Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 02.pdf/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kwiaty szemrały dalej: jak po ścięciu układano je w kosze gustownie plecione i w bukiety, jak je starannie otulano watą, mchami i w kolorowe rogóżki, by nie zmarzły i aby im było wygodnie.
Tuberozy i azaleje zaczęły się chwalić, że przyjechały tu razem z mieszkaniem, w wazonach, bez ścinania.
Fijołki zwykłe i alpejskie, hyjacenty, kaktusy, laki — przekomarzały się z damami, dowodząc, że i one w ten sam sposób tu przywędrowały. I już rozpoczął się spór, ale królewicze storczyki powagą swą zakończyli kłótnię.
Kwiaty gwarzyły, opiewając swój przyjazd do tego dworu, gdzie witała je radośnie śliczna dziewczyna, gdzie je podziwiano tak, że nawet zapomniały chwilowo o rozkosznym, porzuconym raju w Głębowiczach i pogrążyły się całkowicie w pysze. Kwiaty mówiły słońcu, jak ta śliczna, młoda dziewczyna całowała je z rumieńcem szczęścia na twarzy, ze łzami w ciemnych fijołkowych oczach, prawie z modlitwą na ustach. Jak szeptała do żółtych róż: „Od niego jesteście, od niego!“ — a one oddawały jej zapach, jakby niemą odpowiedź.
O! kwiaty zrozumiały doskonale, co się święci. Odczuły, że są zwiastunami szczęścia, które przywiezie niebawem tu sam ordynat. One wiedziały, jak witać tę cudną dziewczynę — że trzeba jej oddać zapach najpiękniejszy w hołdzie, bo to przyszła pani pięknego ich raju w Głębowiczach, przyszła protektorka i opiekunka.
Słońce, słuchając, jaśniało radośnie. Złote jego drgnienia i ciepłe oddechy, w połączeniu z wonią kwiatów i wspaniałemi kształtami utworzyły w białym salonie ruczajewskim atmosferę upajającą.
Wrażenia takiego doznała Stefcia.
Weszła i zatrzymała się odurzona. Jej promienna twarz, gorejące oczy i biała suknia były dopełnieniem malowniczego obrazu, na który złożyły się kwiaty. Wyglądała wśród nich, jak zaćmiewająca je urodą władczyni. Miała w sobie czar królewien lilji, wdzięk mimozy przeczystej, wykwintną zalotność tuberozy i wyniosłość dumnej białej Calli. Miała nawet świetność królowej róży — w pierwszym rozkwicie.
Słońce zaczęło ją pieścić i całować, kładąc na zagięcia jej włosów przepyszne złoto, w oczy sypiąc iskry. Wśród kwiatów, w blaskach wyrastała jak wieszczka poezji i szczęścia.
Jej uroda zalśniła w całej krasie. Nietamowane uczucia, szczęście zagrało w jej źrenicach, zakwitło na świeżych ustach, dodając uroku ślicznej twarzy. Budząca się w piękny poranek majowy zorza nie mogła być od niej promienistszą. I modlitwa szła z niej do nieba dziękczynna, radosna, i śpiew słodki a potężny brzmiał z jej piersi, i serce biło gorącem tempem, wołając z rozkoszą:
— Kocham! kocham!
Gdyby wróżka jakaś, czy anioł przypiął jej skrzydła, uleciałaby na wyżyny aż do stóp Boga, by złożyć Mu w dani duszę, przepełnioną szczęściem najwyższem, miłością odwzajemnioną i już uznaną.
Ile ona przeżyła wątpliwości w ostatnich czasach, ile szalonej rozterki i obaw!
Surowo analizowała swe uczucia dla Waldemara. Będąc niesłychanie delikatną z natury, chciała zbadać gruntownie, jak ona kocha ordynata. Czy jej miłość nie polego głównie na oszołomieniu jego świetnością? Czy te wspaniałe ramy, które go otaczają, nie są naj-