Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bawy, choćby sobie tam posiała trochę pietruszki i rzodkiewek? Kopałoby to sobie i grabiło, i byłoby całkiem szczęśliwe». To są matki słowa, widzi panienka.
— Naprawdę? Jak to ona wszystko wie, nieprawdaż Marto? — spytała Mary.
— Proszę panienki — odparła Marta — matka mówi, że kobieta, co ma dwanaścioro dzieci, to się już przez to samo nauczy więcej, niż A B C. Dzieci — to dobra lekcja i rachunków, i zmyślności.
— A ileby kosztowała łopatka — taka mała? — spytała Mary.
— Ano — rzekła Marta po namyśle — w Thwaite jest sklep, i widziałam tam małe narzędzia ogrodnicze, łopatka, grabie, motyczka, razem związane, za dwa szylingi. I dosyć mocne, porządne, można niemi w ziemi robić.
— Mam więcej, niż to, w portmonetce — rzekła Mary. Pani Morrison dała mi pięć szylingów, a pani Medlock dała mi też pieniędzy od pana Craven.
— To aż tak o panience myślał! — niedowierzająco wykrzyknęła Marta.
— Pani Medlock powiedziała, że będę dostawała szylinga tygodniowo na moje wydatki, i wypłaca mi go co sobotę. Nie wiedziałam, na co te pieniądze wydać.
— A to ci z panienki bogacz! — zawołała Marta. Panienka może wszystko na świecie sobie kupić, co tylko zechce. Komorne za nasz domek kosztuje szylinga i trzy pensy na miesiąc, a jak trzeba płacić, to jakby ząb wyrwał. Ale przyszło mi coś do głowy — rzekła, opierając ręce na biodrach.
— Co takiego? — skwapliwie podchwyciła Mary.
— W sklepie w Thwaite sprzedają po pensie paczuszki nasionek kwiatów przeróżnych, a Dick wie, które są najładniejsze, i jak je trzeba siać. Do Thwaite to on prawie codzień