Trędowata/Tom II/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Trędowata
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk Drukarnia Dziennika Poznańskiego
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVIII.

Do salonu w Ruczajewie wpadł złoty, powłóczysty promień słońca, obiegł ściany kryte białą tapetą, pogładził orzechowe meble, zajaśniał na ciemno ponsowym pluszu i długą smugą rozłożył się oświecając froterowaną posadzkę. Błyskał dokoła iskierkami swych gwiaździstych oczu, jakby zmęczony lub znudzony.
Nagle złotolity promień ożywił się: ujrzał coś nowego — coś, co go wprowadziło w podziw.
Były to kwiaty. Mnóstwo kwiatów — w doniczkach, w plecionych koszach, w wazonach z wodą. Stały na stole, na półkach, na konsolach od luster, nawet na podłodze tworzyły malowniczą kępkę. Promień, zachwycony niezwykłym widokiem w tem miejscu, oczarowany, wśliznął się w kwiaty i rozpoczął badanie.
Zajrzał w korony róż i szeptał do nich, zapytując, skąd się tu wzięty, takie pyszne, w tym skromnym dworze wiejskim, jak się tu dostały przez śniegi i zawieje i dlaczego je tu przywieziono. Szeptał to samo dumnie wzniesionym głowom tulipanów i arystokratycznym storczykom, całując je zlekka. Ale całusy słońca są czarowne, omaszczają złotem. Kwiaty wyglądały jak w aureoli, ożywiły się, błysnęły barwą. Pierwsze konwalje niewiniątka zadrżały perłowemi główkami i, tuląc się do słońca, zaczęły opowiadać swe dzieje. Za niemi poszły białe i liljowe bzy, chyląc kiście poważnie, lecz wesoło. Już zaczęły szemrać do słońca fijołki skromne a wdzięczne, wysuwając swe aksamitne łebki z obsłon szmaragdowych listków. I dumni ich bracia alpejscy o świetnych barwach i wytwornych kształtach — i śliczne hjacenty o kolorach tęczy zachrzęściły suchym jedwabnym szelestem. Raźniej strzeliły w górę secesyjne irysy, żółte, lila i ciemne nakrapiane. Zadygotały rozkosznie białe delikatne piórka różnobarwnych gwoździków, wionęły drobniutkie listeczki ozdobnej pierzastej paprotki. Zabłysły białe narcyzy.
Wówczas przemówili monarchowie tej poddańczej rzeszy, pachnącej i rozgwarzonej, w pierwszym rzędzie pyszne królowe-róże, nęcące barwami i bogactwem kształtów; więc: wspaniała „Mar‘chal Niel“ w złoto-żółtych aksamitach, wdzięczna „La France“ w różowych jedwabiach i wytwornisia „Tebried“ w ślicznych tunikach barwy herbacianej. Była tam i „Pani Druzki“ w śnieżno-białej atłasowej sukni, „Księżna Liberty“ w karmazynach i strojna w aksamitne purpury królowa-piękność z haremu sułtana Marokko. Były też królowe w świetniejszych i skromniejszych szatach, różnych barw i odcieni, począwszy od białych jak śnieg atłasów, skończywszy na czarnych aksamitach. Niektóre z nich błyszczały w słońcu klejnotami rosy, pozostałej od niedawnego skropienia. Wszystkie szeptały do słońca.
Za monarchinjami ruszyli z galanterją dumni w swej chwale królewicze-storczyki z prześwietnej dynastji „Orchis Purpurea“, strojni w koronacyjne płaszcze i z ostrogami. Zwykle mało popularni, rozgwarzyli się w słońcu, zachęceni przykładem dam, a może tylko obfitością złotych promieni. Storczyki są wybrednisie i potentaci, wrażliwi na złoto i ciepło.
Za sobą wiedli monarchowie cały orszak dworu. Szedł najpierw szereg paziów — różnokolorowych tulipanów, papuziastych, niezmiernie butnych. Z godnością postępował dostojny dygnitarjat kaktusów, mirtów w gładkich zielonych uniformach i pachnących laków. Z drugiej strony garnęły się do słońca smukłe królewne i księżniczki krwi — białe lilje w powłóczystych szatach, pachnące, — dziewicze, śliczne. Za niemi damy dworu: kuliste azaleje w wazonach, całe pokryte kwiatami, od przeczystej bieli do ciemnej purpury i wyniosłe białe Calle, dumnie wznoszące w górę swe lejkowe djademy.
Z boku uśmiechała się do słońca skromna, niby wychowanka klasztoru, czułostkowa niewinna mimoza, ukwiecona mnóstwem kwiatów. I ona zaczęła szczebiotać do złotych promieni, zanurzona w nie, skąpana. Chociaż była córą znanego z uczciwości rodu „Sensitivów“, spokrewnionego blisko z bogobojną rodziną „Mimoza-Pudica“, jednak i ona nie została obojętną na pieszczoty słońca, nie kurczyła się pod jego dotknięciem — przeciwnie rozkwitała.
Czarowne słońce!
Ale oto jeszcze jedna zalotna flirciarka, bardzo światowa i wykwintna tuberoza. Olśniona blaskami, ogrzana ciepłem, strzepnęła z kokieterją swą śliczną sukienkę i zagadała do słońca śmiało, filuternie, z temperamentem, siejąc dokoła delikatny zapach wytwornych perfum.
Rozszeptały się kwiaty.
I jęły opowiadać na wyścigi, jak się porodziły w pysznym raju cieplarni głębowickich, jak je tam pielęgnowano i pieszczono. A potem przyszła nagła, straszna chwila. Zabłysły lampy elektryczne, rozjaśniając każdy zakątek cieplarni. Kwiaty, zbudzone ze snu, myślały, że to jakaś uroczystość w zamku i one występować muszą. Więc ucieszone, strząsając z listków resztę snu, strojne, pachnące oczekiwały hołdów i zachwytów.
Ale jakież rozczarowanie!
Wprawdzie wszedł do cieplarni ich pan i władca, młody ordynat, lecz za nim podążył główny ich pedagog, ogrodnik, i cała hałastra ogrodniczków ze złowrogiemi minami. Kwiaty spojrzały uważniej i dreszcz niemi wstrząsnął. Wszyscy, prócz ordynata, uzbrojeni byli w wielkie błyszczące nożyce.
Przerażone kwiaty chciały błagać litości, lecz oniemiały ze zgrozy. Sam ordynat wybierał najpiękniejsze z jakimś radosnym i szczęśliwym uśmiechem w oczach. Nad różami „Marechal Niel“, które najbardziej lubił, pochylił się i szepnął miękko:
— Idźcie służyć Stefci.
Królowe róże opowiadały to słońcu, pyszne ze swej urody i powodzenia.
Kwiaty szemrały dalej: jak po ścięciu układano je w kosze gustownie plecione i w bukiety, jak je starannie otulano watą, mchami i w kolorowe rogóżki, by nie zmarzły i aby im było wygodnie.
Tuberozy i azaleje zaczęły się chwalić, że przyjechały tu razem z mieszkaniem, w wazonach, bez ścinania.
Fijołki zwykłe i alpejskie, hyjacenty, kaktusy, laki — przekomarzały się z damami, dowodząc, że i one w ten sam sposób tu przywędrowały. I już rozpoczął się spór, ale królewicze storczyki powagą swą zakończyli kłótnię.
Kwiaty gwarzyły, opiewając swój przyjazd do tego dworu, gdzie witała je radośnie śliczna dziewczyna, gdzie je podziwiano tak, że nawet zapomniały chwilowo o rozkosznym, porzuconym raju w Głębowiczach i pogrążyły się całkowicie w pysze. Kwiaty mówiły słońcu, jak ta śliczna, młoda dziewczyna całowała je z rumieńcem szczęścia na twarzy, ze łzami w ciemnych fijołkowych oczach, prawie z modlitwą na ustach. Jak szeptała do żółtych róż: „Od niego jesteście, od niego!“ — a one oddawały jej zapach, jakby niemą odpowiedź.
O! kwiaty zrozumiały doskonale, co się święci. Odczuły, że są zwiastunami szczęścia, które przywiezie niebawem tu sam ordynat. One wiedziały, jak witać tę cudną dziewczynę — że trzeba jej oddać zapach najpiękniejszy w hołdzie, bo to przyszła pani pięknego ich raju w Głębowiczach, przyszła protektorka i opiekunka.
Słońce, słuchając, jaśniało radośnie. Złote jego drgnienia i ciepłe oddechy, w połączeniu z wonią kwiatów i wspaniałemi kształtami utworzyły w białym salonie ruczajewskim atmosferę upajającą.
Wrażenia takiego doznała Stefcia.
Weszła i zatrzymała się odurzona. Jej promienna twarz, gorejące oczy i biała suknia były dopełnieniem malowniczego obrazu, na który złożyły się kwiaty. Wyglądała wśród nich, jak zaćmiewająca je urodą władczyni. Miała w sobie czar królewien lilji, wdzięk mimozy przeczystej, wykwintną zalotność tuberozy i wyniosłość dumnej białej Calli. Miała nawet świetność królowej róży — w pierwszym rozkwicie.
Słońce zaczęło ją pieścić i całować, kładąc na zagięcia jej włosów przepyszne złoto, w oczy sypiąc iskry. Wśród kwiatów, w blaskach wyrastała jak wieszczka poezji i szczęścia.
Jej uroda zalśniła w całej krasie. Nietamowane uczucia, szczęście zagrało w jej źrenicach, zakwitło na świeżych ustach, dodając uroku ślicznej twarzy. Budząca się w piękny poranek majowy zorza nie mogła być od niej promienistszą. I modlitwa szła z niej do nieba dziękczynna, radosna, i śpiew słodki a potężny brzmiał z jej piersi, i serce biło gorącem tempem, wołając z rozkoszą:
— Kocham! kocham!
Gdyby wróżka jakaś, czy anioł przypiął jej skrzydła, uleciałaby na wyżyny aż do stóp Boga, by złożyć Mu w dani duszę, przepełnioną szczęściem najwyższem, miłością odwzajemnioną i już uznaną.
Ile ona przeżyła wątpliwości w ostatnich czasach, ile szalonej rozterki i obaw!
Surowo analizowała swe uczucia dla Waldemara. Będąc niesłychanie delikatną z natury, chciała zbadać gruntownie, jak ona kocha ordynata. Czy jej miłość nie polega głównie na oszołomieniu jego świetnością? Czy te wspaniałe ramy, które go otaczają, nie są najwyższym jego czarem? Czy jej własna miłość kobieca, że zdobyła takiego potentata, nie gra tu jakiej roli? Czy Waldemar w innych warunkach i otoczeniu zająłby równie silnie jej umysł i serce?
Stefcia brnęła coraz dalej w nieznośne zagadnienia, chcąc ze swej uczciwej duszy wydobyć prawdę. Szlachetność i wysoka prawość jej charakteru nakazywała jej to, nie dla osobistych względów, ale tyczących się Waldemara i jego przyszłego szczęścia. W jego miłość wierzyła i ufała mu, będąc przekonaną, że kocha ją uczuciem głębokiem. Własne szczęście z nim przeczuwała jasno, bojąc się jedynie o to, czy ona mu da podobne. Była to dla niej zagadka tak ważna, jak życie; ta myśl przewodniczyła w jej modlitwach, stała się głównem dążeniem jej miłości. Nawet tęskniąc, Stefcia badała siebie, czy tęskni za Waldemarem jedynie, czy za Głębowiczami i ich sferą. Wyniki tych badań uspokoiły ją, w swych myślach zawsze widziała Waldemara i tylko Waldemara. Poza tem wszystkie szczegóły, poprzedzające chwilę obecną, Stefcia tłomaczyła sobie bardzo prosto. Poznała Waldemara jako magnata świetnego nazwiska, w blasku miljonów, co jednak nie przeszkodziło, że nie świetna oprawa porwała ją, ale osobista wartość jego, którą poznawszy bliżej, oceniła należycie, ale jego czar i siła jego bogatej natury. Nie olśnił jej przepych zewnętrzny, ale jego szlachetność i prawdziwa męskość charakteru. Nie zachwyciły jej salony, stosunki i pałace, jakie posiadał, lecz była pod wpływem sposobu jego myślenia i wybitnej inteligencji. Jego wykształcenie, jego działalność i zdolności umysłowe a nawet gwałtowność i dziki, porywczy temperament, uniosły ją wichrem w zawrotny szał gorących uczuć, ale trwałych, bo opartych na bezwzględnej ufności i szacunku.
Stefcia przypomniała sobie jedną rozmowę z Waldemarem. Mówił, że powstające uczucie jest podobne do gmachu nowowznoszonych murów. I dobrze jest, gdy cegłą jest sama miłość, oparta na cemencie szacunku. Tylko na cemencie — glina wyłączona?
Żelazne wiązania — to stałość.
Kielnia. — to zaufanie, łączące miłość z szacunkiem.
Krokwie i sklepienia — to warunki i okoliczności. Mogą być one bardzo wyniosłe lub też dość niskie.
Tynkiem jest wiara. Powinna posiadać wielką siłę, chcąc uchronić mur od ruiny.
Wapno — to opinja świata. Szczęśliwie, jeśli pokrywa mur już zlasowane, — nieszczęśliwie, jeśli przed zlasowaniem, czyli przed ustaloną reputacją, bo wówczas byle zły powiew łamie wapno i kruszy.
Fundamentem Waldemar nazwał dość czynicznie — pociąg zmysłowy.
I dowodził, że powstałe na nim gmachy uczuć bywają najwspanialsze, jeśli zaś istnieje bez przerwy, wówczas są najtrwalsze. Ale przyznawał, że fundamentem może być również jedność duchowa, wspólność myśli i zapatrywań.
Stefcia, przypominając sobie jego zdania, wplatała je teraz we własne uczucia.
A może istotnie bez pociągu zmysłowego niema szału w miłości i sama miłość za blado by wyszła, jak obraz cenny artyzmem, bogaty w technikę i koloryt, lecz pozbawiony odpowiedniego światła.
Stefcię z początku raził cynizm Waldemara, ale przekonała się, że wypływa jako wynik konieczny z życia i doświadczeń ordynata i że narówni z pokrewną sobie ironją i pesymizmem nie wykracza jednak poza jego etykę i wrodzoną delikatność. On nie lubował się swym cynizmem, ale posiadał go, występował z nim szczerze. Ciskał go nawet z niesłychaną odwagą, lecz w ramach koniecznych, nie z zamiłowania. To stanowiło część potężnego uroku i wpływu na kobiety. To czyniło go odrębnym, daleko odsuwając od pospolitego typu zjadacza serc i salonowego lwa. Nie był blagierem ani z natury, ani dla efektu, mówił prawdę każdemu w oczy, bez względu na to, czy się ona komu podoba. Potrafił „rąbnąć“ słowem, nawet młodej kobiecie, o której względy mu chodziło, ale zawsze zachowywał pewną wytworność. Nie umiał być ordynarnym, ani pochlebcą i nie znosił tego w stosunku innych do siebie. Potrafił brać ludzi w kleszcze swego wpływu. To samo zaszło ze Stefcią. Nie pomogła walka. Nie zdołała mu się oprzeć. To samo było i z jego rodziną.
Stefcia od wyjazdu ze Słodkowic nie przestawała lękać się o niego. Nazwał ją narzeczoną przy obcej kobiecie, więc nazwie ją tak samo i wobec swej rodziny. A co wówczas?
Odczytywała pamiętnik zmarłej babki i lęk ogarniał ją coraz silniejszy. Nieledwie oczekiwała listu, kończącego wszystko, jak tamten, co zamknął szczęście w pamiętniku. Ale takie zwątpienia trwały krótko. Wierzyła w Waldemara. Jedynie pytała własnego sumienia, czy ma prawo narażać go na podobną walkę, czy powinna wchodzić do rodziny arystokratycznej, która jej nie zechce?
Ale czuła, że już za późno — że wszelkie jej możliwe poświęcenia na nicby się nie zdały wobec jego miłości, bo teraz on wziął ich szczęście w swoje dłonie.
— I zwyciężył!
Z listem Waldemara podeszła do kwiatów i zanurzona w nie zaczęła po raz setny przerzucać arkusze eleganckiego papieru, zapisanego męskim charakterem. Upajała się słowami, mówiącemi do niej tak serdecznie, jakby same usta Waldemara. Nie mogła oderwać oczu od energicznych liter, stawianych jego ręką, od ich treści, wyrażającej jego myśl, jego uczucia, jego szlachetność i niezłomną wolę.
A kwiaty pochylały ku sobie główki i, rzucając na Stefcię tysiące wonnych spojrzeń, wyciągając ku niej setki różnobarwnych ramion, składały jej w hołdzie upajającą woń z szemraniem cichutkiem:
— Nasza pani! nasza śliczna pani!
Stefcia spojrzała na zegarek.
— Powinien już być — szepnęła.
Rozejrzała się po kwiatach. Wyjęła z wazonu świeżą, zaledwie rozkwitłą różę „Marechal Niel“ i przypięta sobie do włosów. Spojrzała przytem w lustro i może pierwszy raz w życiu uderzyła ją własna uroda. Chwilkę patrzała na swą postać. Usta jej musnął uśmiech radosny.
— Ładna jestem! Dla niego chcę być ładną!
Zwrócił jej uwagę ruch w przedpokoju. Pobiegła do okna. Na twarzy jej zabłysły gorące cienie.
Przed gankiem stała gniada czwórka ruczajewska. Ze sanek służący i strzelec Jur wyjmowali futro na nogi.
Stefcia podniosła obie ręce do rozpalonego czoła.
— On tu!... Waldy w Ruczajewie! — wołało w jej duszy.
W sieni słyszała głos ojca, ale kiedy zaraz potem rozległ się dźwięczny baryton Waldemara, zapłonęła falą szczęścia. Radość bezmierna buchnęła w niej płomieniem. Biegła do drzwi, kiedy wszedł w nie ordynat z błyskiem w oczach, zapalonym na jej widok.
Pan Rudecki dyskretnie cofnął się.
— Moja! moja! — wykrzyknął ordynat, chwytając narzeczoną w ramiona.
Stefcia oparła głowę na jego piersiach, bezprzytomna z nadmiaru uczuć.
Waldemara ogarnął szał.
{{tab}—} Przyjechałem do ciebie, ukochana. Tyś już moja na zawsze.
Stefcia wskazała mu kwiaty.
— One mnie uprzedziły o szczęściu.
— Czy ładne?
— Śliczne, i... z Głębowicz.

Waldemar oddał Stefci dwa listy: od dziadka i od księżnej Podhoreckiej.
Księżna pisała w bardzo miłym tonie, ze swobodą, nie zdradzającą poprzedniego oporu. Stefcię nazwała wnuczką, pokładając w niej nadzieję uszczęśliwienia Waldemara. List zawierał kilka pochlebnych słów dla państwa Rudeckich i wyraźnie zaznaczoną chęć poznania bliżej Stefci, co wyglądało na zaproszenie jej do Obronnego.
Państwo Rudeccy rozbroili się.
Nie mieli już obaw co do przyszłości Stefci. Na ordynata spoglądali z uwielbieniem i dumą.
Stefcię wzruszył list pani Podhoreckiej. Doskonale odgadywała walkę, poprzedzającą jej zgodę i sympatję. Wiedziała, że narzeczonemu zawdzięcza wszystko, że opór stawiano, ale on go zwalczył i dopiął celu.
Obok miłości zbudziły się w jej duszy: cześć i podziw dla Waldemara.
Przeczytawszy list, podała mu obie ręce serdecznym rzutem, z dziękczynnym wyrazem w oczach.
Waldemar ucałował jej dłonie.
Zrozumieli się oboje.
Byli szczęśliwi.
Przed oczyma ich stanęła przeszłość.
Tamci nie doszli do tych wyżyn, co oni. Ich szczęście musiało być o połowę mniejsze, a wobec późniejszego życia stało się chwilą obramowaną w czarny kir.
W parę godzin potem Waldemar i Stefcia w białym salonie, wśród kwiatów, zamienili z sobą pierścionki. Gdy na palcu Stefci błysnął olbrzymi brylant, klejnot rodowy Michorowskich, a ona włożyła narzeczonemu na mały palec swój pierścionek z perłą urjańską, spragnione usta Waldemara spoczęły na ustach dziewczyny i trwali tak długo upojeni aż do ekstazy.
Tylko Stefcią wstrząsnął dreszcz jakiś rozkoszny, ale dziwnie trwożny.
Może spłynęły wówczas do salonu nad młodą parą duchy zmarłej Stefanji Rembowskiej i Gabrjeli de Bourbon, jak nieme a ponure memento najszczęśliwszych jaśni życia.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.