Tumor Mózgowicz/Akt III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Ignacy Witkiewicz
Tytuł Tumor Mózgowicz
Podtytuł Dramat w 3 aktach z prologiem
Data wydania 1921
Wydawnictwo Sp. Wydawnicza „Fala“
Druk Drukarnia Związkowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
AKT III.
Ten sam pokój co w akcie I. Rozhulantyna Krzeczborska, S. voto Mózgowiczowa ubrana jak w akcie I. chodzi z małem dzieckiem na rękach, nucąc: aa, a! kotki dwa, szare, bure, obydwa.
ROZHULANTYNA

Aa, a, kotki dwa,
Szare, bure, obydwa.
Aa, a, kotki trzy,
Zjadły mózgi szare wszy.
Aa, a, kotki cztery,
Poszedł papa do hetery.
Aa, a, kotków pięć,
Mama czuje dziwną chęć.
Aa, a, kotków sześć,
Nieskończoność w szklance mieść.
Aa, a, kotków siedm,
Papa rzekł: I love you, madam.
Aa, a, panter osiem,
Mama rzekła…

(wchodzi Mózgowicz)
MÓZGOWICZ
Jakże się ma Izydor?
ROZHULANTYNA
Izydor ma się dobrze, ale ty ojcze Mózgowcze, jak się czujecie w naszem zwykłem, codziennem życiu?
MÓZGOWICZ
Nie wiem jak zawrócić z tej drogi cnoty. To jest ważniejsze, jak ty się patrzysz na to, że Izia wychodzi za Green’a?
ROZHULANTYNA
Wiesz, że jestem wolna od rodowych przesądów. Gdy wszyscy trzej jego bracia umrą, Izia zrobi świetną partję.
MÓZGOWICZ
Ty nie masz pojęcia czem to jest dla mnie. (wskazuje na Izydora) To jest moje ostatnie dziecko z tobą. Izydor ma coś w twarzy, co mi uniemożliwia zupełnie chęć płodzenia dalszych Mózgowiczów z tobą (z nagłą decyzją) Dziś podałem się do rozwodu i dziś jeszcze oświadczę się o rękę Miss Fermor.
ROZHULANTYNA
(obojętnie)
Nie chcę nic. Siedmiu synów wystarczy. Wszystko jest już poza mną. I miłość chamska i wszystkie duchowe perwersje. Uszlachetniłam ród Mózgowiczów. Alfred może się starać o córkę lorda. Nikt mu nie odmówi.
MÓZGOWICZ
Zapominasz, że ja się mogę starać o córkę lorda, a nawet być przyjętym. Żyłem sam, zatopiony w moich rachunkach. Spłodziłem nowy świat. Cantor, Georg Cantor, jest małem dzieckiem, wobec moich definicji nieskończoności, a Frege i Russel są marnem przelewaniem greckiej pustki w pustkę naszych czasów z ich definicją liczby, wobec tego co wymyśliłem dziś rano…
ROZHULANTYNA
(nie przestając niańczyć ciamkacza)
Ohydny kompromis. Mówił mi o tem Alfred…
MÓZGOWICZ
Zabiję to pierworodne ścierwo! On nic nie wie. On chce demaskować to, czego nie pojął. Czyż nie rozumiesz tego, że pewnie mózgi nie są w stanie pojąć pewnych rzeczy. Moja logika jest nie do przezwyciężenia. Tylko ująć w jedno ten szereg rozumowań, na to trzeba łba zaiste przedniego. Ja, ja tylko jeden mam tę siłę. Oni to czują i dlatego boją się.
(wchodzi Green z Izią)
GREEN
Profesorze! Twoja teorja zwycięża. Miałem dziś biuletyn z Em. Si. Dżi. Eu. Nawet Whitehead zachwiał się.
MÓZGOWICZ
Oni przyjmują tylko to, co podpada pod już stworzone kategorje. Samemu pojęciu logiki nadaliśmy inne znaczenie, my: Mózgowicz. Tego nie wytrzymają te pół-główki.
GREEN
A jeśli zwyciężysz, profesorze? Co wtedy? Co począć z całą mechaniką, co począć z budową maszyn, czem zastąpić prawo ciążenia? Pierwszy przykład naszych czasów, żeby dedukcja czysta zwaliła światopogląd, mający kilkaset lat za sobą.
MÓZGOWICZ
Czy myślisz, że ja mówię rzeczy ostateczne? Czy możesz myśleć, że ja mogę wobec takich półgłówków, jak ty i twoi koledzy z Em. Si. Dżi. Eu. powiedzieć prawdę?
IZIA
O, jakże jestem szczęśliwa, że choć dwa miesiące kochał się we mnie taki genjusz.
GREEN
(do Izi)
Przestań, głupia kuro! (do Mózgowicza) Profesorze! Powiedz mnie jednemu. Powiedz mi jakim sposobem osiągnęłeś wzór na n-tą klasę liczb? Powiedz, czem jest Tumor-jeden?
MÓZGOWICZ
Jesteś głupi jak but. Powiem ci i w sekundę zapomnisz. Na to trzeba naprawdę mózgu tytana. Czy myślisz, że wszystko naprawdę jest krzywe, i wszystko naprawdę jest współczesne? To są elementarne pytania z transcendentalnej dynamiki, której zastosowaniem dziecinnem wprost jest moja teorja.
GREEN
Powiedz tylko definicję słówka „naprawdę”, profesorze. Nic więcej. Powiedz, jak definiujesz „albo” i „oprócz”, te dwa słowa tylko. (pada przed Mózgowiczem na kolana).
MÓZGOWICZ
(ponuro)
Pośmiertne wydanie moich dzieł obejmie i ten problemat. Tymczasem mogę ci tylko powiedzieć tyle: Ty, albo ja. Izia ta nędzna Izia, której jesteś niewolnikiem i która zdradza cię ze wszystkimi „stewartami” podczas oficjalnych wycieczek, nie mówiąc już o członkach Em. Si. Dżi. Eu.,,est wykładnikiem mojej ostatniej myśli. Poznaj ją dobrze przyszły markizie of Fifth-Maske-Tower. W niej jet tajemnica tożsamości dwóch słówek: „albo” i „oprócz”. Poznałem to w tej chwili, gdy zabijałem starego Patakula.
GREEN
(na kolanach)
Mów! Zdaje się, że zaczynam rozumieć.
MÓZGOWICZ
Czy myślisz, że ja to rozumiem? Moje ostatnie myśli będą tak trudne, jak są trudne do odcyfrowania egipskie głazy z figurkami. Ale czy znajdzie się taki Champoljon logiki, tej siły mózgu człowiek, który odcyfruje te myśli i zamieni je w symbolizm zrozumiały dla wszystkich?
GREEN
Ja nim będę.
MÓZGOWICZ
Ty, poczciwy idjoto? (śmieje się dziko) Ty, który nie masz żądzy prawdy, tylko marzysz o wszechświatowym matematycznym szantażu!
(Rozhulantyna niańczy z coraz większą pasją Izydora)
ROZHULANTYNA
Oni to rozstrzygną. Nasze dzieci. W nich jest cała przyszłość.
MÓZGOWICZ
Mylisz się, dziecko. Następne pokolenie musi z tego zrezygnować. To tylko my, kulturalne damy, mamy tę dziką siłę. Za lat 20, chamów o mózgach bawołu, a tak subtelnych, jak odczucia histerycznej księżniczki, nie będzie już wcale. Do tego dąży cała nasza zachodnia demokracja. To jest to, czemu sprzeciwia się wspaniały ruch zniszczenia, któremu oddaje się wschód.
GREEN
(wstając)
Tumor Mózgowicz — jako zwykły wszechświatowy maniak państwowego socjalizmu. Co za upadek!
MÓZGOWICZ
Mylisz się, idjoto! Cofnięcie kultury. Oto czego mnie nauczyło władanie wyspą Timor. Wiesz, że zamordowałem tam człowieka, a drugi przeze mnie sam skonał dobrowolnie. Czy wiesz, czem to było dla mnie?
(Izia pada przed nim na kolana)
IZIA
Tumorze! Jesteś jedynym wielkim człowiekiem, jakiego znałam.
ROZHULANTYNA
Wstydź się Iziu! Przy Matce.
MÓZGOWICZ
(do żony)
Twój najukochańszy Izydor będzie stworem, którego wstydzić się będą wszyscy jego przodkowie: bydlęca rasa Mózgowiczów na równi z mongolskimi chanami, z samym Wielkim Dżyngisem na czele. Precz mi z oczu, przeklęta suko! Ja jestem panem świata!!
ROZHULANTYNA
Ach, więc tak? Więc wszystko co zrobiłam jest na nic? Więc ja mam być kopaną jeszcze za moje upokorzenie? Więc ty śmiesz obrażać to, co jest we mnie najświętsze. Masz! Podwójny komedjancie!
(Rzuca się do okna na prawo i wyrzuca przez nie Izydora Mózgowicza w pieluchach, poczem staje zwrócona twarzą do widowni z wyrazem zupełnego obłędu. Chwilę trwa straszne napięcie jej twarzy w wyrazie zwierzęcego bólu. Poczem pada na ziemię i wyje dziko, jak wilczyca).
GREEN
Ależ, pani profesorowo! Tak nie można. To jest zupełna dzicz.
IZIA
Mamo! Nawet ja, ja lubię rzeczy potworne, ale to; och, ja tego nie wytrzymam! (zanosi się od płaczu).
MÓZGOWICZ
A ja jestem zupełnie obojętny. Przecięta została pępowina, która łączyła mnie z dziećmi. Jeszcze jedna zbrodnia staje się przeze mnie.
GREEN
Uwielbiam cię profesorze. Jesteś tytanem. Mimowolny wspaniały czyn!! Czyż może być coś rozkoszniejszego.
IZIA
(do Greena)
Ach, więc ty jesteś tak słabym, Alfredzie. Ty możesz korzyć się przed tą starą kukłą? Byłam świadkiem jego zbrodni. Pożal się Boże. Mimowolne zbrodnie życiowego niedołęgi. Zakamary duszy ukazane w świetle ponadskończonej etyki. On ma sumienie, ten zgalaretowany potwór. On cierpi przytem. Czyż tego nie widzisz, Alfredzie? Czyż jest coś podlejszego nad wyrzut sumienia?
GREEN
Tego, przyznaję się, nie miałem nigdy. Po najstraszniejszych orgjach w Em. Si. Dżi. Eu. czułem się doskonale. Zabijaliśmy małe dziewczynki z plebsu w sposób niesłychanie okrutny…
ROZHULANTYNA
(zakrywając mu usta rękami)
Ty, przebrzydły paskudniku! To ty wywołałeś tę ohydną rozmowę. Przez ciebie zabiłam biednego Izydora…
(Wchodzi Józef Mózgowicz z gazetą w ręku. Za nim dwóch tragarzy, w niebieskich fartuchach, wnosi pokrwamione pieluchy ze zmiażdżonym Izydorem Mózgowiczem).
JÓZEF MÓZGOWICZ
Dopraszam się łaski. A to przecie o moim syneczku piszą tak w gazetach. Bohater! Myśliciel! Geniusz myśli i geniusz czynu. A gdzie to ta wyspa? A czy to prawda, że on ogłosił się synem góry ognistej. Oj, syneczku, źle, żeś się zaparł twego prawowitego ojca kara cię nie minie.
MÓZGOWICZ
(zawstydzony bardzo)
Bo papa, bo ojciec, (jąka się) bo do stu tysięcy djabłów precz z tym szpargałem! (wyrywa mu gazetę i ciska o ścianę).
(Wchodzi Irena Mózgowiczówna w czarnej sukience)
IRENA
Ojcze! Ja cię wyzwolę z tych ostatnich więzów. Nie chcę żadnej miłości. Ja wiem wszystko.
MÓZGOWICZ
(wzruszony do głębi)
Zapomniałem, że mam jeszcze córkę. Irenko! Ty jedna przy mnie zostaniesz.
IRENA
(obejmuje go mocno i całuje w czoło z niezmierną czułością)
Tak ojcze! Porzuć tę okropną robotę. Możesz ogłosić to po śmierci. Ja wiem. Alfred nie rozumie nic. On cię tylko podgląda. On jest bardzo zdolny, ale tylko do pewnej granicy. Ja znam go dobrze. Ja mu dałam podstawy teorji czystej wielości. (do Green’a) Green! Jak pan śmiesz zaprzątać ten wielki umysł całą tą baliwernią? Czy wyście powarjowali wszyscy w tem waszem przeklętem Em. Si. Dżi. Eu?
GREEN
(kłania się uniżenie)
Ja wiem też dość wiele. Pani jest bardzo zdolna, panno Ireno, ale pani nie wie, że on stworzył klasę liczb oznaczonych perskimi znakami i teraz ma sformułować dowód, że liczność pewnej wielości jest wyższa od wszystkich, jemu tylko i szatanowi znanych, wielości. Nawet ośmielił się nazwać to: jest to Tumor-jeden.
(Irena ze zgrozą spogląda na ojca, poczem bierze z rąk tragarzy pokrwawione pieluchy i przyciska je do piersi).
IRENA
Biedny, biedny Izydor!
JÓZEF MÓZGOWICZ
Nawet dziecku biednemu nie darowali, psie pary.
IRENA
(do Józefa)
Dziadziu! Chodźmy stąd. Tu wprost nie można oddychać. Jakże strasznie zazdroszczę Leibnizowi. On był takie dziecko, jak ten biedny trupek.
(Bierze Józefa pod rękę i wychodzi, trzymając pieluchy pod lewą pachą) (za nimi wychodzą tragarze).
(Rozhulantyna odzyskuje równowagę ducha i poprawia sobie suknie. Powoli z matki i wilczycy staje się znów kochanką).
ROZHULANTYNA
Teraz cię przesilili, ojcze Mózgowcze. Teraz już chyba nie dasz rady. Nawet Ira cię opuściła i rodzony papoczłowiek zwiał jak kamfora.
GREEN
Ja jeszcze jestem. Ja z nim zostanę.
MÓZGOWICZ
Ty nędzny krabie, ty podpatrywaczu niepojętych myśli, ty psychiczny utrzymanku zwyrodniałej dzierlatki? Wolę pójść na wygnanie i służyć za żer Dyakom z wyspy Timor, niż tobie zawierzyć myśl choć jedną. On myśli że wie coś, bo wymówił wyraz: Tumor-jeden. To nie są zaklęcia dla zdobycia skarbu, na to trzeba mieć głowę na kręgosłupie, a nie klatkę na różnokolorowe ptaszki. Ty zakuty myślowy gałganiarzu! Ty pudermantlu, ty lokaju skurtyzaniałej nieskończoności!
(Nagle słabnie i siada na ziemi)
(Wchodzi Balantyna Fermor, w różowej sukni i olbrzymim kapeluszu, z czarnem, kolosalnem piórem) (Rozhulantyna rzuca się do niej).
ROZHULANTYNA
Balatynko! zabiłam Izydora! Czy ty rozumiesz co się stało? Biedny, mały Izydor rozbity na bruku przezemnie. To on mnie do tego zmusił! Ten potwór, ten cham — Mózgowicz.
BALANTYNA
(spokojnie)
Ani cię me zmusił, ani ty nie zabiłaś Izydora. Dawno już, prawie od urodzenia widziałam w nim straszne skłonności. A nadewszystko skłonność do ohydnych chorób. Mówił mi o tem Józef. Poczciwy stary. Bardzo przejęty jest swoją rolą.
IZIA
(która dotąd pilnie porządkowała zabawki)
Ta musi zepsuć każdą najskromniejszą nawet potworność. Wszystko dla niej jest jasne i proste, jak równania całkowe. To dobre dla Ireny. Mówię wam, że ona wróci tu za chwilę.
GREEN
Przestań, ach przestań. Zdaje mi się, że burza duchów przelatuje mi przez głowę. Tonącym w morzu śmierci za życia nie odmawia się ostatnich życzeń. Iziu! Czuję, że mi się wymykasz. Tak ślizka jest twoja mała duszyczka, jak gromada ślizieni.
IZIA
Muszę ci odmówić ujęcia we mnie tego, co jest czystą igraszką słów. Stworzyłam taki mały światek, z okruchów różnych słówek, niebacznie przez was mówionych. Taki malutki światek, ale za to tak bardzo mój.
BALANTYNA
(z ironją)
Ach, jakie to wzruszające. Nie mów tak dalej, bo czuję, że łzy mi stają w oczach.
(Wchodzi Alfred i Maurycy Mózgowiczowie)
(Mózgowicz wstaje z ziemi)
ALFRED
(wyciągając gazetę z kieszeni)
Słuchajcie! I ty mamo. Tylko błagam cię, wytrzymaj tę wiadomość…
ROZHULANTYNA
(błagalnie do Alfreda)
Oszczędź mnie… Już nie mogę.
IZIA
(stara się ją uspokoić)
Mateczko. Nic już się stać nie może. To był sen. Weźmiemy cię do nas z Alfredem. Green! Prawda? Nie odmówisz mi tego.
GREEN
(zimno)
Pod pewnymi warunkami.
ALFRED
(czyta)
Tytuł jest: „Potworny kompromis. Znany filar współczesnej matematycznej wiedzy, sir Tumor Mózgowicz, niedawno mianowany dziedzicznym baronetem Queenslandu, zdobywca wyspy Timor i twórca nowej konstytucji Malajów w III-cim dystrykcie morskim, padł ofiarą swojej własnej słabości…
MÓZGOWICZ
(ponuro)
To pisał Green. Przypomnijcie sobie, co mówił tu przed chwilą. Leżał przedemną na brzuchu, jak przed posągiem Izydy. Czyż nie jest to ohydne świństwo?
MAURYCY
Papuś, papuś! Słuchaj dalej.
ALFRED
(czyta)
…której wyrazem jest ostatnia teorja, ogłoszona w organie Em. Si. Dżi. Eu. „Unity and Diversity“. Teorja ta, dotyczy znanego już tworzenia dowolnej klasy liczb…“
ROZHULANTYNA
Green! Jak mogłeś coś podobnego uczynić!
(wbiega Irena)
IRENA
Kłamstwo, potworne kłamstwo! On chce go wypróbować. On podmówił Alfreda. Ja wiem wszystko. Tylko co zdradził was Józio. Ma gorączkę i opowiedział mi wszystko. Green jest podły. Użył Izi, aby wywrzeć wpływ na Alfreda.
MÓZGOWICZ
Przecież to jest drukowane. Wiem co będzie dalej. Aby uniemożliwić mi działanie, przedstawiono mnie, jako człowieka, rezygnującego z nieskończonego szeregu klas liczbowych. Chcę postawić granicę klas. Ogólnego dowodu jeszcze nie mam. Ale liczność t. zw. Tumor-jeden jest najwyższą licznością, jaka być może. Szeregu Tumorów nie stworzy nikt, nawet umysł nadskończony, umysł samego Boga.
IRENA
(pada przed ojcem na kolana)
Papusiu! Ja niechcę o tem słyszeć. Coście wy zrobili z Nieskończoności!
MÓZGOWICZ
A więc i ty jesteś przeciw mnie. Niema już Mózgów na świecie. Myślałem, że córka, jedna moja biedna Irusia, mnie uzna. Nie — widocznie wszystkie męki muszę przeżyć do końca. (Siada na ziemi. Przez chwilę bawi się klockami, poczem zaczyna okropnie, rozpaczliwie płakać. Prawie wyje w histerycznych łkaniach).
(Wszyscy stoją skamienieli ze zgrozy i boleści).
IZIA
(obejmuje Mózgowicza, Green załamuje ręce z rozpaczy)
Teraz cię kocham naprawdę. Chciałam tylko raz widzieć twoją słabość. Minęły czasy ujarzmiania siłą demonicznych kobiet. Jestem demonem!
(Zrywa się i płomienistym wzrokiem przeszywa obecnych, a nawet nieobecnych)
Jestem kapłanką Izydy. To ja tańczyłam naga ze słonecznikiem na czole. To ja ukorzyłam lorda Persville, największego demona z Em. Si. Dżi. Eu. Green! Nędzny flaku, 45 razy zdradzony: lord Persville, twórca geometrji, którą tylko w funkcjach przerywanych, ponadskończonych, analitycznie przedstawić można, wił się u nóg moich, jak zdeptany robak. Ja nie spałam nocami. Pracowałam, jak 40 wołów parowych. Tumorze! Ja udawałam niewiedzę, aby raz ujrzeć twoją słabość. Wiem wszystko! Znam teorję zmiennych w sposób ciągły liczności!
(Green wije się w okropnych cierpieniach. Izia znowu obejmuje Tumora)
Ja jedna go kocham naprawdę. Nie wiecie co przeszłam.
IRENA
Podła!
GREEN
(wyje dziko)
A! Gadzina!!!
ALFRED
A, ja! Ojcze, uczyłeś mnie fałszywej matematyki. Ta futurystyczna dzierlatka więcej wie odemnie.
MAURYCY
Iziu! Więc twoje wiersze są skłamane! Och, ja tego nie przeżyję.
(Balantyna patrzy na to z lodowatym spokojem, trzymając w rękach szlochającą Rozhulantynę. Maurycy pada na ziemię i płacze niepowstrzymanie)
MÓZGOWICZ
(odpycha nagłym ruchem Izię, która wali się na ziemię obok płaczącego Maurycego) (wstając, mówi do lzi)
Precz odemnie! Nie znam cię i nienawidzę. Myślałaś, że mnie tem upodlisz, mnie, ojca siedmiu synów i niesłychanej ilości córek? Precz, małpo!
ROZHULANTYNA
(przestaje płakać i nagle zanosi się dzikim śmiechem tryumfu)
Dobrze jej tak. Niech zginie przeklęty ród Krzeczborskich.
MÓZGOWICZ
(stoi, jak zraniony tur, który niemoże upaść przez ambicję tylko)
Jestem sam zupełnie. Skąd mam tę siłę, nikt się z was nie dowie, a i ja sam niewiele więcej wiem od was.
ROZHULANTYNA
Nie będziesz moim, nie bądź niczyim. Ojcze Mózgowcze: jesteś naprawdę wielkim.
ALFRED
(z rozpaczą)
I ja tyle czasu uczyłem się fałszów! Cały mój egzamin z transcendentalnej dynamiki jest podłą farsą. Ale któż są ci zbrodniarze w Akademji? Któż są ci, (wskazuje na Greena) któż są te kanalje z Em. Si. Dżi. Eu. Takich potworów nie nosiła jeszcze ziemia na sobie. Och, gdybym mógł wydrzeć mózg mój z czaszki, gdybym mógł na nowo to zrozumieć.
(Maurycy uspokaja Izię, która podnosi się z uśmiechem)
MAURYCY
(wstając razem z nią)
Będziemy pisać razem wiersze. Wszystko da się jeszcze odrobić.
IZIA
Moryś: ratuj mnie. Ty jeden możesz. Tylko czy to nie będzie powtórzeniem wszystkiego, co już było raz kiedyś?
MAURYCY
Nie, Iziu. Pamiętasz naszą rozmowę na zielonej kanapce wczoraj? Pamiętasz, coś mi powiedziała?
IZIA
Że nieskończoność jest to wywrócona do góry dnem osobowość. To były pojęcia twego ojca. Ja muszę to stworzyć w formie czystej.
MAURYCY
(obejmując ją)
Razem to stworzymy. To jest przeciwwaga dla intelektualnego obłędu. Stworzymy ślicznego, szarego ptaszka, który uleci w Nicość. Bez żadnych tęcz i kolorów. Rozumiesz? Ja wiem na to sposób.
MÓZGOWICZ
(zimno)
Sztuczne uproszczenie.
IZIA
Nieprawda! Niewolno panu mówić, o sztuce. Ja wierzę w geniusz Morysia.
MÓZGOWICZ
(wyjmuje notatnik i coś zapisuje)
Mogę nie mówić o niczem. Ach! Jak sobie przypomnę, że mogłem pisać wiersze, zimno mi się robi ze wstydu. Jutro jeszcze ożenię się z Balantyną Fermor i wyjeżdżamy do Australji.
(Green, który bazyliszkowym wzrokiem obserwował Izię i Morysia, nagle podchodzi do Rozhulantyny)
GREEN
Pani! Mam dziwne przeczucie, że okręt, którym jadą moi bracia na wojnę, zatonie dziś w nocy. Chcesz pani zaraz zostać markizą of Fifth-Maske-Tower — dobrze. Nie — możemy poczekać.
ROZHULANTYNA
Ależ, panie Alfredzie. Tak zaraz niemożna.
GREEN
Dobrze, możemy poczekać. Ale business jest zrobiony. (do Mózgowicza) Panie profesorze! Zapomnijmy o wszystkiem. Mogę cię uwięzić zaraz. Ale wierzę, że po tem wszystkiem będziesz pan rozsądnym. Tylko pośmiertne wydanie będzie zawierać dowody ostateczne. Przez powolną dyskusję, ludziska oswoją się nareszcie z tym problemem. (Smutnie) I ja również, mam nadzieję.
MÓZGOWICZ
Stop that nonsense, Alfred. Jesteś wcale inteligentnym chłopcem. Lepiej powiedz, kiedy odchodzi „Eurypides” z Green Star Line i zamów kabinę na dwie osoby. Umówiłem się z Maharadżdżą Pendżaru na pokera na statku.
GREEN
Widzę, że czas stanął dla pana, panie profesorze, naprawdę. „Eurypides” odszedł 2 tygodnie temu. Dziś odchodzi „Eurigona”, a Pendżar jedzie za 2 tygodnie na „Euripontesie”. To jest „materją faktu”. Cieszę się, że Europa odetchnie trochę. Zamówić więc kabinę?
MÓZGOWICZ
(do Balantyny)
Zgadzasz się za dwa tygodnie?
BALANTYNA
(pręży się w oczekiwaniu nieznanych rozkoszy)
Naturalnie. Z tobą Tumorze, nawet te 2 tygodnie w Europie będą nadludzką rozkoszą. Ale pozwól, że oddam ci się definitywnie na statku dopiero. Chcę, aby wróciły dawne nastroje. Fitz-Gerald starał się przecież o mnie. Razem z nim widziałam pierwszy raz Krzyż Południowy i hyper-słońce, straszliwego Canopusa. Kiedy wejdzie po raz pierwszy Canopus, będę twoją. Jakże długo męczyłam się dziewictwem. Tylko sport uratował mnie od Persvilla. Czy wiesz, że ten demon, jak małe dziecko, błagał mnie o litość.
(Green szepcze z Rozhulantyną)
MÓZGOWICZ
(do Balantyny)
Teraz nic mnie to już nie obchodzi. Na szczęście, niewiesz nic o matematyce. Będziesz moim ostatnim kompresem na głowę, na moją starą, biedną mózgownicę. Ale kochać cię będę jak młodzieniec, jak rozszalały chłopczyk.
(Balantyna opiera się o niego z uśmiechem: oboje stoją, jak posągi)
GREEN
Wychowamy ci synów na zdrowych, tęgich matematyków, profesorze. Jeden Moryś się nie udał. Ale to jest właśnie rodzaj ekspjacji.
IZIA
Morysia ja biorę na siebie. Takiego dekadenta nie było jeszcze na żadnej planecie. W przypadkowości sztuki
ALFRED
Ojcze, przebaczam ci wszystko. Bądź szczęśliwy. Znajdę sobie jakąś przyzwoitą panienkę i zacznę nowe życie.
(Mózgowicz nagle łapie się za serce)
MÓZGOWICZ
(niespokojnie)
Tak mi dziwnie pusto w piersiach (krzyczy) Patakulo! Nie patrz tak na mnie! (pada, jakby rażony gromem)
(Balantyna wydaje dziki okrzyk trwogi. Wszyscy rzucają się do Mózgowicza).
(Green bada mu puls. Wstaje. Wszyscy czekają w straszliwem napięciu).
GREEN
Nie żyje. Ostatni dowód nie będzie więc znany nikomu.
BALANTYNA
(rzuca się na trupa Mózgowicza z dzikim śmiechem. Inni stoją, jak wkopani w ziemię)
I oto spełnił się mój dziewiczy sen. Idźcie na spacer, dzieci. Taka wiosna jest, jak wtedy. Zielenią się puszki na młodych gałązkach i ciepło przenika spłowiały błękit pajęcze chmurki na niebie. Idźcie i mnie zostawcie z nim samą. (Śmieje się łagodnie i cicho).
(Green podaje rękę Rozhulantynie, Moryś Izi, Alfred obejmuje zmartwiałą z bólu Irenę i tak, po kolei, wychodzą w milczeniu przez drzwi środkowe)
(Balantyna nagle wstaje i rozpręża się rozkosznie).
BALANTYNA
Nikt niewie tego, że ja też zajmowałam się matematyką tylko i znam wszystkie problemy Tumora.
(Drzwi na lewo otwierają się i wchodzi Persville. Podchodzi do Balantyny)
Arthur! Arthur! Moje szczęście, moje życie, moje wszystko!
(Balantyna obejmuje go w dzikim szale).
PERSVILLE
(zimno)
Teraz jesteś moją. Jedziemy do Australji. W tej chwili telefonowałem. Jestem mianowany gościnnym profesorem w Port-Peery. Teraz zastosujemy jego teorję do mojej geometrji i stworzymy prawdziwą transcendentalną dynamikę. Nie tę, którą się zajmują w Akademji, i z której dwa razy obcinał się już Alfred.
Prawdziwą, kochanko, prawdziwą.
(Balantyna śmieje się rozkosznie, nieprzytomna zupełnie).
Kurtyna.
KONIEC AKTU III. I OSTATNIEGO.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Ignacy Witkiewicz.