanie nagromadzonej w mojej pamięci szczerozłotej tej skarbnicy i kontynuowanie obecnie w milczeniu moich usiłowań potajemnego ćwiczenia mojego umysłu.
Setki wybiegów stosował Monsieur Paul, aby podpatrzeć mój sekret, aby groźbą, czy zaskoczeniem niespodzianym wymusić ze mnie przyznanie się. Kładł czasem przede mną greckie i łacińskie książki; a potem czujnie obserwował mnie, podobnie jak dozorcy więzienni kusili Joannę d‘Arc rozłożonym przed nią ubiorem wojownika i czekali co z tego wyniknie. Innym razem znów cytował nie wiem jakich autorów i nie mam pojęcia jakie poetyckie ustępy i podczas wypowiadania dźwięcznych, mile wpadających w ucho wierszy (dźwięki klasyczne harmonijnie wychodziły z jego ust; miał piękny głos, osobliwie nadający się do rozpiętości, modulowania i niezrównanej siły wyrazu) nie spuszczał ze mnie wnikliwego, przewiercającego na wskroś i często złośliwego wzroku. Wyraźne było, że liczył na rewelacyjne wyniki mojego sposobu reagowania na te zasadzki, oczekiwania jego nigdy wszakże nie urzeczywistniały się — nie rozumiejąc deklamacji, nie mogłam być oczywiście ani oczarowana nią, ani znudzona.
Stropiony — zły nieledwie — nie wyzbywał się jednak swojej myśli prześladowczej; moja wrażliwość uznana została za kamienną nieczułość, twarz moja za maskę. Nie był w stanie uwierzyć w istotną prawdę i brać mnie za tę, jaką byłam w istocie: mężczyźni, a i kobiety także, muszą mieć jakieś ułudy, o ile zaś nie mają gotowych pod ręką, uroją sobie coś wyimaginowanego na własny użytek.
Bywały chwile, kiedy życzyłam sobie, aby podejrzenia jego były naprawdę uzasadnione, kiedy dałabym odrąbać sobie prawą rękę za posiadanie w rzeczywistości skarbów wiedzy, jakie mi przypisywał. Zasługiwał na należytą karę za podstępne zastawianie na mnie sideł. Mogłabym triumfować, wykazując mu, że urzeczywistnione są w sposób zdumiewający jego najgorsze obawy. Byłabym szczęśliwa, gdybym mogła narzucić się jego wizji, stanąć wobec jego przeklętych „lunettes“ i olśnić go moimi wiadomościami. O, dlaczego nie dbał nikt o rozjaśnianie mojego umysłu i wzbogacanie mnie w wiedzę, kiedy byłam odpowiednio młodym dzieckiem, aby z łatwością ją nabywać?! Dlaczego nie postarano się wspaniała taką, nadludzką rewelacją umożliwić mi odniesienia w jednym, nagłym momencie wielkiego, okrutnego, miażdżącego triumfu, który na wieki pognębiłby szyderczego ducha Paula Karola Dawida Emanuela?!
Niestety! zdobycie się na wyczyn podobny nie było w mojej mocy. Cytaty jego tak samo nie odniosły skutku dzisiaj, jak nie odnosiły go nigdy. Rychło też ustąpił z placu.
„Kobiety intelektualistki“ — było następnym z kolei jego tematem, szczególnie mu bliskim. „Kobieta intelektualistka“, jak się okazało, była w jego pojęciu rodzajem „lusus naturae“ — wybryku natury — nieszczęśliwym wydarzeniem — stworzeniem, dla którego nie ma ani miejsca, ani zastosowania na świecie, istotą niepotrzebną nikomu ani na żonę ani na pracownika. W pierwszym wypadku miało wyższość nad nią piękno fizyczne. Wierzył w głębi duszy, że miła, nieuczona, bierna przeciętność kobieca jest jedyną poduszką, na której praca myślowa i rozum mężczyzny mogą znaleźć ukojenie i odpoczynek dla obolałych skroni. Co się zaś tyczy walorów pracownika, jedynie męski umysł może pracować z prawdziwie praktycznym wynikiem, hein?
To „hein? (i cóż) w tonie pytającym miało na celu pobudzenie mnie do zaprzeczenia czy przeciwstawienia się. Odpowiedziałam jednak tylko:
Cela ne me regarde pas: je ne m‘en soucie pas[6] a potem dodałam: — Czy mogę iść Monsieur? Dzwoniono już na „second déjeuner“ — na drugie śniadanie.
— I cóż z tego? Nie jest pani głodna??
Byłam głodna, odparłam też: — Nie jadłam nic od rannego śniadania i nie dostanę nic do obiadu, o ile spóźnię się teraz na lunch.
— I ja także jestem w tym samym położeniu, myślę jednak, że mogłaby pani podzielić mój los.
Rzekłszy to, przełamał na dwie połowy swojąbrioche“, która miała być jego śniadaniem i oddał mi jedną połowę. Słowa jego były naprawdę gorsze od jego czynów — prawdziwie groźny atak miał jednak nastąpić dopiero. Jedząc ofiarowane mi ciastko, nie mogłam powstrzymać się od dania wyrazu tajonej chęci dowiedzenia się wszystkiego o co mnie oskarża.
— Czy naprawdę czuje się pani ignorantką? — zapytał nieco łagodniejszym tonem.
Gdybym potulnie odpowiedziała twierdząco, przypuszczam — pewna nawet jestem — że wyciągnąłby do mnie rękę i od razu zawarlibyśmy pakt przyjaźni. Zamiast tego jednak odpowiedziałam:
— Nie zupełnie. Jestem ignorantką na punkcie posiadania wiadomości, jakie mi pan przypisuje, czasem jednak, nie zawsze, czuję, że posiadam trochę wiedzy własnej.
— Nie rozumiem pani. Co ma pani na myśli? — zagadnął mnie ostro.
Niezdolna odpowiedzieć jednym tchem na to pytanie, ominęłam je, zmieniwszy temat. Monsieur Paul dokończył tymczasem jedzenia połowy swojej brioszki: rozumiejąc, że nie może on nasycić takim drobiazgiem swojego apetytu, tak samo jak ja nie nasyciłam nim mojego, czując nadto zalatujący z refektarza ponętny zapach smażonych jabłek, pozwoliłam sobie zapytać czy i on także czuje miły ten aromat. Przyznał, że czuje. Podsunęłam mu myśl, że gdyby wypuścił mnie drzwiami od ogrodu, i pozwolił mi pobiec przez dziedziniec, przyniosłabym mu pełen talerz pożądanego przysmaku. Dodałam, że wiem jaki jest pyszny, bowiem Goton ma doskonały sposób pieczenia jabłek, a raczej duszenia ich w cukrze, zaprawionym szklaneczką, czy dwiema szklaneczkami vin blanc — białego wina. — Czy mam pobiec?
Petite gourmande — mały łakomczuchu — uśmiechnął się. — Nie zapomniałem jaką uciechę sprawiały pani pâtés a la crême, którymi uraczyłem panią kiedyś; dobrze też pani wiadomo, że przyniesienie dla mnie teraz smażonych jabłek będzie zarazem przyniesieniem ich dla pani. Niech pani idzie więc i powróci prędko.
Uwolnił mnie wreszcie pod warunkiem rychłego powrotu. Zamierzałam rzeczywiście pobiec i, powróciwszy jak najśpieszniej, postawić talerz z jabłkami przy drzwiach i zniknąć potem, nie zatrzymawszy się i odłożywszy na później jego rozprawienie się ze mną za to podejście.
Wiedziony jednak niezrównanym instynktem, przeczuł znać mój zamiar: wyszedł mi na przeciw na próg, wciągnął mnie do pokoju i przemocą zatrzymał na poprzednim moim miejscu. Wziąwszy z moich rąk talerz z jabłkami, podzielił pomiędzy nas oboje porcję, przyniesioną w rzeczywistości dla niego wyłącznie i nakazał mi, abym zjadła moją. Usłuchałam niechętnie. Podraźniony znać moim ociąganiem się, skierował przeciwko mnie zamaskowany, niebezpieczny atak. Wszystko, co dotychczas powiedział, mogłam uważać za czcze wybuchy wściekłości, nie mające właściwie znaczenia: obecna napaść była jednak innego rodzaju.
Polegała ona na nierozsądnej propozycji, jaką narzucał mi parokrotnie już poprzednio, mianowicie, abym przy najbliższym egzaminie publicznym zajęła, jako cudzoziemka, miejsce pośród uczennic najwyższej klasy i wraz z nimi zaimprowizowała francuskie wypracowanie na dowolny temat podyktowany przez kogokolwiek z obecnych. Oczywiście nie będzie mi wolno posiłkować się przy tym ani słownikiem, ani podręcznikiem gramatyki.
Wiedziałam, jaki musiałby być wynik podobnej próby. Ja, której natura poskąpiła zdolności improwizacyjnych, ja, która przy występach publicznych byłam okrągłym zerem; ja, której porą pracy umysłowej nie było południe, ale której potrzebna była świeżość i cisza poranka lub samotny spokój wieczora, aby uzyskać od własnego popędu twórczego skromny bodaj dowód jego istnienia, jego siły; ja, u której popęd ten podlegał największym kaprysom, najtrudniejszy był do ujarzmienia, był doprowadzającym do największego szału panem — bóstwem, które czasem, w pewnych warunkach pozornie najbardziej sprzyjających, nie zgadzało się ani odpowiadać na wezwanie, ani słuchać wezwania, ani znajdować się, kiedy go szukałam, i stało zimne, nieczułe, jak granit, jak ciemny Baal z pociętymi wargami, z pustymi oczodołami i z piersiami ni to kamienna płyta mogilna... I nagle, w pewnym momencie, pod wrażeniem jakiegoś odgłosu: przeciągłego, drżącego jęku wiatru, otarcia się o niewidzialny prąd magnetyczny — nieobliczalny ten demon budził się samorzutnie, zeskakiwał ze swojego piedestału niby zaniepokojony Dagon, wzywający czcicieli swoich do składania krwawych ofiar — niezależnie od pory dnia i od okoliczności — budzący kapłanów, zdradziecko zapowiadający proroctwa, może nawet wypełniający świątynię swoją dziwnymi głosami przepowiedni, stale wszelako gotowy przypisywać połowę znaczenia nieprzyjaznym wiatrom i nie użyczający zrozpaczonemu słuchaczowi nędznej pozostałej reszty, — ustępujący mu jej niechętnie, jak gdyby słowo każde było kroplą nieśmiertelnej posoki, sączonej z własnych ciemnych żył...
I tego oto tyrana miałam ujarzmić, skrępować więzami niewoli i zmusić do improwizowania na zadany temat, zajmując miejsce na estradzie szkolnej, pomiędzy panną Matyldą a panną Koralią, pod czujnym okiem Madame Beck, dla przyjemności i pod dyktando którego z Labasscouryjskich bourgeois?!...
Niejednokrotnie staczałam w tej sprawie walki z Monsieur Paulem — walki gwałtowne, zaznaczane skłóconymi odgłosami żądań i odmowy, wymagań i odtrącań.
Tego dnia wskutek odmownej mojej odpowiedzi, spadła na moją głowę napaść osobliwie gwałtowna.
— Upór całej mojej płci jest, jak się zdaje, skoncentrowany we mnie; mam „un orgeuil de diable“ (diabelską dumę). Obawiam się niepowodzenia?! Jakie może mieć znaczenie, czy powiedzie mi się, czy nie? Kim jestem, że nie wolno mi narazić się na niepowodzenie, na równi z wszystkimi innymi? Przydałoby mi się, gdyby naprawdę nie poszło mi dobrze. Pragnie właśnie widzieć mnie upokorzoną (nie wątpiłam, że tak jest). Przerwał w końcu na chwilę, aby zaczerpnąć oddechu.
— Może wpłyną na mnie uczuciowe pobudki? Ustąpię?
— Nigdy nie ustąpię na tym punkcie. Prawo nawet nie mogłoby mnie zmusić do tego. Raczej gotowa byłabym zapłacić karę, narazić się na wtrącenie mnie do więzienia, aniżeli zgodzić się pisać na popis, czy na rozkaz, zasiadając na estradzie.
— Może wpłyną na mnie uczuciowe pobudki? Ustąpiłabym może w imię przyjaźni?
— Ani na jotę, ani na włos. Żadna przyjaźń pod słońcem nie może rościć sobie prawa wymagania ode mnie podobnych ustępstw. Żadna prawdziwa przyjaźń nie dręczyłaby mnie w taki sposób.
Szyderczo wyraził wówczas przypuszczenie (Monsieur Paul umiał klasycznie zaznaczać szyderstwo wysunięciem naprzód dolnej wargi, rozdęciem nozdrzy i zmrużeniem powiek) że istnieje jedno tylko wezwanie, którego usłuchałabym, nie jego jednak jest rzeczą użyć tego sposobu.
— Pod wpływem namowy z pewnej strony, je vous vois d‘ici — widzę panią — rzekł — skwapliwie zgadzającą się na poniesienie tej ofiary, naprężającą wszystkie swoje siły, aby spełnić godnie zadanie.
— Zrobienia ze siebie głuptasa, służenia jako przestroga i przykład wobec stu pięćdziesięciu ojców i matek z Villette? — dokończyłam.
Straciwszy wreszcie cierpliwość, zawołałam ponownie, że muszę być uwolniona, że muszę wydostać się na świeże powietrze — krzyczałam jak w gorączce.
Chut! — uciszył mnie nieubłagany mój prześladowca — to tylko pretekst do ucieczki. Jemu nie jest wcale gorąco, mimo że opiera się plecami o piec; jakże więc mogę narzekać na żar, korzystając z osłony, jaką jest dla mnie jego osoba?
— Nie mogę zrozumieć pańskiego organizmu, Monsieur — rzekłam. — Nie znam się na ustroju salamandry. Co się mnie tyczy, jestem zimnokrwistą wyspiarką i siedzenie w rozprażonym piecu nie odpowiada mi ani trochę. Może pozwoli mi pan przynajmniej pójść do studni, i wypić szklankę zimnej wody. Pić mi się chce po tych słodkich i tłustych jabłkach.
— O ile na tym pani tylko zależy, mogę zastąpić panią i przynieść szklankę wody.
Zrobił to. Poszedł po wodę. Oczywiście wobec drzwi zamkniętych tylko na zasuwkę nie zaniedbałam okazji. Zanim zdążył powrócić, umknęła jego doprowadzona nieomal do ostateczności ofiara.



Przypisy

  1. Jaki on jest prawdziwie piękny ten młody doktór, proszę pani! Jakie oczy, jakie spojrzenie! Doprawdy, jestem wzruszona tym do głębi!
  2. Ta zuchwała dziewczyna, to stworzenie bezwstydne.
  3. Mówi ona prawdę tylko.
  4. O, znajduje pani?
  5. Ależ oczywiście!
  6. Nie dotyczy mnie to: nie dbam o to.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charlotte Brontë i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.