Tajemniczy ogród/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Frances Hodgson Burnett
Tytuł Tajemniczy ogród
Data wydania 1937
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz F. Wyszyński i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jadwiga Włodarkiewiczowa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.

NAJDZIWNIEJSZY DOM.

Było to tajemniczo wyglądające, najrozkoszniejsze miejsce, jakie sobie wyobrazić można. Wysokie mury, okalające ogród od wewnątrz, okryte były bezlistnemi gałęźmi pnących róż, tak gęstemi, że były zupełnie splątane. Mary poznała, że to są róże, ponieważ ich dużo widziała w Indjach. Ziemia pokryta była wszędzie zrudziałą od zimna trawą, wśród której wyrastały tu i ówdzie klomby krzewów, które, gdyby zakwitły, okazałyby się różami. Było tam mnóstwo róż sztamowych, których pnie tak się porozrastały, że wyglądały jak drzewa. Było bowiem jeszcze wiele innych drzew w ogrodzie, a jakiś specjalny, czarowny urok nadawało mu to, że owe róże pięły się po owej drzewinie, puszczając wdół długie, wiotkie warkocze gałązek, chwytające się wzajem tu i ówdzie, czepiające się wyżej rosnących gałęzi i tworzące czarujące łuki i arkady zewnątrz. Nie było na nich teraz ni listków, ni kwiatów, i Mary nie wiedziała, czy żyją, czyli też pomarły, lecz ich cienkie, wiotkie szarobrunatne gałązki i pędy wyglądały jak mglista osłona, opadająca na mury i drzewa, a nawet na rude trawy, po których czołgały się ich wężowe skręty. I ta właśnie delikatna gmatwanina, zwieszająca się od drzewa do drzewa, nadawała ogrodowi taki tajemniczy urok. Mary przypuszczała, że wszakże musi on być odrębny od innych ogrodów, których nie zostawiono w zaniedbaniu tak długo; i istotnie różnił się on zupełnie od wszystkich, jakie w życiu swojem widziała.
— Jak też tu cicho! — wyszeptała. — Jak cicho!
Poczekała chwilkę i przysłuchiwała się ciszy owej. Gil, który na swojem przysiadł drzewie, zamilkł, jak wszystko dokoła. Skrzydłem nawet nie poruszył; siedział znieruchomiały i spoglądał na Mary.
— Nic dziwnego, że taka cisza — zaszeptała znowu. — Wszak od dziesięciu lat ja pierwsza odzywam się tutaj.
Posunęła się od drzwi, stąpając tak cicho, jakby lękała się zbudzić kogokolwiek. Cieszyła się, że trawę ma pod stopami, która kroki jej tłumi. Przeszła pod jeden z szarych łuków pomiędzy drzewami, spoglądając na tworzące go gałązki i pędy.
— Ciekawam bardzo, czy wszystkie róże uschły — rzekła. — Czy ten ogród całkiem umarły? Chciałabym ogromnie, żeby tak nie było.
Gdyby Mary była starym Benem, byłaby umiała ocenić odrazu, czy te drzewa żyją, lub nie, lecz dostrzegała tylko wszędzie szare i brunatne gałązki bez najmniejszego śladu choćby najdrobniejszego pączka.
Lecz w każdym razie była oto wewnątrz tajemniczego ogrodu i miała wrażenie, że znalazła sobie jakiś świat własny.
Słońce rzucało bogate snopy blasków na ten zamknięty w murach światek, a wysokie, błękitne niebios sklepienie wydawało się świetniejsze i cudniejsze jeszcze nad tym dziwnym zakątkiem Misselthwaite’u. Gil sfrunął z gałęzi i przeskakiwał za Mary z krzewów na krzewy. Ćwierkał i miał strasznie zaaferowaną minę, jakby jej chciał coś pokazywać. Wszystko dokoła dziwne było i ciszy pełne, i zdawało się, że Mary setki mil oddalona jest od wszystkiego, co żyje, a jednakże nie czuła się wcale osamotniona w tej chwili. Jedyną jej troską była niepewność, czy wszystkie róże pomarły, czy też niektóre z nich ożyją i pąkami wiosennemi się okryją, gdy je słońce przygrzeje. Takby nie chciała, żeby ten ogród był martwy. A jeśli to wszystko żyje, co za cud będzie, gdy tysiące róż rozkwitnie na wsze strony!
Skakanka zwieszała jej się przez ramię, gdy tu weszła, a teraz, pochodziwszy chwilkę, postanowiła obskakać cały ogród dokoła, zatrzymując się od czasu do czasu, gdyby miała ochotę przyjrzeć się czemuś. Tu i ówdzie widniały ślady ścieżek wśród trawy, a w narożnikach były altany barwinku z kamiennemi wewnątrz ławkami i kamiennemi, omszałemi wazonami.
Kiedy Mary podeszła do jednej z altan, przestała skakać. Niegdyś musiał tu obok być kwietnik, i zdawało jej się, że coś małego, zielonego wychyla się z czarnej ziemi — kilka drobnych bladozielonych kiełków. Przypomniała sobie, co mówił Ben Weatherstaff, i przyklękła na ziemi, by się lepiej przyjrzeć.
— Tak, te maleńkie, kiełkujące roślinki to będą albo krokusy, albo pierwiosnki, albo narcyzy — szeptała radośnie.
Pochyliła się nad niemi i wdychała świeży zapach wilgotnej ziemi. Lubiła go bardzo.
— A może tam inne jeszcze rosną w innych miejscach — rzekła. — Przejdę przez ogród i popatrzę.
Nie skakała, lecz szła. Posuwała się wolno z oczyma utkwionemi w ziemę[1]. Patrzyła na dawno zaniedbaną rabatę, zaglądała na trawniki, a obchodząc dokładnie dokoła, znajdowała coraz to więcej drobnych, bladoróżowych kiełków, i znów ją to nadzwyczaj podnieciło i uradowało.
— Nie, ogród ten wcale jeszcze nie martwy — cicho wyrzekła do siebie. — Choćby róże zmarniały, to jeszcze tyle innych żyje tu roślinek.
Wprawdzie Mary pojęcia nie miała o ogrodownictwie, wszakże wydało jej się, że gęsta trawa tak zarasta te miejsca, gdzie się kiełki pokazują, że przyszło jej na myśl, iż biedne roślinki nie będą miały dość miejsca, by się rozrastać. Wyszukała zatem dość ostro zakończony kawałek drzewa i przy jego pomocy poczęła kopać i wyrywać trawę i chwasty, dopóki nie porobiła wkoło roślinek miejsc czysto odsłoniętych.
— Teraz mam uczucie, że mogą oddychać — rzekła, kiedy skończyła pierwszą partję. — O! ale przecież zrobię o tyle więcej jeszcze! Będę robiła, ile będę mogła. Jeśli dziś nie podołam, to jutro znów przyjść tu mogę!
Szła od miejsca do miejsca, kopała i pełła, a radość jej była ogromna, i ciągnęło ją coś od klombu do klombu i na trawniki pod drzew cieniem. Ruch tak ją rozgrzał, że zrzuciła płaszczyk, potem kapturek i, nie zdając sobie z tego sprawy, uśmiechała się wciąż do traw i do kiełków zielonych.
Gil był strasznie zajęty. Kontent był bardzo, że nareszcie zaczęto pracę w jego państwie. Często się dziwował Benowi. Przecież tam, gdzie się ogród uprawia, mnóstwo dobrych rzeczy do jedzenia w ziemi się znajduje. No, i nareszcie oto znalazł się jakiś rodzaj stworzenia, które nie było ani pół tak duże, jak Ben, a jednak miało rozum przyjść tu oto, do tego ogrodu i odrazu zabrać się do roboty.
Mary pracowała w ogrodzie do chwili, w której czas było pójść na obiad. A naprawdę trochę późno sobie o tem przypomniała, a kiedy włożyła płaszczyk, kapturek i podniosła z ziemi skakankę, wierzyć jej się nie chciało, że pracowała dwie, a może i trzy godziny. Czuła się bardzo szczęśliwą przez cały czas; a teraz na oczyszczonych miejscach dostrzec było można setki zielonych pączków, wyglądających dwa razy milej i weselej, niż przedtem, gdy je chwasty i trawy przytłumiały.
— Wrócę tu po południu — rzekła, rozglądając się po swem nowem królestwie, zwracając się do drzew i krzewów różanych, tajemniczego czaru pełnych.
Lekko przebiegła po trawach, rozwarła z trudem drzwi i wyśliznęła się pod bluszczami. Miała tak czerwone policzki, takie śmiejące, blasków pełne oczy i zjadała obiad z takim apetytem, że Marta wybuchnęła zachwycona:
— Dwa kawałki mięsa i dwie porcje budyniu! — To się dopiero matka ucieszy, jak jej powiem, co jej skakanka dobrego narobiła!
Mary znalazła, kopiąc swoim kijkiem, rodzaj białego korzonka, podobnego do cebuli. Włożyła go na to samo miejsce, troskliwie okryła ziemią, a teraz ciekawa była, czy Marta będzie umiała jej powiedzieć, coby to było.
— Marto — spytała — co to są takie białe korzonki, podobne do cebuli?
— To są cebulki kwiatów — objaśniła Marta. — Moc kwiatów wiosennych z nich wyrasta. Te najmniejsze — to pierwiosnki i krokusy, a duże — to narcyzy, żonkile i hiacynty. Zaś największe — to lilje. O! jakież śliczne! Dick nasadził tego dużo w naszym ogródeczku.
— Czy Dick zna się na nich? — spytała Mary, nową napełniona myślą.
— Naszemu Dickowi to i na murze kwiat wyrośnie. Matka mówi, że on potrafi kwiaty z ziemi wyczarować.
— Czy cebulki długo żyją? Czy mogłyby rosnąć lata i lata całe, gdyby nikt ich nie hodował? — lękliwie dociekała Mary.
— Niektórych kwiatów hodować nie potrzeba — same sobie radzą — oparła Marta. — Dlatego i biedni mogą je mieć. Jeśli im się nikt nie sprzeciwi, to będą pracować pod ziemią bezustanku, a coraz nowe roślinki wypuszczać. W jednem miejscu w parku tutaj są tu tysiące pierwiosnków. Jak wiosna nadejdzie, to niema nic ładniejszego w Yorkshire. A nikt nie wie, kto pierwszego zasadził.
— Chciałabym, żeby to teraz była wiosna — odrzekła Mary. — Pragnę widzieć wszystko, co rośnie w Anglji.
Skończyła obiad i poszła na swoje ulubione miejsce przed kominkiem.
— Chciałabym... chciałabym bardzo mieć łopatkę — rzekła.
— Do czego łopatkę? — spytała Marta z uśmiechem. — Czy może panienka do kopania się weźmie? Muszę też o tem matce powiedzieć.
Mary patrzyła w ogień zamyślona. Będzie ona musiała być bardzo ostrożna, jeśli swoje królestwo zechce w tajemnicy utrzymać. Przecież ona szkody żadnej nie zrobi — to pewna, ale jednak, gdyby pan Craven dowiedział się prawdy, mógłby inny zamek kazać zrobić i zamknąć ogród na zawsze. A tegoby doprawdy nie zniosła.
— Widzisz, Marto, to takie dziwne osamotnione miejsce — wyrzekła zwolna, jakby ważąc każde słowo. — Dom jest pusty, park pusty i opustoszałe ogrody. A przytem tyle pozamykanego. Wiele zajęcia w Indjach nie miałam, ale było więcej ludzi, na których mogłam patrzeć — dużo przechodniów, żołnierzy i Hindusów — czasami grała orkiestra, a Ayah opowiadała mi bajki. Tutaj nie mam się do kogo odezwać prócz ciebie i Bena. A ty znów masz swój tydzień, a Ben Weatherstaff niezawsze chce ze mną rozmawiać. Więc sobie pomyślałam, że, gdybym miała małą łopatkę, mogłabym sobie gdziekolwiek kopać, jak on, a gdyby mi dał nasionek, to mogłabym sobie zrobić ogródek.
Twarz Marty rozpromieniła się.
— No, patrzcie! — zawołała. — Wszak matka zaraz mówiła, że tak być powinno. Powiada matka: «Toć tam tyle miejsca wolnego, niechby dziecku dali ziemi kawałek do zabawy, choćby sobie tam posiała trochę pietruszki i rzodkiewek? Kopałoby to sobie i grabiło, i byłoby całkiem szczęśliwe». To są matki słowa, widzi panienka.
— Naprawdę? Jak to ona wszystko wie, nieprawdaż Marto? — spytała Mary.
— Proszę panienki — odparła Marta — matka mówi, że kobieta, co ma dwanaścioro dzieci, to się już przez to samo nauczy więcej, niż A B C. Dzieci — to dobra lekcja i rachunków, i zmyślności.
— A ileby kosztowała łopatka — taka mała? — spytała Mary.
— Ano — rzekła Marta po namyśle — w Thwaite jest sklep, i widziałam tam małe narzędzia ogrodnicze, łopatka, grabie, motyczka, razem związane, za dwa szylingi. I dosyć mocne, porządne, można niemi w ziemi robić.
— Mam więcej, niż to, w portmonetce — rzekła Mary. Pani Morrison dała mi pięć szylingów, a pani Medlock dała mi też pieniędzy od pana Craven.
— To aż tak o panience myślał! — niedowierzająco wykrzyknęła Marta.
— Pani Medlock powiedziała, że będę dostawała szylinga tygodniowo na moje wydatki, i wypłaca mi go co sobotę. Nie wiedziałam, na co te pieniądze wydać.
— A to ci z panienki bogacz! — zawołała Marta. Panienka może wszystko na świecie sobie kupić, co tylko zechce. Komorne za nasz domek kosztuje szylinga i trzy pensy na miesiąc, a jak trzeba płacić, to jakby ząb wyrwał. Ale przyszło mi coś do głowy — rzekła, opierając ręce na biodrach.
— Co takiego? — skwapliwie podchwyciła Mary.
— W sklepie w Thwaite sprzedają po pensie paczuszki nasionek kwiatów przeróżnych, a Dick wie, które są najładniejsze, i jak je trzeba siać. Do Thwaite to on prawie codzień chodzi, tak sobie — dla zabawy. — Potem dodała nagle: — Potrafi panienka wydrukować list?
— Umiem napisać — odparła Mary
Marta potrząsnęła głową.
— Ale Dick umie tylko czytać drukowane. Jeśli panienka potrafi wydrukować list, to go będzie można poprosić, żeby poszedł kupić i narzędzia, i nasiona.
— Poczciwa z ciebie dziewczyna! — zawołała Mary. — Doprawdy. Nie myślałam, żeś taka dobra. Jak się postaram, to może i potrafię wydrukować list. Trzeba poprosić panią Medlock o pióro, atrament i trochę papieru.
— Mam wszystko — rzekła Marta. — Kupiłam sobie, żeby w niedzielę móc do matki liścik wydrukować. Pójdę przynieść, co trzeba.
Wybiegła z pokoju, a Mary z szczerą radością zacierała rączki.
— Jak będę miała łopatkę — szeptała do siebie — będę mogła chwasty wykopywać, a ziemia będzie potem śliczna, pulchniutka. A jeśli w dodatku będę miała nasionka, i jeśli mi kwiatki wyrosną, to ogród już nie będzie martwy.
Tego popołudnia nie wyszła do ogrodu powtórnie, bowiem, gdy Marta wróciła z papierem, piórem i atramentem, musiała jeszcze sprzątnąć ze stołu, znieść wszystko nadół do kuchni, tam znów kazała jej pani Medlock coś zrobić, a Mary długo czekać musiała na jej powrót. Potem znów był kawał roboty z tym listem do Dicka. Mary mało się uczyła, bo jej guwernantki niecierpiały, i żadna być dłużej nie chciała. Z ortografją było krucho, ale swoją drogą potrafiła napisać list drukowanemi literami. Oto list, który jej Marta podyktowała:

«Kochany Dicku!
Mam nadzieję, że mój list zastanie cię w dobrem zdrowiu, w jakiem i ja jestem. Panna Mary ma mnóstwo pieniędzy i chce, żebyś poszedł do Thwaite i kupił nasion kwiatów i narzędzia ogrodowe, żeby mogła sobie zrobić klomb. Wybierz kwiatki najładniejsze i najłatwiejsze do hodowania, bo ona nigdy przedtem w ogrodzie nie sadziła i mieszkała w Indjach, a to zupełnie co inszego. Uściskaj matkę i wszystkie dzieci. Panna Mary będzie mi opowiadała jeszcze wiele różności, więc jak przyjdę na przyszły raz, to wam i ja opowiem o słoniach i wielbłądach, i o takich panach, co zabijają lwy i tygrysy.
Kochająca siostra
Marta Sowerby».

— No, dobrze. A teraz niech panienka włoży pieniądze w kopertę, a ja oddam to chłopcu od rzeźnika, żeby dał Dickowi. To są wielcy przyjaciele.
— A w jaki sposób dostanę te rzeczy, kiedy je Dick kupi? — spytała Marty.
— On je panience sam przyniesie. Chętnie tu zajdzie.
— O, mój Boże! — zawołała Mary — więc go zobaczę! Nigdy nie myślałam, żebym mogła zobaczyć Dicka!
— Więc panienka chciałaby go zobaczyć? — nagle spytała Marta, wyglądając ogromnie rozradowana.
— Chciałabym. Nigdy jeszcze nie widziałam chłopca, któregoby lubiły młode liski i wrony. Bardzo pragnę go zobaczyć.
Marta zrobiła ruch, jakby przypominając coś sobie.
— No i pomyśleć, żem o tem zapomniała — wybuchnęła — a myślałam, że to będzie pierwsza rzecz, jaką panience dziś rano powiem. Więc mówiłam matce — a ona powiedziała, że sama z panią Medlock pomówi.
— Czy masz na myśli... — zaczęła Mary
— To, o czem mówiłam we wtorek. To jest, czy pozwoli panience pojechać do nas i zjeść ciastko gorące roboty matki i napić się szklankę mleka[2]
Doprawdy, same miłe rzeczy działy się dnia tego. Pomyśleć tylko, co za rozkosz jechać przez step — w dzień, przy tym cudnym błękicie! Pomyśleć tylko, że się będzie w domku, gdzie jest aż dwanaścioro dzieci!
— Czy matka twoja sądzi, że pani Medlock pozwoli mi pojechać? — spytała Mary zatrwożona.
— O, tak! Matka myśli, że pozwoli. Ona wie, że matka to bardzo porządna kobieta i czysto dom utrzymuje.
— Gdybym pojechała, tobym zobaczyła i twoją matkę, tak samo jak Dicka — rzekła Mary, rozważając to wszystko i ciesząc się tą myślą. — Ona chyba wcale nie jest podobna do matek w Indjach.
Praca w ogrodzie i wzruszenia popołudnia dały Mary uczucie błogiego spokoju i zadumy. Marta siedziała przy niej do kolacji, lecz obie pogrążone były w słodkiej ciszy i rozmawiały niewiele. Lecz w chwili, gdy Marta schodzić miała po kolację, Mary zapytała:
— Marto, czy tę dziewczynę z kuchni znów dziś zęby bolą?
Marta widocznie drgnęła.
— Czemu panienka o to pyta? — zagadnęła.
— Bo, czekając na ciebie tak długo, otworzyłam drzwi i wyszłam na korytarz zobaczyć, czy nie idziesz. I wówczas znów usłyszałam ów daleki płacz, który słyszałam wówczas w nocy. Dzisiaj wiatru niema wcale, widzisz zatem, że i wtenczas to nie był wiatr.
Marta była niespokojna.
— Nie może panienka chodzić po korytarzach i nasłuchiwać. Pan Craven toby się tak strasznie gniewał, że Bóg wie, coby zrobił.
— Przecież ja wcale nie nasłuchiwałam — rzekła Mary. — Czekałam na ciebie i usłyszałam to już trzeci raz.
— Ojoj! Pani Medlock na mnie dzwoni! — zawołała Marta i wybiegła z pokoju, jak strzała.
— Najdziwniejszy dom, w jakim kiedykolwiek ludzie mieszkali — rzekła Mary sennie, pochylając główkę na poduszkę głębokiego fotelu, w którym siedziała. Świeże powietrze, kopanie, skakanka dały jej uczucie słodkiej niemocy tak, że niebawem zasnęła.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – ziemię.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Frances Hodgson Burnett i tłumacza: Jadwiga Włodarkiewiczowa.