Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Stefcię z początku raził cynizm Waldemara, ale przekonała się, że wypływa jako wynik konieczny z życia i doświadczeń ordynata i że narówni z pokrewną sobie ironją i pesymizmem nie wykracza jednak poza jego etykę i wrodzoną delikatność. On nie lubował się swym cynizmem, ale posiadał go, występował z nim szczerze. Ciskał go nawet z niesłychaną odwagą, lecz w ramach koniecznych, nie z zamiłowania. To stanowiło część potężnego uroku i wpływu na kobiety. To czyniło go odrębnym, daleko odsuwając od pospolitego typu zjadacza serc i salonowego lwa. Nie był blagierem ani z natury, ani dla efektu, mówił prawdę każdemu w oczy, bez względu na to, czy się ona komu podoba. Potrafił „rąbnąć“ słowem, nawet młodej kobiecie, o której względy mu chodziło, ale zawsze zachowywał pewną wytworność. Nie umiał być ordynarnym, ani pochlebcą i nie znosił tego w stosunku innych do siebie. Potrafił brać ludzi w kleszcze swego wpływu. To samo zaszło ze Stefcią. Nie pomogła walka. Nie zdołała mu się oprzeć. To samo było i z jego rodziną.
Stefcia od wyjazdu ze Słodkowic nie przestawała lękać się o niego. Nazwał ją narzeczoną przy obcej kobiecie, więc nazwie ją tak samo i wobec swej rodziny. A co wówczas?
Odczytywała pamiętnik zmarłej babki i lęk ogarniał ją coraz silniejszy. Nieledwie oczekiwała listu, kończącego wszystko, jak tamten, co zamknął szczęście w pamiętniku. Ale takie zwątpienia trwały krótko. Wierzyła w Waldemara. Jedynie pytała własnego sumienia, czy ma prawo narażać go na podobną walkę, czy powinna wchodzić do rodziny arystokratycznej, która jej nie zechce?
Ale czuła, że już za późno — że wszelkie jej możliwe poświęcenia na nicby się nie zdały wobec jego miłości, bo teraz on wziął ich szczęście w swoje dłonie.
— I zwyciężył!
Z listem Waldemara podeszła do kwiatów i zanurzona w nie zaczęła po raz setny przerzucać arkusze eleganckiego papieru, zapisanego męskim charakterem. Upajała się słowami, mówiącemi do niej tak serdecznie, jakby same usta Waldemara. Nie mogła oderwać oczu od energicznych liter, stawianych jego ręką, od ich treści, wyrażającej jego myśl, jego uczucia, jego szlachetność i niezłomną wolę.
A kwiaty pochylały ku sobie główki i, rzucając na Stefcię tysiące wonnych spojrzeń, wyciągając ku niej setki różnobarwnych ramion, składały jej w hołdzie upajającą woń z szemraniem cichutkiem:
— Nasza pani! nasza śliczna pani!
Stefcia spojrzała na zegarek.
— Powinien już być — szepnęła.
Rozejrzała się po kwiatach. Wyjęła z wazonu świeżą, zaledwie rozkwitłą różę „Marechal Niel“ i przypięta sobie do włosów. Spojrzała przytem w lustro i może pierwszy raz w życiu uderzyła ją własna uroda. Chwilkę patrzała na swą postać. Usta jej musnął uśmiech radosny.
— Ładna jestem! Dla niego chcę być ładną!
Zwrócił jej uwagę ruch w przedpokoju. Pobiegła do okna. Na twarzy jej zabłysły gorące cienie.