Villette/Rozdział XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charlotte Brontë
Tytuł Villette
Rozdział Reakcja
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1939
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Tytuł orygin. Villette
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXI
REAKCJA

Jeszcze tylko trzy dni, a potem konieczność powrotu na pensję. Nieomal odliczałam na zegarze poszczególne minuty tych godzin ostatnich. O, jak bardzo pragnęłam móc powstrzymać nieubłagany ich bieg! Przesuwały się jednak podczas mojego czujnego, pełnego niepokoju śledzenia ich i znikały bezpowrotnie w momencie, kiedy wciąż jeszcze myślałam z lękiem o tym, że przeminęły.
— Lucy nie odejdzie od nas dzisiaj — rzekła pani Bretton przy rannym śniadaniu tonem przymilnej prośby. — Wie przecież, że będziemy mogli jeszcze raz uzyskać dla niej zwłokę.
— Nie chciałabym prosić o nią, chociażby miało wystarczyć w tym celu jedno słowo bodaj — odparłam. — Pragnę mieć już poza sobą chwilę rozstania i znaleźć się znów na Rue Fossette. Muszę odjechać dzisiaj z rana, zaraz po śniadaniu. Kosz mój jest zapakowany i zasznurowany.
Okazało się jednak, że mój odjazd uzależniony był od Grahama. Ofiarował się odwieźć mnie, a tak złożyło się, że był zajęty przez cały dzień i powrócił do domu dopiero o zmierzchu. Nastąpiła mała utarczka słowna pomiędzy mną a gościnnymi moimi gospodarzami. Pani Bretton i jej syn nalegali na mnie, abym pozostała w ich domu przez tę jedną noc jeszcze. Omal nie rozpłakałam się, tak pilno było mi odjechać. Pragnęłam już rozstać się z nimi, jak przestępca na miejscu stracenia pragnie, aby topór spadł już jak najprędzej na jego szyję. Chce mieć jak najrychlej ten straszliwy ból poza sobą. Ani domyśleć się mogli, jak bardzo pragnęłam i ja również skończyć z tą chwilą okrutną. Nie byli w stanie zrozumieć mnie na tym punkcie. Nie doświadczyli nigdy niczego podobnego!
Było już zupełnie ciemno, kiedy doktór Jobn dopomógł mi wysiąść ze swego wolanta przed drzwiami Zakładu Wychowawczego Madame Beck. Latarnia przy wejściu była zapalona, mżył typowy deszcz listopadowy, który nie ustawał przez cały dzień: światło latarni rzucało drgające błyski na mokry chodnik przed domem. W taki sam wieczór przed rokiem niespełna po raz pierwszy przestąpiłam ten próg pośród takiej samej zupełnie scenerii. Zapamiętałam kształt kamieni bruku, którym przyglądałam się, nie mając nic innego do roboty w chwili czekania na otworzenie się przede mną tych drzwi, przed którymi stałam samotna, prosząca. I wówczas również na krótką przelotną chwilę spotkałam tego, który teraz towarzyszył mi tutaj. Czy kiedykolwiek przypomniałam mu to pierwsze nasze spotkanie albo też wyjaśniłam mu je? Nie, nie uczyniłam tego nigdy, ani też nie miałam nigdy ochoty uczynienia tego: była to miła myśl, zazdrośnie tajona przez mnie na dnie mojej pamięci, gdzie spoczywała nieporuszona.
Graham pociągnął za dzwonek. Drzwi otworzyły się natychmiast: była to właśnie pora wieczorna, w której uczennice przychodnie powracały do swoich domów i dlatego Rozyna stała w pogotowiu, aby otwierać przychodzącym po panienki.
— Niech pan nie wchodzi — rzekłam, on jednak, nie usłuchawszy mnie, zatrzymał się na chwilę w jasno oświetlonym przedsionku. Nie chciałam, aby dostrzegł łzy w moich oczach; miał zbyt współczujące serce, którego nie należało ranić bez potrzeby takim przejawem bólu. Dążeniem doktora Johna było zawsze leczyć — a przynajmniej koić, przynosić ulgę, ilekroć uleczenie nie leżało w jego mocy.
— Niech się pani zdobędzie na odwagę, droga Lucy. Niech pani pamięta zawsze, że moja matka i ja jesteśmy i pozostaniemy zawsze szczerymi, wiernymi przyjaciółmi pani. Nie zapomnimy o pani nigdy.
— Ani też ja nie zapomnę nigdy o pańskiej matce, ani o panu, doktorze Johnie.
Wniesiono mój bagaż, wymieniliśmy ostatni uścisk dłoni; doktór odwrócił się już, aby odejść, zatrzymał się jednak: nie wystarczyło mu znać to, co powiedział, do uczynienia zadość szlachetnym popędom duszy jego i serca.
— Lucy — szepnął, zbliżywszy się raz jeszcze do mnie — czy będzie pani czuła się bardzo samotna tutaj?
— Z początku — tak.
— Moja matka odwiedzi panią wkrótce, a tym czasem wie pani co zrobię? Będę pisywał do pani, ot, byle głupstwa, jakie przyjdą mi na myśl, aby tylko dodać pani otuchy, rozweselić panią nieco. Pozwala mi pani?
— O, szlachetne, rycerskie serce! — pomyślałam, potrząsnęłam jednak głową i rzekłam z uśmiechem: — Niech pan nie myśli wcale o nakładaniu na siebie podobnego obowiązku. Pan miałby pisać do mnie?!... Nie będzie pan nigdy miał na to czasu.
— Znajdę czas! Muszę znaleźć! Do widzenia!
Poszedł. Ciężkie drzwi zatrzasnęły się za nim — topór spadł — ból przeszył mnie swoim ostrzem.
Nie pozostawiając sobie czasu na odczucie go, ani na rozmyślanie o nim, przełknęłam łzy, jak gdyby były winem i weszłam od razu do bawialni Madame, aby przywitać ją i wyrazić jej należny szacunek.
Przyjęła mnie z doskonale odegraną serdecznością — była nawet wylewna, mimo że udzielona mi przez nią audiencja trwała krótko. Po dziesięciu minutach pożegnała mnie. Z salle à manger — jadalni — przeszłam do refektarza, gdzie uczennice i nauczycielki były już zgromadzone na naukę wieczorną; i znów zostałam powitana, tym razem jednak, jak sądzę, z nie tylko udawaną serdecznością. Kiedy było wreszcie i po tym przywitaniu także, mogłam udać się do sypialni.
— Czy Graham naprawdę napisze? — zadałam sobie pytanie, gdy, znużona przeżyciami dnia, osunęłam się na krawędź łóżka.
Rozum, przekradając się ku mnie poprzez mroki długiego tego, posępnego pokoju, podszeptywał rozważnie:
— Może nawet napisze raz jeden. Jest taki dobry i zacny, że zdobędzie się raz jeden bodaj na ten wysiłek. Nie może to jednak trwać na dłuższą metę — prawdopodobnie nawet nie powtórzy się po raz drugi bodaj. Wielkim szaleństwem byłoby opierać jakieś nadzieje na takim przyrzeczeniu — obłędem byłoby dopatrywać się w chwilowej, utworzonej przez deszcze kałuży, zawierającej co najwyżej jeden łyk wody, stale wytryskującego źródła, dostatecznie zraszającego całą okolicę.
Opuściwszy głowę na pierś, przesiedziałam przez godzinę jeszcze. Rozum nie przestawał podszeptywać mi ostrzeżeń, kładąc na ramieniu moim zwiędłą ze starości dłoń, mrożąc ucho moje lodowatym chłodem sinych swoich warg starczych.
— A gdyby nawet — mówił — gdyby nawet miał napisać, to i cóż z tego? Myślisz o przyjemności, jaką sprawi ci odpisywanie mu? O, głupia, niedorzeczna dziewczyno! Ostrzegam cię! Odpowiedź twoja musi być lakoniczna. Nie licz na płynącą stąd rozkosz dla serca — ani na przyjemność dla intelektu, jaką obdarzyć cię może ta korespondencja; nie pozwalaj sobie na wylewność uczuć, nie dawaj swobodnego ujścia żadnym popędom duszy i serca, nie ulegaj pokusie beztroskiej wymiany myśli, nie żyw nadziei na związek serc...
— Rozmawiałam z Grahamem, a nie karciłeś mnie przecież — próbowałam perswadować bezlitosnemu Rozumowi.
— Nie — przyznał. — Nie było potrzeby. Rozmową jest doskonałym ćwiczeniem dla twojego intelektu. Nie potrafisz prowadzić jej z należytą swobodą. Rozmawianie nie jest dla ciebie równoznaczne z zapominaniem o twojej niższości, z podtrzymywaniem w sobie ułud: mowie twojej nadaje osobliwe piętno cierpienie, braki, niedostatek...
— Ale przecież — przerwałam mu — tam, gdzie nie ma obecności cielesnej, a rozmowa grzeszy brakiem wyrobienia, nie podobna błądzić szukaniem w mowie pisanej pełniejszego wyrazu, aniżeli ten, na jaki zdolne są zdobyć się drżące, niepewne usta?
— Podtrzymuj w sobie tę wiarę na własną odpowiedzialność — odparł Rozum — i na własną również odpowiedzialność pozwól wierze tej wpływać na charakter twoich listów.
— O ile jednak czuję, czyż nie mam nigdy wypowiadać tego?
— Nigdy! — oświadczył Rozum z naciskiem.
Jęknęłam pod obuchem jego nieprzejednanej stanowczości. Nigdy! O, jaki wyraz nieubłagany! Okrutnik ten — Rozum — nie pozwoli mi podnieść oczu, ani uśmiechnąć się, ani łudzić się nadzieją: nie uspokoi się dopóki nie będę zupełnie zmiażdżona, wyzbyta resztek odwagi, złamana ostatecznie na duchu. W jego mniemaniu zrodzona zostałam na świat po to jedynie, aby zapracować na kawałek chleba, czekać z poddaniem na mękę śmierci i stale, przez całe życie, wątpić i rozpaczać. Może ma on słuszność; cóż jednak dziwnego, że skłonni jesteśmy czasem buntować się przeciwko niemu, wymykać się z pod karcącej jego różdżki i pozwalać chwilami wyobraźni naszej — jego jasnej, miłej nieprzyjaciółce — na pobujanie swobodne — na snucie słodkich wizji nadziei, cudownej, boskiej, z nieba zesłanej nam pocieszycielki. Musimy zrywać od czasu do czasu pęta, jakie nakłada na nas Rozum bez względu na straszliwą, czekającą nas za to karę. Rozum jest diabelsko mściwy; dla mnie, niczym zła macocha, miał on zawsze w zanadrzu żądło trujące. Jeśli byłam mu posłuszna, czyniłam to jedynie pod wpływem lęku, a nie miłości. Gdyby nie owa siła przyjaźniejsza, stale, mimo że tajemnie, dochowująca mi wierności, nie żyłabym od dawna już wskutek jego prześladowania mnie, krępowania surowymi ograniczeniami, mrożenia chłodem, maltretowania twardymi deskami zimnego łoża, zadawania mi nieustannych ciosów bolesnych.
Jakże często wypędzał mnie Rozum nocą, wśród zimy, na zlodowaciały śnieg, rzucając mi za całe pożywienie poobgryzane kości, których nie chciał tknąć pies nawet i zapewniając, że Los nie przeznacza dla mnie nic innego, nie przyznaje mi prawa domagania się czegoś lepszego...
W takich chwilach podnosiłam oczy w górę i na niebie wpośród krążących gwiazd, z których największa i najjaśniejsza słała ku mnie łagodnie kojący swoi promień, dostrzegałam głowę. Duch, tkliwszy i bardziej dobroczynny, niż Rozum ludzki, spływał na bezszelestnych swoich skrzydłach, rozsiewając dokoła atmosferę wiekuistego lata, niosąc balsamiczne wonie nigdy nie więdnących kwiatów i drzew, których owoc darzy życiem, przywiewając tchnienia czyste ze świata, któremu nie jest potrzebne słońce, aby go oświetlić. Dobry ten anioł nasycił głód mój pokarmem słodkim i nieznanym, zebranym pośród pokłosia anielskiego przez duchy opiekuńcze, gromadzące swoje sperlone rosą żniwo o pierwszej, najwcześniejszej godzinie boskiego poranka. Tkliwie osuszył on nie do zniesienia gorzkie łzy, waz z którymi spływa życie samo, ukoił cichym spoczynkiem znużenie śmiertelne, tchnął nadzieję i nowy impuls do życia w bezduszną, paraliżującą rozpacz beznadziejności. Boski, współczujący, pomocny wpływ. Kiedykolwiek zegnę modlitewnie kolana przed kim innym, aniżeli przed Bogiem, będzie to przed twoimi białymi, uskrzydlonymi stopami, pięknie jaśniejącymi na wyżynach i na równinie. Świątynie były wznoszone na cześć Słońca, ołtarze poświęcano Księżycowi. Ale, o glorio tysiąckroć większa! Na twoją chwałę nie wznosiły niczyje ręce świątyń, ni ołtarzy, niczyje usta nie czciły cię modlitwą, serca wszelako wielbiły cię i dochowały ci wierności poprzez wieki. Siedziba twoja zbyt obszerna jest na otoczenie jej murami, zbyt wysoka, aby wznieść kopułę ponad nią — świątynia, której posadzką jest przestwór — rytuał, którego tajniki ujawniają się w przedziwnej harmonii światów!
Władczyni najwyższa! aby móc ostać się i przetrwać, miałaś wielką armię męczenników; aby uszczęśliwiać ludzkość — twój wybrany zastęp najgodniejszych. Bóstwo niewątpliwe, istotą twoją niweczysz elementy upadku i rozkładu.
Ta córa Niebios przypomniała sobie o mnie tego wieczora. Widziała łzy moje i dlatego zestąpiła z wyżyn do mojego łoża, niosąc mi słowa pocieszenia.
— Śpij! — rzekła, — Śpij spokojnie. Ozłocę sny twoje!
Dotrzymała słowa, czuwając nad moim wypoczynkiem nocnym. O świtaniu wszakże objął Rozum ponownie straż nade mną. Zbudziłam się z nagłym wzdrygnięciem: deszcz siekł jednostajnie o szyby, a wiatr wył gniewnie w regularnych odstępach. Nocna lampka, ustawiona w pośrodku sypialni na czarnym okrągłym cokóle, przygasała powoli; rozpoczął się nowy dzień. O, jak bardzo współczuję tym, których cierpienia duszy budzą nagłym wzdrygnięciem zamiast podniecić i natchnąć nową energią czynu. Tego rana wzdrygnięcie, z jakim zbudziłam się, było tak silne, że poderwało mnie z łóżka, niby chwyt ręki olbrzyma. Jak szybko ubrałam się o przejmującym chłodzie brzasku dziennego! Jaki głęboki haust lodowato-zimnej wody nalałam sobie z mojej karafki i wypiłam duszkiem! Woda była zawsze moim kordiałem, do którego, jak inni pijacy, uciekałam się żarliwie, ilekroć gnębił mnie smutek.
Niebawem obwieścił dzwonek reveillée — porę budzenia się — całej szkole. Ubrawszy się, zeszłam sama do refektarza, w którym napalono w piecu, dzięki czemu panowało tu miłe ciepło. W całym domu poza refektarzem było zimno, przejmujące typowo surowym chłodem zimy na kontynencie. Mimo że był dopiero początek listopada, wiatr wiejący z północy zmroził lodowatym swoim tchnieniem cały nieomal obszar Europy. Pamiętam, jak bardzo nie podobały mi się czarne piece, kiedy zapoznałam się z nimi po raz pierwszy; z czasem jednak nauczyłam się łączyć z nimi pojęcie przytulnego ciepła, polubiłam je też, jak w Anglii lubimy ogień płonący na kominku.
Usiadłszy przy ciemnym tym pocieszycielu, miałam możność spokojnie pogrążyć się w rozmyślanie nad życiem i jego zmiennymi losami, nad przeznaczeniem i jego wyrokami. Spokojniejsza i bardziej zrównoważona niż nocy poprzedniej, nakreśliłam sobie cały szereg nakazów i reguł życiowych, nie dozwalających — pod grozą najsurowszych kar — na wszelkie jałowe rozpamiętywanie minionego szczęścia, nakazujących cierpliwe przedzieranie się przez zawiłości i zawody chwili obecnej, czerpanie siły i energii w oparciu o wiarę, tłumienie pędu do bałwochwalczego wielbienia i przekreślanie raz na zawsze wszelkich tęsknot za wyśnioną krainą obiecaną. Wiedziałam, że do jej rzek nie dotrzemy nigdy może, chyba tylko w gorączkowych wizjach konania, a soczyste jej łąki pastewne oglądać moglibyśmy jedynie z pustynnego mogilnego szczytu wyżyny Nebo na krańcu Martwego Morza.
Stopniowo połączone poczucie skrzepionej siły i bólu zarazem opancerzyło moje serce, podtrzymując je, a przynajmniej powściągając jego kołatanie i uzdolniło mnie do pełnienia moich zadań codziennych. Podniosłam głowę.
Jak już zaznaczyłam, siedziałam przy piecu, wmurowanym w ten sposób w ścianę, dzielącą refektarz od carré, aby mógł ogrzewać oba pomieszczenia. W tej samej ścianie, tuż obok pieca, przebite było okno, wychodzące również na carré. Podniósłszy w pewnej chwili głowę, ujrzałam w szybie okna chwast bonnet grec, wysokie czoło i dwoje bystro patrzących, przenikliwych oczu; spojrzenie ich utkwione było we mnie dziwnie badawczo. Nie wiedziałam do owego momentu, że policzki moje były mokre od łez, nagle jednak poczułam ich słoną wilgoć na mojej twarzy.
Dziwny był to dom, gdzie nie znalazłbyś kącika wolnego od natrętnej wścibskiej ciekawości ludzkiej, gdzie nie można było uronić łzy, ani zamyśleć się głębiej, aby nie znalazł się pod ręką szpieg, podglądający czujnie i usiłujący odgadnąć co może kryć się pod tymi przejawami. Co wszelako sprowadziło tutaj tego pozadomowego, męskiego szpiega o tak niezwykłej godzinie? Jakie prawo miał wtrącać się w ten sposób do mnie? Żaden inny profesor nie odważyłby się przekroczyć carré przed dzwonkiem szkolnym. Ale Monsieur Emanuel nie liczył się ani z rozkładem dnia, ani z regulaminem: chciał przejrzeć jakąś księgę, złożoną w bibliotece pierwszej klasy; szukał jej i po drodze mijał właśnie refektarz. Rozglądając się wciąż swoim zwyczajem na wszystkie strony: przed siebie, poza siebie, na lewo i na prawo, dostrzegł mnie przez szybę okienka, otworzył bez ceremonii drzwi i stanął na progu.
Mademoiselle, vous étes triste?[1]
Monsieur, j‘en ai bien le droit[2]
Vous êtes malade de coeur et d‘humeur[3] — dodał. — Smutna jest pani zarazem buntuje się pani przeciw temu. Widzę na policzkach pani dwie łzy, o których wiem, że są gorące jak dwie iskry i słone, jak dwa kryształy morskie. Kiedy mówię, przygląda mi się pani tak dziwnie. Czy mam powiedzieć pani, co mi się przypomina, gdy obserwuję panią?
— Zostanę wezwana wkrótce na modlitwę, proszę pana; niewiele mam czasu na rozmowę o tej porze dnia. Wybaczy pan...
— Wybaczę wszystko — przerwał mi — jestem w tak wyrozumiałym nastroju, że ani szorstka odprawa, ani obelga nawet, nie byłaby w stanie zirytować mnie. Otóż przypomina mi pani młodą płochliwą dziką sarenkę leśną, świeżo pochwyconą, nieoswojoną jeszcze, przyjmującą z błyskiem gniewu w oczach i z lękiem zarazem obcego, natrętnego przybysza.
Niczym nieusprawiedliwiona poufałość! Bezzasadnie szorstka, o ile skierowana do uczennicy; w stosunku do nauczycielki nie do przyjęcia. Sądził, że wywoła nią żywe odparcie; niejednokrotnie bywałam świadkiem podniecania przez niego do wybuchu jednostek bardziej gwałtownych, mnie wszakże — powiedziałam sobie — nie uda mu się sprowokować do gniewu. Milczałam.
— Wygląda pani na osobę, gotową sięgnąć chętnie po łyk słodkiej trucizny, otrząsając się, natomiast ze wstrętem na zdrową goryczkę.
— Nigdy istotnie nie lubiłam goryczy, nie uważam jej też za zdrową. A temu co słodkie, czy będzie to trucizna, czy pokarm żywiący, nie może pan odmówić jednej przynajmniej pociągającej zalety — słodyczy. Kto wie, czy nie lepiej umrzeć rychlej przyjemną śmiercią, aniżeli wlec przez długie lata żywot, wyzbyty wszelkiego uroku.
— A jednak — odparł — jest obowiązkiem pani zażywać codziennie przeznaczoną sobie dawkę goryczy; zmusiłbym panią do wchłonięcia jej, o ile byłoby to tylko w mojej mocy. Co zaś dotyczy umiłowanej trucizny, gotów byłbym bodaj roztrzaskać czarę, która ją zawiera.
Ostro odwróciłam głowę od niego, po części dlatego, że jego obecność była dla mnie zdecydowanie przykra, zarazem też dlatego, że pragnęłam uniknąć dalszych pytań: obawiałam się, że w moim obecnym nastroju wysiłek dawania odpowiedzi mógłby wytrącić mnie z równowagi i pozbawić zdolności panowania nad sobą.
— Proszę — dodał łagodniej — niech mi pani powie prawdę, smutek pani jest spowodowany rozstaniem z przyjaciółmi, czy tak?
Przypodchlebna jego łagodność była równie nie do zniesienia, jak badawcza jego ciekawość. Monsieur Paul wszedł do pokoju, usiadł na ławce w odległości jakich dwóch yardów ode mnie, usiłując z niezwykłą jak na niego cierpliwością i wytrwałością wciągnąć mnie do rozmowy. Usiłowania jego były jednak daremne — nie mogłam mówić. Zwróciłam się wreszcie do niego z błagalną prośbą, aby pozostawił mnie w spokoju. W momencie wypowiedzenia tej prośby, głos mój załamał się; głowa moja opadła na oparte na stole ramiona. Rozpłakałam się. Łkałam długo i gorzko. Przesiedział przy mnie jakiś czas jeszcze. Nie mówiłam nic i nie podniosłam oczu dopóki jego oddalające się kroki nie uspokoiły mnie, że odszedł wreszcie. Łzy przyniosły mi ulgę.
Miałam jeszcze chwilę czasu na umycie oczu przed śniadaniem, wydaje mi się też, że zasiadłam do niego równie spokojna i pogodna, jak wszyscy inni, na pewno tylko nie tak wesoła i rozbawiona, jak młoda osóbka, która zajęła przy stole miejsce wprost naprzeciwko mnie, utkwiwszy we mnie parę nieco małych, ale radośnie rozbłysłych oczu i wyciągnąwszy do mnie poprzez szerokość stołu białą rękę na powitanie. Podróże miss Fanshave, miłe rozrywki, jakich używała pod dostatkiem i wreszcie flirty, jakich sobie nie skąpiła, wpłynęły nader dodatnio na jej powierzchowność: twarz jej wypełniła się, policzki jej były krągłe i rumiane jak jabłuszka. Widziałam ją ostatnio w eleganckiej toalecie wieczorowej. Nie wydawało mi się wszakże, aby miała teraz wyglądać mniej uroczo w zwykłym ubraniu szkolnym, w gładkiej, skromnej sukni z ciemno-granatowej wełny w niewyraźną czarną kratkę. Bodaj nawet nadawała ciemna ta sukienka osobliwy powab jej urodzie, bardziej jeszcze, prawem kontrastu, uwydatniając jasność jej cery, świeżość jej kwitnącej twarzy, i olśniewającą złocistymi połyskami puszystość jej splotów.
— Rada jestem, że pani powróciła, surowy Tymonie. — Tymon było jednym z tuzina przezwisk, jakie mi nadawała. — Nie ma pani wcale pojęcia jak często brak mi było pani w ponurej tej dziurze.
— O, naprawdę? W takim razie, skoro byłam pani potrzebna, chciała pani czegoś ode mnie; miała pani może pończochy do zacerowania?
Nie wierzyłam ani na chwilę w bezinteresowność Ginevry.
—Opryskliwa i cierpka, jak zawsze! — oburzyła się. — Mogłam się tego spodziewać. Nie byłaby pani sobą, gdyby nie odpowiedziała pani szorstko na serdeczne zwrócenie się do niej. Ale mniejsza o to, staruszko. Mam nadzieję, że tak samo jak zawsze lubi pani kawę i tak samo jak zawsze nie lubi pani tych tutejszych podłużnych bułek — pistolets. — Ma pani ochotę na urządzenie handlu zamiennego?
— Może pani zrobić, jak się pani podoba.
Podobało jej się zawsze zmuszać mnie do ustępowania jej i do podporządkowywania się, jej woli. Nie lubiła kawy podawanej na pensji z rana: napój ten nie był u Madame Beck ani dość mocny, ani dość słodki jak na jej gust, natomiast, jak wszystkie zdrowe młode dziewczyny, miała tęgi, zdrowy apetyt, nigdy też nie można jej było nastarczyć owych pistolets, smacznych w istocie, codziennie z rana świeżo pieczonych, ciepłych jeszcze i przyjemnie chrupiących. Każdemu z domowników podawano pewną określoną ich ilość, że zaś porcja ta przekraczała moje zapotrzebowanie pieczywa do kawy rannej, oddawałam stale połowę Ginevrze, nie licząc się z tym nawet, że i wiele innych osób w zamian oddawało mi czasem trochę swojej kawy. Tego dnia rada byłam z dodatkowego tego łyku: nie byłam głodna, tylko straszliwie spragniona. Nie wiem także dlaczego, o ile tak się składało, że dwie osoby musiały dzielić jedną filiżankę, czy jeden talerz, jak to bywało na wycieczkach na przykład, kiedy po długiej przechadzce zatrzymywałyśmy się gdzieś na folwarku, aby napić się czegoś, urządzałam się zawsze w ten sposób, aby dzielić kubek czy szklaneczkę do picia z Ginevrą, pozwalając jej przy tym korzystać z lwiej części podanego nam białego piwa, słodkiego wina owocowego, czy świeżo udojonego mleka. Tak bywało stale: wiedziała dobrze o tej mojej ustępliwości względem niej, mimo też wiecznych naszych utarczek nie dochodziło nigdy pomiędzy nami do poróżnienia się na dobre.
Po śniadaniu zwykłam udawać się do pierwszej, to znaczy, najwyższej klasy i przesiadywać tam samotnie, czytając lub rozmyślając (częściej to ostatnie) aż do dziewiątej, kiedy, wraz z wybiciem zegara, otwierały się szeroko podwoje klas przed chmarą spieszących do zajęć pensjonarek stałych i przychodnich. Z tą chwilą rozpoczynał się w szkole ożywiony ruch, trwający z krótkimi przerwami do piątej po południu.
Zaledwie zdążyłam usiąść tego rana na zwykłym moim miejscu w pierwszej klasie, kiedy zapukano do drzwi.
Pardon, mademoiselle — przeprosiła mnie jedna z pensjonarek, wszedłszy do pokoju klasowego, aby zabrać ze swojej kasetki jakąś potrzebną jej książkę czy kajet, po czym wycofała się na palcach, szepcąc w chwili mijania mnie:
Que mademoiselle est appliquée! — Jaka pani pilna!
Appliquée?! W samej rzeczy! Atrybuty pilności rozłożone były przede mną, nie robiłam jednak nic i nie miałam zamiaru nic robić. Często przypisuje nam w ten sposób świat zasługi, których w rzeczywistości wcale nie ponosimy. Sama nawet Madame Beck uważała mnie za typ bas-bleu — sawantki — zwykła też powtarzać poważne ostrzeżenia, abym nie oddawała się studiom tak usilnie, „bo krew może uderzyć mi do głowy“. Wszyscy na pensji przy Rue Fossette podtrzymywali legendę „uczoności miss Lucy“, z wyjątkiem jedynie, Monsieur Paula, który niezbadaną zupełnie dla jemu samemu tylko znaną drogą wcale trafnie ocenił moje rzeczywiste kwalifikacje umysłowe. Ze zwykłą też złośliwością swoją lubił szeptać mi do ucha satyryczne uwagi o ich skąpym zasobie. Ja sama nie troszczyłam się nigdy o braki moje na tym punkcie. Szczerze lubię snuć własne moje myśli; wiele przyjemności sprawiało mi i sprawia zawsze czytanie nielicznych jednak książek; nigdy, natomiast, nie znosiłam połykania mnóstwa ich. Najchętniej czytuję zawsze te, których styl, czy wypowiadane w nich myśli i uczucia zdradzają właściwą naturę autora, odrzucam zaś z niechęcią książki, pozbawione wyraźnego charakteru, chociażby były najmędrsze i posiadały najwięcej zalet literackich. Zdaję sobie dokładnie sprawę, że, o ile dotyczy to własnego mojego umysłu, zadowolniła się Opatrzność obdarzeniem mnie ograniczonymi środkami i możliwościami, wdzięczna jej wszelako jestem i za tę odrobinę: nie posiadam wyższych ambicji, ani też nie dążę do zdobycia wyższej kultury umysłowej.
Zaledwie zamknęły się drzwi za ową ugrzecznioną uczennicą, kiedy, tym razem bez żadnej ceremonii, nie uprzedziwszy nawet o swoim najściu zapukaniem dla formy chociażby, wpadł drugi z kolei natręt. Gdybym nawet oślepła nagle, wiedziałabym kto to taki. Wrodzona moja powściągliwość i stałe trzymanie się z dala dopomogły mi do zapoznania się w sposób pożytecznie ostrzegawczy dla mnie z cechami charakteru i obyczajami moich współtowarzyszek i współmieszkanek pensyjnych, rzadko też zdarzało mi się do owego czasu cierpieć z powodu szorstkiego, czy natrętnego traktowania mnie przez kogokolwiek. W początkach zainstalowania się mojego na pensji Madame Beck zdarzało się tu i owdzie, że jakaś bardziej nieokrzesana Niemka pozwalała sobie poklepać mnie poufale po plecach i wezwać do urządzenia wyścigu z nią, albo też która z hałaśliwych Labassecouriennes chwytała mnie za ramię, aby pociągnąć mnie za sobą na plac gier i zabaw. Często również proponowano mi wzięcie udziału w biegu dokoła słupa z unoszeniem się możliwie najwyżej w górę, czyli tak zwanym „Pas de géant“ — kroku olbrzyma — albo też w osobliwym rodzaju gry w chowanego, zwanym „Un, deux, trois“ — raz, dwa, trzy. Wszystko to jednak ustało od dość dawna już bez zmuszania mnie do przykrej konieczności opryskliwej odmowy. Nie byłam już teraz narażona na zbyt poufałe traktowanie mnie przez nikogo, z wyjątkiem jednej jedynej istoty. Że jednak była nią Angielka, łatwiej mogłam znieść poufałość z jej strony. Ginevra Fanshave bez żadnych skrupułów chwytała mnie w chwili, kiedy przechodziłam przez carré, porywała i okręcała mnie w dzikim, zawrotnym kołowrocie walca, po łobuzowsku rada, że udawało jej się bezceremonialnością swoją oszołomić mnie i stropić. I teraz także wpadła Ginevra Fanshave, nie licząc się z tym, że przerywa mi chwilę „skupienia przy studiach“.
— Czas na panią do ćwiczeń fortepianowych — zwróciłam jej uwagę — powinna pani już być w małym salonie.
— Nie pójdę dopóki nie rozmówię się z panią, chére amie. Wiem gdzie pani spędziła swoje wakacje, i w jaki sposób zaczęła pani wreszcie hołdować życiu towarzyskiemu, bawić się i korzystać z rozrywek, jak każda inna belle — ślicznotka. — Widziałam panią ostatnio na koncercie, ubraną odpowiednio, tak samo, jak ubieramy się my wszystkie. Kto jest pani tailleuse — krawcową?
— Niemądre gadanie! Moja tailleuse? Też pani wymyśliła! — Nic z tego! Proszę wynosić się, panno Ginevro! Nie życzę sobie towarzystwa pani w chwili obecnej.
— Co mnie może obchodzić, że pani nie życzy sobie mojego towarzystwa, jeśli ja życzę sobie paninego, petite farouche — mała niedotykalsko. Dieu merci — chwała Bogu — wiemy jak sobie radzić z naszą utalentowaną rodaczką, z uczoną „ourse Britannique“ — niedźwiedzicą brytyjską. — Tak więc, niedźwiedziątko, zna pani Izydora?
— Znam Johna Brettona.
— Cicho! — syknęła, zatykając sobie uszy palcami. — Przedziurawia mi pani bębenki uszne szorstkimi swoimi anglicyzmami! Jakże się miewa ukochany nasz John? Niech mi pani opowie coś o nim. W smutnym nastroju musi być biedaczysko. Co powiedział na moje zachowanie się wobec niego i jego rodzicielki owego wieczora? Prawda, że byłam okrutna?
— Wyobraża sobie pani, że zwróciłam na panią uwagę?!
— O, był to rozkoszny wieczór! Boski de Hamal! A jaką przednią miałam zabawę patrząc na tamtego, ginącego z zazdrości i nie odważającego się podejść bliżej! A ta stara dama — moja przyszła teściowa! Obawiam się tylko, że ja i lady Sara troszkę za śmiało pozwoliłyśmy sobie podkpiwać z niej.
— Lady Sara nie brała wcale udziału w tym „podkpiwaniu,“ a co się tyczy pani zachowania, może pani być zupełnie spokojna: pani Bretton nie tylko przeżyje pani podkpiwanie z niej, ale łatwo upora się z nim.
— Możliwe. Stare niewiasty są wytrzymałe. Ale ten jej biedny syn! Niech mi pani powie jak on to przyjął. Widziałam, że był strasznie zgnębiony. Co powiedział?
— Powiedział, że wyglądała pani tak, jak gdyby w duszy czuła się pani już Madame de Hamal.
— Naprawdę? — zawołała rozpromieniona. — Zauważył to? O, jak cudownie! Pewna byłam, że jest doprowadzony do szału z zazdrości.
— Panno Ginevro! Czy zupełnie na serio zerwała pani z doktorem Brettonem? Czy naprawdę pragnie pani, aby zrzekł się wszelkich praw do pani?
— O, dobrze pani wiadomo, że nie mógłby, nie byłby w stanie wyrzec się mnie. Chcę tylko wiedzieć, czy szalał z zazdrości.
— Tak. Szalał, niczym zając w marcu.
— W jaki sposób udało się wam, matce jego i pani, dostać go do domu?
— W jaki sposób? Nie lituje się pani wcale nade mną i nad jego matką? Czy może sobie pani wyobrazić jakiego wysiłku musiałyśmy użyć, aby utrzymać go w powozie, gdy biedak miotał się w szale opętańczym, doprowadzając tym wszystkich do obłędu nieomal. Woźnica nawet stracił zupełnie głowę, wskutek czego zabłąkaliśmy się w drodze powrotnej.
— Co też pani mówi? Coś mi się wydaje, że drwi pani ze mnie. Proszę panią, panno Lucy...
— Zapewniam panią, że to najprawdziwsza prawda, tak samo jak prawdą jest, że nie mogłyśmy utrzymać doktora Brettona w powozie. Wyrwał się nam i pojechał sam konno, aby nie mieć nas przy sobie.
— A co się stało potem?
— Potem, kiedy przyjechałyśmy nareszcie do domu? O, nie da się wcale opisać scena, jaka nastąpiła.
— Niech mi ją pani opisze! To takie zabawne!
— Zabawne dla pani, panno Fanshave, ale — dodałam, marszcząc surowo brew — wiadomo pani wszak, że to co dla jednego jest zabawą, może być śmiercią dla innego.
— Dalei, dalej, niech pani opowie co było dalej, droga, najdroższa Timonko!
— Nie, doprawdy nie mogę, chyba że da mi pani dowód posiadania chociażby odrobiny serca.
— Może pani być pewna, że posiadam go nie tylko odrobinę, ale olbrzymią moc! Nie wiedziała pani o tym?
— Dobrze. W takim razie będzie pani w stanie wyobrazić sobie doktora Brettona, odsuwającego przede wszystkim gwałtownym gestem swoją wieczerzę — zimne kurczę, i mleczko cielęce, jego ulubione, specjalnie przygotowane dla niego potrawy pozostały na stole nietknięte. Potem — ale w jakim celu miałabym rozwodzić się nad upiornymi tymi szczegółami? Niech pani wystarczy fakt, że nigdy, w najbardziej burzliwych momentach jego dziecięctwa, nie miała matka jego tyle pracy przy ułożeniu go do łóżka i utuleniu go do snu, jak tego wieczora.
— Nie mógł uleżeć spokojnie?
— Nie, nie mógł uleżeć spokojnie. Trzeba było przytrzymywać go siłą.
— A co mówił przy tym?
— Domyśla się pani chyba rozpaczliwego jego wzywania boskiej swojej Ginevry, miotającego najstraszliwsze klątwy na tego szatana, de Hamala, bredzącego o złotych lokach, o błękitnych oczach, białych ramionach i lśniących bransoletach...
— Naprawdę?! Widział więc bransoletę?!
— Czy ją widział? Miał tak samo wyraźną jej wizję, jak ja widzę ją w tej chwili, i może po raz pierwszy dostrzegł piętno, jakie odcisnęła ona na pani ramieniu, panno Ginevro... Ale teraz, dość tego — dodałam surowym, mentorskim tonem, podnosząc się równocześnie. — Proszę iść do swojego fortepianu! — nakazałam, otwierając przed nią drzwi.
— Nie opowiedziała mi pani wszystkiego.
— Radzę nie czekać lepiej na moje opowiedzenie pani wszystkiego. Tego rodzaju zbędna zupełnie szczerość nie mogłaby sprawić pani przyjemności. Proszę iść!
— Zła, niegodziwa istoto! — burknęła, usłuchała mnie jednak. Pierwsza klasa stanowiła terytorium, podlegające mojej bezpośredniej władzy, wobec czego była Ginevra zmuszona podporządkować się wydanemu jej nakazowi opuszczenia go.
O ile mam jednak wyznać prawdę, nie byłam nigdy mniej niezadowolona z niej, aniżeli tego dnia. Przyjemnie było myśleć o kontraście, jaki zachodził pomiędzy rzeczywistością, a moim opisem, przypominać sobie pogodny, radosny nieomal nastrój doktora Jobna podczas jazdy powrotnej, wyborny apetyt, z jakim spożywał swoją wieczerzę i chrześcijańską rezygnację, z jaką udał się na spoczynek. Wówczas jedynie, kiedy widziałam go prawdziwie nieszczęśliwym, odczuwałam żal głęboki do zwiewnej, tak anielsko wyglądającej sprawczyni jego cierpień.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Minęły dwa tygodnie. Wprzęgłam się ponownie w jarzmo szkolne, dzięki czemu gwałtowny ból zmiany ustąpił miejsca tępemu cierpieniu nawyku. Pewnego popołudnia, przechodząc przez carré po drodze do pierwszej klasy, gdzie miałam być obecna przy wykładzie „literatury i stylistyki“, ujrzałam odźwierną, Rozynę, stojącą przy jednym z wysokich, wielkich okien. Postawa jej była, jak zwykle, niedbała: jedną rękę trzymała w kieszeni fartuszka, drugą podnosiła w tej chwili do oczu list, którego kopertę z wypisanym na niej adresem i odciśniętą pieczątką usiłowała widocznie odcyfrować.
List! Wizja listu, podobnego do tego nie odstępowała mnie od tygodnia co najmniej. Ostatniej nocy śniła mi się nawet taka sama zupełnie koperta. Niepokonany prąd magnetyczny pociągnął mnie teraz ku trzymanemu przez Rozynę białemu kwadratowi, nie wiem jednak, czy odważyłabym się prosić naszą odźwiernę o prawo rzucenia okiem chociażby na upragniony przedmiot moich rojeń we śnie i na jawie, od którego czerwonej pieczątki woskowej nie byłam w stanie oderwać olśnionego nią wzroku. Myślę jednak, że prześlizgnęłabym się mimo Rozyny i listu, zdjęta śmiertelną trwogą przed możliwym rozczarowaniem; tym bardziej niespokojnie zabiło też moje serce, kiedy wydało mi się, że słyszę kroki jej poza sobą. Nerwy moje spłatały mi figla jednak, wprowadziły mnie w błąd; był to szybki krok profesora literatury, przebiegającego w tej chwili przez kurytarz. Uciekłam przed nim. Gdybym zdążyła przed przybyciem profesora usiąść spokojnie przy moim biurku, zajęta utrzymaniem klasy w karnym pogotowiu oczekiwania na jego wejście, nie zwróciłby na mnie może uwagi. O ile wszakże zatrzymałabym się w carré, nie uniknęłabym na pewno badawczego wzroku Monsieur Paula i odpowiedniego zagabnięcia mnie. Dlatego uciekłam przed nim. Miałam szczęśliwie czas usiąść, nakazać i uzyskać ciszę, wyjąć moją robotę i zabrać się do niej wśród ogólnego natychmiastowego posłusznego umilknięcia, kiedy Monsieur Paul wpadł do klasy jak bomba, wnosząc z sobą od razu zapowiedź burzy.
Wejście jego odbyło się z błyskawiczną szybkością, jak zwykle, zamiast jednak wbiec pędem na katedrę, zatrzymał się przy moim biurku. Zwrócony twarzą w stronę moją i okna, a plecami do uczennic i do pokoju, spojrzał na mnie w sposób, który winien był skłonić mnie do zerwania się na równe nogi i zapytania go o co mu właściwie idzie. Wzrok ten wyrażał gniew, oburzenie i najwyższą nieufność zarazem.
Voilà! Pour vous — Oto! dla pani! — rzekł, wyciągając rękę z kieszeni i rzucając na moje biurko list, który przed chwilą widziałam w ręku Rozyny, list, ktorego śnieżnie biała kwadratowa koperta z jaskrawo-czerwoną plamą woskowej pieczęci, ziejącej, niby oko Cyklopa, w punkcie środkowym, odcisnęła się tak wyraźną wizją na siatkówce oka mojej duszy. Wiedziałam, czułam, że jest to list, stanowiący ziszczenie moich nadziei, spełnienie się moich pragnień, list przynoszący mi wyzwolenie ze wszystkich moich wątpliwości, okup za przecierpiane trwogi i męki. Monsieur Paul ze zwykłym bezceremonialnym swoim wtrącaniem się do wszystkiego, wziął list od Rozyny, aby wręczyć mi go osobiście.
Powinno było mnie to właściwie rozgniewać, nie zdobyłam się jednak ani przez sekundę nawet na uczucie gniewu. Miałam przecież w ręku nie lakoniczną karteczkę, ale cały list, kopertę, która na pewno zawiera jeden arkusik co najmniej. Już na dotyk zapowiadała zawartość pokaźną, zdolną zadowolnić najśmielsze moje pragnienia. Wyraźnie wypisany był na niej adres: „Miss Lucy Snowe“, męskim, stanowczym, równym charakterem pisma. Czerwona pieczęć z wosku, przyłożona była z precyzyjną dokładnością, pewną ręką, która nie zadrżała, odciskając na białej kopercie tak dobrze znane mi i tak drogie inicjały: „J. G. B.“
Doznałam uczucia szczęścia — radosnego wzruszenia, które napędziło mi do serca gorącą falę krwi, rozlewając się żywym cieniem po moich żyłach. Tym razem spełniły się moje nadzieje; trzymałam w ręku solidny, namacalny dowód szczęścia: nie złudne marzenie tylko, nie zwiewną wizję jedynie, ani też jeden z owych wysnutych z fantazji obrazów, bez których ludzkość żyć nie mogłaby, mimo że dają one pokarm dla duszy jeno, a nie dla ciała — ale boski, często jakże trujący dla śmiertelnych, dar z Niebios zesłany. Była to owa ofiara, której stary, umierający patriarcha żądał od syna swojego, Ezawa, przyobiecując mu w zamian pobłogosławienie go ostatnim swoim tchnieniem. Z głębi duszy podziękowałam Bogu, który w nieskończonej łaskawości Swojej i dobroci, raczył obdarzyć mnie takim szczęściem bezmiernym.
Pomimo głębokiego przejęcia i wzruszenia, zdołałam zachować pozorny spokój, z jakim podziękowałam oddawcy:
— Dziękuję panu, bardzo panu dziękuję, monsieur!
Monsieur odął wargi, spojrzał na mnie gniewnie i zawrócił ku katedrze. Nie był, stanowczo nie był dobrym, kochanym człowieczkiem, jakkolwiek posiadał pewne cechy dodatnie.
Czy zabrałam się z miejsca do odczytania mojego listu? Czy pochłonęłam „słodką truciznę“ od razu, jednym haustem, jak gdyby boża manna spływała z niebios codziennie?
Zbyt rozważna byłam na to. Koperta z adresem — z woskową pieczątką, na której widniały wyraźnie odciśnięte trzy litery — była aż do zbytku hojnym darem, opromieniającym chwilę obecną. Wysunęłam się cichaczem z pokoju, zaopatrzyłam się w klucz od dużej sypialni, zamykanej stale za dnia i pospieszyłam z drżeniem niepokoju ku mojemu burku. W obawie, aby Madame Beck nie wyszpiegowała mnie i nie przekradła się w ślad za mną na górę, otworzyłam szufladę, wyciągnęłam szkatułkę i, nasyciwszy raz jeszcze wzrok widokiem adresu i pieczęci na kopercie, przytknąwszy z uczuciem uwielbienia, zawstydzenia i rozkoszy zarazem pieczęć do moich ust, owinęłam nietknięty, nienaruszony skarb w srebrny papier i schowałam do szkatułki, po czym zamkniętą na kluczyk szkatułkę włożyłam do szuflady, i zamknąwszy ją z kolei starannie, powróciłam do klasy, czując, że baśnie czarodziejskie i dary dobrych wróżek nie są dziecięcym marzeniem jedynie. Nieznany mi dotychczas upojny obłęd! List, to źródło mojego upojenia, pozostawał wciąż jeszcze nieodczytany: liczba wierszy nawet, jakie zawierał, była dla mnie słodką niewiadomą.
Kiedy weszłam ponownie do klasy, zastałam Monsieur Paula w napadzie opętańczego rozwścieczenia. Któraś z uczennic nie odpowiadała dość wyraźnie czy dość dosłyszalnie dla jego uszu, a teraz ona sama i inne także wraz z nią, płakały, gdy Monsieur Paul miotał na nie pioruny swojego gniewu, blady, jak płótno, z wielkiego uniesienia. Zabawne, że kiedy ukazałam się, wpadł z furią na mnie.
— Czy jestem, czy nie jestem wychowawczynią tych dziewcząt? Czy uważam za mój obowiązek uczyć je zachowywać się jak przystoi młodym damom? Czy to ja pozwalam im, a nawet — nie wątpi o tym — zachęcam je do dławienia ich języka macierzystego w swoich krtaniach, do tarcia go i drobienia między zębami, jak gdyby, powodowane niskimi jakimiś pobudkami, wstydziły się wypowiadanych słów?! Czy robią to przez skromność? O, zna się on dobrze na tych rzeczach! To raczej nędzny zakłamany sentymentalizm — groźna zapowiedz najgorszych instynktów. Zamiast znosić te grymasy i te wykrzywiania się, te rozcierania w zębach, ohydne to zniekształcanie i wykoszlawianie szlachetnego języka macierzystego, tę sztuczną, wstrętną afektację i ten doprowadzający do szału krnąbrny, zacięty upór uczennic najwyższej klasy, woli raczej rzucić je na pastwę szeregu petites maîtresses — nauczycielek dla początkujących — i poświęcić się nauczaniu abecadła maleństw z klasy trzeciej.
Cóż miałam odpowiedzieć na ten niepoczytalny wybuch? Nic oczywiście. Miałam nadzieję, że pozwoli mi milczeć. Moje milczenie sprawiło wszelako, że burza rozsrożyła się od nowa.
— Nie raczę zatym nawet udzielić odpowiedzi na te pytania? Tutaj, na tym miejscu, w tym buduarze zarozumiałych pierwszoklasistek z jego pretensjonalnymi szafkami na książki, z jego malowanymi na zielono pulpitami, z jego śmietnikiem kwiatowym, z jego godnymi rupieciami oprawnymi w ramki obrazkami i mapami, z jego cudzoziemską surveillante nade wszystko! — tutaj, w tym miejscu, zdaje się panować przekonanie, że profesor literatury nie jest godzien zaszczycenia go odpowiedzią na jego pytania! Tak, tak, panują tu nowe poglądy, przemycane — nie wątpi o tym — wprost z „la Grande Bretagne“. — Wielkiej Brytanii. — Czuć je z daleka wyspiarską arogancją i wyspiarskim zuchwalstwem.
Zapanowała martwa cisza. Dziewczęta, z których żadna nie uroniła nigdy łzy z powodu wyrzutów i napaści żadnego innego z wykładowców i żadnej z wykładowczyń, tonęły teraz w potokach łez, rozpryskując się, niby posągi ze śniegu, pod wpływem niepohamowanego żaru słów Monsieur Emanuela: ja jedna tylko, siedziałam nieporuszona nieomal, odważając się nawet zabrać ponownie do przerwanej chwilowo ręcznej mojej roboty.
Coś szczególnego — bądź w zachowywaniu przeze mnie w dalszym ciągu milczenia, czy może w jednostajnym ruchu mojej ręki przy haftowaniu — wyburzyło znać Monsieur Emanuela ponad wszelką miarę, skoczył bowiem jak tygrys z katedry i, podbiegłszy do pieca, stojącego tuż przy moim biurku, rzucił się z furią na jego małe żelazne drzwiczki. Wyrwawszy je nieomal z zawiasów, rozsypał paliwo po podłodze.
Est-ce que vous avez l‘intention de m‘insulter?[4] — syknął stłumionym wściekłością szeptem, udając równocześnie, że poprawia ogień w piecu.
Czułam, że czas już najwyższy uśmierzyć nieco — o ile to możliwe — szaleńczy jego wybuch.
Mais Monsieur — odparłam — ani myślałam znieważać pana. Byłam jak najdalsza od tego. Pamiętam przecież aż nadto dobrze pańskie powiedzenie kiedyś, że mamy być przyjaciółmi.
Nie chciałam pozwolić mojemu głosowi zadrżeć, drgnął jednak: raczej, sądzę, pod wpływem podniecenia doznaną tego dnia rozkoszą, aniżeli przerażenia wybuchem Monsieur Paula. Muszę przyznać jednak, że w gniewie jego było coś takiego — osobliwe jakieś roznamiętnienie — które mogło poruszyć do głębi, a nawet pobudzić do łez. Nie czułam się ani trochę zgnębiona i nieszczęśliwa, ani nawet wystraszona, a jednak rozpłakałam się.
Allons! allons! — niech się pani uspokoi! — Niech się panie wszystkie uspokoją — dodał, rozejrzawszy się po całej klasie i spostrzegłszy potop ogólny — Tak, tak! Jestem stanowczo brutalem i potworem! Posiadam jedną tylko chustkę do nosa — szepnął zawstydzony — gdybym miał ich dwadzieścia, ofiarowałbym każdej z pań po jednej. Że jednak mam tylko jedną, niech więc wasza surveillante będzie waszą przedstawicielką. Proszę, Miss Lucy.
Rzekłszy to, wyciągnął z kieszeni czystą, jedwabną chustkę. Każdy, kto nie znał Monsieur Paula, kto nie był przyzwyczajony do jego wybuchów i nagłych popędów, obruszyłby się na pewno na tę ofertę i odrzuciłby ją oczywiście. Ja jednak czułam zbyt wyraźnie, ze byłoby to posunięciem zgoła fałszywym; najlżejsze wahanie się wpłynęłoby fatalnie na zaledwie zapoczątkowane zawarcie traktatu pokojowego. Wstałam, aby wziąć od niego chusteczkę, którą przyjęłam z należnym ukłonem, otarłam nią oczy, i, usiadłszy ponownie na moim miejscu, zatrzymałam sztandar rozejmu, złożony starannie na kolanach, unikając aż do końca lekcji tknięcia naparstka, nożyczek i muślinu. Dostrzegłam, że Monsieur Paul niejednokrotnie zazdrośnie rzucał okiem na moje szycie i haft; wiedziałam, że śmiertelnie ich nienawidzi, uważając je za źródło roztargnienia, odciągające mnie od skupiania należytej uwagi na jego osobie i na jego słowach. Wykład jego tego dnia był wyjątkowy porywający, utrzymany do samego końca w tonie życzliwym i przyjacielskim. Zanim jeszcze dobiegła lekcja końca, rozproszyły się chmury, zajaśniało w pełni słońce, a łzy ustąpiły miejsca uśmiechom.
Wychodząc z klasy, zatrzymał się raz jeszcze przy moim biurku.
— A list pani? — zapytał tym razem w sposób nie tak szorstki.
— Nie przeczytałam go jeszcze, monsieur.
— Tak! Rozumiem! Jest zbyt drogi, aby przeczytać go od razu. Zachowuje go sobie pani na później, tak samo jak ja, kiedy byłem małym chłopcem, zachowywałem sobie na później wyjątkowo pięknie dojrzałą brzoskwinię, z liczby tych, jakie zwykłem dostawać!
Domysł jego był tak bliski prawdy, że nie byłam w stanie powstrzymać się od zdradzenia żywym rumieńcem, jak dalece powiedzeniem tym trafił w samo sedno.
— Przyobiecuje sobie pani miłą chwilę przy czytaniu tego listu, który otworzy pani wówczas dopiero, kiedy będzie pani zupełnie sama — n‘est-ce pas? — prawda? — O, uśmiech pani i jej rumieniec są dostateczną odpowiedzią! Trudno! Nie należy być zbyt surowym. La jeunesse n‘a qu‘un temps![5]
Monsieur, monsieur! — zawołałam, a raczej szepnęłam, aby go powstrzymać od odejścia. — Niech pan nie odchodzi, zanim nie zdążę wyprowadzić pana z błędu. To list od przyjaciela tylko. Nie przeczytawszy nawet co zawiera, mogę zapewnić pana o tym.
Je conçois, je conçois; on sait ce que c‘est qu‘un ami. Bon jour, mademoiselle.[6].
— Proszę pana, tu pańska chustka.
— Niech ją pani zachowa, dopóki list nie będzie przeczytany, a potem dopiero odniesie mi ją pani; z oczu pani odczytam charakter listu.
Po jego odejściu i po uprzednim jeszcze wybiegnięciu uczennic do berceau, a stąd do ogrodu na zwykłą rekreację przed obiadem, podawanym o piątej, stałam przez chwilę, rozmyślając i w roztargnieniu okręcając sobie chustkę Monsieur Paula dokoła ramienia. Nagle, niewiadomo pod jakim wpływem: przebłysku złotych wspomnień wesołego mojego pełnego radości i ożywienia dziecięctwa, zadowolenia z odzyskania wolności po całodziennej wytężonej pracy, a nade wszystko rozkosznej świadomości posiadania skarbu ukrytego w skrzyneczce w moim pulpicie — zaczęłam bawić się chustką, podrzucając ją, jak piłkę, w górę, a potem chwytając ją w powietrzu. Zabawę tę przerwało przytrzymanie mojej ręki przez obcą dłoń, wyłaniającą się z rękawa palta i wyciągniętą ku mojemu ramieniu; dłoń ta pochwyciła chwilową moją zabawkę i zabrała ją z gniewnym pomrukiem:
Je vois bien que vous vous moquez de moi et de mes effets[7].
Ten mały człowieczek był naprawdę straszny: wszędobylski, oszałamiający swymi niespodziewanymi, zgoła nieprzewidzianymi kaprysami tych, którzy mieli z nim do czynienia; nie wiedziało się nigdy z czym, gdzie i kiedy wyskoczy nagle jak z procy.



Przypisy

  1. Jest pani smutna?
  2. Mam chyba do tego prawo, mój panie.
  3. Chore jest serce pani i usposobienie.
  4. Czy pani zamierza znieważać mnie?
  5. Raz tylko jest się młodym.
  6. Rozumiem, rozumiem; wiadomo czym jest taki przyjaciel. Żegnam panią.
  7. Widzę, że pani kpi sobie ze mnie i z moich rzeczy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charlotte Brontë i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.