Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Doprawdy, same miłe rzeczy działy się dnia tego. Pomyśleć tylko, co za rozkosz jechać przez step — w dzień, przy tym cudnym błękicie! Pomyśleć tylko, że się będzie w domku, gdzie jest aż dwanaścioro dzieci!
— Czy matka twoja sądzi, że pani Medlock pozwoli mi pojechać? — spytała Mary zatrwożona.
— O, tak! Matka myśli, że pozwoli. Ona wie, że matka to bardzo porządna kobieta i czysto dom utrzymuje.
— Gdybym pojechała, tobym zobaczyła i twoją matkę, tak samo jak Dicka — rzekła Mary, rozważając to wszystko i ciesząc się tą myślą. — Ona chyba wcale nie jest podobna do matek w Indjach.
Praca w ogrodzie i wzruszenia popołudnia dały Mary uczucie błogiego spokoju i zadumy. Marta siedziała przy niej do kolacji, lecz obie pogrążone były w słodkiej ciszy i rozmawiały niewiele. Lecz w chwili, gdy Marta schodzić miała po kolację, Mary zapytała:
— Marto, czy tę dziewczynę z kuchni znów dziś zęby bolą?
Marta widocznie drgnęła.
— Czemu panienka o to pyta? — zagadnęła.
— Bo, czekając na ciebie tak długo, otworzyłam drzwi i wyszłam na korytarz zobaczyć, czy nie idziesz. I wówczas znów usłyszałam ów daleki płacz, który słyszałam wówczas w nocy. Dzisiaj wiatru niema wcale, widzisz zatem, że i wtenczas to nie był wiatr.
Marta była niespokojna.
— Nie może panienka chodzić po korytarzach i nasłuchiwać. Pan Craven toby się tak strasznie gniewał, że Bóg wie, coby zrobił.
— Przecież ja wcale nie nasłuchiwałam — rzekła Mary. — Czekałam na ciebie i usłyszałam to już trzeci raz.