Szwoleżer-ochotnik

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Szwoleżer-ochotnik
Pochodzenie Najwyższy lot
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1935
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


SZWOLEŻER-OCHOTNIK.
I.

Bolszewicy z wściekłością atakowali Płońsk. W dzień i w nocy nie ustawała strzelanina z karabinów maszynowych, chwilami tylko przerywana ogniem dział.
Polskie pułki, broniące miasta, goniły resztkami sił, bo przecież przyszły z nad Bugu, idąc w ustawicznych potyczkach i nie znając ani wywczasu, ani dobrego wiktu. Żołnierze upadali ze zmęczenia i nawet podczas boju, po kilku strzałach, zasypiali w okopach.
Dowództwo postanowiło zdobyć się na szalony krok, a mianowicie zmusić nieprzyjaciela atakiem jazdy do cofnięcia się od Płońska. Zastanawiano się tylko nad tem, jaki oddział posłać do ataku, gdyż wszyscy ludzie byli zmordowani do szczętu.
— Najpewniejszym byłby 201 pułk szwoleżerów! — zauważył jeden ze sztabowców. — Osłaniał on nasz odwrót, bił się wyśmienicie nad Bugiem. Żołnierz w pułku — zrównoważony, spokojny i wytrwały.
— To prawda! — zgodził się starszy pułkownik. — Ale i szwoleżerzy są w boju przez cały ten czas. Przecież to też ludzie i są znużeni!
— Z pewnością, — ciągnął pierwszy — lecz w tym pułku łatwo znaleźć ochotników, bo do bitwy lud to ochoczy. Każdy rozumie, poco poszedł do wojska i ku czemu dąży.
W godzinę później 201 pułk szwoleżerów otrzymał rozkaz, wzywający ochotników do sformowania szwadronu, któremu będzie polecone ważne zadanie bojowe.
W ciągu pół godziny szwadron ochotniczy był już gotów, gdyż szwoleżerzy odrazu sypnęli się na ochotnika. Pomiędzy nimi był 17-letni Stefan Lambach.
Oczy mu błyszczały, twarz płonęła. Ten zawsze spokojny, zrównoważony chłopak był tak podniecony, że szwoleżerzy zaczęli żartować:
— Czyś tam narzeczoną zostawił w Płońsku, że tak się cieszysz?
— Będzie to pierwsza moja szarża konno z szablą! — zawołał młody ochotnik. — Marzyłem o niej przez cały czas pochodu, a tymczasem ciągle mi wypadało bić się z szańców lub w polu na piechotę.
Szwadron ochotniczy wyprowadzono na pozycję wypadową i tu czekano na rozkaz.
Stefan Lambach siedział na kamieniu przy drodze i mówił do stojącego przed nim szwoleżera:
— Chciałem dziś napisać do rodziców, ale nie zdążyłem.
— Napiszesz po powrocie, gdy skończymy nasze zadanie! — odpowiedział szwoleżer.
— No, nie wiadomo! — uśmiechnął się Lambach. — A może nie powrócę wcale?...
— Et, gadanie! — odparł starszy kolega, który jak wszyscy w pułku, lubił bardzo pogodnego zawsze i łagodnego chłopca. — Co sądzone, to nie minie!
— No, naturalnie! — odpowiedział młodzieniec. — Ale co wojna to — wojna! Wszystko się może stać. Więc tymczasem napiszę parę słów do swoich.
Mówiąc to wyjął z kieszeni kartkę pocztową, ołówek i na kolanie zabierał się do pisania.
— Pisz, — rzekł kolega, — lecz nie podoba mi się twoje gadanie, Stefku! Nie można iść do boju z takiemi myślami.
— Z jakiemi? O śmierci? — zapytał chłopak. — Mój drogi, gdym wstąpił do wojska, wstąpiłem poto, aby umrzeć za kraj. Myślę, że my, chłopcy prawie dzieciaki, powinniśmy wszyscy zginąć, aby naród zrozumiał, jaka jest miłość do kraju i siła w Polakach, i aby na tem budował potęgę państwa. Krew nasza powinna krzyczeć, wołać, palić się ognistemi zgłoskami: „Wytężcie siły i stwórzcie wielką, wspaniałą Polskę“! Gdybym powrócił do domu cały po wojnie, czułbym, że tylko połowę zadania spełniłem!
Szwoleżer-kolega, student wyższego kursu uniwersytetu, milczał.
Zamyślił się głęboko. W duszy zgadzał się ze słowami chłopca, ale żal mu go było prawie do łez.
— I na innem polu możesz później służyć ojczyźnie — odezwał się nareszcie.
— Tak, niezawodnie, lecz inaczej! Nie krwią i życiem — służyć każdy potrafi, bo to poczęści i na swoją korzyść się robi, — odparł Stefan, zabierając się do pisania.
Zdążył skreślić kilka słów, gdy nadbiegł dowódca szwadronu, podporucznik Antoni Krzyżanowski, i krzyknął:
— Na koń!
Lambach rzucił na ziemię niedopisaną pocztówkę i dosiadł konia.
W parę minut później szwadron posuwał się drogą, oddalając się od Płońska. Żołnierze nie wiedzieli, dokąd i poco idą. Dopiero, gdy przejechali już kilka kilometrów, oficer wprowadził szwadron w gęste zarośle, które ciągnęło się aż do Płońska, lecz już od strony bolszewickich pozycyj.
Wtedy szwadron zrozumiał, że obchodzą miasto. Po chwili podporucznik zatrzymał żołnierzy i zwrócił się do nich z takiem przemówieniem:
— Chłopcy, musimy spełnić trudne, ale ważne i chlubne zadanie. Rozkazano nam zaatakować bolszewików od tego skrzydła, od Ćwiklina, aby wywołać zamieszanie i zmusić armaty do milczenia, gdyż nasze dowództwo zamierza przenieść baterje na dogodniejsze pozycje, niż obecne, zagrożone przez Moskali. No, a teraz z Bogiem, naprzód!
Przedzierali się jeszcze sporo czasu przez zarośle, i dopiero, gdy do bolszewików pozostawało jakieś 500 kroków, oficer podniósł do góry pałasz i krzyknął:
— Naprzód!
Szwadron, tratując krzaki, wypadł na łąkę i, rozpuściwszy konie, pomknął w stronę nieprzyjaciela.
Rozległy się krzyki, rozpoczęła się bezładna bieganina. Bolszewicy rzucili się do koni, zaczęli wprzęgać je nagwałt do dział i uciekać. Podciągała im na pomoc piechota i rozpoczynała ogień.
Lambach gnał z gołą szablą w ręku, rozpromieniony i szczęśliwy.
Polacy wpadli na piechotę i zaczęła się krwawa praca, ale nie na długo, nieprzyjaciel bowiem począł szybko się cofać pod osłoną armat.

II.

Szwadron, spełniwszy swe zadanie i zmusiwszy bolszewików do odwrotu i przeniesienia baterji w inne miejsce, znowu zanurzył się w gąszcz krzaków, ścigany karabinowym i armatnim ogniem.
Wachmistrz, przepuściwszy cały szwadron, daremnie szukał oficera.
— Kto widział porucznika? — krzyknął do żołnierzy.
— Widziałem, że padł razem z koniem — odpowiedział jeden z szwoleżerów.
Gdy szwadron wyszedł na drogę, wachmistrz zaczął liczyć ludzi. Brakowało oficera i pięciu szwoleżerów. Śród nich był Stefan Lambach.
Ziściły się jego pragnienia. Doznał wrażeń konnej szarży, padł za Ojczyznę, a krew jego woła namiętnym głosem:
„Wytężcie siły i stwórzcie wielką i wspaniałą Polskę“!
Słowa te należałoby wypisać na pomniku grobowym Stefana Lambacha, lecz niestety pod Ćwiklinem już sczerniały ciągnące się szeregiem krzyżyki, i nikt tam nie wie, który z nich zdobi mogiłę ochotnika-szwoleżera.
Na wszystkich bowiem widać jednakowe napisy: „Bezimienny“...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.