Villette/Rozdział XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charlotte Brontë
Tytuł Villette
Rozdział Koncert
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1939
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Tytuł orygin. Villette
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XX
KONCERT

Pewnego dnia pani Bretton, wszedłszy pośpiesznie do mojego pokoju, zażądała, abym otworzyła szafę, powyciągała szuflady i pokazała jej moje toalety, co też uczyniłam bez słowa zapytania o cel i powód dość dziwnego żądania.
— Nic z tego wszystkiego nie nada się — rzekła, obejrzawszy całą moją garderobę. — Musisz mieć nową suknię.
Wyszła i wnet powróciła w towarzystwie krawcowej. Kazała wziąć moją miarę.
— Chcę — oznajmiła — ubrać cię wedle mojego własnego gustu i ująć tę mało ważną zresztą sprawę we własne ręce.
W dwa dni później przyniesiono mi — różową suknię!
— To nieodpowiednie dla mnie — pośpieszyłam zapewnić, czując, że raczej gotowa byłabym przebrać się w kostium chińskiej damy dworu.
— Przekonamy się czy to odpowiednie dla ciebie czy nie — odparła moja chrzestna matka. — Zapamiętaj sobie — dodała tonem stanowczym, wobec którego nie istniała możność sprzeciwu ani oporu — że włożysz na siebie dzisiaj wieczorem tę suknię.
Postanowiłam w duchu, że nie włożę jej, że żadna siła ludzka nie zmusi mnie do ustrojenia się w podlotkowskie te różowości. Różowa suknia! Nie dla mnie! Ani też ja dla niej! Nie przymierzyłam jej nawet.
Po wręczeniu mi sukni oświadczyła moja chrzestna matka, że mam tego wieczora pojechać z nią i z Grahamem na koncert, na wspaniały koncert — wyjaśniła — jaki ma odbyć się w głównej sali koncertowej miejscowego Towarzystwa Muzycznego. Wystąpią najbardziej wyróżniające się uczennice Konserwatorium. Po koncercie urządzona ma być loteria „au bénéfice des pauvres“ — na korzyść biednych — i, co najważniejsze, król, królowa i książę następca tronu — Prince de Labassecour — przyobiecali uświetnić koncert swoją obecnością. Graham, przysyłając bilety, zaznaczył, że ze względu na obecność domu panującego należy wystąpić w galowych strojach. Zwrócił także uwagę, że musimy być gotowe punktualnie o siódmej.
Około szóstej zaprowadzono mnie na górę. Bezwolna, nie pytana wcale o zdanie, nie zdolna oponować, musiałam podporządkować się cudzym nakazom, cudzemu, objętemu nade mną despotycznie kierownictwu. Różowa suknia została włożona na mnie, przyćmiona tylko nieco udrapowaniem na niej czarnej koronki. Oświadczono mi, że jestem „en grande tenue“ — w galowym stroju — i kazano mi obejrzeć się w lustrze. Uczyniłam to nie bez lękliwego drżenia, wnet jednak z jeszcze bardziej lękliwym drżeniem odwróciłam się od zwierciadła. Wybiła siódma. Przybył doktór Bretton. Moja chrzestna matka i ja zeszłyśmy na dół. Pani Bretton ustrojona była w ciemno-brązową aksamitną suknię. Idąc za nią, w jej cieniu, zazdrościłam jej tych ciemnych, dostojnie opływających ją majestatycznych fałd. Graham czekał na nas na progu salonu.
— O, Boże, byle tylko nie pomyślał, że ustroiłam się tak, aby ściągnąć na siebie uwagę — modliłam się w duchu.
— Proszę, Lucy, kilka kwiatków dla pani — rzekł, wręczając mi wiązankę. Nie wyraził ani jednym słowem zdania swojego o mojej sukni, zaznaczywszy aprobatę życzliwym uśmiechem jedynie i kiwnięciem głową z zadowoleniem. Uspokoiło mnie to od razu. Pierzchły moje obawy wydania się śmieszną w tym nieodpowiednim dla mnie stroju. Suknia była zresztą odrobiona z wielką prostotą, bez wszelkich zbędnych falbanek i ozdób. Przerażała mnie jedynie jasna jej barwa i przejrzystość tkaniny, z jakiej była zrobiona. Skoro jednak Graham nie dostrzegł w moim stroju nic niedorzecznego, ani rażącego, pogodziłam się wnet z różową suknią i ja sama również.
Przypuszczam, że ludzie, przywykli do bywania co wieczór w miejscach zabaw publicznych, nie są zdolni do odczuwania owego niezwykle podniosłego nastroju odświętnego, w jakim wchodzą do sali koncertowej, czy na widownię teatralną ci, dla których wielką rzadkością jest korzystanie z tego rodzaju rozrywek. Nie umiałabym powiedzieć, czy spodziewałam się wielkiej przyjemności z tego koncertu, jako że nie miałam nazbyt jasnego pojęcia o jego charakterze, sama już jednak jazda do gmachu Towarzystwa Muzycznego była dla mnie prawdziwą rozkoszą. Przytulność zamkniętej karety w chłodną, ale przepiękną noc, wesołe towarzystwo osób tak bliskich mi i tak życzliwych; widok gwiazd, połyskujących poprzez konary i gałęzie drzew podczas toczenia się kół naszego pojazdu wzdłuż szerokiej alei, a potem szersze i swobodniejsze odsłonięcie się rozgwieżdżonego nieba, kiedy wjechaliśmy na otwarty gościniec; przedostanie się nasze przez jasno oświetlone wrota miejskie, których straż poddała nas pobieżnej, wielce dla mnie zabawnej inspekcji — wszystkie te drobiazgi miały dla mnie, nienawykłej do czegoś podobnego, osobliwy urok nowości. Ile z tego przypisać należało otaczającej mnie atmosferze przyjaźni, nie miałam pojęcia: doktór John i jego matka byli oboje w jaknajlepszym nastroju, drocząc się z sobą z zabawnym ożywieniem przez cały czas jazdy, tak szczerze serdeczni oboje dla mnie, jak gdybym była osobą im najbliższą.
Droga nasza prowadziła przez kilka najwspanialszych ulic Villette, jarząco oświetlonych i, mimo tak późnej pory, bardziej tętniących ruchem pieszym i kołowym, aniżeli w samo południe. Jak świetne wydały mi się wystawy sklepowe! Jak radośnie i rozlewnie przepływała fala życia po gładkich chodnikach i szerokiej jezdni. Przyglądając się temu wszystkiemu, przypomniałam sobie Rue Fossette — otoczony wysokim murem ogród, dom pensjonatowy i mieszkalny, i ciemne, — wielkie „classes“ — sale szkolne — po których zwykłam wędrować o takiej samej właśnie godzinie, samotna, wpatrzona w gwiazdy przez wysokie, niczym nieosłonięte okna, wsłuchana bezwiednie w dochodzące z refektarza odgłosy monotonnie odklepywanej „lecture pieuse“. Wkrótce będę znów wpatrywała się tak i wsłuchiwała. Ten cień przyszłości od razu przytłumił i omroczył dla mnie promienną radosność chwili obecnej.
Wsiąkliśmy wreszcie w szeroki strumień pojazdów, zdążających w jednym i tym samym kierunku, rychło też olśnił oczy nasze wspaniale oświetlony front wielkiego gmachu. O tym, co miałam zobaczyć wewnątrz, słabe zaledwie, jak to już zaznaczyłam, miałam pojęcie. Nigdy w życiu do owego dnia nie przestąpiłam wszak progu miejsca, przeznaczonego na zabawy publiczne.
Wysiedliśmy pod portykiem, gdzie panował już ogromny ruch i zgromadzony był liczny tłum, nie pamiętam jednak dokładnie bliższych szczegółów, poprzedzających moje wstępowanie po stopniach majestatycznej klatki schodowej, uderzającej imponującymi swoimi rozmiarami i wygodnymi, łatwymi do wchodzenia po nich stopniami. Wyścielał je puszysty dywan szkarłatny, doprowadzający do wielkich, uroczyście zawartych podwoi, udekorowanych również szkarłatnymi draperiami.
Nie zdołałam zauważyć nawet mocą jakich czarów i zaklęć zniewolone zostały podwoje te do rozsunięcia się, rozsunęły się wszakże, ukazując moim olśnionym oczom ogromną, szeroką i wysoką salę, której ściany, biegnące zaokrąglonymi, dzięki ścięciu kantów, liniami, a także kopulasty strop sufitu, wydawały mi się zrobione z matowego złota (na taki w istocie odcień były wymalowane z wielkim kunsztem). Ten matowo złoty odcień uwydatniał się bardziej jeszcze dzięki gzemsom, ozdobom i wyżłobieniom górnego szlaku, dzięki, olśniewającym śnieżną jak alabaster bielą, liliom i błyszczącemu złotu liści, z jakich uwite były girlandy. Draperie, natomiast, dywan i poduszki, wyściełające fotele, były wszystkie jednostajnego, niczym niezmąconego koloru ciemno-szkarłatnego. Ze stropu zwisał olbrzymich rozmiarów, jarzący mnóstwem rzeczywistych i odbitych świateł, pająk z górskiego kryształu, jak mi się wydawało, skrzący się gwiazdami w każdej grani, w każdej kulce, niby w perełce rosy, barwiący się kolorami ni to rozszczepionej w nim tęczy, czy rozpuszczonymi w nim klejnotami. W rzeczywistości był to zwykły kandelabr tylko, moim wszelako nienawykłym do takich wspaniałości oczom wydał on się dziełem czarodziejów Wschodu. Skłonna byłam nieledwie do szukania wielkiej, ciemnej, chmurnej dłoni — Niewolnika Lampy — krążącej pośród świetlanej, wonnej atmosfery kopuły, aby strzec cudownego, zaklętego w niej skarbu. Poszliśmy dalej — nie zdawałam sobie wcale sprawy dokąd — kiedy nagle na jednym z zakrętów, ujrzałam grupę, zbliżającą się ku nam z przeciwległej strony. Widzę teraz jeszcze tę grupę, jaką ukazała mi się w pierwszym momencie. Przystojna dama w średnim wieku, strojna w ciemny aksamit, młody człowiek, który mógł być jej synem — najpiękniejsza, wydało mi się twarz i najkształtniejsza postać, jaką oglądałam kiedykolwiek — i trzecia jeszcze osoba w różowej sukni i zarzuconym na nią czarnym koronkowym okryciu.
Zauważyłam wszystkie te postaci — trzecią równie wyraźnie jak pierwszą i drugą — i, wziąwszy przez ułamek sekundy wszystko troje za osoby obce, mogłam bezstronnie ocenić na pierwszy rzut oka ich wygląd. Nie zdołało jednak ustalić się to pierwsze ułudne wrażenie, a już rozwiała je świadomość, że znalazłam się przed wielkim zwierciadłem, wypełniającym przestrzeń pomiędzy dwiema kolumnami i że grupą, którą miałam przed sobą, było odbicie w zwierciadle tym nas trojga: pani Bretton, jej syna i moje własne. Po raz pierwszy wówczas i jedyny w moim życiu miałam okazję widzenia się taką, jaką widzą mnie inni. Nie mam potrzeby roztrząsać bliżej wyniku tej „okazji“. Spowodowała ona zgrzyt dysharmonii, który przeszył mnie uczuciem żalu; nie był nazbyt schlebiający, ostatecznie jednak należało być wdzięczną poniekąd — mogło być gorzej.
Zajęliśmy wreszcie miejsca, z których dobrze widzieć można było całą tę obszerną i oślepiającą, ale ciepłą i wesołą salę. Była już wypełniona po brzegi świetnym zgromadzeniem. Nie wiem, czy kobiety były naprawdę bardzo piękne, ich stroje wyróżniały się w każdym razie wielką elegancją i nieposzlakowanym gustem. Mieszkanki kontynentu — te nawet spośród nich, których w domowym pożyciu nie cechuje bynajmniej wdzięk osobliwy, posiadają kunszt wydawania się na arenie publicznej pełnymi ujmującego uroku. Bez względu na to, jak nieokrzesane i nieopanowane są u siebie w domu, w szlafroku, papilotach i pantoflach, jest w całej ich postaci, w przezornie zachowanym na odświętne okazje, wdzięcznym pochyleniu głowy i ramion, w wyrazie ich ust i oczu coś czarującego, w co przystrajają się urzędowo wraz z przywdziewaniem na siebie „grande toilette“ — toalety od wielkiego dzwonu — i klejnotów — „parure“.
Tu i owdzie wyróżniały się postaci wyjątkowo piękne, uosabiające osobliwy rodzaj urody, nigdy, jak mi się wydaje, nie oglądany w Anglii: solidne, osadzone na silnym wiązaniu kostnym, po mistrzowsku wyrzeźbione kształty, zdające się nie posiadać kantów, podobne prężnością swą do wykutych w marmurze kariatyd. Postać bogini dłuta Fidiasza nie może być doskonalsza i bardziej majestatyczna. Rysy tutejszych piękności przypominają te, jakie holenderscy malarze nadają swoim madonnom; klasycznie regularne, nieco nadmiernie może zaokrąglone, nieposzlakowane w liniach, ale tępe, a ich pozbawiony wyrazu, niezmącony, beznamiętny spokój porównać można jedynie do śnieżnych bezkresów podbiegunowych. Kobietom o takim typie urody nie są potrzebne klejnoty, rzadko też noszą je; ich gładkie włosy, splecione w grube bicze warkoczy, stanowią wystarczające obramowanie jeszcze gładszych policzków ich i czoła; toalet ich nie może nigdy cechować zbyt wielka prostota; ich krągłe, pięknie toczone ramiona i cudownie kształtne szyje nie potrzebują bransoletek, ani naszyjników.
Z jedną z takich piękności miałam kiedyś zaszczyt i rozkosz pozostawać w stosunkach dość zażyłych: niezachwiana siła wrosłej głęboko w jej serce miłości dla własnej osoby była godna najwyższego podziwu; mogła ją przewyższyć jedynie jej wyniosła niezdolność dbania o jakąkolwiek inną żyjącą istotę. W żyłach jej nie zdawała się płynąć żywa krew: wypełniała je i nieomal zapychała gęsta, spokojnie ociężała limfa.
Taka właśnie Junona siedziała wprost przed nami. Była niejako celem, ku któremu kierowały się oczy wszystkich. Najzupełniej świadoma, że tak jest, zdawała się jednak nieczuła na magnetyczny wpływ utkwionych w niej spojrzeń. Zimna, krągła, jasnowłosa, o cerze olśniewającej, była piękna ni to biała o złoconym kapitelu kolumna, wynosząca się tuż obok niej.
Zauważywszy, że uwaga doktora Johna skierowana jest nieustannie w jej stronę, błagałam go szeptem, aby „na miłość boską opancerzył dobrze swoje serce. Nie wolno panu zakochać się w tego rodzaju niewieście, gdyż, uprzedzam pana, mógłby pan umrzeć u jej stóp, a nie wywzajemni się panu cieplejszym uczuciem“.
— Ślicznie — odparł — skąd jednak może pani wiedzieć, że widok jej bezwzględnej niewrażliwości nie będzie dla mnie najsilniejszą pobudką do składania jej hołdów? Beznadziejność zdaje się być najpotężniej działającą na moje uczucia podnietą, ale — dodał, wzruszając ramionami — nie wie pani nic o tych rzeczach. Zwrócę się z tym lepiej do mojej matki.
— Mamo, zagraża mi niebezpieczeństwo — oznajmił, zwracając się do pani Bretton.
— Wyobrażasz sobie, że mnie to interesuje tak bardzo? — odcięła się.
— O, jaki okrutny jest mój los! — wykrzyknął. — Nigdy nie miał żaden syn równie wyzbytej wszelkich uczuć matki, jak ja. Nie przychodzi jej nawet na myśl, aby mogła spaść na nią taka klęska, jak synowa.
— Jeżeli nawet nie przychodzi mi to na myśl, to na pewno nie z powodu braku podobnego miecza damoklesowego, zawisłego nad moją głową: nie przestajesz grozić mi tym od dziesięciu lat. „Mamo, zamierzam ożenić się wkrótce“ — powtarzałeś od chwili, kiedy jako tako dorosłeś.
— Przekonasz się, niewierna, że groźba ta urzeczywistni się lada dzień. Nagle, kiedy wydawać ci się będzie, że jesteś najbardziej zabezpieczona, wyruszę jak Jakób czy Ezaw, czy każdy inny patriarcha, i wezmę sobie żonę: może spośród tych, które są córkami tego kraju.
— Na twoją własną odpowiedzialność uczynisz to, Johnie Grahamie! Tyle tylko mogę ci powiedzieć.
— Widzi pani, panno Lucy, ta moja wyrodna matka chciałaby, abym został starym kawalerem. A to wszystko przez zazdrość! Ale, proszę cię, mamo, spójrz na tę imponującą istotę w blado-niebieskiej atłasowej sukni z włosami bledziej kasztanowatymi, na których lśnią się „reflets satinés“ — atłasowe połyski — jak na jej sukni. Przyznaj mamo, czy nie byłabyś dumna, gdybym pewnego pięknego poranku sprowadził ci do domu taką boginię i przedstawił ci ją, jako panią Bretton junior?
— Nie sprowadzisz żadnej bogini do La Terrasse: w tym małym château nie ma miejsca na dwie panie, zwłaszcza o ile ta druga będzie odznaczała się takim wzrostem, objętością i masywnością, jak ta ogromna lalka wystrugana i ulepiona z drzewa, z wosku, z atłasu i z glansowanej skórki na rękawiczki.
— Ależ, mamo, pomyśl tylko! Wypełniłaby tak wspaniale twój błękitny fotel!
— Wypełniłaby mój fotel?! Nie zgadzam się na cudzoziemską uzurpatorkę! Byłby on dla niej łożem madejowym... Ale cicho, Johnie Grahamie! Zamknij usta i otwórz oczy!
Przez cały czas słownej tej utarczki pomiędzy doktorem Johnem a jego matką do sali, która wydawała mi się już w chwili naszego wejścia wypełniona po brzegi, napływały coraz nowe fale ludzkie, aż wreszcie półkole przed estradę przeistoczyło się w zwartą masę głów, wtłoczoną we wznoszące się amfiteatralnie rzędy od podłogi aż pod sam sufit prawie. I estrada także, specjalnie wzniesiona na tę uroczystość, obszerniejsza, niż bywają estrady zazwyczaj, pusta jeszcze przed pół godziną, kipiała teraz życiem: dokoła dwóch fortepianów, umieszczonych w pośrodku, stłoczona była hałaśliwa gromada biało ubranych młodych dziewic, uczennic Konserwatorium. Zauważyłam ich zlot na estradę podczas zabawnego przekomarzania się doktora Johna z matką na temat jasnowłosej piękności w blado-niebieskich atłasach i obserwowałam z zaciekawieniem proces ustawiania ich i dyrygowania nimi. Gromadzie dziewic towarzyszyli dwaj panowie, z których w każdym poznałam znajomego. Jeden z nich, wyglądający jak artysta, z długimi włosami i brodą, był znanym pianistą, a zarazem najlepszym nauczycielem gry fortepianowej w Villette. Dwa razy w tygodniu przychodził na pensję Madame Beck, gdzie udzielał lekcji muzyki kilku uczennicom, których rodzice byli dość bogaci, aby móc sobie pozwolić na doskonalenie córek swoich w pianistyce pod tak wytrawnym kierunkiem. Nazywał się Mr. Joseph Emanuel i był przyrodnim bratem Mr. Paula, którego rozpoznałam w drugim z obu panów, towarzyszących biało ubranej gromadce.
Mr. Paul bawił mnie; uśmiechnęłam się też do samej siebie, przyglądając się jego zaaferowaniu. Był wyraźnie w swoim żywiole; stał na pierwszym planie wobec olbrzymiego zgromadzenia, dyrygując setką młodych dziewic, pewien, że każda z nich truchleje na jego widok, wpatrzona w niego, jak w tęczę. Brał całą rzecz najzupełniej na serio: nie szczędził energii i usiłowań, a nade wszystko bezwzględnej surowości. Co robił tu właściwie? Co miał wspólnego z muzyką i z Konserwatorium? On, który zaledwie zdolny był odróżnić jedną nutę od drugiej? Wiedziałam, że sprowadziła go tutaj wiecznie podżegająca go chęć popisu i wystawiana się na pokaz — nieszkodliwa dlatego jedynie, że taka naiwna. W tej chwili wyraźne było, że jego przyrodni brat Mr. Joseph, podporządkowuje mu się w takim samym stopniu, jak wszystkie te młode dziewczęta. Zachłanny i drapieżny, niczym jastrząb, wydał mi się Mr. Paul! Taki zachłanny i drapieżny!
Po chwili ukazało się na estradzie kilku znanych śpiewaków i muzyków; zjawienie się tych gwiazd było sygnałem zniknięcia podobnego do komety małego profesorka. Niezdolny był znieść obecności istot wybitnych, opromienionych sławą: o ile nie mógł zaćmiewać, wolał wycofywać się.
Wszystko zdawało się już przygotowane: jedyna tylko część sali czekała na zapełnienie jej — część, przystrojona szkarłatnymi draperiami, takimi samymi, jak paradna klatka schodowa i drzwi, umeblowana miękko wysłanymi i okrytymi mnóstwem barwnych poduszek ławkami, ustawionymi po obu stronach dwóch tronowych foteli, ponad którymi wznosiły się przysługujące majestatowi królewskiemu baldachiny uroczyste.
Dano sygnał, podwoje rozsunęły się, cała zgromadzona publiczność zerwała się z miejsc, orkiestra odegrała hymn i, przy ogłuszających dźwiękach chóralnego powitania entuzjastycznego, wszedł król, a z nim królowa i cały dwór Labassecour.
Nigdy jeszcze do owego dnia nie oglądałam prawdziwego żywego króla ani królowej, łatwo więc sobie wyobrazić, jak bardzo naprężałam wzrok, aby wchłonąć w siebie obraz obu głów ukoronowanych. Ktokolwiek po raz pierwszy ma sposobność zetknąć się oko w oko z majestatem królewskim, doznać musi poniekąd zdumienia, graniczącego z rozczarowaniem nawet. Podświadomie wyobrażał sobie króla i królową, siedzących stale na tronie, z koroną na głowie i dzierżących w ręku berło. I ja także, podświadomie spodziewając się ujrzenia wyimaginowanych w tej postaci króla i królowej, doznałam na widok żołnierza w średnim wieku i dość młodej damy, uczucia zawodu zarazem i wcale miłej niespodzianki.
Dobrze zapamiętałam króla zwłaszcza, pięćdziesięcioletniego mniej więcej, nieco zgarbionego, siwiejącego już: w całym tym zgromadzeniu nie było ani jednej twarzy, przypominającej go rysami. Nie czytałam nigdy nic bliższego o jego charakterze, ani też nie opowiadano mi nigdy nic o nim, mimo to jednak wyraźne znaki hieroglificzne, jak gdyby rylcem żelaznym wyryte na jego czole, dokoła jego oczu i z obu stron jego ust, uderzyły mnie instynktownie, na pierwszy rzut oka, jako coś zagadkowego. Rychło wszakże, jeżeli nawet nie wiedziałam, to wyczułam przynajmniej, co mają oznaczać te nie wypisane niczyją ręką, a tak wyraźne przecież znaki. Miałam przed sobą człowieka, cierpiącego w milczeniu, melancholika. Oczy te oglądały widma. — Od dłuższego już czasu czekały i śledziły przybywanie i odchodzenie najdziwaczniejszego — i najbardziej uprzykrzonego z widm — widma Hipochondrii. Może i teraz widział je na tej estradzie, wprost naprzeciw siebie, pośród całego świetnego tego tłumu. Hipochondria zwykła w ten sposób zjawiać się nagle pośród najliczniejszych zgromadzeń — ciemna i ponura, jak Los, blada jak Cierpienie i niezmożona jak Śmierć. Jej towarzyszowi i ofierze w jednej osobie, uwolnionemu od niej na chwilę, wydaje się, że jest szczęśliwy. — „O, nie, nie wyobrażaj sobie, że tak jest — mówi mu ona — przychodzę, jestem.“ — Słowa te mrożą krew w jego żyłach i kirem smutku przysłaniają światło w jego oku.
Powiedzieć gotowi niektórzy, że to obca korona, tłocząca czoło królewskie, żłobi na nim osobliwą tę bruzdę; inni znów skłonni są dopatrywać się w tym stygmacie smutku królewskiego pomazańca skutków wczesnego jego osierocenia. Na wyrycie tej oznaki widomej wpłynęło niewątpliwie coś z jednego i drugiego po trosze, najsilniej wszakże i najgłębiej zatruł duszę króla najbardziej ponury, najzawziętszy wróg ludzkości — wrodzona melancholia. Królowa wiedziała o tym: wydało mi się, że odbłysk głębokiej troski o królewskiego małżonka omraczał cieniem przytłaczającym własną jej dobrotliwą twarz. Monarchini ta sprawiała wrażenie łagodnej, rozumnej, pełnej wdzięku kobiety. Nie była pięknością; a w każdym razie nie przypominała wszystkich tych kobiet o solidnie ugruntowanych wdziękach, o sercach zimnych jak marmur, jakie opisałam niedawno. Postać królowej była smukła raczej; rysy jej twarzy, mimo że dystyngowane, zbyt wyraźnie przypominały familijne rysy panujących dynastii, aby mogły same przez się sprawiać miłe wrażenie. W tej chwili wszakże wyraz, okraszający dumny ten profil, był wyjątkowo przyjemny; mimo woli jednak nasuwało się łączenie go w myśli z zapamiętanymi wizerunkami, na których uwiecznione były podobne rysy, znamionujące osobniki o cechach ujemnych: słabe, zmysłowe, czy podstępne, zależnie od tego, jak chciał traf. Jedynym bezsprzecznie własnym rysem królowej były jej oczy, bosko rozjaśnione światłem miłosierdzia, dobroci i tkliwego współczuwania. Nie sprawiała wrażenia surowej władczyni, ale dobrej, kochającej kobiety, wytwornej damy. Obok niej siedział jej mały synek, następca tronu Labassecour, oparty o kolana matki. Raz w raz w ciągu tego wieczora dostrzegłam wzrok monarchini, skierowany w stronę siedzącego obok niej małżonka, którego posępność nie uchodziła jej zatroskanych oczu, pragnąc też oderwać jego uwagę od tłoczących duszę jego smutnych myśli, usiłowała kierować je na syna. Pochylała często głowę, aby wysłuchać uwag chłopczyny, a potem z miłym uśmiechem powtarzała je mężowi. Pogrążony w zadumie król wzdrygał się, starał się skupić uwagę, słuchał, rozjaśniał twarz na moment, niezmiennie wszakże, z chwilą gdy przebrzmiewały słowa jego opiekuńczego anioła, wpadał w poprzedni posępny nastrój. Żałosny i znamienny był to widok! Nie umniejszał jego tragizmu fakt, że zarówno arystokracja, jak burżuazja Labassecour nie zdawały się dostrzegać smutnych tych cech szczególnie wyróżniających monarchę: nie zdołałam wykryć ani na jednej twarzy spośród wszystkich obecnych śladu wzruszenia czy przejęcia się.
Królowi i królowej towarzyszył ich dwór, a także kilku ambasadorów obcych mocarstw, którzy ściągnęli również z sobą przybywającą w owym czasie w Villette elitę cudzoziemską. Członkowie dworu królewskiego, ambasadorowie i wybitni cudzoziemcy zajęli obite szkarłatem i wymoszczone poduszkami ławy po obu stronach foteli królewskich. Przeważnie jednak usiadły na nich panie, większość panów stała; szereg ich odzianych w czarne fraki i wypełniających tylny plan sprawiał wrażenie ciemnej ozdoby, dodanej dla uwydatnienia wspaniałości tualet i sylwetek siedzących na przodzie dam. Wspaniałość ta podlegała zresztą odmianom i stopniowaniu świateł i cieni: przestrzeń środkową zajmowały matrony strojne w aksamity i atłasy, w pióra i klejnoty; ławki, wysunięte bardziej na plan przedni, na prawo od fotela królowej, zdawały się przeznaczone wyłącznie dla młodych dziewcząt, dla kwiatu — a raczej dla pączka — arystokracji Villette. Nie widać było tutaj ani klejnotów, ani spiętrzonych piórami fryzur, ani odbłysków aksamitu czy atłasu: prostota, skromność i urok młodości panowały niepodzielnie w tym gronie dziewczęcym. Widziało się tu same młode główki, oplecione skromnie warkoczykami i wdzięczne jasne sylwetki (zamierzałam napisać zwiewne, byłoby to jednak zupełną nieprawdą: niektóre z tych „jeunes filles“, zaledwie szesnasto — czy siedemnastoletnich, odznaczały się formami tak krzepkimi i solidnymi, że nie powstydziłaby się ich okazałej tuszy dwudziestopięcioletnia niewiasta angielska). Ten szereg ujmujących postaci, strojnych w białe, blado-różowe, czy lazurowe sukienki nasuwał wizje nieba i aniołów. Rozpoznałam wśród tych „różowo-białych“ okazów dwie znajome twarze. Były to dwie uczennice pensji Madame Beck — Mesdemoiselles Mathilde et Angélique, które w ostatnim swoim roku nauki pensyjnej powinny były przechodzić kurs klasy najwyższej, ale którym ich rozwój umysłowy nie pozwalał przekroczyć granic drugiego oddziału. Lekcji angielskiego udzielałam im ja oczywiście, nielada zadaniem było też dla mnie nauczyć je jako tako wiernie przełożyć stronniczkę „Wikarego z Wakefield“. W ciągu trzech miesięcy była jedna z nich moim vis à vis przy stole, miałam więc możność naocznie stwierdzić nieprawdopodobne ilości domowego chleba, masła i konfitur, jakie pochłaniała przy „second déjeuner“ — drugim śniadaniu. Potęgował jeszcze te ilości jej zwyczaj chowania do kieszeni kromek, których nie była w stanie skonsumować na razie. Tak wyglądała istotna, nieupiększona idealizowaniem prawda.
Znałam jeszcze jedną z anielskich tych postaci — najładniejszą, a w każdym razie wyglądającą najmniej sztywno i obłudnie z całej gromady. Zajmowała ona miejsce obok córki para angielskiego, zacnej również, ale niemile wyniosłej dziewczyny: obie przybyły w orszaku ambasady brytyjskiej. Owa znajoma moja wyróżniała się drobną, smukłą figurką, zupełnie odmienną od kształtów wszystkich tych cudzoziemek; i włosy jej także nie oplatały ciasno głowy, tworząc, jak u większości, rodzaj oblegającej ją ściśle lśniącej jedwabistej czapeczki; wyglądały naprawdę jak włosy, falując na jej głowie i opadając długimi, puszystymi, wijącymi się lokami. Gawędziła z ożywieniem, należąc, jak się zdawało, do typu istot beztroskich, zadowolonych z samych siebie i ze stanowiska, jakie zajmowały w wielkim świecie. Nie patrzyłam na doktora Brettona, wiedziałam jednak, że i on także dostrzegł Ginevrę Fanshave (ona to była oczywiście). Przycichł nagle, odpowiadając lakonicznie, na uwagi swojej matki; często także wymykało się z piersi jego ciężkie westchnienia. Dlaczego właściwie wzdychał? Powiedział przecież, że lubi zdobywać miłość przemocą, przezwyciężając w tym celu wszelkie trudności; a tutaj znajdował pełną możność uczynienia zadość temu swojemu upodobaniu. Wybrana jego serca wznosiła się wysoko ponad nim, szybując w opromieniającej ją glorii, w sferze dla niego niedostępnej. Nie miał możności zbliżyć się do niej; nie był zresztą pewien, czy obdarzyłaby go przelotnym spojrzeniem bodaj. Obserwowałam ją, aby przekonać się, czy uczyni to. Miejsca nasze były dość bliskie ławek obciągniętych szkarłatną materią; siedzący na nich musieli z konieczności widzieć nas, tym bardziej więc dostrzec nas musiało oko tak bystre i rozglądające się tak badawczo dokoła, jak oko panny Fanshave. Rychło istotnie skierowała je w naszą stronę, a przynajmniej na doktora Brettona i jego matkę. Co się mnie tyczy, ukryłam się bardziej w cieniu, poza polem jej widzenia, nie chcąc być przez nią rozpoznana od razu. Patrzyła uporczywie na doktora Brettona, nie odrywając od niego oczu, a potem wyniosłym gestem przyłożyła do nich lorgnon, aby móc lepiej przyjrzeć się jego matce. Po minucie czy dwóch takiego przypatrywania się, szepnęła coś ze śmiechem do ucha najbliższej swojej sąsiadce, w tej samej chwili wszakże rozpoczął się koncert, zniewolona więc była skierować rozstrzeloną swoją uwagę na to, co działo się na estradzie.
Nie widzę potrzeby szczegółowego opisywania samego koncertu; nie przypuszczam, aby miało interesować czytelników wrażenie, jakie wywarły na mnie produkcje, nie byłoby zresztą warto moich impresji, jako że były to impresje zupełnej ignorantki na tym punkcie. Młode adeptki Konserwatorium, nad miarę wystraszone widocznie, zdradzały niezwykłą tremę, która nie mogła oczywiście wyjść na dobre ich grze. Klawisze dwóch wielkich fortepianów dygotały pod zdenerwowanymi palcami. Pan Joseph Emanuel stał przy artystkach podczas ich gry, nie posiadał jednak ani taktu, ani siły wpływania na nie swojego krewniaka, który w podobnych okolicznościach, zmusiłby na pewno swoje pupilki do zapanowania po bohatersku nad ich tremą. Mr. Paul postawiłby shisteryzowane debiutantki pomiędzy dwa ognie: obawy przed widownią i obawy przed nim samym, i natchnąłby je odwagą desperacką, czyniąc tę drugą grozę nieporównanie sroższą od pierwszej. Mr. Joseph nie potrafił dokonać tego.
Po strojnych w białe muśliny pianistkach wystąpiła piękna, mimo że o wyglądzie posępnym dama w wieku zupełnie dojrzałym, ubrana w białą atłasową szatę. Śpiewała. Śpiew jej sprawił na mnie wrażenie zaklinań czarownika. Ciekawa byłam jak ona to robi, w jaki sposób udaje jej się tak nagle obniżać głos i podnosić, urządzając nim przedziwne jakieś łamańce. Faktem było jednak, że zwykła szkocka piosenka, zaśpiewana przez nieuczonego śpiewaka ulicznego, daleko głębiej nieraz przemawiała mi do duszy.
Z kolei wystąpił jakiś pan, który, zginając się wielokrotnie wpół w ukłonach przed parą królewską i przytykając równie często biało urękawiczkowaną dłoń do własnego serca, wydawał pełne goryczy okrzyki, skierowane przeciwko jakiejś „fausse Isabelle“ — fałszywej Izabelli. — Zdawał się specjalnie ubiegać o współczucie królowej, o ile jednak nie miałabym mylić się zasadniczo, skierowana była uwaga monarchini ku estradzie raczej z chłodnym spokojem uprzejmości, aniżeli z przejęciem i szczerym zainteresowaniem. Duchowa udręka, jaka nękała śpiewaka, wpływała na mnie tak przytłaczająco, że rada byłam, kiedy wreszcie przestał dawać jej wyraz w estradowych swoich popisach.
Kilka produkcji chóralnych wydało mi się najlepszą częścią koncertu. Występowali przedstawiciele najlepszych zespołów prowincjonalnych, opaśli brzuchacze o sylwetkach baryłek, autentyczni Labassecouriens. Śpiewali pełnymi głosami, nie żałując gardzieli ani płuc: ich uczciwe wyczyny miały jeden przynajmniej niewątpliwie dodatni wynik: uszy słuchaczy doznawały dzięki nim wrażenia potęgi.
Przez cały czas produkcji: nieśmiałych duetów, pewnych siebie solowych występów wokalnych, śpiewów chóralnych, tak ogłuszających, jak gdyby wykonawcy ich mieli płuca mosiężne — jednym okiem tylko patrzyłam na to, co odbywało się na estradzie i tak samo jednym tylko uchem słuchałam; drugie oko i ucho były stale skierowane ku doktorowi Brettonowi: nie mogłam ani zapomnieć o nim, ani przestać zadawać sobie pytania, co czuł, o czym myślał, czy bawił go koncert, czy też nudził go przeciwnie. Po długim milczeniu przemówił wreszcie:
— I cóż, jak się pani podoba to wszystko, panno Lucy? Taka jest pani milcząca — rzekł zwykłym swoim pogodnym głosem.
— Milczę — odparłam — bo jestem tak bardzo zainteresowana wszystkim: nie tylko samą muzyką, ale wszystkim dokoła mnie.
Zrobił kilka jeszcze uwag z takim spokojem i z takim opanowaniem, że zaczęłam wątpić, aby i on także miał dostrzec to, co ja widziałam, szepnęłam też:
— Jest tutaj panna Fanshave. Zauważył ją pan?
— Tak. I zauważyłem, że i pani dostrzegła ją również.
— Jak pan sądzi, czy przyszła z panią Cholmondeley?
— Pani Cholmondeley jest tutaj w bardzo licznym towarzystwie. Tak. Ginevra była w jej orszaku, a pani Cholmondeley z kolei była w orszaku Lady X..., która znów należy do orszaku Królowej. Gdyby dwór królewski Labassecour nie był jednym z mniejszych dworów europejskich, których ceremoniał pokazowy jest nie o wiele bardziej imponujący od ich życia codziennego, familijnego, i których galowa odświętność jest jedynie tym samym obyczajem domowym w niedzielnym przybraniu jedynie, brzmiałoby to wszystko bardzo wspaniale.
— Ginevra musiała widzieć pana, sądzę?
— I ja tak przypuszczam. Niejednokrotnie kierowałem oczy w jej stronę już po tym kiedy pani przestała patrzeć na nią, miałem też zaszczyt być świadkiem pewnego drobnego zajścia, którego widok został pani zaoszczędzony.
Nie zapytałam co to być mogło. Czekałam na dobrowolne udzielenie mi przez niego wyjaśnienia w tym względzie, co też nastąpiło niebawem.
— Panna Fanshave — rzekł — siedziała obok towarzyszki — młodej damy z najwyższej arystokracji. Znam przypadkiem lady Sarę z widzenia; jej dostojna matka wezwała mnie kiedyś jako lekarza. Córka jest dumną młodą dziewczyną, nie ma w sobie jednak ani cienia wyniosłego zuchwalstwa, wątpię też czy Ginevra wiele zyskała w jej oczach wydrwiwaniem swoich sąsiadów.
— Jakich sąsiadów?
— Nikogo innego, tylko matki mojej i mnie. Co się mnie tyczy, jest to zupełnie naturalne: czy może być ktoś bardziej nadający się jako cel pośmiewiska, niż młody lekarz z burżuazji? Ale moja matka! Nigdy jeszcze dotychczas nie poważył się nikt wyśmiewać z niej! Wie pani, te pogardliwie odęte wargi i sarkastycznie skierowane w naszą stronę lorgnon wzbudziły we mnie ciekawe uczucie.
— Niech pan nie zaprząta sobie tym głowy, panie doktorze. Nie warto. Ginevra, będąc w nastroju tak zawrotnego upojenia, w jakim wyraźnie jest dzisiaj, nie zawahałaby się i nie miałaby najmniejszego skrupułu wyśmiewania samej tej łagodnej, smutnie zamyślonej królowej, czy nawet melancholijnego jej małżonka. Nie kieruje nią złośliwość, ale jedynie nie licząca się z niczym bezmyślność. Dla takiej, mającej puchy w głowie pensjonarki nie istnieje nic świętego.
— Zapomina pani jednak, że nie przywykłem zapatrywać się na pannę Fanshave jako na „mającą puchy w głowie pensjonarkę“... Była dla mnie bóstwem — aniołem moich marzeń!
— Hm! Na tym właśnie polegał pański błąd.
— Jeśli wolno mi wyznać szczerze, bez czczej gadaniny czy romantycznego upiększania, był taki moment przed sześcioma miesiącami, kiedy uważałem ją za boską istotę. Pamięta pani naszą rozmowę o prezentach? Nie byłem zupełnie szczery wobec pani przy dyskutowaniu na ten temat: bawił mnie zapał, z jakim go pani podjęła. Chcąc dokładnie poznać pani pogląd i wykorzystać wiadomości jej w tej sprawie, pozwoliłem, aby pani przypuszczała, że jestem bardziej zaślepiony i mniej świadomy istotnego stanu rzeczy, aniżeli byłem w istocie. Ta właśnie próba prezentów pierwsza otworzyła mi oczy na to, że Ginevra jest zwykłą śmiertelniczką. Uroda jej nie przestała jednak czarować mnie: nie dalej, niż przed trzema dniami — niż przed trzema godzinami nawet — byłem w pełni jej niewolnikiem. Kiedy przeszła obok mnie dzisiaj wieczorem promienna glorią swojej piękności, głębokie wzruszenie, jakiego doznałem na jej widok, było najbardziej godnym jej urody hołdem, jaki mogłem jej złożyć. Gdyby nie to jedno nieszczęsne szyderstwo, byłbym w dalszym ciągu najpokorniejszym jej sługą. Gdyby obrała mnie za cel swojego wydrwiwania, zraniłaby mnie tym, nie uczyniłaby mnie jednak tak łatwo obcym sobie; nie stargałaby łączącej mnie z nią więzi uczuciowej; skierowaniem drwiny swojej w moją stronę nie osiągnęłaby w ciągu dziesięciu lat tego, co uczyniła w jednej chwili, poważając się zadrwić z mojej matki.
Umilkł. Nigdy dotychczas nie widziałam tyle ognia i tak mało światła słonecznego w niebieskich oczach doktora Johna, jak w tym momencie.
— Lucy — rzekł po chwili — niech pani przyjrzy się dobrze mojej matce i niech pani powie szczerze, bez obawy i stronniczości, jaką wydaje się ona pani w tej chwili?
— Taką jaką wydawała mi się zawsze — godną najwyższego szacunku angielską niewiastą z klasy średniej; dobrze, dostatnio, mimo, że poważnie ubraną, niezdolną nigdy udawać, naturalnie zrównoważoną i pogodną.
— Taką wydaje mi się ta kochana moja i mnie także! Weseli mogą śmiać się wraz z mamą, słabi jednak tylko zdolni są śmiać się z niej. Nie pozwolę, aby ktokolwiek wyśmiewał się z niej; nie stanie się to, z moją wiedzą i aprobatą przynajmniej; ani też bez mojej wzgardy... bez mojej antypatii... bez mojego...
Urwał. Czas był po temu najwyższy, w tak wielkie wpadł podraźnienie, większe niż, jak zdawałoby się, zasługiwała na to rzecz sama. Nie wiedziałam jednak wówczas, że był świadkiem zajścia, powodującego podwójne oburzenie jego na pannę Fanshave. Płomienny rumieniec, jakim rozgorzały jego policzki, drganie rozszerzonych jego nozdrzy, ostre skrzywienie jego pięknie zarysowanej dolnej wargi, jakim wyraził uczucie najwyższej pogardy, ukazały mi go w nowej, prawdziwie pociągającej fazie, mimo że roznamiętnienie, rzadko wydarzające się człowiekowi zazwyczaj łagodnemu i pogodnemu, nie należy do osobliwie miłych widoków. Nie podobało mi się też mściwe podniecenie, jakim rozedrgane było jego młode, krzepkie ciało.
— Przeraziłem panią, Lucy? — zapytał.
— Nie rozumiem dlaczego jest pan tak bardzo rozgniewany.
— Wie pani dlaczego? — szepnął mi do ucha. — Oto dlatego, że Ginevra nie jest ani aniołem, ani kobietą niewinnej, czystej myśli.
— Głupstwa pan gada! A co najmniej przesadza pan. Ginevra nie byłaby zdolna prawdziwie skrzywdzić nikogo.
— W moim pojęciu zdolna byłaby najzupełniej. Aż nadto nawet. Teraz ja widzę tam, gdzie pani jest zaślepiona w dalszym ciągu. Ale dajmy pokój temu tematowi. Mam ochotę podroczyć się z mamą. Wmówię jej, że oklapła, albo że zdrzemnęła się... Mamo, proszę cię, otrząśnij się! Śpisz?
— Ej, Johnie, żebym ja tobą nie potrząsnęła! Zrobię to na pewno, jeżeli nie będziesz sprawował się przyzwoiciej. Może zechcielibyście zamilknąć, ty i Lucy, żeby można było lepiej słyszeć śpiew?
Chór grzmiał w tej chwili właśnie z całej siły potężnych zbiorowych swoich płuc, przygłuszając spiżowymi ich dźwiękami prowadzony przez nas półgłosem dialog.
Ty słyszysz śpiew, mamo?! Gotów jestem postawie o zakład moje spinki do mankietów, jak ci wiadomo prawdziwe, przeciwko twojej broszce z fałszywych kamieni...
— Mojej broszce z fałszywych kamieni, Grahamie?! Bluźnierco! Świętokradco! Wiesz przecież, że to drogocenny brylant!
— O, to jeden z twoich przesądów, jedna z legend, w którą wierzysz uparcie: oszukano cię na tym kupnie. Wyprowadzono cię w pole.
— Nie tak łatwo oszukać mnie, ani wyprowadzić w pole, jak sobie wyobrażasz. Skąd do ciebie znajomości pośród dam dworu, Johnie? Zauważyłam, że dwie spośród nich wpatrywały się w ciebie nader bacznie w ciągu ostatniej pół godziny.
— Wolałbym, żebyś nie patrzyła na nie.
— Dlaczego nie? Dlatego, że jedna z nich drwiąco przypatrywała mi się przez swoje szkiełko? Ładna, ale głupia. A może boisz się, że jej chichoty onieśmielą twoją Starszą Panię?
— Mądra, nieporównana, cudowna Starsza Pani! Mamo, wolę jednak ciebie niż dziesięć żon!
— Nie rozczulaj się, Johnie, bo jeszcze zemdleję ze wzruszenia i będziesz musiał wynieść mnie z sali. A gdybyś był naprawdę zmuszony dźwignąć taki ciężar, zmieniłbyś ostatnio wypowiedziane zdanie twoje i zawołałbyś: — „Matko, dziesięć żon nie mogłoby zaciężyć mi gorzej, dokuczyć mi bardziej, niż ty jedna!“

Po skończonym koncercie rozpoczęła się loteria „au bénéfice des pauvres: przerwa między pierwszym a drugą umożliwiła wszystkim swobodny wypoczynek, powodując miłe ogólne poruszenie i ożywienie. Białe stadko opuściło estradę, otoczone wnet gorliwie uwijającą się dokoła niego gromadą młodych panów, zajętych przygotowaniami do ciągnięcia fantów. Najbardziej ożywioną z całego grona okazała się ta sama, dobrze mi znana figurka, nie wysoka, ale bardzo ruchliwa, zdolna energią i ruchliwością prześcignąć trzech rosłych mężczyzn. O, jak żwawo, z jakim zapałem krzątał się i uwijał Mr. Paul! Jak władczo rzucał na wszystkie strony rozkazy! A równocześnie jak ofiarnie nie szczędził własnych rąk przy pracy! Pół tuzina pomocników było na jego rozkazy, aby usunąć fortepian i pełnić tym podobne posługi, uważał jednak za niezbędne podstawić i własne także ramię pod ciężar. Nadmiernie ożywiona jego krzątanina była tyleż drażniąca, ile niezbędna w jego własnym mniemaniu; ja przynajmniej burzyłam się na nią w duszy, szydząc z całego tego czynionego przez niego zamętu. Zarazem jednak, irytując się na niego i krytykując go w myśli, nie mogłam oprzeć się uczuciu, że wszystko co mówi i co robi nacechowane jest pewną dość miłą naïveté. Zmuszona byłam także — nie mogłam być ślepą na nie — dopatrzeć się pewnych mocno wyrażonych cech charakterystycznych jego twarzy, tym bardziej uderzających teraz, prawem kontrastu, na tle przeważającej większości fizjonomii tępych, płaskich, obojętnych, pozbawionych wyrazu: Nie mogłam nie dostrzec głębokiej, skupionej siły i bystrości jego wzroku, władczego zarysu jego czoła, bladego, szerokiego i wypukłego, ruchliwości jego zmieniających wciąż swój wyraz ust. Brakło mu imponującego spokoju siły, posiadał wszakże, w stopniu najwyższym, zapał, dzielność i obrotność.
Na widowni panowało niezwykłe podniecenie: większość powstawała z miejsc i nie siadała ponownie, chcąc rozprostować kości; niektórzy przechadzali się nawet, wszyscy rozmawiali, żartowali i śmieli się. Udrapowana na szkarłatno część sali uderzała szczególnym ożywieniem. Chmara wyfraczonych panów była teraz w rozsypce, zmieszana z gromadą tęczowo strojnych pań; dwaj czy trzej panowie w mundurach wojskowych podeszli do króla, który wszczął z nimi rozmowę. Królowa, wstawszy ze swojego fotela, przeszła wzdłuż szeregu młodych dziewcząt, pochylających przed nią głęboko główki i nisko przysiadających w dworskim ukłonie; do każdej z nich zwróciła się z kolei z uprzejmym słówkiem, życzliwym spojrzeniem i miłym uśmiechem. Z obiema ślicznymi młodymi Angielkami: lady Sarą i Ginevrą Fanshave — zamieniła kilka zdań; kiedy odeszła od nich, obie, a zwłaszcza Ginevra, zdawały się promienieć dumą i radością. Przyskoczył do nich wnet zastęp panów: najbliżej Ginevry znalazł się hrabia de Hamal.
— Można się tu udusić w tej sali z gorąca! — zawołał doktór Bretton, zrywając się z nagłym zniecierpliwieniem — Lucy, mamo, nie miałybyście panie ochoty przejść się trochę na świeżym powietrzu?
— Idź z nim, Lucy — rzekła pani Bretton. — Nie mam ochoty ruszać się z miejsca.
Pozostałabym i ja także chętnie na moim, życzenie Grahama wszelako było dla mnie rozkazem — poszłam z nim.
Po upale panującym w sali było powietrze nocne osobliwie przenikliwe, mnie przynajminej wydało się takim. Graham nie spostrzegał znać tego. Nie było jednak wiatru; ani jedna chmurka nie plamiła rozgwieżdżonego nieba. Otulona byłam narzutką futrzaną. Przeszliśmy się parę razy po jezdni; znalazłszy się w świetlnym kręgu latarni, skrzyżował Graham wzrok swój z moim.
— Wydaje się pani zamyślona, Lucy: czy to przeze mnie?
— Obawiam się tylko, czy nie jest pan zmartwiony.
— Ani trochę; niech pani będzie dobrej myśli i nie robi sobie nic z tego, tak samo, jak nie robię sobie z tego nic i ja także. Kiedykolwiek przyjdzie mi umrzeć, jestem pewien, że nie nastąpi to z powodu złamanego serca. Mogę być zraniony, mogę nawet zwiesić bezradnie głowę przez czas jakiś, jak dotychczas jednak żaden ból, ani choroba serca, nie podkopały mojego organizmu. Zawsze chyba widywała mnie pani wesołym w domu, prawda?
— Tak. Na ogół.
— Jestem rad, że panna Ginevra pozwoliła sobie wydrwić moją matkę. Nie oddałbym naszej Starszej Pani za tuziny młodych piękności. Szyderstwem tym wyświadczyła mi panna Fanshave niezrównaną usługę. Dziękuję pani za nie, panno Fanshave! — zawołał, zrywając kapelusz z falujących swoich loków i składając ironiczny ukłon.
— Tak — powtórzył — jestem jej wdzięczny. Odczułem dzięki niemu, że dziewięć dziesiątych mojego serca było zdrowych jak rydz, a tylko jedna dziesiąta jego krwawiła z powodu lekkiego draśnięcia: ukłócie, które wyleczyło się samo przez się w jednym mgnieniu.
— Na razie jest pan rozgniewany, podniecony i wzburzony. Do jutra zmieni pan zdanie: będzie pan czuł i myślał inaczej.
— Ja — miałbym być podniecony i wzburzony?! Nie zna mnie pani. Wprost przeciwnie; nie ma już we mnie ani śladu podniecenia, ani żaru. Jestem chłodny jak ta noc, która może być jednak zbyt chłodna dla pani. Powróćmy!
— Zbyt nagła to zmiana, panie doktorze Johnie.
— Bynajmniej; a gdyby nawet miała być nagła, istnieją ważkie po temu przyczyny — dwie ważkie przyczyny: jedną z nich wyjawiłem pani. Ale teraz, wracajmy!
Nie łatwo przyszło nam dostać się z powrotem na nasze miejsca. Loteria rozpoczęła się, powodując ogólny zamęt; tłumy zatarasowały korytarz, wzdłuż którego musieliśmy przechodzić, co zmusiło nas do zatrzymania się przez dłuższą chwilę. Kiedy rozejrzałam się przypadkiem dokoła, — wydało mi się bowiem, że usłyszałam wymienione głośno moje imię — dostrzegłam zupełnie blisko nieuniknionego, wszechobecnego Mr. Paula. Patrzył na mnie surowo i wnikliwie — nie tyle na mnie właściwie, ile na moją różową suknię, przy czym błysk wyraźnie szyderczy zaiskrzył się w jego oku. Nie był dla mnie nowiną jego surowy krytyczny stosunek do sposobu ubierania się zarówno uczennic, jak nauczycielek na pensji Madame Beck, co te ostatnie miały mu wielce za złe, uważając zbędną taką krytykę za dokuczliwe zuchwalstwo z jego strony. Ja osobiście nie doświadczyłam do owego dnia tej dokuczliwości: ciemny mój strój codzienny nie mógł razić nikogo, a więc i jego także. Tego wieczora nie byłam w nastroju potulnego znoszenia niczyich krytyk, ani uwag szyderczych, wolałam też udać raczej, że nie dostrzegam ani jego obecności, ani jego milczącej nagany. Wolałam zwrócić głowę w stronę rękawa wieczorowego stroju doktora Johna, uważając rękaw ten za milszy i bardziej krzepiący, przyjaźniejszy i darzący większą otuchą, aniżeli posępna, jawnie nieprzyjazna twarz małego profesorka. Dr. John zdawał się nieświadomie sankcjonować niejako to moje przekładanie jego ubrania — oczywiście i osoby także — spojrzał bowiem na mnie przyjaźnie i rzekł tonem życzliwej zachęty:
— Niech pani trzyma się mojego boku, Lucy — ci tłoczący się i przepychający łokciami Bürgers — obywatele — nie mają szacunku, ani względów dla nikogo.
Nie mogłam jednak zastosować się do jego polecenia. Ulegając — bezwiednie może — jakiemuś wpływowi hypnotycznemu, czy innemu — rzuciłam ponownie okiem dokoła, aby przekonać się, czy Mr. Paul jest jeszcze, czy już poszedł... Tak, stał na tym samym miejscu, wpatrzony w dalszym ciągu we mnie, ze zmienionym wszakże wyrazem twarzy. Przeniknął widocznie moją myśl, odgadł mój zamiar uniknięcia spotkania się z nim oko w oko. Szydercze ale nie gniewne pierwotne spojrzenie ustąpiło miejsca ponurej złości, a kiedy, chcąc go przebłagać, ukłoniłam mu się pochyleniem głowy, odwzajemnił mój ukłon najsztywniejszym i najzimniejszym kiwnięciem, na jakie tylko stać go było.
— Kogo rozgniewała tak pani na siebie, Lucy? — zapytał doktór Bretton z uśmiechem.
— Jednego z profesorów na pensji Madame Beck: wielce zacietrzewionego małego człowieczka.
— Tak. Wygląda w tej chwili, jak uosobienie złości: czym ukrzywdziła go tak pani? O, Lucy, Lucy, niech mi pani wyjaśni co to może znaczyć?
— Zapewniam pana, że nie ma w tym żadnej tajemnicy. Mr. Emanuel jest bardzo wymagający, a ponieważ patrzyłam na rękaw pańskiego ubrania, zamiast dygnąć przed nim i złożyć mu głęboki ukłon, uważa, że nie zachowałam się wobec niego z należytym szacunkiem.
— Ten mały — zaczął doktór John. Nie wiem co dodałby jeszcze, gdybym w tej chwili nie została odepchnięta od niego przez napór ciżby ludzkiej i rzucona nieomal pod nogi tłumu. Mr. Paul gwałtownie przedarł się łokciami przez wszystkich stojących mu na zawadzie, torując sobie drogę z tak krańcowym lekceważeniem nie tylko wygody, ale wręcz bezpieczeństwa wszystkich obecnych, że wynikiem tego wyładowania jego energii było stłoczenie się wzajemne jednych z drugimi.
— Sądzę, że jest on „un méchant“ — złośnikiem — jak sam nazwałby takiego jak on — rzekł doktór Bretton, kiedy znów szczęśliwie odnalazłam się przy nim.
I ja także byłam tego samego zdania.
Zwolna i z wysiłkiem przedostawaliśmy się przez pasaż, zanim wreszcie udało nam się powrócić na nasze miejsca. Ciągnienie losów loteryjnych trwało prawie godzinę. Było to zabawne, tętniące życiem i wesołością widowisko, że zaś każdy z nas zaopatrzony był w bilety, braliśmy udział w ogólnym zainteresowaniu wynikiem każdego kolejnego obrotu koła. Przechodziliśmy wraz z wszystkimi innymi od nadziei większej wygranej do rozczarowania z powodu doznanego zawodu. Dwie malutkie dziewczynki, pięcio i sześcioletnia, wyciągały numery, po czym następowało ogłoszenie z estrady przypadających wybrańcom fortuny wygranych. Wygrane te były bardzo liczne, przeważnie niezbyt wielkiej wartości. Traf chciał, że i ja i doktór John wygraliśmy po jednym fancie: mnie dostała się papierośnica, a jemu damski stroik na głowę — rodzaj powiewnego biało-srebrnego turbanu, przybranego, niby śnieżnym obłoczkiem, pękiem piórek z jednego boku. Dr. Bretton chciał koniecznie zamienić się ze mną, nie dałam się jednak nakłonić do tego. Do dnia dzisiejszego przechowuję papierośnicę: ilekroć patrzę na nią, przypominają mi się dawne czasy i jeden prawdziwie szczęśliwy wieczór.
Doktór trzymał swój turban w wyciągniętej ręce pomiędzy wskazującym i dużym palcem, patrząc na to cacko z niesłychanie komiczną mieszaniną szacunku i zakłopotania. Po dostatecznym nacieszeniu się swoją wygraną, obojętnie zamierzał złożyć zwiewne cacko na podłodze pomiędzy własnymi nogami, zdając się nie mieć pojęcia co począć z tym fantem (w dosłownym znaczeniu tym razem). Gdyby matka nie przyszła mu z pomocą, wcisnąłby go sobie ostatecznie pod pachę, niby szapoklak. Szczęśliwie wszakże zdążyła jeszcze odebrać mu stroik i włożyć go do pudełka, z którego został wyjęty.
Graham był wesoły i ożywiony przez cały wieczór i ta jego wesołość i ożywienie wydawały się zupełnie niewymuszone i naturalne. Niełatwo opisać jego zachowanie i wygląd, było w nich wszelako coś osobliwego, coś oryginalnego w swoim rodzaju. Niezwykłość ta polegała w moim pojęciu na zdolności panowania nad sobą, powściągania swoich pasji oraz na głębokim podłożu zdrowej, samorodnej siły, która umożliwiała mu wychodzenie zwycięsko, bez większych wysiłków, z doznawanych zawodów i rozczarowań i wyrywanie trującego ich żądła. Jego zachowanie się teraz przypomniało mi zalety, jakie zauważyłam w nim w momentach niesienia przez niego pomocy lekarskiej biedakom, więźniom i innym cierpiącym i upośledzonym z Basse-Ville: był tak samo stanowczy, jak wówczas, cierpliwy i łagodny. Któż mógłby nie kochać go? Nie zdradzał nigdy owej słabości, zwykłej nękać chwiejność naszych odczuwań rozważaniami w jaki sposób mamy umocnić je i podtrzymać: nigdy rozdrażnieniem własnym czy nieusposobieniem nie mącił spokoju i nie tłumił wesołości innych; z ust jego nie zrywała się nigdy uszczypliwa, raniąca do głębi uwaga krytyczna; oko jego nie przeszywało nigdy jadowitą swoją strzałą niczyjego serca na wskroś; pozostawanie w promieniu jego osoby zapewniało spokój, darzyło bezpiecznym schronieniem, otaczało atmosferą pogody i słońca.
Nie wybaczył jednak pannie Fanshave, ani też nie zapomniał o jej przewinieniu. Wątpię, czy, rozgniewany i dotknięty prawdziwie, dałby się kiedykolwiek przebłagać — poczuwszy się raz obcym, czy zbliżyłby się ponownie. Patrzył na nią niejednokrotnie: ani ukradkiem, ani pokornie, ale gestem uporczywie wnikliwego śledzenia jej. De Hamal stale teraz tkwił przy niej; tuż obok siedziała pani Cholmondeley. Wszyscy troje zaabsorbowani byli wesołą, podniecającą rozmową, jaka w tym samym stopniu ożywiała siedzących na obciągniętych purpurą ławach, co i plebejuszowską część sali. W przebiegu szczególnie ożywionej dyskusji podniosła Ginevra kilkakrotnie rękę swoją i ramię, na którym iskrzyły się ognie, rzucane przez cenne kamienie, jakimi wysadzona była piękna jej bransoletka. Dostrzegłam, że widok tej ozdoby rozpalił i w oku doktora Johna błyski, ale wyraźne błyski ironii. Roześmiał się:
— Myślę, że najlepiej zrobię, składając mój turban na zwykłym moim ołtarzu ofiarnym; tam przynajmniej może on być pewien łaskawego przyjęcia; żadna gryzetka nie zwykła przyjmować darów łatwiej i bardziej ochoczo niż ona. Dziwne to! Bo przecież ostatecznie pochodzi z dobrego gniazda!
— Nie wie pan jednak, panie doktorze Johnie, w jaki sposób została wychowana — rzekłam. — Przerzucana przez całe swoje życie z jednej cudzoziemskiej pensji na drugą, mogłaby nieświadomością złego usprawiedliwić większość swoich braków i błędów. A nadto, sądząc z własnych jej opowiadań, musieli i rodzice jej również otrzymać podobne wychowanie.
— Domyślałem się zawsze, że nie są to ludzie zamożni, przyznam też, że świadomość ta sprawiała mi niegdyś rzetelne zadowolenie — odparł.
— Wiem od niej samej, że w domu jej rodziców panuje ubóstwo nieomal: Ginevra nie ukrywa wcale tych rzeczy, mówi o nich zupełnie otwarcie. Ma niewątpliwie tę wielką zaletę, że nie kłamie jak te wszystkie cudzoziemki. Jej rodzice mają licznych krewnych i bogatych znajomych, co, w ich pojęciu, wymaga odpowiedniego występowania na zewnątrz, aby dostosować się do tamtych stopą życiową. Konieczności — nieodzowne według nich — w połączeniu z wrodzoną bezmyślnością — złożyły się na jak najdalej idący, nie liczący się z niczym brak skrupułów w zdobywaniu środków pokazowej tej egzystencji. Taki jest prawdziwy stan rzeczy, jedyny z jakim stykała się od dziecka aż po dzień dzisiejszy.
— I ja tak sądzę. Pragnąłem jednak urobić ją na coś lepszego. Ale widzi pani, Lucy, jeśli mam być zupełnie szczery, doznałem nowego zupełnie uczucia dzisiaj wieczorem, widząc ją i de Hamala. Poczułem to, zanim jeszcze zraziła mnie impertynencja, z jaką pozwoliła sobie przyglądać się mojej matce. Dostrzegłem wymianę spojrzeń pomiędzy Ginevrą a de Hamalem bezpośrednio po jej wejściu do sali koncertowej. Spostrzeżenie to ukazało mi ich oboje w nowym zupełnie, fatalnym świetle.
— Co pan przez to rozumie? Wiedział pan wszak od dawna o ich flirtowaniu z sobą wzajem?
— O, flirt! Mógłby on być niewinną grą dziewczęcą, przynętą obliczoną na podniecenie prawdziwego, wiernego wielbiciela! To wszakże o czym mówię, nie było flirtem; była to wymiana spojrzeń, zdradzająca tajemne porozumienie wzajemne — gra ani dziewczęca, ani niewinna. Nie mógłbym nigdy pojąć za żonę kobiety zdolnej do wymieniania podobnych spojrzeń, chociażby nawet była ona piękna jak Wenus. Raczej gotów byłbym poślubić skromną wieśniaczkę w krótkiej spódniczce i wysokim czepeczku, bylebym tylko mógł mieć pewność, że mam do czynienia z istotą uczciwą.
Nie umiałam powstrzymać uśmiechu. Pewna byłam, że przesadza teraz doniosłość całej sprawy: Ginevra, pomimo istotnej swojej płochości, była jednak uczciwa w zasadzie. Powiedziałam mu to. On jednak potrząsnął przecząco głową, oświadczając, że nie zgodziłby się zaufać jej czci, jaką ma dla swojego nazwiska.
— To jedyna rzecz — odparłam — którą mógłby pan śmiało jej zaufać. Potrafiłaby bez skrupułu narażać na straty sakiewkę i własność swojego męża, niebacznie wystawiać na próby jego cierpliwość i wyprowadzać go z równowagi, nie sądzę wszelako, aby miała pozwolić samej sobie czy komu innemu na najlżejsze skażenie jego honoru.
— Staje się pani jej adwokatką — rzekł. — Czy chciałaby pani, abym wprzągł się od nowa w dawne moje jarzmo?
— Nie; rada jestem, że widzę pana wyzwolonego, wierzę też, że pozostanie pan długo wolny. Niech pan jednak będzie zarazem sprawiedliwy.
— Jestem sprawiedliwy. Sprawiedliwy jak Radamantus.[1] Gdy jednak poczuję się zupełnie obcym, nie potrafię sądzić inaczej, niż surowo... Ale niech pani uważa: Król i Królowa wstają. Podoba mi się Królowa: Sprawia wrażenie takiej dobrej i łagodnej. I matka moja także jest nadmiernie przemęczona; nie dowieziemy naszej Starszej Pani żywej i całej do domu, jeżeli nie zabierzemy jej zaraz. Bardzo jesteś zmęczona, mamo?
— Ja miałabym być zmęczona, Johnie?! — zawołała pani Bretton, sprawiająca istotnie wrażenie tak samo świeżej i rześkiej, jak jej syn. — Mogłabym podjąć się siedzenia dłużej tutaj od was wszystkich. Pozostańmy oboje, ja i ty, do rana, a przekonamy się kto z nas będzie zieleńszy o wschodzie słońca.
— Nie podjąłbym się takiej próby, bo ty, mamo, jesteś naprawdę najbardziej niewiędnącą z wiecznie zielonych roślin i najświeższą ze wszystkich niewiast. Niech więc słabe zdrowie i wrażliwe nerwy twojego syna starczą ci za usprawiedliwienie mojej prośby o rychły nasz powrót do domu.
— Gnuśny młodzieńcze! Pragnąłbyś niewątpliwie być już w łóżku; ha, trudno, widzę, że będzie trzeba ulec ci. I Lucy także wygląda jak przywiędły kwiat. Nie wstyd ci, Lucy? Kiedy byłam w twoim wieku, nie czyniło mnie ani o źdźbło bledszą spędzanie przez cały tydzień wieczorów poza domem. Chodźcie, chodźcie, oboje. Możecie też śmiać się dowoli z waszej Starszej Pani, która ani myśli pozostawiać tutaj pudełka z turbanem. Zabiorę je.
Zabrała pudło w istocie. Zaofiarowałam się wyręczyć ją, propozycja moja została odrzucona wszakże z życzliwą wzgardą: moja matka chrzestna oświadczyła, że zupełnie wystarczy mi pamiętanie o samej sobie, bez brania na moje barki dodatkowych ciężarów.
Nie zmuszona już — wobec odjazdu Króla i Królowej i powstałego wnet potem jeszcze gorszego zamętu — do ceremonialnego zachowania się, wyszła pani Bretton pierwsza, energicznie torując nam obojgu drogę poprzez tłum. Graham poszedł za nią, podżartowując ze swojej matki, że wygląda jak najzręczniejsza prawdziwa gryzetka, oglądana kiedykolwiek z pudłem od stroików przewieszonym przez ramię, podkpiwał także z jej zakochania się w lazurowym turbanie, który ujrzymy niebawem niewątpliwie na jej głowie.
Noc była bardzo chłodna i bardzo ciemna teraz już. Nie trwało jednak długo odnalezienie naszego pojazdu, w którym ulokowaliśmy się ciepło i przytulnie, niczym w promieniach ognia kominkowego. Powrót do domu był jeszcze przyjemniejszy bodaj, aniżeli jazda nasza na koncert. Był przyjemny, mimo że woźnica, który spędził u „marchand de vin“ — w winiarni — część czasu swojego oczekiwania na nas, zawiózł nas ciemnym samotnym gościńcem znacznie dalej niż było potrzeba, ominąwszy zakręt drogi, jaki wiódł wprost do La Terrasse. Rozgadani i roześmiani, nie zdawaliśmy sobie sprawy z jego błądzenia, aż wreszcie pani Bretton zwróciła uwagę, że, jakkolwiek château jest w istocie w jej pojęciu miejscem nader odległym od wszelkich siedzib ludzkich, nie przypuszczała wszelako nigdy, aby był położony na końcu świata, jak widzi teraz. Jedziemy już jakie półtory godziny — rzekła — a wciąż jeszcze nie skręciliśmy w aleję, prowadzącą do La Terrasse.
Pod wpływem uwagi matki wyjrzał Graham na drogę. Dostrzegłszy jedynie tonące we mgle poza niewidzialnymi zagrodzeniami pola, obrzeżone nieznanymi mu szeregami lip o poprzycinanych konarach, zaczął orientować się co właściwie zaszło. Nie było innej rady, jak tylko kazać woźnicy stanąć, po czym wyskoczył Graham z pojazdu, zajął miejsce na koźle i sam ujął cugle. Dzięki niemu przybyliśmy cało i zdrowo do domu spóźnieni nie więcej niż o półtorej godziny.
Marta nie zapomniała o nas: na kominku wesoło buzował ogień, a na stole w jadalni czekała apetycznie zastawiona wieczerza. Radzi byliśmy pierwszemu i drugiej. Późny brzask zimowego dnia zaczął już szarzeć, kiedy znaleźliśmy się wreszcie w naszych sypialniach. Zdjęłam z siebie różową suknię i czarną koronkową narzutkę w znacznie radośniejszym nastroju, aniżeli ten, w jakim pozwoliłam ustroić się w nie. Nie wszyscy może, olśniewający wspaniałością toalet na koncercie, mogli powiedzieć o sobie to samo, nie wszystkim bowiem przypadło w udziale szczęście przyjaźni, darzącej takim uczuciem spokoju, bezpieczeństwa i, miarkowanych rozsądkiem, skromnych nadziei.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO


Przypisy

  1. Radamantus — syn Zeusa i Europy, brat Minosa, wraz z nim i Eakiem uważany za sędziego dusz zmarłych, czczony był przez starożytność całą dla wysokiej swojej sprawiedliwości.
    (przyp. tłum.)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charlotte Brontë i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.