Upior (1908)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Upior
Podtytuł opowiadanie przy kominku
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Upior.
(opowiadanie przy kominku.)


Siedzieliśmy u komina; suche drewka olchowe płonęły na nim tym spokojnym ogniem, mieniącym się w barwy zielonawe i fioletowe, na który godzinami całemi człowiek zapatrzywszy się, zadumawszy, siedziałby, ot tak, z rękoma założonemi. Tyras, głowę położywszy na łapach, drzemał, téż nosem zwrócony ku kominowi. Trzech starych myśliwych otaczało ognisko to domowe, które nigdy prawie nie wygasało, ja czwarty tuliłem się w kątku za włosieniem okrytą kanapką. Wabiły mnie tam i pociągały niewypowiedzianym urokiem powieści, które całemi wieczorami starzy sobie o dawnych czasach opowiadali. Mało kto naówczas miał ochotę i cierpliwość wziąć się do pióra, lecz bez żywego słowa nikt się dnia jednego obejść nie mógł. Byli tacy niemal z powołania gawędziarze, których Rzewuski niewłaściwie polskimi bardami nazywał, jeżdżący od dworu do dworu, z imienin na imieniny, goszczący nieraz po kilka tygodni, obwożeni po sąsiedztwie, wszędzie przyjmowani serdecznie, około których, jak tylko zasiedli, wszyscy się ustawiali, podsłuchując ich ciekawie. Opowiadanie ich częstokroć nie było bez kunsztu; historyjki te umieli na pamięć, a za każdym razem przybywał im jakiś waryant, kwiatek, dowcip i rys charakterystyczny. Więc choćby rzecz była znaną, gdy ją przedziwnie pan łowczy lub cześnik opowiadał, skupiano się dokoła, zrywano boki lub łzami się zalewano, słuchając. Tego wieczora poczęło się jakoś od myśliwskich historyj mniéj zabawnych, ale to był wstęp tylko. Potrącić dosyć było o znane imiona księcia Karola, starosty kaniowskiego, Jabłonowskiego lub Gozdzkiego, jednego ze słynnych dziwaków swojego czasu, aby się pokrewne im postacie, na których nie zbywało, ruszyły i powstały żywe.
Niezliczoną ich moc wydały ostatnie czasy; łatwo to nawet sobie wytłómaczyć można. Gdy zabrakło ludziom, do czynnego, bojowniczego żywota nawykłym, zajęcia, walk, celu jasnego, bujała fantazya i niespokojną krew burząc, pędziła na rozstajne drogi.
Gorący ludzie, przykuci do domów, stawali się kapryśnemi dziećmi. Dodajmy do tego rozpojenie przez Sasów i ową potrzebę zabawiania się nieustannego, która za nich weszła w obyczaj, podbudzanie się wzajemne w wielkiéj gromadzie, wśród któréj wszyscy gotowi byli iść na wyprzódki, aby się gorszymi nie okazać od innych.
Ze trzech starych, siedzących przy kominie, najciekawszym dla mnie był pan Seweryn Burba, którego pułkownikiem tytułowano, choć bardzo być może, iż już po-za służbą grzeczni i kochający go przyjaciele trochę go zaawansowali. Słyszałem dawniéj, że go i majorem i kapitanem zwano; zdaje się, że on sam wcale o te tytuły nie dbał.
Śliczny to niegdyś musiał być mężczyzna, bo nawet już przy siwych włosach i późnym wieku jeszcze w nim dawną tę męską piękność widać było; trzymał się po żołniersku, wyprostowany, a w obejściu się z ludźmi miał coś tak łagodnego, sympatycznego, dobrego, iż trudno go było nie pokochać. Z dawnéj młodéj twarzy zostały mu były jeszcze oczy niebieskie, patrzące serdecznie, usta uśmiechające się z wyrazem wielkiéj dobroci, wspaniałe czoło i policzki świeże, rumiane, mało nawet pomarszczone, choć miał lat przeszło pięćdziesiąt. Spojrzawszy na niego, można się już było wielkiéj siły domyślać, jakoż wistocie znano go, że siłaczem był, choć się z tém nigdy nie popisywał. Wszystko co żołnierz i szlachcic lubić, znać i umiéć powinien, pan Seweryn lubił, znał i umiał, jak nikt lepiéj. Koniarz był sławny, choć końmi nie frymarczył, jak drudzy, bo się do nich przywiązywał, strzelał doskonale, powoził wybornie, tylko do kieliszka, którego naówczas nadużywano, pociągu nie miał. Wypił czasem przed obiadem, coś i przy obiedzie, ale jak tylko zabierało się na pijatykę, uchodził. Gdy go zaskoczono, zaklęto, przymuszono, choć się marszczył, pił; naówczas jednak nie było żartów, wszystkich pogrzebł, sam wychodząc jak trzeźwy. Tylko zawsze to potém (opowiadał) odchorował. Przy kieliszku téż takim, gwałtem do gardła wlewanym, ani już humoru, ani zwykłéj swéj uprzejmości nie miał, dąsał się i ostro stawił.
Pana Seweryna widywaliśmy goszczącego u krewnych w sąsiedztwie, a wiedzieliśmy o nim tylko tyle, że człowiek był majętny, który dobra znaczne całe oddał dzieciom, sobie jeden dworek pod lasem, ogród, ordynaryę i pensyę zostawiwszy. Że okolica, w któréj mieszkał, dosyć była pusta, a pułkownik z ludźmi żyć lubił, więc częściéj pono u krewnych i przyjaciół, niż w domu przebywał. Gdy się zatęsknił za dziećmi i wnukami, zawracał do Horodowszczyzny i parę miesięcy widać go nie było. Zapraszano go zdaleka nawet na polowania wszelkiego rodzaju, bo nietylko myśliwym był wielkim, ale najmilszym w świecie człowiekiem i przynosił z sobą dobrą myśl wszędzie.
Rzadko się trafia widziéć człowieka, któryby w różnych towarzystwach wśród drobnéj szlachty i wielkich panów był tak zawsze jednym i tym samym, nie zmieniając się wcale. Nie czynił mu wstrętu stary strzelec w łapciach, ani imponował książę z Dereczyna, a choćby i udzielny. Naturalnym był i godność swoję utrzymać umiał, — jeden tylko majestat niedoli i cierpienia widoczniejsze na nim czynił wrażenie, przed tym skłaniał głowę z poszanowaniem.
Z przeszłości pana Seweryna oprócz tego, że wojskowo służył, że wiele po świecie bywał, potém, do kraju powróciwszy ożenił się szczęśliwie i gospodarzył, — niewiele wiedziałem. A patrząc na tego człowieka trudno było oprzeć się myśli, że wiele przygód ciekawych w życiu swém przebyć musiał.
Po anegdotkach myśliwskich tego wieczora, zeszło wkrótce na dłuższe opowiadania o dawnych czasach. Sięgano daleko w głąb, bo starzy powtarzali to, co od ojców zasłyszeli, częstokroć téż ojcowie od dziadów. Tradycye te, jak wszystkie w świecie, są prawdziwe poezye pokoleń; — prawda w nich leży niekiedy, ale na około jéj ziarnka snuje poezya swe ideały. Około imion i charakterów skupiają się blaski, gromadzą cienie, iskrzą barwy, które były duszną potrzebą i pragnieniem tych, co niemi przeszłość malowali. Każdy naród ma takie posągi, które rzeźbiły pokolenia; dziecinną jest i śmieszną krytyka historyczna, przychodząca je mierzyć swoim łokciem maleńkim i dłubać się w téj patynie szlachetnéj, jaką je okryły wieki, aby dobyć z pod niéj pospolitego kruszczu.
Starzy gawędzili i tak się jakoś zapomnieli, uciekłszy w przeszłość, że mnie z kanapką zostawili, nie zważając może na defraudowanego słuchacza.
Pan Seweryn tego dnia był w humorze wyśmienitym, ubił kozła i dwa zające, ani razu nie chybił, nikt téż zwierza nie przepuścił, za co się zawsze gniewał trochę, i pudeł wogóle było niewiele. Wpłynęło i to zapewne na rozweselenie, że po łowach zjedli smaczno, a teraz u najrozkoszniejszego ognia w świecie siedzieli z fajkami. Płynęły więc historye jedna po drugiéj, smutne, wesołe, dziwaczne, niektóre na bajki wyglądające a z dobrą wiarą przyjmowane; aż pan Seweryn rozpoczął, mniéj więcéj w ten sposób. Zapamiętałem dobrze jego powieść całą, bo żywo mnie naówczas zajęła.
Powróciłem był właśnie do kraju — mówił — którego od lat wielu nie widziałem. Cierpiałem wówczas trochę na postrzał w nodze, i choć rana była zagojona, ból w kości czułem jeszcze. To mnie zmusiło służbę wojskową porzucić. Szczęśliwszy od innych, bo wielu naówczas niespodzianie wracających z własnemi rodzinami mieli zajścia nieprzyjemne, — znalazłem brata, który mi moją ojcowiznę ocaloną, kapitalik dosyć znaczny gotów był natychmiast wypłacić.
Uściskawszy go i Panu Bogu za to dziękując, bo niezależność jest rzeczą drogą i dźwignią wielką, obejrzałem się co tu robić. Ba! In quo nati sumus, po żołnierskim chlebie najbardziéj mi się gospodarka uśmiechała. Mamy to we krwi. Kupić coś nie trafiało się, trzeba się było rozpatrzyć wprzódy lepiéj i samego siebie wypróbować. Brat mi na początek radził dzierżawę, nie byłem od tego.
W okolicy i o to było niełatwo, postanowiłem odwiedzić krewnych, których dużo rozsypanych miałem po różnych ziemiach i poszukać, azali się co nie trafi. Choć odrobinkę na nogę napadałem, alem był młody, lubiłem ruch, nie brzydziłem się zabawami, szukałem kobiecego towarzystwa — tylko nie tak jak dzisiejsza młodzież, która w kobietach to najwięcéj ceni, co najmniéj warto, myśmy wzdychali do ideałów, do powietrznych istot i do dobrego towarzystwa; ażeby się módz zakochać, musieliśmy trafić na taką, z którą mówić było można.
Ale to — intra parenthesim.
Wybrałem się w drogę jakoś pod zapusty — gdziem wpadł, pełno było wesołych ludzi, a wojskowego, który wracał z owych wojen sławnych, z owych bojów tytanicznych, co się z hukiem dział tysiąca po świecie rozlegały, każdy witał otwartemi rękami. U niejakich państwa Moskorzewskich na Podlasiu, ludzi bardzo zacnych ale wyszłych pono świeżo z małego, dokąd mnie zawieźli krewni moi Zbąscy, zastałem zjazd nadzwyczaj liczny. Moskorzewscy ci dorobili się byli na dzierżawach fortuny znacznéj, on sam potém trochę na dobrach spekulował, — czasy były takie, że je za bezcen sprzedawano, — słowem przyszli do grosza. A że nie mieli synów tylko trzy słuszne córki, jak róże rozkwitłe, wesołe, dobre i po bożemu wychowane panny, młodzież się tam jak na lep cisnęła. Ludzie téż byli niezmiernie, może do zbytku nawet gościnni; — stary, którego obwołano dusigroszem, miał na sobie dowieść, że choć zbierał grosze, ale je téż i wydawać umiał. Naprzykrzona niemal była ta ich gościnność, bo jak człowieka pochwycili, wyrwać się im było trudno.
Panny, choć były ładne, posażne, mnie jakoś do żadnéj z nich nic nie ciągnęło; nie mogłem téż zaś myśleć o ożenku, bo za naszych czasów kto gniazda własnego nie miał, nie ważył się w konkury, aby nań nie mówiono, że chciał siąść na żoninym fartuszku. Zaraz pierwszego dnia Moskorzewski, człek grzeczny a szczególniéj dla mnie, jako dla starego wojskowego, z respektem wielkim, gdy się coś zgadało, że dzierżawy szukam, wystąpił:
— My wam ją tu znajdziemy, jak pana Boga kocham.
Wziąłem to za puste słowo i tylko mu głową kiwnąłem. Drugiego dnia przy śniadaniu wziął mnie na bok.
— Wiesz pan co — rzekł — ja mam już dla waćpana na myśli dzierżawę. O kilka mil stąd mieszkają Boguszowie, rodzina zacna i majętna. Ci mają dobra rozrzucone, on sam takiego gospodarstwa dopilnować nie może, szczęściem dla niego będzie, gdy uczciwego człowieka znajdzie, z którym bezpiecznie miéć do czynienia.
— Ale jakże tak obcesowo wpaść? — rzekłem.
— Znajdziemy chwilę sposobną i kogoś, co tam w tym domu dobrze jest położony; pojedzie się od tak w odwiedziny, i może się tam coś złożyć. Ludzie wielce grzeczni, mili, a gościom radzi, bo i staruszka się rozerwie.
Chciałem spytać o szczegóły, ale Moskorzewskiego odciągnięto i na tém się skończyło, tylkom Boguszów zapamiętał. Tańcowaliśmy dnia tego do upadłego i nie rozeszli aż nad rankiem. Dano nam ze Zbąskim stancyjkę osobną do przespania się w oficynie; gdyśmy tam zaszli, a choć pomęczeni ale rozbawieni, rychło zasnąć nie mogli, o różnych rzeczach rozmawiając, powiadam Zbąskiemu:
— Jacy to Bogusze, co mi u nich Moskorzewski stręczy dzierżawę?
— Jacy Bogusze? — odezwał się Zbąski śmiejąc — otoś mi doskonały. Boguszów i Bohuszów z różnemi przydomkami w Litwie, w Koronie i na Rusi moc wielka. Familia znaczna, rozrodzona, są i majętni, są i ubożsi, nie wiem, o których ci mówił. Domyślam się jednak, że nie o innych tylko o tych, co w Zabłociu mieszkają i dlatego ich Boguszami–Zabłockimi nazywają.
— Cóż to za ludzie? — spytałem.
— Najszanowniejsi w świecie — rzekł Zbąski. — Starościna, staruszeczka, anioł dobroci kobieta, mąż jéj, jeszcze od niéj starszy, żyją jak para siwych gołębi, syna jedynaka stracili — służył w wojsku.
Wnet mi na myśl przyszło, żem znał Bogusza w szwoleżerach i nie wiedzieliśmy tylko czy ten sam. Zbąski mi daléj opowiedział, że dwie córki zostało Boguszom, pani Sawicka i Baranowiczowa, które przy rodzicach albo obie lub z kolei przebywały, że miały już dzieci dorosłe i t. p. Gdyśmy się rozgadali dłużéj, dodał Zbąski, iż staruszka to najmłodsze swe dziecię, syna, który służył w wojsku, kochała niezmiernie, tak dalece, że gdy przyszła wiadomość o jego śmierci, nie śmiano jéj powiedzieć, że zginął, i biedna matka była dotąd w nadziei powrotu tego, który już nigdy nie miał powrócić... W złudzeniu tem wolano ją utrzymywać, niżeli odjąć jej jedyny promyk, co życie krzepił i ozłacał. Staruszka sama sobie biedna wymyślała historye najdziwaczniejsze, o niewoli tego nieboszczyka, o przebywaniu gdzieś w jakimś nieznanym kraju, z którego powrotu się jego zawsze spodziewała.
— Mówię ci to — dodał Zbąski — zawczasu, ażebyś, jeżeli tam pojedziemy, nie wygadał się z czém niepotrzebnie. Mojém zdaniem byłoby okrucieństwem téj matce odejmować ostatnią życia nadzieję.
Zdało mi się to trochę dziwaczném, przyznaję, że ją tak okłamywano — ale cóż mi było do tego? Nazajutrz, gdyśmy się wywczasowali i powstawali, znowu o Boguszach myśląc, przypomniałem sobie mojego szwoleżera i okoliczność jednę, w pierwszéj chwili zapomnianą, że dwa czy trzy razy mnie za niego wzięto. Raz nawet, biorąc to za jakiś żart niedorzeczny, pogniewałem się mocno i o mało do pojedynku nie przyszło. O tém nie potrzebowałem mówić, ani Zbąskiemu, i nikomu téż. — Bawiliśmy się jeszcze dni parę u Moskorzewskich przedziwnie, potém zabrali nas w sąsiedztwo Lewiccy, u których téż hasano, choć dom był ciasny; na ostatek Zbąski mi przypomniał, żeby do Boguszów jechać, których dobrze zna.
— Tam — rzekł — choć panienek podobno jest parę, ale starzy spokoju potrzebują: zapust więc hucznych nie sprawiają. Bądź-co-bądź, nie znudzimy się bardzo. Mnie Bogusze ci są potrosze krewni; stary wiele razy zapraszał. Jedźmy.
Ruszyliśmy tedy do owego Zabłocia, mil cztery opętanych, saniami. Tymczasem zrana zaraz po trzaskającym mrozie wczorajszym, jak lunie deszcz, do południa sannę licho wzięło. Sunęliśmy się połowę drogi po błocie bez śniegu, szczęściem jeszcze gdzie kałuża była, bo się na dnie zamróz utrzymał. Zamiast przybyć, jak-eśmy sobie układali, po obiedzie, dowlekliśmy się dopiéro o gęstym mroku. Co tu robić! rada w radę, czy do austeryi zajechać i jutrzejszego ranka czekać, czy odrazu do dworu? Ja byłem za austeryą, Zbąski za dworem. Stanęło na mojém, ale żyd, choć mu to było na rękę, żebyśmy u niego nocowali, nie śmiał nas przyjmować, wiedząc, że dostanie burę. Karczma stała nieopodal ode dworu; ktoś widać ze sług był w niéj, gdyśmy nadjechali — i nadbiegł stary kamerdyner, aby nas natychmiast zabierać.
— To u nas niesłychana rzecz — zawołał — żeby kto nocował w austeryi, niech Bóg uchowa! Pan starosta-by się gniewał! Niéma tego zwyczaju!
Jak zaczął naglić, tylkośmy się ogarnęli, bo droga nas w niwecz obróciła, i pojechaliśmy.
Zdala już po dworze wielką zamożność państwa poznać było można. Dwór był staroświecki, murowany, na rodzaj pałacu przerobiony, ogromny. Tuż oficyny z nim połączone galeryami krytemi, zabudowania pyszne, kaplica, skarbiec. Tylko nie widać było nowéj elegancyi w tém, ale jakąś staroświecką zamożność, co świecić nie chce, nie zaleca się sobą, a czuć pod nią fundamenta mocne.
Służby w ganku stało dosyć; ale nie strojnéj, odzianéj skromnie, rumianéj, wesołéj i dobrze wykarmionéj.
Nim przebraliśmy się, zajechali, wysiedli, mrok się zmienił w noc, ciemniuteńko było i w pokojach się już świeciło. W domu panowała cisza jakaś uroczysta, spokój jakiś miły. Stary ów kamerdyner w perłowym kontuszu, z zegarkiem na piersiach, tabakierką i chustką do nosa, poufały jakiś, którego w karczmie nie widziałem, bom się w drugiéj izbie odziewał, gdy wyszedłszy naprzeciw ze świecą, spojrzał na mnie, coś mu się zrobiło i żachnął się. Myślałem, że mu się noga ośliznęła czy co — nie zważałem. Szliśmy już do salki bawialnéj, do któréj nas prowadzono. Tu u drzwi stała średnich lat pani i dwie ładne panienki; była to pani Sawicka. Gdy Zbąski pierwszy wszedł prowadząc mnie za sobą, i zastępująca gospodynię spojrzała na mnie, dostrzegłem, że pobladła dziwnie, zmieszała się niezmiernie, obejrzała niespokojna, i jakby się coś stało nadzwyczajnego, słowa z początku odezwać się nie mogła.
Stała tak jakiś czas osłupiała i nierychło dopiéro opamiętawszy się, podała mi rękę, którą ucałowałem. Dwie córki stojące za nią równie jak ja znalezieniem się tém matki zostały zdziwione. Zbąski téż ogłupiał.
— Panowie darują — odezwała się głosem przerywanym i niepewnym — ojciec jest trochę nie zdrów, matka także, ja na chwileczkę muszę wyjść do nich, wracam natychmiast. Misia i Lorcia zastępować będą gospodynię.
Wszystko to mówiła z pośpiechem, oglądając się ku drzwiom, z takim jakimś niepokojem wyraźnym, iż czuliśmy przybycie nie w porę. Ale pocóż nas zapraszano i ciągniono tak gwałtownie? Rzecz była niepojęta.
Grzeczne panienki, które zdawały się nie podzielać i nie rozumieć nawet zakłopotania matki, zaraz po jéj odejściu, z wesołością wiekowi swojemu właściwą, zaprosiły nas do stolika szczebiocąc i starając się rozpocząć jaką-taką rozmowę.
Nie było to łatwém, ale katastrofa tego dnia i nagła odwilż, która nam takiego figla spłatała, na początek dostarczyła wątku. Zbąski, i zły trochę i zmieszany tém przyjęciem, usiłował nie pokazać po sobie, co się w nim działo i nuż opisywać nasze dzieje, naszą sannę, utrapioną podróż i śmieszne jéj przygody.
Panny radeby się były tém zabawić i prychały potrosze, ale — matka nie powracała, spoglądały na siebie, widocznie zrozumiéć tego nie mogąc, dlaczego uciekła tak prędko i została tak długo.
Wszystkim nam ten kwadrans wydał się godziną, chociaż ja wiedziałem najlepiéj o tém, iż więcéj kwadransa nie trwało to dziwne położenie, bo siedziałem naprzeciw przepysznego zegara w szafce bronzowéj zamkniętego, który miałem czas admirować.
Przedłużone oczekiwanie na matkę zaniepokoiło w końcu jednę z panienek, która, pokręciwszy się na krzesełku, poszeptawszy coś z siostrą, wyrwała się i pobiegła. Została do bawienia nas dwóch jedna gosposia, na którą wystąpiły rumieńce, wesołość ją opuściła, żal mi się zrobił niezmierny biednéj dziewczyny — i to było pono zawiązkiem, jak państwo zobaczycie, daleko gorętszego dla niéj sentymentu.
Zbąski, pomimo nadrabiania wesołością, coraz większe téż okazywał zakłopotanie, w głowie mu się nie mogło pomieścić, co się stało. Zapytał w końcu panny, czy nie zasłabł kto w domu?
Panna spuściła oczy i bełkotała coś niewyraźnie:
— Podobno babcia trochę niezdrowa, ale to nic.
Siedzieliśmy jak na mękach, gdy naprzód powróciła pośpiesznie, mocno zarumieniona druga panna, i w téjże chwili prawie otwarły się drzwi ze strony przeciwnéj, a w nich ujrzeliśmy prowadzonego pod rękę przez wyrostka, o kiju zwolna wchodzącego staruszka przygarbionego nieco, który ciekawe oczy wlepił we mnie, nic nie mówił i zdawał się drżéć cały. Powstaliśmy, aby go powitać, nie posuwał się daléj, spostrzegłem, że łzy miał na oczach. — Wszystko to dla nas było tajemnicą nierozwiązaną; po chwilce przemógłszy się staruszek, żywo pośpieszyć chciał ku nam, a chociaż Zbąski stał na przodzie, jak w tęczę patrzał we mnie. Panienki usunęły się na bok.
— Pan starosta dobrodziéj przebaczy — odezwał się postępując ku niemu — przybyliśmy jakoś nie w porę.
— Ale jak to nie w porę?... — niby ocknąwszy począł żywo, głosem drżącym i zmuszając się do uśmiechu starosta. — Owszem, Bóg widzi, z duszy i serca radzi jesteśmy, radzi...
Głos mu zawiązł w piersiach, widziałem, że łzy mu płynęły z oczu, choć usta usiłowały się uśmiechać.
— Serdecznieśmy wam radzi — powtórzył. — Siadajcie, proszę.
Gdym się zbliżył zaprezentowany staroście, podał mi rękę, chwycił moję i wlepił we mnie oczy tak natarczywie, żem się zmieszał.
Tymczasem panny, jakby korzystały z ukazania się dziadka, pierzchnęły natychmiast.
Zostaliśmy sami. Pacholę, które towarzyszyło Boguszowi, posadziwszy starego na krześle, samo zaraz wycofało się z pokoju. Zbąski już miał rozpocząć znowu opowiadanie o odwilży i jéj skutkach, gdy starosta, nie spuszczający mnie z oka, odezwał się do mnie:
— Służyłeś pan wojskowo?
— Tak jest — odpowiedziałem.
— To zaraz widać po człowieku — podchwycił śpiesznie stary. — I ja... i ja miałem... mieliśmy syna w tym wieku co pan, w wojsku także.
Splątał się, mówiąc coraz niewyraźniéj, i rozpłakał głośno.
Źle mi się zrobiło, wyrzucałem sobie, żem moją przytomnością obudził tu takie wspomnienia i zasmucił biednego starca. Zamilkłem strapiony, przypomniawszy sobie jeszcze moje nieszczęśliwe podobieństwo do owego Bogusza od szwoleżerów. Wyjaśniło mi się teraz wszystko: wejrzenia niespokojne, łzy, pomieszanie starszych osób. Nie pozostawało mi nic więcéj nad to, jak otwarcie się rozmówiwszy, wycofać się z położenia, które i dla mnie srodze przykrém było. Odwróciłem się do pana starosty.
— Niech mi pan daruje moję otwartość przy pierwszém spotkaniu — rzekłem — jestem żołnierz, to mnie trochę tłómaczy. Widzę, że obudzeniem wspomnień dla serca rodzicielskiego boleśnych, wzruszyłem państwa i wniosłem z sobą łzy do domu. Pozwól mi, panie starosto, abym się oddalił.
Wstawałem już; staruszek naprzód ręce podniósł do góry, potém, wyciągnąwszy je, chwycił moję dłoń i ścisnął silnie.
— Na miłość Boga ukrzyżowanego — zawołał — nie czyń-że mi téj przykrości i tego despektu. Mylisz się waćpan; łzy to są smutne, ale słodkie razem; żywy obraz syna naszego mamy przed sobą — niech się choć tym pocieszę. Zlituj się, nie bierz za złe...
Mówił z taką gorącością starosta, że przez poszanowanie dla wieku i uczucia, jakie okazywał, nie śmiałem się mu sprzeciwiać, siadłem zakłopotany, wyrzucając tylko w duchu sobie, żem myśl miał pojechania tu, Moskorzewskiemu, że mi ją poddał, i Zbąskiemu, że mi ją do skutku przyprowadził.
Staruszek ocierając łzy wciąż patrzał na mnie.
— Podobieństwo nadzwyczajne — szeptał jak sam do siebie — niesłychane. Postawa, twarz, głos, ruchy... Boże miłosierny!
Domawiał tych wyrazów, gdy drzwi od pokojów naprzeciw otworzyły się, i prowadzona przez córkę ukazała się pani starościna.
Osoba była w późnym wieku, a choć od męża młodsza, tak złamana cierpieniem, że się niemal od niego wydawała więcéj zgrzybiałą i osłabłą. Szła drżąc, powoli, opierając się na córce i wnuczce. Pomimo wieku i znękania, które się na smutnéj malowało twarzy, starościna była tak piękną, iż malarz-by z niéj wzór mógł brać do obrazka. Smutkowi jéj towarzyszyła taka anielska słodycz w wyrazie ust, wejrzeniu, w składzie wszystkich rysów twarzy, nawykłéj życiem do chrześcijańskiéj rezygnacyi i cierpliwości, iż niepodobna było nie uczuć się wzruszonym widokiem tego oblicza pełnego oraz powagi, dobroci, bólu i spokoju pobożnego.
Nie rychło, zbliżywszy się ku nam, podniosła oczy i poczęła się uważnie wpatrywać we mnie i Zbąskiego. Musiano ją zapewne, unikając zbyt silnego wrażenia, uprzedzić o mojém podobieństwie do syna. Wzrok miała osłabiony, i gdym z kolei przystąpił do ucałowania jéj ręki, wlepiła we mnie oczy, ściskając mnie i nie puszczając ręki mojéj.— Czułem przyśpieszony oddech staruszki, dłoń jéj drżała mocno, tchnęła, jakby jéj powietrza zabrakło, i nawet nie odpowiedziawszy na moje powitanie, padła na podane jéj krzesełko.
Córka dała mi znak głową, ażebym zajął miejsce przy staruszce — musiałem być posłuszny. Siedziéć tak pożeranemu ciekawemi oczyma, jak winowajcy, nie jest miłém; krew mi biła do głowy. Starosta i starościna, niemi oboje, to na siebie, to na mnie patrzali; milczenie stawało się nad wyraz przykrém.
Starościna wreszcie, jakby na męstwo się wysilając, głowę podniosła ku mnie i spytała z wyrazem pełnym czułości:
— Skąd pan przybywa? dawno w kraju? Słyszałam...
Chciałem uniknąć wspomnień wojska i wszystkiego, co-by mogło staruszków zasmucić, odpowiedziałem ogólnymi wyrazy, żem jechał od brata, że znajdując się w sąsiedztwie, korzystałem ze zręczności, aby poznać dom, o którym tyle w obywatelstwie słyszałem i t. p.
Gdym to mówił, niezbyt zręcznie się tłómacząc, bom był niezmiernie pomieszany, starościna pochylona ku mnie, słuchała, usta jéj się uśmiechać poczęły, twarz rozpromieniała, oczy zajaśniały, podała mi rękę.
— A! to dobrze! dobrze, ślicznieś pan zrobił, żeś do nas zajechał! tu u nas spoczniesz! nieprawdaż? długo a długo?
Niewiedziałem już co odpowiadać — lecz widząc starościnę wesołą, nabrałem śmiałości, pocałowałem ją w rękę i uczułem, że usta zbliżyła do mojéj głowy. Pani Sawicka, stojąca tuż, spoglądała niespokojnie i, chcąc ułatwić dalszą rozmowę, poczęła rozpytywać o zapusty u Moskorzewskich i sąsiedztwo. Wmieszał się do rozmowy starosta, zagadał Zbąski, trochę się jakoś ożywiło. Chciałem wśród tego wstać z krzesła i inne zająć miejsce, ale starościna za każdą razą wyciągała rękę i nie puszczała mnie od siebie. Jak na mękach, ścigany wejrzeniami obojga starych, wysiedziałem do wieczerzy. Do stołu staruszka kazała mi się prowadzić i posadziła obok siebie. Pilnowała mnie przy jedzeniu z troskliwością nadzwyczajną, która niezbyt nawykłego do tych atencyi i czułości coraz bardziéj kłopotała. W duchu sobie postanawiałem nazajutrz rano, ani wspomniawszy już o dzierżawie, uciekać.
Tymczasem stało się inaczéj, czegom się nie spodziewał wcale. Zbąski, który był gaduła nad gadułami, po kilku kieliszkach dobrego wina, plotąc trzy po trzy, o tém i owém, wypaplał się przed starostą, że miałem myśl szukania dzierżawy.
— A to się, mości dobrodzieju, składa, jak nie może przedziwniéj — zawołał Bogusz, — prawdziwa opatrzność Boska. Ja właśnie szukam dzierżawcy! Rozgość się asińdziéj u nas, objedź, opatrz, jak Bóg miły, zgodzimy się, będzie wilk syty i koza cała...
Starościna posłyszawszy to, klasnęła aż w ręce, zdawało się, że to ją niepomiernie uradowało.
Szczególna rzecz, spojrzała na mnie z wyrazem jakimś porozumienia się i przebiegłości, jakby pochwalała doskonały fortel jakiś i posądzała, że ta dzierżawa była fikcyą. Znowu nie wiedziałem, ani co to jest, ani co się dzieje. Ale reszta wieczora upłynęła już raźniéj i weseléj.
Gdy przyszła godzina rozchodzenia się na spoczynek, starościna przywołała kamerdynera polecając mu, aby pamiętał o wszystkich naszych wygodach. Starosta dawał mu informacye od siebie. Poprowadzono nas do gościnnych pokojów.
Okrutny ciężar spadł ze mnie, aż mi lżéj było, wyszedłszy z tego fałszywego położenia. Pokoje wyznaczone były nietylko wygodne, ale można powiedziéć, zbytkownie urządzone. Gdy się stary kamerdyner oddalił, dopierom sobie wodze mógł puścić, i rozprawić się ze Zbąskim. Ja brałem to jakoś tragicznie, a mój kolega, co mnie gniewało, komedyę czystą robił z tego.
— Starym przypominasz syna! z czułością są dla ciebie, co w tém u kaduka tak desperackiego! Dzierżawę puszczą ci tanio, któż wie! in gratiam podobieństwa, wnuczkę jeszcze mogą wydać za ciebie! A ten się zżyma!!
Mnie, przyznaję się, i gniewało i niecierpliwiło, że nie sobie byłem winien te łaski i fawory, ale jakiemuś nieboszczykowi. Być żywym upiorem nie jest rzeczą miłą.
Chciałem się i dzierżawy wyrzec a uciekać, ale Zbąski mnie za poły trzymał i aż do połajania przyszło, bo mnie dziwakiem nazwał. Ani ja, ani on nie wiedzieliśmy naówczas, w co wpadłem z tém mojém nieszczęśliwém podobieństwem do nieboszczyka szwoleżera. Późniéj znacznie dopiéro od matki mojéj żony dowiedziałem się, jak rzeczy stały.
Starościna tak była uderzona żywym obrazem ukochanego syna, że sobie powiedziała, iż ja byłem nim wistocie, żem się tylko z jakichś powodów chciał pod obcém ukrywać imieniem i że fortelu użyłem, aby do rodziców przyjechać. Napróżno pani Sawicka w początkach usiłowała jéj to wyperswadować, mówić sobie nawet nie dawała, abym ja kim innym był, jak jéj synem.
— Co ty mi gadasz! proszę cię — odezwała się do córki. — To on! to on! Widać, że mu jakieś biedakowi grozi niebezpieczeństwo, że się musi ukrywać... Dwóch ludzi tak podobnych do siebie, nie może być na świecie; mowa, ruchy, uśmiech... To mój Włodzio! to on!
Starosta w początkach usiłował żonie wyperswadować także przewidzenie to; rozpłakała się tylko, zniecierpliwiła; nic nie pomogło.
— Niby ja nie rozumiem! przyjechał za dzierżawą! A tak! Udawajmy, że nie poznajemy... ale to on, serce moje go czuje.
I mąż i pani Sawicka musieli staruszkę przy tém złudzeniu zostawić, mając nadzieję, że następne dnie je rozproszą.
Nazajutrz rano zaledwieśmy się ubrali, starosta kazał się powieść i zasiadł na gawędkę, o wyjeździe mówić nie dawał, myśl dzierżawy chwycił gorąco, kazał przynieść inwentarze, osnuł objazd majątku na dni kilka rozłożony; a że dnia tego lał deszcz, potrzeba było z oględzinami czekać lepszéj pory.
Musiałem przesiedziéć niemal cały dzień ten przy staruszce, która mnie od siebie puścić nie chciała. Jakkolwiek przykrą mi była ta rola cudza, pożyczona, macierzyńskie to przywiązanie, czułość, serdeczność starościny chwyciły mnie za serce. Ja com matkę stracił zawczasu, i ledwie ją sobie przypominałem, znajdowałem w niéj tę miłość macierzyńską, któréj żadna w świecie zastąpić nie może; poddałem się losowi mojemu, powiedziałem sobie, że mogąc osłodzić biednéj staruszce kilka chwil życia, byłbym okrutnym, gdybym dla fantazyi jakiéjś i dumy się cofał.
Zarazem jednak, czując się sobą i chcąc okazać, jakim byłem wistocie, aby powoli wywieść ją z błędu, już tego dnia nabrałem śmiałości, rozweseliłem się i nadrabiałem fantazyą może do zbytku.
Na nieszczęście, co miało pomódz, to jeszcze utwierdzało; znać, że obyczaje i humor nieboszczyka szwoleżera, równie jak twarz, do moich być musiały podobne. Im bardziéj starałem się być panem Sewerynem, tém więcéj byłem Włodziem.
Skutkiem osobistego położenia mojego, jakby w myśl starościny idąc, mąż jéj, pani Sawicka, a co gorzéj obie panienki, córki jéj, spoufalały się ze mną coraz bardziéj i ja z niemi. Młody byłem, a Lorcia, śliczne dziewczę, wesołe, naiwne, od pierwszego wejrzenia uczyniła na mnie wrażenie. Starościna tegoż dnia, niby odkrywszy moje podobieństwo do syna, pół żartem, pół seryo, zażądała, żebym ją mamą nazywał, i poczęła mnie Włodziem wołać. Zatém szło, że pięknych dwóch panien zostałem wujaszkiem, co ze śmiechem i wesołością przyjęto za rzecz postanowioną.
Ten żart dozwalał mi się zbliżać do siostrzenic daleko śmieléj niż panu Sewerynowi. Drugiego dnia deszcz nie ustał, siedzieliśmy jak wprzódy w domu, ja przy staruszce i już naprawdę przywiązując się do niéj jakby do matki.
Pani Sawicka nic nie mówiąc, niememi wejrzeniami dziękowała, starosta był wesół, ja sam pod wieczór zapomniałem o mojém położeniu fałszywém.
Tymczasem Zbąskiemu, który już miał myśl starania się o jednę z panien Moskorzewskich, pilno było do nich powracać, mnie samemu tu zostać zdawało się niepodobieństwem. Prosiłem go, błagałem; rwał się, obiecując powrócić, niepodobna go było wstrzymać, a starosta nietylko mnie nie puszczał, ale o wyjeździe słuchać nie chciał.
Tylem tylko wymógł na Zbąskim, że do najbliższego folwarku o milę od Zabłocia pojechał ze mną na oględziny, a stamtąd wprost miał wracać do Moskorzewskich. Ja zaś dałem słowo najuroczystsze, że przyjadę do Zabłocia. Pani Sawicka, która była w spisku, dojrzawszy może, iż bardzo na Lorcię często spoglądałem, tak to zręcznie jakoś ułożyła, iż ona mnie wyciągnęła na słowo.
W Rutkach, folwarku, który miałem dzierżawą objąć, okazały się warunki takie, gleba, wygody, zabudowania, inwentarze, iż na świecie całym nicbym dla siebie korzystniejszego wyszukać nie mógł ze świecą. Zbąski mi powiedział wprost:
— Trzeba być waryatem, żeby ze szczęścia nie korzystać! Bierz, mówię ci, z zawiązanemi oczyma.
Dzierżawa była od św. Jerzego na wiosnę; dom mieszkalny, wcale nie zły, choć jutro zająć mogłem. Starosta inwentarz swój zostawił mi z warunkiem oddania in statu quo, bez przypłodku.
Składało się tak, licząc w to piękne oczy Lorci, że choć miałem wstręt do korzystania z fizyognomii mojéj i jakiegoś tam przypadkowego podobieństwa, wyrwać mi się było trudno.
Gdy sam już powróciłem do Zabłocia, a kamerdyner mnie do starosty zaprowadził, zastałem go w krześle z koronką w ręku, powagą jakąś wielką obleczonego i smutnego. Począł się mnie najprzód rozpytywać o Rutki; nie było im nic do zarzucenia, musiałem prawdę wyznać.
— Mówmy otwarcie — odezwał się starosta — ja lepszego dzierżawcy nad was nie znajdę, a pan wątpię, byś powolniejszego i wyrozumialszego dla siebie znalazł jurysdatora; nie będę przed nim i tego taił, iż sztuczniebym go chciał zatrzymać w sąsiedztwie dlatego, abym mojéj biednéj Annie uczynił tém przyjemność. Waćpan jesteś żywym wizerunkiem naszego syna; jéj przywiązanie do dziecka sprawiło to, że nie obraz jego, ale samo to dziecię chce w nim widziéć. Napróżnośmy się starali jéj to wybić z głowy. Urojenia swojego trzyma się jak ostatniéj deski wybawienia. Bądź waćpan wyrozumiałym, bądź pobłażającym dla biednéj staruszki, Bóg ci to nagrodzi! Nie popełniasz grzechu, czynisz dla nas ofiarę, uczynek dobry! Bóg ci to nagrodzi! — powtórzył.
Stary począł mnie ściskać ze łzami; na tém się skończyło; wziąłem Rutki.
Miałem najmocniejsze postanowienie, zmuszonym teraz będąc, zwłaszcza w początkach, codzień niemal przyjeżdżać do Zabłocia, nie sprzeciwiając się bynajmniéj staruszce, nie pomagać jéj jednakże do zachowania złudzenia. Ostrożnie rozpocząłem to o mojéj rodzinie mówić, to o stosunkach i t. p.
Starościna słuchała z uśmiechem, jakby żartu, śmiała się, kręciła głową i szeptała:
— Komponuje wybornie.
Naturalnie z tego przyjęcia za syna wypadała rzecz dla mnie najprzykrzejsza, któréj uniknąć musiałem, bądź-co-bądź. Starościna chciała mi nieustannie być w czémś pomocą, ciągle mnie obdarzała, pani Sawicka oczyma i ruchami błagała mnie, ażebym przyjmował. Działo się więc tak, żem pozornie biorąc i dziękując, natychmiast na ręce córki składał, co otrzymałem od matki.
Przekonawszy się o mojém niezłomném postanowieniu w tym względzie, pani Sawicka wcale się nie sprzeciwiając już, odbierała wzdychając te ofiary, z których najmniejszéj prószynki przyjąć nie mogłem.
Trwało to wszystko, jak powiadam, czas jakiś bez większych komplikacyj. Na Wielkanoc, oprócz Sawickiego, którego wprzódy poznałem, bardzo zacnego człowieka, posłusznego żonie, powolnego i niepodejrzliwego, przybyli do Zabłocia państwo Baranowiczowie oboje.
O całéj mojéj historyi, położeniu w domu starostwa, słyszeli już wprzódy; nie podobało się im to mocno.
Sam Baranowicz, człowiek niezmiernie o grosz dbały, zapobiegliwy, nie pochwalał wypuszczenia mi Rutek w dzierżawę, jak się wyrażał, za psie pieniądze, we mnie widział zawczasu, nie znając, awanturnika, który wyzyskiwał słabość, a jak on mówił, obłąkanie i zdziecinnienie starościny. Pani Baranowiczowa tak samo widziała przez oczy mężowskie, jak Sawicki przez źrenice żony. Gotowała się tedy burza z mojego powodu, któréj ja ani się domyślałem, ani przewidywałem.
Gdy w Wielkim Tygodniu przybyli Baranowiczowie, byłem w Rutkach; pierwsze więc sceny wstępne odegrały się beze mnie. Gwałtowniejszego charakteru od siostry pani Baranowiczowa, mocno już w drodze przez męża przygotowana, zaledwie przybywszy i pozostawszy sam-na-sam z matką, poczęła jéj czynić wyrzuty, że się na śmiech ludzki naraża, obcym ludziom dając z siebie korzystać, krzywdząc własne dzieci dla jakichś awanturników i t. d.
Staruszka wysłuchała cierpliwie wyrzutów córki, wstrzymała się od odpowiedzi, zmilczała. Poprosiła potém do siebie męża, i co mówili na osobności, tego nikt nie wiedział. Scena jakaś zaszła z Baranowiczem potém, który nie czekając Wielkiéj Nocy, pod pozorem pilnego interesu, wyjechał z Zabłocia. Żonę tylko pozostawił na straży.
Gdym zawczasu zaproszony na święta przybył w Wielką sobotę do Zabłocia, stary kamerdyner czekał już na mnie w ganku i prosił, abym z nim szedł do starościny. Zastałem ją samę, przy pacierzach. Jak zwykle pocałowała mnie w głowę.
— Mój Włodziu — rzekła, bo inaczéj mnie nazywać nie chciała — uczyń to dla mnie, bądź cierpliwy i wyrozumiały dla téj mojéj poczciwéj Baranowiczowéj, która tu jest. Ja tego ci nie potrzebuję mówić, bo ona zawsze taka była młodą. To biedactwo zawsze kwaśne, smutne, kapryśne, więc choćby tam czasem syknęła a skrzywiła się, nie zważaj, moje dziecko, nie zważaj! Moje serce ci to nagrodzi. Zawsze to... (tu się rozśmiała do mnie z porozumieniem) zawsze to... siostra... Już rozumiesz.
Z tém mnie staruszka odpuściła.
Poszedłem do Bogusza, który mnie z podwojoną przyjął grzecznością, ale o Baranowiczach tyle tylko wspomniał, że on sam bardzo żałował, iż mu niezmiernie gwałtowny wypadł interes i wyjechać musiał, a poznać mnie nie będzie miał przyjemności.
W pokoju zastałem panią Sawicką, także serdeczną bardzo, jakby już zawczasu za to, co od siostry miałem ucierpiéć, płacić mi chciała. Lorcia téż przyjęła mnie jakby prawdziwego wujaszka.
Na kanapie siedząca majestatycznie pani Baranowiczowa, gdym się jéj przedstawił, zaledwie głową mi kiwnąć raczyła. Z twarzy i jéj wyrazu wyczytałem wypowiedzenie wojny. Przestroga staruszki już mi się jéj kazała spodziewać. Co było robić? Mężne stawić czoło i — cierpiéć. Tegoż wieczora poczęły się podjazdowe wycieczki, przekąsy, umyślne uchybienia i postponowanie, ale starościna, jakby na przekór, była nadzwyczaj czułą.
Usuwałem się z przed oblicza zagniewanéj pani, i na ten raz posłużyło mi to wcale nie źle, bo uciekając od niéj, miałem zręczność zbliżania się do Lorci. Byliśmy z nią codzień lepiéj i bliżéj, a siostra, która się widać domyślała czegoś, serdecznie nam pomagała.
— Niech się pan nie boi cioci Baranowiczowej i jéj złych humorów — szepnęła mi Lorcia — ma migrenę, ale jéj to przechodzi. Jeden na to sposób: nie trzeba zważać.
Trochę to było trudném, bo nietylko oczów, uszu téż trzeba było nie miéć, aby nieustannych ukłóć nie brać do siebie. Im mniéj występowanie to przeciw mnie miało skutku, tém pani Baranowiczowa dozę lekarstwa podwajała.
Jak-em się późniéj dowiedział, dała słowo mężowi, że mnie stąd wykurzy. Brała się do tego, trzeba przyznać, z niewieścią gorączką i zapałem, a niezbyt zręcznie. Jednakże podrażniła mnie tego wieczora okrutnie.
Nazajutrz zjechało się mnóstwo gości. Między innemi (wszystko to późniéj się dopiéro odkryło) przybył forytowany do Lorci przez Baranowiczów niejaki Kuźmiński. Jéjmość pierwszego już wieczora postrzegłszy moje zbliżanie się do panny, podwójnie tém przeciw mnie poburzona, przed święconém pono wzięła na stronę Kuźmińskiego i dała mu instrukcyę.
Miał być narzędziem do pozbycia się mnie z Zabłocia.
Słówko o tym Kuźmińskim. Mężczyzna był w moim wieku, także w młodych latach trochę wojskowego chleba kosztował, słuszny, przystojny, zręczny, silny, gospodarz dobry, człek uczciwy, ale głowę miał tępą i defekt brzydki, bo się jąkał. Czasem udawało mu się przez cały dzień mówić płynnie, i nie zatrzymać się na jedném słowie, ale bywały na niego chwile, że strwożywszy się, co moment się zająkiwał, a gdy go to napadło, czerwieniał, twarz mu nabiegała i mało że w konwulsye nie wpadał. Szczególniéj, gdy poruszony był, rozgniewał się, napił więcéj, podpadał temu kalectwu. Sam przez się mało co robił, zawsze go ktoś popychał. Na teraz kierownictwo wzięła Baranowiczowa. Kuźmiński był bardzo majętny, stateczny, nic mu oprócz tego jąkania i słabéj głowy zarzucić nie było można.
Przy święconém jajku poznałem się z wszystkiemi, i z księdzem kanonikiem Supajłą, przyjacielem domu, który po raz pierwszy przy mnie tu przybywał (pono dalekim krewnym Boguszów) i z sędzią Rozwadowskim, powinowatym saméj pani, i z innemi wielą. Kuźmiński mi się zdala pokłonił, ja jemu, skończyło się na tém. Gdy mi Lorcia podała do podziału święcone jajo, przypadkiem obejrzawszy się ku niemu, zobaczyłem go w płomieniach, dostrzegł, żeśmy coś poufale szeptali i ona się zarumieniła.
Dzień zszedł jako tako, bo osób było dużo i rozmowy ogólne, obojętne. Starościna, jakby umyślnie, starała się mnie trzymać przy sobie i okazywać publicznie to przywiązanie, jakie ku mnie powzięła. Mówiła o mnie kanonikowi, rozpowiadała Rozwadowskiemu, musiała Kuźmińskiemu coś powiedziéć, uderzało to wszystkich, że byłem tu, jak w domu. Nie przechwalając się temi łaskami, nie mogłem się znów taić.
Nazajutrz niektórzy z gości się rozjechali, inni przybyli, Kuźmiński został. Na trzeci dzień Wielkiéj Nocy, gdym jeszcze był w mojém mieszkaniu zrana i kończyłem się ubierać, usłyszałem kroki, patrzę, wchodzi sztywny, wyprostowany z miną jakąś junacką razem i pomieszany Kuźmiński.
Przywitaliśmy się zimno.
— Ja tu do waćpana dobrodzieja z małym interesikiem — odezwał się, nie chcąc usiąść przybyły.
— Do usług.
— Może to zapytanie będzie śmiałe — rzekł — ale ja-m żołnierz, pan téż, otwartość jest naszym przymiotem. Pokryjomu i podstępnie nie mam zwyczaju nic czynić.
— Ja téż — wtrąciłem.
— Mam zamiar, szczerze panu mówię, o pannę Sawicką konkurować, a przestrzegam, że mogę miéć w panu rywala, jeżeli się nie mylę. Więc, karty na stół.
Ruszyłem ramionami.
— Trochę to dziwne pytanie — odpowiedziałem — wszelakoż nie wzdrygam się na nie dać odpowiedź. O pannę, która nikomu nie jest ni przeznaczoną, ni przyrzeczoną, ni zaręczoną, każdemu się starać wolno. Mnie i panu. Niewiadomo, komu Bóg da szczęście.
— Ja-bo nikomu w drogę nie lubię włazić, i nie pozwolę téż, aby mnie kto właził.
Spojrzałem nań.
— Jak to pan rozumie, to „nie pozwolę“? — spytałem.
— Niech pan to sobie tłómaczy, jak chce — rzekł trochę już jąkając się Kuźmiński.
Zmierzyliśmy się oczyma, zatarł czuba i zwolna się po pokoju przechadzać zaczął.
— A gdybym ja to wziął za wyzwanie! — spytałem.
— Ja-m nie od tego! — odparł, coraz mocniéj się jąkając.
— Ja także nigdy nie odmawiam zaprosin tego rodzaju — odezwałem się. — Zważ pan tylko, że oba o pannę nie mamy prawa się bić, bo żaden z nas jeszcze się do niéj ani zbliżył. Uczynię panu tę refleksyę, że do wyrąbania się mamy czas, a gdybyś mnie istotnie wyzwał, to-by mu prędzéj zaszkodziło do panny, niż pomogło.
Kuźmiński się zamyślił.
— Jeżeli pan dobrodziej — dodałem — masz jaki inny słuszny powód zahaczenia się ze mną, naprzykład, jeżeli się mu nos mój nie podobał, albo mina, lub chód, to co innego.
Mówiłem drwiąco, bo mnie zniecierpliwił; — odwrócił się żywo.
— Dosyć tych kilku słów, abym powód miał — rzekł. — Po świętach się skomunikujemy. Tymczasem, spodziewam się, zostanie to między nami.
— Możesz pan być spokojny — odpowiedziałem — uregulujemy to na przewody, czy po przewodach, a tu w domu gościnnym u starostwa dajmy sobie pokój.
Skłonił się, ja jemu, wyszedł. Poznałem z miny pani Baranowiczowéj, gdym się z nią spotkał przy święconém, bo tu ono cały tydzień trwało, że wiedziała już o wszystkiém. Wzrokiem uraźliwym, zwycięskim rzuciła na mnie, podwoiłem wesołość i nadskakiwania około Lorci; Kuźmiński chodził struty.
Nie mam się czém chwalić, bo mnie tak Pan Bóg stworzył i jemu, nie sobie to winienem, ale jest i było zawsze ze mną tak, że na długą metę gniewu nigdy utrzymać nie mogłem. Łatwo mnie było rozsierdzić aż do pasyi, ale żebym się ze złością w sercu całe lata nosił! od tego mnie uchowała łaska boża. Kuźmiński swojém wystąpieniem trochę mnie na siebie obruszył w pierwszéj chwili, ale-m stygł już. Wiedziałem, że sobą nie władał, że go popychano, prawie mi go już żal było. Nie dałem mu w najmniejszéj rzeczy poznać, żem żal jakiś miał do niego. Owszem przy stole, w rozmowie, zamiast się mu przeciwić i szukać zwady, pomagałem. Zająknął się parę razy, podszepnąłem mu słowo po cichu, bez śmiechu, boć biedne człeczysko defektowi, którym go Bóg dotknął, nie był winien. Uważałem, że to jakoś przyjął wdzięcznie i był jakby skonfundowany. Nie chcąc znowu, by sądził, że go sobie jednam, unikałem go.
Drugiego dnia Kuźmiński czegoś kwaśny, po obiedzie się posprzeczał o marną rzecz z jednym z sąsiadów, szło o rozwiązanie, kto miał słuszność. Byłem przy tém, obrócono się do mnie. Krótko a węzłowato przekonałem, że słuszność była na ten raz przy Kuźmińskim. Poszedłem zaraz precz, aby mi nie potrzebował dziękować; a no, co prawda, to prawda. Nie odjeżdżał do przewodów. Nie wiem tam, z czego poszło, że starosta mu opowiedział moje przybycie do ich domu i całą historyę, ze łzami w oczach. W sobotę rano, gdy się golę, znowu słyszę, drepcze ktoś, wchodzi Kuźmiński, ale skonfundowany niezmiernie i całkiem inny. Chce coś zacząć mówić, jak się zaciął, ani sposobu.
Żal mi go było, więc zagadałem zręcznie, dając mu się wyprychać i nie okazując po sobie nic, ochłonął jakoś.
— Wiesz pan co — odezwał się do mnie nareszcie — miałem sposobność przekonać się, że pan jesteś dobry człowiek. Co my mamy dla babskich spraw się zadzierać, to głupstwo, dajmy sobie ręce i niech będzie zgoda.
Podałem mu rękę chętnie.
— Słuchaj, mój poruczniku — rzekłem — daję ci słowo, że do panny przeszkadzać ani chcę, ani myślę. Serca jéj ani pałasz, ani kula nie da, staraj się, ja stoję na boku.
— Panna ani patrzy na mnie — rzekł.
Jeszcze raz wzdychając podał mi dłoń.
— Masz tu nieprzyjaciół — dodał — ale masz i tych, co waćpana kochają. Ja już teraz wiem wszystko, mówiła mi dużo pani Sawicka, osoba godna, powiadał starosta.
Zamilkłem, tak się rzecz skończyła, a w Kuźmińskim miałem późniéj przyjaciela do zgonu. Tegoż dnia musiał coś powiedziéć Baranowiczowéj, bo mnie bazyliszka wzrokiem ścigała. Po przewodach zapowiedziała wyjazd swój, sądząc, że ją będą wstrzymywali, a o tém nikt nie myślał. Starościna tylko, która serce miała anielskie, bolejąc nad tém dzieckiem, obdarzyła je, obsypała, aby jéj za tę gorycz, któréj doznała, nagrodzić. Nic to nie pomogło, odjechała gniewna i nadąsana.
Nauka, jaką mi przyniosło przybycie tych państwa do Zabłocia, pobudziła do myślenia o sobie. Czułem coraz bardziéj, że gram tu rolę, która u ludzi szkodzić mi może i różnie być tłómaczoną. Postanowiłem więc, jak najmocniéj starać się wyrwać z Zabłocia, pojechać na dłuższy czas do brata, przerwać trochę te stosunki, choćby serce zabolało.
Wistocie boléć ono musiało, raz, żem się do staruszki niezmiernie przywiązał, powtóre, że mnie ta Lorcia ciągnęła. Kochałem się szalenie, ale pocichu, nie mówiąc słowa, nie śmiejąc się zbyt przybliżać, nie chcąc korzystać z położenia. Starościna niekiedy zdawała się odgadywać skłonność moję, ale zawsze na seryo biorąc synowstwo moje, groziła mi i mówiła:
— Tylko proszę do siostrzeniczki się tak nie zbliżać, bo to się nie godzi, nie godzi.
Czasem gdym przed wyjazdem do brata parę dni nie był w Zabłociu, wnet posłaniec za mną gonił, kazano przyjeżdżać.
— A, ja-m stara, ja się już tobą niewiele nacieszę, nie uciekaj-że ty ode mnie — mówiła prawie ze łzami. — Czy ci to tu źle? — Czy ty nie wiesz, jak my cię kochamy?
Pani Sawicka opowiadała mi, że sny miewała staruszka, odgadywała dnie i godziny, gdym miał przyjechać, poznawała po turkocie bryczkę, która mnie przywiozła.
Tysiączne dowody tego przywiązania napełniały mnie wdzięcznością, lecz zarazem niepokoiły i męczyły. Czułem, że rodzinie odbieram, co najdroższego miała, serce matki, była to kradzież i oszukaństwo wedle mojego pojęcia. Mówiłem to nieraz pani Sawickiéj, starającéj się mnie uspokoić i uprosić, abym biednéj staruszce jedynéj nie odbierał pociechy. Gdym o wyjeździe do brata zaczął mówić, starościna, która wszystko usiłowała tłómaczyć po swojemu, ażeby się nie wyrzec raz stworzonéj sobie baśni, powiedziała przed Sawicką:
— Już ja wiem, Włodzio musi miéć bohdankę i do niéj mu tak pilno. Gdzie brat! jaki! to tylko fikcya, ale kiedy się koniecznie napiera, niech już jedzie, byle tam zbyt długo nie bawił, bo mi tęskno będzie.
Gdym przyszedł na pożegnanie, rozpłakała się, powtarzając mi prawie toż samo. Starosta był trochę niezdrów i z pokoju swego nie wychodził i jego więc musiałem osobno żegnać. Znalazłem go zmienionym, i choć słabość, jak doktór zaręczał, nie miała w sobie nic zagrażającego, mnie się wydał dziwnie zmienionym i osłabłym na umyśle. Nie rad był, że mi wypadło jechać, ale wstrzymać nie mógł.
Ruszyłem nazajutrz z Rutek z mocném postanowieniem zabawienia u brata. Wpadłszy do domu jego, dawnego rodzicielskiego, znalazłem w nim tyle wspomnień, tak żywą przeszłość, przyjęto mnie tak serdecznie, iż mi moje kłopoty dziwnie wyszły z głowy. Na wieść o mojém przybyciu dawni znajomi i przyjaciele domu zaczęli się ściągać, dnie płynęły świątecznie i wesoło.
Parę tygodni przeszło, anim się opatrzył, gdy jednego dnia wracając z polowania, ledwieśmy z bryczek zsiedli, patrzę, idzie ku mnie posłaniec z listem w ręku.
— Skąd?
— Z Zabłocia.
Tknęło mnie jakieś przeczucie niedobre; nimem list rozpieczętował, pytam go:
— Cóż tam u was?
Fornal dworski w głowę się poskrobał.
— A cóż! bieda, jaśnie panie, starosta nam zmarł.
— Co mówisz! — krzyknąłem.
— Już czwarty dzień, jak go Bóg wziął do swéj chwały.
Rozpieczętowałem list. Pisała do mnie pani Sawicka, zaklinając mnie na wszystko w świecie, na cienie méj własnéj matki, abym coprędzéj do Zabłocia przyjeżdżał, bo jedyną we mnie nadzieję mają dla starościny, która się nieustannie o mnie dopomina.
Nie było co nawet myśléć, w takim razie obowiązek chrześcijański służyć nieszczęśliwym; kazałem niezwłocznie konie zaprzęgać i ruszyłem do najbliższéj poczty, a stamtąd wprost do Zabłocia.
Pomimo największego pośpiechu nie trafiłem już na pogrzeb, który przyśpieszono dlatego, aby nie przedłużać dni żałobnych ze względu na starościnę. Ciszę grobową zastałem w starym dworze, całą rodzinę bliższą i dalszą zgromadzoną, jakieś narady, szepty i strwożenie widoczne. Jak tylko przybyłem, Sawicka wprost mnie poprowadziła do starościny, która mnie ściskając i płacząc, rzuciła się na szyję. Usiłowałem ją pocieszać, nadaremnie, powtarzała mi tylko:
— Przez litość nie odstępuj mnie.
Musiałem się więc przygotować na wszystko, co mnie tu z Sawickim, Baranowiczem i familią czekało. Trzeba jeszcze wiedziéć, że znaczniejsza część majątku należała do starościny saméj, a mężowski zapisany był na przeżycie, tak, że rozporządzenie fortuną zależało od staruszki. Nie lękali się może zięciowie o dobra, których pani Boguszowa nie miała prawa oddać komu innemu, jak dzieciom, ale o bardzo znaczne kapitały, wedle ich pojęcia mające się stać łupem awanturnika. Nie posądzałem ich o to, anim wiedział, co myśleli, lecz z obejścia się ze mną Baranowicza szczególniéj mogłem wnosić, jakby był rad się mnie pozbyć. Jedna poczciwa pani Sawicka i skromna cicha Lorcia dodawały mi sił i odwagi.
Gdy starościny żal gwałtowny cokolwiek się uśmierzył, familia z pomocą kanonika Supajły, poczęła zręcznie nalegać na starościnę o zrobienie rozporządzenia. Baranowicz domagał się oddania im dóbr, z których się płacić sumę oznaczoną ofiarowali, ksiądz Supajło jednak rozmowę o tym delikatnym przedmiocie potrafił odciągnąć jakoś i byłoby może oszczędziło się starościnie przykrości, gdyby Baranowicz, wypatrzywszy chwilę, zniecierpliwiony sam jéj nie rozpoczął.
Pani Boguszowa znalazła się z wielkim taktem, nie uniosła się, nie wzięła mu tego za złe, odpowiedziała obojętnie i odprawiła z niczém. Ten się już zaczynał coś odzywać o kurateli. O ile możności unikałem zetknięcia się z nim, a témbardziéj sporu, na ostatek trafiło się tak, że gdy mi już do żywego dopiekł, musiałem go dnia jednego wziąć na stronę.
— Mój mości dobrodzieju — rzekłem mu stanowczo — położenie moje w tym domu tak jest osobliwsze, a ja nie mam honoru mu być bliżéj znajomym, że wreszcie muszę tu z nim rozmówić się otwarcie dla uspokojenia go. Oświadczam więc panu uroczyście i gotów-em to pismem stwierdzić, iż mimo szczególnego afektu dla mnie starościny, nietylko stąd żadnych korzyści nie myślę i myślałem ciągnąć, ale gotów-em się własnym groszem okupić od posądzeń.
Baranowicz się zmieszał mocno.
— A któż mógł panu myśl poddać, że my go o to posądzamy? — burknął.
— Całe postępowanie pańskie — rzekłem. — Gdyby nie czcigodna staruszka, któréj serca nie chcę zakrwawiać, dawnoby mnie tu nie było, zrzekłbym się Rutek, dzierżawy i znajomości nawet.
Widząc, że to tak gorąco biorę, zawstydził się Baranowicz, począł przepraszać, tłómaczyć się, zapewniać, że mu w myśli nie postało. Zły był jednak, żem go odgadł i tak obcesowo przyparł do kąta. A że starościny do uczynienia rozporządzenia nie mogli skłonić, oboje Baranowiczowie nazajutrz wyjechali. Pozostał kanonik, pani Sawicka z córkami i ja.
Jednemu tylko Panu Bogu wiadomo, com się naówczas, cudzą grając rolę, namęczył; a zrzec się nie było podobieństwa. Starościna prawie wszystko zdawała na mnie: papiery, interesa, kasę, dom, czyniąc mnie w nim panem niejako. Ja z mojéj strony musiałem nieustannie konferować z panią Sawicką, jéj przekazując wszystko i stosując się do rady i woli.
Jedyną moją pociechą było, że mnie to do Lorci zbliżało. Stosunek z nią był w swoim rodzaju osobliwy, była bowiem znacznie młodszą ode mnie, a ja, choć się szalenie kochałem, miłości téj musiałem nadawać ton i powagę przywiązania wujaszka do siostrzenicy. Wprawdzie ułatwiało to stosunki, czyniło je poufalszemi, lecz pewnéj granicy przejść nie dozwalało. Dziewczę było nad wiek swój roztropne, z główką otwartą, z sercem, co kochać umie głęboko, spokojnie, cicho.
Nie potrzebuję przypominać ichmościom, że jak ludzi jest rodzajów wiele, tak i miłości ich różne bywają, szczególniéj zaś u kobiet napatrzéć się można osobliwych, ale najrzadszą jest ta poczciwa miłość, jaką i ja dla Lorci i ona miała dla mnie. Wiedzieliśmy doskonale, żeśmy się kochali, bo na to słów nie trzeba i wyznań, ani ja, ani ona na pewnośmy nie mogli przewidywać, czy kiedy co z tego będzie, aleśmy siebie pewni byli, że choćby przyszło z największemi walczyć przeszkodami i czekać jak najdłużéj, zmienić to nas nie potrafi.
Gdy się goście rozjechali, a mnie starościna oddalić się nie dawała, i wszystkich oficyalistów zwoławszy, przykazała mi posłuszeństwo, rozpoczęło się dawne regularne życie w Zabłociu. Brakło nam tylko poczciwego staruszka, którego krzesło zostało próżném, aleśmy wspomnieniami jego żyli.
Pani Boguszowa nie jak czasem inne, niby wielce zbolałe niewiasty, które zacierają pamięć osób opłakiwanych i usuwają wszystko, co-by je mogło przypominać, przeciwnie zachować się starała, co utrwalało wspomnienie nieboszczyka, mówiła o nim, opowiadała przeszłość, zdawała się miéć upodobanie do wskrzeszania dni ubiegłych.
Wieczorami przychodziła do salonu, i tu na czytaniu lub rozmowie kilka godzin ubiegało. Opowiadania o staroście szczególniéj były do mnie zwrócone dlatego, żem ja przez długi czas go nie widział i nie znał. Zawsze bowiem rachowałem się za tego szwoleżera, który zawczasu z domu rodzicielskiego uszedł i wstąpił do wojska.
Nigdybym nie wytrwał w téj biedzie, gdyby nie pani Sawicka. Kochała ona matkę nadzwyczajnie i z miłości dla niéj mnie jak na sznurku trzymała. Gdym się czasem poskarżył, patrzała mi w oczy, ruszając ramionami.
— Czyżbyś pan w poczciwém sercu swojém żadnéj nie znalazł kompensaty za tę ofiarę, jaką dla nas czynisz! — mówiła.
Być może, iż Lorcię miała na myśli, ale ani jéj się z nią narzucać mi nie wypadało, ani korzystając z położenia, sięgać zaraz po rekompensę.
Gdyby wygódki, pieszczoty, nadskakiwania mogły osłodzić człowiekowi fałszywość położenia i upokorzenie a niewolę, mógłbym się był uważać za bardzo szczęśliwego. Uprzedzano moje życzenia, starano się odgadnąć gusta, a bylem słowo powiedział, starościna co najśpieszniéj wydawała rozkazy i musiano się do nich stosować. Ludzie, którzy mieli interesa do Boguszów, potrzebowali protekcyi, pośrednictwa, płynęli do mnie i męczyli. Przelewałem ich żądania na panią Sawicką, ale gdy szło o rozstrzygnięcie, starościna wołać mnie kazała i wymagała, ażebym ja decydował.
Z powodu tego ciągłego przebywania w Zabłociu trudno mi było dojechać i dopilnować się w Rutkach, oficyaliści młodzi, za oczyma nadużywali i pomimo, że dzierżawa była doskonała, widziałem się zagrożony stratą.
Pisnąć zaś niepodobna było o tém, bo delikatność nie pozwalała.
Choć młody i niewiele dbający o pieniądze, gryzłem się tém. Bierzcie to sobie, jako chcecie; ale wyznam otwarcie, choć może nie umiałem, jak drudzy robić majątku, tracić zrobiony uważałem za grzech. Niech sobie mówią inni, że grosz głupia rzecz, że się to do niego przywiązywać nie trzeba; ja trzymam inaczéj. Majętność po rodzicach, co to jest? Ich praca, oszczędność, ich pot krwawy, noce bezsenne, jest to rzecz powstała z niczego, a dająca, o ile co na świecie pewnego, niezależność, zapewniająca wychowanie dzieci, wykształcenie ich, wprowadzenie na świat, na ostatek możność czynienia dobrego. Mamy może prawo nie zbierać i nie zapracowywać, jak się komu podoba, ale tracić nie mamy prawa, kto traci, winien jest wobec społeczeństwa, rodziny, przeszłości i przyszłości. Wolno pewnie złożyć w ofierze wszystko, co się ma, na cele szlachetne, ofiara marnotrawstwem nie jest; strwonić się nie godzi.
Strwonić na dogodzenie fantazyom, zachciankom, pysze, namiętności jest świętokradztwem, jakby kto z ołtarza i w błoto rzucił.
Więc widząc moją ojcowiznę zagrożoną rozpłynięciem mi się w rękach, przez nieudolność moję, bolałem, tłómaczyłem to sobie tylko ofiarą. Dzierżawa stosunkowo do funduszów, jakie mi brat zachował, była duża i łatwo się mogło stać, że jaka część trzecia jéj mogła zniknąć. Stracić niezmiernie łatwo, dorobić się lub odrobić, jak trudno, wie tylko ten, co był zmuszony ciułać po groszu.
Co było robić! Cierpiéć i milczéć.
Humor mi się popsuł z tego, a i kwaśnéj a posępnéj miny pokazać się nie godziło. Do starościny przywiązałem się sercem całém i myślałem sobie, kiedy drudzy dla płochych miłostek tracą i cierpią, czemużbym ja dla macierzyńskiéj miłości, którą mi Bóg zesłał, nie miał coś sakryfikować!
Nic się nie zmieniało w Zabłociu, trzeci rok już trwałem na téj osobliwszéj służbie synowskiéj, z którą ludzie się oswoili, wreszcie Baranowicze przestali się jéj tak bardzo lękać, mniéj o tém mówiono, ja-m się obył nieco z nią, ale ciężką mi była. Stałem się tu domowym zupełnie, poufałym, pilnując tylko, ażebym się z moją miłością dla Lorci nie wydał zbytnio i cugli jéj nie puścił. Pani Sawicka już widać zupełnie spokojna z téj strony, dawała nam swobodę, ufając mi.
W trzecim roku do starszéj siostry trafił się pretendent, sąsiad pan Matkowski, chłopak średniego majątku, dosyć dobrze wychowany, niczego, roztropny, ale téż nie odznaczający się niczém tak dalece, oprócz szalonéj miłości dla mojéj ładnéj siostrzeniczki. Jak tylko się to wydało, że się stara, Sawicka przyszła do mnie po radę, a starościna odwołała się téż na mnie. Musiałem i w tém grać rolę wujaszka; pannę wyrozumiéć, o pretendencie małą inkwizycyę przeprowadzić, a naostatek i Sawickiego, któremu zięć był za mało dostatni, na jego stronę nawrócić.
Zostaliśmy jednego dnia, gdy już po oświadczeniu i przyrzeczeniu około wyprawy panny się krzątano, ja i Lorcia w ganku sami jedni. Na stolikach pełno było gałganków, około których dziewczę chodziło z wielkiém zajęciem.
— Dobrze to jest być młodszą siostrą — odezwałem się wesoło — pani teraz nabierzesz doświadczenia i około własnéj wyprawy będziesz już doskonale wiedziała, jak chodzić.
Dziewczę spojrzało mi w oczy dziwnie i głową potrzęsło.
— Gdzie to tam jeszcze do mojéj wyprawy — rzekła — ktoby się o mnie starał!
— Skądże takie zwątpienie? — spytałem.
— Wcale nie zwątpienie, albo mi to pilno! — odezwała się Lorcia — albo mi to tu źle, przy babci, matce i wujaszku.
Uśmiechnęła się z dygiem.
— Dziękuję za wujaszka — rzekłem — ale ten nie powinien wchodzić w rachunek, bo fałszywy, a wszystko, co fałszywe na świecie, musi kiedyś iść precz.
Lorcia głową potrząsała ciągle.
— Przestawszy być wujaszkiem, zniknę ze sceny i będę tylko przypomnieniem nudném jakiegoś intruza.
— Pan się koniecznie domaga komplementu? — szepnęła.
— A! od tego niech mnie Pan Bóg uchowa! — przerwałem.
— Źle się wyraziłam — poprawiła się Lorcia — to, cobym powiedziała, inaczéjby się nazwać powinno. Myśmy wiele panu winni.
— Ja państwu także i, obliczywszy się, byłbym w długu — odezwałem się.
— O nie! — przerwała Lorcia — choć ja sobie jestem, jak mnie mama nazywa, dzieckiem, ale ja widzę wszystko i rozumiem. Powtarzam, myśmy panu wiele winni.
— Dług ten, gdyby nawet był, niezmiernie łatwy do zapłacenia — rzekłem — poczciwe słowo i dobre wspomnienie, a będzie kwita. Panna Lorcia jednak zmuszoną zostanie fałszywego wujaszka zapomniéć. Przyjedzie jakiś pan Matkowski, zakocha się, poprosi pięknie, zabierze i...
— Nie dam się wziąć — przerwała Lorcia — nie mam ochoty iść za mąż.
— Wszystkie panny tak mówią, dopóki jakiś Matkowski nie przyjedzie, który się podoba.
— Mnie się podobać trudno.
— Dlaczego? — spytałem.
— Wymagam wiele.
— Naprzykład?
Lorcia się trochę zamyśliła.
— Widzi pan — rzekła — choćby się we mnie kochał najśliczniejszy królewicz, jak w bajce, nie dałabym się wziąć na szalone przywiązanie bez próby, jak w bajce. Bajki są bardzo rozumne. Musiałby spełnić wprzódy czyn jakiś, któryby dowiódł charakteru, duszy, serca. Do nas przyjeżdżają kawalerowie wystrojeni, wyperfumowani, których znamy tylko z ich żargonu w salonie i z plotek, jakie o nich po sąsiedztwie chodzą. To za mało, jeśli się wiąże na całe życie.
Słuchałem z uwagą tych słów za poważnych dla młodéj panienki.
— Wszystko to śliczne, rozumne, ale to jest teorya — rzekłem śmiejąc się. — Gdy się młodzieniec podoba, natenczas próby niepotrzebne. Serce ma swe prawa, zaręczy za młodzieńca, porwie główkę i... kawaler od próby, dyspensę dostanie.
— A! nie! nie! — zawołała Lorcia, zmilczała chwilę i szepnęła żywo: — W jednym tylko razie gotowam go uwolnić od próby, jeśli wujaszek zaręczy i da mi go z swojéj ręki. Naówczas biorę z zawiązanemi oczyma.
— Ach! — zawołałem, chwytając jéj rączkę i całując — bądź pani pewną, że z mojéj ręki miéć go nie będziesz! nie wezmę na siebie odpowiedzialności.
Rozmowę przerwała nadbiegająca siostra; Lorcia mi spojrzała w oczy bardzo znacząco, i dodała tak, żeby siostra nie słyszała:
— Albo od wujaszka mąż, lub nie idę wcale.
— Przygotujże się pani na stare panieństwo — szepnąłem — ja! nie mogę!
Była to może pierwsza nasza trochę większego znaczenia rozmowa, która późniéj się przy różnych zręcznościach odzywała i powtarzała z odmianami i dalszemi ciągami.
W tym roku choć się na pozór w zdrowiu starościny nie zmieniło nic, wszyscyśmy dostrzegli, że słabła i zapominała się. Nie była chorą, ale jakby znużoną życiem, więcéj czasu poświęcała modlitwie, mniéj towarzystwu, mówiła o śmierci, jako o spoczynku, którego potrzebowała. Staraliśmy się ją rozerwać, chwilami się to udawało, potém wpadała w zamyślenie jakieś milczące, jakąś pół-senność i godzinami siadywała wśród nas na krześle, nie mówiąc słowa. Zachowała całą swą przytomność, ale myślami zdawała się być gdzieś indziéj, na drugim świecie. Zmiana w jéj stanie była nieznaczna, powolna, stopniowa, tak, że myśmy ją mniéj widzieli niż obcy. Pierwszy uwagę moję i pani Sawickiéj zwrócił na to kanonik. Zaprzeczaliśmy zrazu, potém i nas to uderzyło.
Starościna niepokoiła się teraz rozporządzeniem majętnościami. Był wprawdzie testament dawny, ale ten, po kilkakroć powtarzała, chciała przerobić koniecznie i odmienić. Unikałem o tém mowy, jak się łatwo dorozumiéć.
Jednego ranka przyszła do mnie pani Sawicka, zastukała w okno i kazała iść do starościny. Że to się codziennie prawie trafiało, nie zdziwiłem się wcale i poszedłem.
Staruszka na pół siedząc, pół leżąc w fotelu swym, drzemała z koronką w ręku.
— A! jak to dobrze, że przyszedłeś, mój Włodziu — poczęła głosem słabym — ja się już dawno, dawno z tobą o tém mówić wybierałam. Trzeba raz skończyć, będę spokojniejszą.
— O cóż to chodzi? — spytałem.
— Siadaj tu blizko przy mnie, bo ja mówić głośno nie mogę.
Siadłem wedle zwyczaju na nizkim stołeczku przy jéj nogach.
— Czas bardzo, żebym ja tém, co mam, rozporządziła. Okoliczności, jak widzę, nie zmieniły się, i ty zawsze musisz się ukrywać pod pożyczoném imieniem, jakże ja tobie zostawię, co ci należy?
Krew mi do głowy palnęła.
— Ale ja nic nie chcę i nie potrzebuję — począłem.
Nie dając mi kończyć, staruszka rękę swą wychudłą położyła mi na ustach.
— Proszę tego nie mówić! — poczęła bardzo gorąco i żywo — ja tego słuchać nie mogę. Majątku w ziemi nie mogę zapisać, kiedy tak Bóg zrządził, że ty musisz być tym jakimś panem Sewerynem. Kapitału jest dosyć, chcę, żebyś go wziął, cały, siostrom się krzywda nie stanie, bo każda z nich tyleż weźmie w dobrach.
— O kapitałach tych cały świat wie — odezwałem się — ja w oczach świata obcym jestem, oddać je mnie byłoby mnie wydać, wskazać.
Staruszka załamała ręce.
— Proszę mamci — dodałem, całując jéj kolana — kapitały te zapisać pani Sawickiéj, ona będzie depozytorką i od niéj ja już sobie odbiorę.
Spojrzała mi w oczy z powagą i smutkiem.
— Ale czy pewnie?
— Przecie mamcia zna dobrze panią Sawicką, inaczéj to nie może być.
Pocałowałem ją w rękę i unikając dalszéj rozmowy, wstałem ze stołeczka, chcąc odejść.
— Więc tak ma być? — spytała drżącym głosem.
— Tak, bo inaczéj być nie może.
— Niech będzie, jak chcesz, ja z Sawicką pomówię, a ty mi jutro każ sprowadzić rejenta. Czuję się jakoś słabą, senną, wiem, że koniec się mój zbliża.
O rozmaitych jeszcze legatach mówiła potém ze mną, nareszcie wyszedłem jak z łaźni wprost do pani Sawickiéj, aby uprzedzić i przygotować. Zdaje się, że przeczuwała, o co chodziło. Przyjęła to milcząc, a gdym dokończył, odezwała się:
— Pozwól mi pan powiedziéć dwa słowa: miałeś straty, robiłeś ofiarę...
— O tém ani pół słowa mówić nie pozwolę — rzekłem stanowczo, i wyszedłem.
Gdy rejent przyjechał, uprosiłem panią Sawicką do pomocy staruszce, nie chcąc nawet być świadkiem spisywania rozporządzeń, wziąłem go tylko wcześnie na stronę i powiedziałem mu otwarcie, że jeśliby starościna w jakikolwiek sposób miała o mnie wspomniéć w testamencie, aby się temu oparł, zaręczając, że nic nie przyjmę.
Prawnik przyjął to z pewném zdziwieniem, biorąc może za skutek podrażnienia jakiegoś i obrazy; nie potrzebowałem się przed nim tłómaczyć, tylko jeszcze raz zapewniłem, że to jest nieodwołalne postanowienie moje. Był to dzień dla mnie przykry, ale w końcu się to przeżyło jakoś. Dano mi do przeczytania brulion, przekonałem się, iż kapitały przelane zostały na panią Sawicką i uspokoiłem się.
Starościna téż uczyniwszy rozporządzenie, na parę dni odzyskała dawną żywość, a nawet pewien rodzaj wesołości. Lecz jakby ten wysiłek ją kosztował, uczuła się wkrótce osłabioną znowu i senną. Parę tygodni nie wychodziła już ze swojego pokoju, a ja prawie ciągle siedziéć musiałem przy niéj. Gdy się zdrzemnęła na chwilę, otwierając oczy, pierwszém zawsze pytaniem jéj było:
— Jest Włodzio?
Musiałem podawać wodę, usługiwać, bo od kogo innego nie przyjmowała chętnie. Osłabienie powiększało się, posłaliśmy po lekarza pod pozorem, że ogrodnik był chory. Przybył on, posiedział, pulsu nieznacznie popróbował i powiedział pani Sawickiéj:
— Cóż pani chce? Życie się wyczerpało, staruszka gaśnie jak lampa, co się wypaliła. Trzeba być przygotowanym do tego.
Z tém uchodzącém życiem, czasem się ożywiając nieco, krzepiona i podtrzymywana przepisanemi lekarstwami i pokarmami starościna jeszcze cały miesiąc przetrwała wśród nas. Zdawało się nawet pod koniec, że siły wracają. Był to ostatni błysk gasnącego światła.
Jednego wieczora, gdym przyszedł do drzemiącéj, rozbudziła się posłyszawszy mnie, kazała mi usiąść na stołeczku przy sobie, wzięła za rękę i poczęła mówić:
— Już mi czas! — wołają mnie tam! wołają! Bóg niech ci zapłaci za osłodzenie chwil życia ostatnich!
Pocałowała mnie w czoło.
— Byłeś dla mnie dobrém dzieckiem, nagrodzi ci to Opatrzność... a ja cię błogosławię.
Rozpłakała się mocno, weszła na to pani Sawicka.
— Chodź i ty tu, moja Leńciu, chodź, tobie téż się należy moja wdzięczność i błogosławieństwo...
— Poco się mama tak rozrzewnia, to ją osłabia — zawołała zbliżając się Sawicka.
Starościna objęła ją rękoma za szyję, ale jakby wistocie uczucie gwałtowne ją wyczerpało, ręce opadły wkrótce i starościna osunęła się na poręcz krzesła, jakby omdlona. Pobiegłem po wodę, córka zaczęła ocierać skronie, ale biedna staruszka tchnąwszy jeszcze parę razy, skończyła życie.
Rozruch się stał w domu niewypowiedziany, mnie serce się ścisnęło okrutnie, jakbym istotnie matkę utracił, wybiegłem łkając jak szalony. To była ostatnia scena tego dziwnego dramatu...
Nie będę opisywał wszystkiego, co potém nastąpiło; odbył się pogrzeb, ja wyjechałem do Rutek. Wynosząc się z Zabłocia ostatniego dnia po pożegnaniu urzędowém, gdym już miał wyruszyć stąd, w ganku spotkałem się z Lorcią. Nie wiem, czy przypadek ją tu sprowadził, czy znalazła się umyślnie, aby podać rękę. Oczy miała zaczerwienione. Zbliżyłem się nie mówiąc słowa, wyciągnęła mi dłoń; spojrzeliśmy tylko na siebie, nie mogłem i ja powiedziéć nic, pocałowałem jéj ręce obie, uciekłem.
Czułem, że mi należało wistocie uchodzić stąd, abym upominając się o rękę Lorci nie miał pozoru, jakobym nagrody żądał.
Nazajutrz z Rutek, gdzie mi tęskno było nie do wytrzymania, zmęczony, chory, zbiedzony, wyjechałem do brata. Gdy mnie przybywającego zobaczyli, prawie się przelękli, tak zmizerniałem. Droga się przyczyniła do tego może, ale-m zachorował obłożnie i dwa miesiące z łóżka-m się nie ruszył.
Miałem mocne postanowienie zapomnienia wszystkiego, a nawet téj biednéj Lorci. Ponieważ termin dzierżawy właśnie na świętego Jana wychodził, uprosiłem brata, aby pojechał ją zdać Baranowiczowi, na którego majątek ten przypadł.
Człowiek ów, choć się przecie o mojéj bezinteresowności mógł przekonać, miał zawsze jeszcze ząb do mnie, a że oprócz tego w interesach był nieznośnym i drobnostkowym, mnóstwo narobił szykan, rachunków, pretensyi i brat, chcąc to raz skończyć, opłacić się musiał grubo. Z téj tedy tak szczęśliwie wziętéj dzierżawy wyszedłem, straciwszy połowę kapitału i kilka lat życia.
Brat powróciwszy z początku mi nic nie powiedział, aby nie martwić, późniéj dopiéro, gdym zupełnie wyzdrowiał, złożył rachunki.
Nie pojechałem nawet na Podlasie już i unikałem wszelkiego wspomnienia o mojéj przygodzie. Po starościnie został mi jako jedyna pamiątka, krzyżyk złoty z błogosławieństwem, który chciała, abym nosił na szyi. Modliłem się co dzień za jéj duszę.
Prawie dwa lata upływało już od śmierci jéj, gdy na nową dzierżawę, którą wziąłem niedawno, przyjechał do mnie Zbąski, ten sam, z którym do Zabłocia pierwszy raz przybyłem. Widok jego takie we mnie wzbudził wspomnienia, że mi odwiedziny prawie przykre były. Zaraz na wstępie w progu, zawołał:
— Wiesz, z czém przybywam! Po długich targach nareszcie mi się udało dostać średnią Moskorzewską, żenię się! Drużbą mi być musisz!
Zacząłem się wymawiać, on gniewać, koniec końców zmógł mnie, przyrzekłem jechać na ślub i wesele.
Przychodziło mi na myśl, a nuż tam gdzie się spotkam z Sawickimi, albo z Baranowiczami, ale mil kilka dzieliło ich od Moskorzewskich i wiedziałem, że ci mało z kim żyli.
Moskorzewski jak był zwykł zawsze występować ogromnie, tak i na to drugie wesele wysilił się nadzwyczajnie. Zapraszał, kogo tylko mógł, przygotowania były niesłychane, zawczasu już o tém mówiono.
Rzecz to pewna, że gdy skąpy chce się popisać, i rozrzutnego zakasuje. Będzie potém zbierał łupinki i gryzł się w sercu, ale, znaj pana po cholewach, musi być!
W wigilię ślubu przyjechawszy, zastaliśmy już ludzi gromady i występ pański, nazajutrz obiecywano drugie tyle. Jakoż poczęło się zjeżdżać sąsiedztwo wszelkiego kalibru od rana i płynęło jedną strugą do wieczora.
Czas był jesienny, ale dnie piękne i pogodne, młodzież stała w ganku, bo już w pokojach i ciasno było straszliwie i gorąco. Byłem i ja w tłumie tym, gdy czterokonny powóz zajechał i koło mnie ktoś zawołał:
— A! to Sawiccy!
Jakby mnie ukropem oblał, a potém zimną wodą. Nie byłem nigdy tchórzem, w téj jednak chwili, wyznaję, jakiś nieopisany strach mnie ogarnął, tak, że gdybym był mógł, uciekłbym z placu. Zwróciłem oczy ku wchodowi i w téj chwili zobaczyłem panią Sawicką z mężem, a za nią tuż idącą Lorcię, tak piękną, jak była, choć bledszą i smutniejszą, niż ją znałem w Zabłociu. Ona téż musiała mnie postrzedz, bo stanęła jakoś pomieszana, pobladła bardziéj jeszcze, zacięła usta i dopiéro ochłonąwszy nieco, poczęła się przeciskać za matką. Widząc, że idzie sama, rzuciłem się ku niéj, zapomniawszy na wszelkie postanowienia, nie zważając, że na nas patrzą, przypadłem i podałem jéj rękę. Słowaśmy nawet nie powiedzieli do siebie, bo i mnie słów brakło i ona się na powitanie zebrać nie mogła. Sawicka, która zobaczyła, gdym szedł, odwróciła się, skinąwszy mi głową i grożąc nieco.
Niedobrze pamiętam, co się daléj ze mną działo, wiem, żem posadziwszy pannę, przywitawszy rodziców, został przy nich, nie mogąc ruszyć. Otaczało nas zbyt wiele osób, abyśmy coś więcéj nad parę słów obojętnych przemówić mogli.
— Mój Boże! — zawołała do mnie w głos — co się to z panem stało? Tyle czasu, żebyś téż zajrzał, żebyś się dowiedział, żebyś dał znać o sobie! Słowo daję, nie mogę panu tego darować.
— Pani moja — rzekłem — wejdź w położenie moje, nim mnie potępisz! Mnie to pewnie przykrzejszém było niż państwu, ale tak być musiało.
Ruszyła ramionami.
Prędzéj niż chciałem, jako drużba pana młodego, musiałem pójść pełnić moje obowiązki, lecz skorom się zdołał uwolnić, wróciłem do Lorci. Szczęściem dla mnie, po obiedzie, gdy się goście rozbawili, wrzawa stała się większa, każdy sobie znalazł swoich i zajął się nimi, mogłem i ja swobodnie się zbliżyć do panny.
— Czy pan już na zawsze się nas wyrzekłeś? — zapytała mnie.
— Jak się pani możesz o to pytać mnie? — odpowiedziałem — i czyż nie usprawiedliwiasz mnie, że inaczéj nie mogłem postąpić!
— Ależ przecie dlatego, że babunia pana tak bardzo kochała — odezwała się — to nie może być powodem, abyś nas pan nienawidził za to.
— To słowo okrutne! — odpowiedziałem.
Spojrzała na mnie z wyrazem nie gniewu, ale żalu.
— Po weselu jadę do Zabłocia — odezwałem się zbierając na odwagę — zdaje mi się, że już odpokutowałem za moje grzechy i wszystko zapomniane zostało. Nikt mnie teraz nie posądzi o nic więcéj, prócz że państwa szanuję i kocham.
Ruszyła ramionami.
— Nikt pana nie mógł o nic posądzać — dodała — a ja posądzałam tylko, żeśmy mu tak dokuczyli, że nas nie chcesz widziéć na oczy.
— I zwątpiłaś pani o mnie? — spytałem smutnie.
— Nie — odpowiedziała mi i podniosła oczy. — Nie zwątpiłam — rzekła — alem się gniewała.
— Mogę więc do Zabłocia przyjechać? — spytałem schylając się.
Uśmiechem tylko odpowiedziała.
Przy tańcach rozmówiliśmy się szczerzéj i otwarciéj. Tegoż wieczora przysunąłem się do matki; dostałem od niéj burę, bośmy z sobą nadto byli dobrze, by potrzebowała się ceremoniować. Widziała już i odgadła moję rozmowę z córką.
Tak wśród tego wesela i ja się oświadczyłem, a we trzy dni pojechaliśmy ze Zbąskim uroczyście po dawnemu pannę zaswatać.
Zostało mnie na całe życie miłe téj przygody wspomnienie, bo koniec końców ona o moim losie przyszłym rozstrzygnęła, jednakże gdy sobie wszystkie przejścia moje w téj dziwnéj roli na pamięć przywodzę, momenta ciężkie, które w niéj przebywałem, uczucia, jakich doświadczałem, utrapienia, kwasy, powiadam państwu, nikomu i nigdy nie życzę jak ja być w cudzéj skórze, choćby ona była jak najmiększą i najgładszą.

Tyras śpiący przy ogniu podniósł głowę, miał on instynkt przedziwny przeczuwania wieczerzy, jakoż kroki w sieni słyszéć się dały, otworzyły się drzwi i stary Paweł uroczystym głosem zwiastował:
— Dano do stołu!
Szliśmy na kolacyę, a pan Seweryn przy niéj, jakby wspomnieniami owiany staremi, przesiedział milczący i chmurny.

3 sierpnia 1877. Drezno.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.