Trędowata/Tom II/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Trędowata
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk Drukarnia Dziennika Poznańskiego
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XVII.

Waldemar powrócił do Głębowicz nad ranem. Już świtało. Ruch powstał w uśpionym przed chwilą zamku. Zwłaszcza w cieplarniach i w oranżerji panowała krzątanina przy blasku lamp elektrycznych. Sam ordynat wybierał kwiaty. Rój ogrodników z nożycami w rękach robił istne spustoszenie. Ogrodnik układał kwiaty odpowiednio. A były tam pyszne okazy. Wszystko, co cieplarnie, prowadzone z wielkim nakładem, wytworzyć mogły o tej porze roku. Cenne róże, storczyki, mimozy robiły wrażenie przeniesionych z Riviery. Nad mistrzowskim opakowaniem czuwał sam ordynat.
Około jedenastej rano wyjechał strzelec Jur, w bogatych liberyjnych futrach, strojny i dumny, wioząc ten wonny ładunek dla Stefci, razem z listem Waldemara. Wiózł także list do państwa Rudeckich.
Przed obiadem ordynat wpadł do Słodkowic tak promienny, że wszyscy odrazu odgadli powód. Pan Maciej ucieszył się szczerze. Lucia pogodzona już z myślą o Stefci w roli ordynatowej, pragnęła, by się to stało jaknajprędzej. Tylko pani Idalja spochmurniała, mocno dotknięta może przed oczyma widząc tragiczną z gniewu i obrazy twarz hrabianki Melanji. A może przyszły blask i stanowiska Stefci drasnęło jej miłość własną.
Ale życzyła Waldemarowi szczęścia, ze względu na ojca, chociaż trochę ironicznie.
Wieczór imieninowy zgromadził w Obronnem sporą liczbę osób. Był pan Maciej z córką i wnuczką, Waldemar, bohater chwili, byli księstwo Franciszkostwo Podhoreccy z córkami i nauczycielką księżniczek, i hrabiostwo Morykoniowie, i Trestka, i Wiluś Szeliga, który na ten dzień przyjechał z Warszawy przed odjazdem do uniwersytetu.
Z okolicy byli Żyżemscy i Ćwileccy. Hrabina Ćwilecka, dowiedziawszy się o zakończeniu sprawy ordynata, przybrała postawę bardzo obrażonej, na księżnę rzucając złe spojrzenia, pełne politowania. W oczekiwaniu na wyniki nie wyjechała dotąd zagranicę, pomimo zapakowanych kufrów. To też jej gniew nie miał granic, nikogo jednak nie przestraszył. Księżna powróciła już do zwykłej równowagi duchowej. Księżna Franciszkowa z córkami, Lucią i panną Ritą utrzymywały dobry nastrój ogólny. Dopomagali im oboje Żyżemscy i rozweselony pan Ksawery. Humor Waldemara płynął szeroko błyszczącą falą, porywał i pana Macieja i starszą księżnę. Trestka siał dowcipami, pierwszy raz patrząc na ordynata z uwielbieniem i wdzięcznością. Tylko pani Idalja, hrabina Morykoniowa i Ćwilecka zachowywały się powściągliwiej, trochę nadąsane. Książę Franciszek i hrabia Morykoni mieli miny niewyraźne, jakieś krytyczno-ironiczne, mówili mało, starannie unikając wszelkiej wzmianki o bieżącej sprawie zaręczyn ordynata. Wiluś Szeliga nie krępował się nikim i niczem, był jak struty. Trestka w jakimś dowcipie chciał zażartować z niego, ale dostał od ordynata taką naukę delikatnie, lecz wyraźnie zaznaczoną, że aż na chwilę stracił swój burszowski humor.
Przy wieczerzy ogólne i wielkie wrażenie zrobił toast pana Macieja.
Staruszek wstał, i wznosząc kielich z szampanem, rzekł dobitnie:
— Zdrowie narzeczonej mego wnuka, panny Stefanji Rudeckiej, którą od tej chwili włączam w grono naszej rodziny. Niech żyje młoda i szczęśliwa para.
Waldemar z wdzięcznością spojrzał na dziadka, wszyscy spełnili kielichy z mniejszym łub większym zapałem, Trestka z wielką werwą, hrabina Ćwilecka i pani Idalja z przymusem.
Ale hrabia Morykoni ociągnął się. Trzymał kielich w powietrzu z miną zakłopotaną i złą, jakby chciał zamanifestować swą niechęć i jeszcze się wahał.
Waldemar zauważył to, zatrzymał swój kielich koło ust, i patrzał bystro na hrabiego.
Chwilę przyglądali się sobie w milczeniu. Twarz Waldemara lodowaciała, twarz hrabiego okryła się ponsem, ale zdrowia nie wypił. Wszyscy się zmieszali. Hrabina Morykoniowa, spojrzawszy na Waldemara, pociągnęła lekko męża za ubranie. Nareszcie ordynat rzekł twardym głosem, ze szczególnym uśmiechem:
— Panie hrabio, czekam!
Hrabia rzucił mu zjadliwe spojrzenie, ale toast spełnił. Ordynat wychylił swój kielich z filuternym błyskiem w oczach, jakby mówiąc:
— Tak zawsze będzie.
Uczta przeciągnęła się do późna i pod koniec ożywiła wszystkich. Nawet hrabia Morykoni zapomniał trochę o różnicach sferowych między ordynatem a Stefcią.
Obronne od bardzo dawna po raz pierwszy zawrzało życiem, jakby święcąc triumf ordynata w miejscu, gdzie najdłużej trwała jego walka, ale skąd zwycięstwo rozbrzmiewało najgłośniej.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.