Dziwna przepowiednia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Dziwna przepowiednia
Pochodzenie Najwyższy lot
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1935
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


DZIWNA PRZEPOWIEDNIA.
I.

W mieszkaniu doktorowej Kawicz-Hertzbergowej odbywał się w 1918 r. seans spirytystyczny. W ledwie oświetlonym pokoju siedziało przy okrągłym stoliku kilka osób, tworząc rękami zwykły łańcuch.
Obecni wzywali ducha, który się objawiał w formie uderzeń, wydawanych przez stolik, i podmuchów powietrza.
Gdy stolik zaczął się poruszać i dość głośnem stukaniem oznajmił przybycie ducha, zapytano go, co się ma stać w najbliższej przyszłości w kraju.
Duch długo nie odpowiadał. Powtórzono pytanie.
Po upływie pewnego czasu stolik zaczął wystukiwać litery alfabetu. Zestawione w ten sposób słowa odczytano:
— Nie pytajcie, gdyż czeka was ciężki cios.
— Uprzedź nas, duchu! Co to za cios? — proszono ducha.
Stolik długo ruszał się, miotał, wystukując literę po literze, aż zamilkł i na wszelkie inne pytania już nie odpowiadał.
Znowu zapalono lampę i obecni zaczęli układać słowa z liter, wskazanych przez ducha.
— W krwawych dziejach przyjmie udział młodzieniec smukły, o twarzy pełnej czystości i bohaterstwa, miły Bogu i ludziom, imieniem Tadeusz. Będzie służył ojczyźnie zdrowiem i krwią, aż polegnie...
Towarzystwo było bardzo zainteresowane i łamało sobie głowę nad tem, na kogo wskazywał duch. Gubiono się w domysłach, lecz napróżno.
Minęło kilka miesięcy, gdy w końcu stycznia 1919 r., doktorowa dostała list od swej serdecznej przyjaciółki, pani Oprych z Krakowa. List przedstawiał mieszaninę dumy i rozpaczy matczynej. 17-letni zaledwie syn jej uciekł z ławy szkolnej do wojska i wstąpił do drużyn porucznika Abłamowicza.
„Tadzio — pisała p. Oprych — już poszedł na wojnę pod Lwów, aby bronić swego rodzinnego gniazda. Żebyś widziała jego zapał, jego zrozumienie obowiązku Polaka i jego niezachwianą wiarę w potęgę duchową naszego narodu. Jestem dumna, dumna, jako matka-Polka, lecz serce ściska mi się z bólu, gdy myślę, że Tadeusz może zginąć“.
— Tadeusz! — mimowoli wyrwał się okrzyk z ust doktorowej, gdyż stanął przed nią, jak żywy, wysmukły młodzieniec o twarzy, oświetlonej nadzwyczajną moralną czystością, o śmiałych oczach, o pełnych siły i woli ustach; przypomniał się jej jednocześnie półciemny pokój i denerwujący szmer stolika, wybijającego litery i słowa przepowiedni o niewiadomym wtedy Tadeuszu.
— Czyżby? — zadawała sobie doktorowa niespokojne pytania. — Czyżby to ten Tadeusz?
Troska i niepokój zagnieździły się w sercu doktorowej oraz grona znajomych i przyjaciół państwa Oprychów, gdyż wszyscy znali i bardzo lubili Tadzia, jedynaka, chlubę i nadzieję całej rodziny.
A tymczasem Tadeusz Oprych, o którego troskało się tyle serc, przez cztery miesiące walczył mężnie w obronie Lwowa, codziennie narażając się ze swoją szaloną drużyną na niechybną śmierć. Kopce mogilne pokryły już wielu ochotników, wielu zginęło bez śladu i wieści, lecz kule i odłamki granatów oszczędzały Tadeusza. Przyzwyczaił się do bitew, nie „kłaniał się“ przelatującym i przeciągle pogwizdującym kulom, ani huczącym i wyjącym pociskom.
Nareszcie powrócił do domu i gimnazjum, gdyż niepełnoletnich zwolniono z wojska. Zaczął się uczyć, ale w głowie młodego bohatera żyły jeszcze świeże wspomnienia bojowe, krzyki walczących, zgiełk ataków i piekło pojedynku armat.
Tymczasem w mieszkaniu doktorowej zrzadka powtarzały się seanse spirytystyczne, a na jednym z nich wywołany duch znowu przepowiedział rychłą śmierć młodego orlęcia, imieniem Tadeusz.
Nazajutrz po tym seansie, nadeszła wieść o pochodzie bolszewików na Warszawę i o niebezpieczeństwie, grożącem stolicy Polski.
Nic nic mogło powstrzymać Tadeusza Oprycha. Wszystkich porzucił, o wszystkiem zapomniał, widział przed sobą tylko ojczyznę, zalewaną przez wrogie hordy moskiewskich sowietów, i zerwał się do czynu, do największej ofiary — ofiary krwi i życia.
W lipcu 1920 r. w 201 pułku piechoty przy obronie Warszawy i Grodna odznaczył się przy karabinach maszynowych. Nie tylko celnemi strzałami szerzył klęskę w szeregach bolszewików, gdyż był zawsze spokojny, wymierzał kulomiot dokładnie i starannie, ale w chwili odwrotu wyniósł na własnych ramionach kulomiot z pozycji z taką rezygnacją, z jaką żołnierz niesie, nie bacząc na grad kul, sztandar pułkowy.
Podczas bitwy pod Białymstokiem znowu dźwigał ciężki kulomiot, aż padł zemdlony z wyczerpania pod jego ciężarem. Przypadek tylko ocalił go wtedy od śmierci z ręki zdziczałej czerni moskiewskiej, gdyż nadszedł polski pociąg pancerny i zabrał ochotnika wraz z kulomiotem.
Po odpędzeniu bolszewickiej powodzi od granic Rzeczypospolitej, Oprych wstąpił do armji generała Żeligowskiego.
Tu brał udział w wielu bitwach z bolszewikami i przeniewierczymi Litwinami pod Wilnem.
W jednej z bitew podczas wycieczki dostał postrzał w stopę.
— Idź do lazaretu na opatrunek! — rzekł mu po powrocie do obozu oficer.
— Głupstwo panie poruczniku! — zawołał wesoło chłopak. — Zwykłe zadraśnięcie! Sam się opatrzę.
Rozdarł jakąś brudną szmatę, zdjął but i obandażował stopę.
Wciągnąć buta już nie mógł i nad ranem do ataku poszedł, kulejąc, lecz zachęcając innych do boju.
— Polskiemu wojsku ubliżasz — śmiali się z niego koledzy. — Litwini i Moskale pomyślą, że żebrakami jesteśmy, bo boso chodzimy. Nieś przynajmniej ten drugi but na karabinie. Niech wiedzą, że masz do pary!
— Litwini wcale nie powinni się zgorszyć! — wesoło odcinał się Tadeusz. — Ich wielcy książęta, Kiejstut i Gedymin, zawsze na bosaka chodzili. Taki to był u nich zwyczaj!
17 października 1920 r. pułk, w którym walczył Tadeusz Oprych, miał potyczkę z Litwinami pod Skierabołą.
Ochotnicy raźno szli do ataku, rzadko nawet kładąc się na ziemię, aby się ukryć przed salwami litewsko-moskiewskiemi.
— Hej, wy tam „ne suprantu!“ — krzyczała młodzież polska. — A nie wstyd to wam z Moskalami przeciwko Polsce walczyć? Co powiedzieliby na to stary Jagiełło i książę Witold? Pewno kości ich przewracają się w grobie, widząc, na jakich zdrajców wykierowała was, Litwinów, Moskwa. Nic już wam wasze „ne suprantu“ nie pomoże, w piekle gorzeć będziecie!
Po takich szermierkach językowych rozpoczynał się nowy atak, jeszcze bardziej zaciekły i porywczy.
Litwini cofali się i wkrótce bitwa na bagnety szalała w gęstych zaroślach.
Tadeusz Oprych, mocno utykając na ranioną nogę, wpadł w jakieś haszcze, gdzie przebił bagnetem zaczajonego tam Litwina, a później spostrzegł innego, który, oparłszy lufę karabinu o krzak, celował do przebiegającego przez polanę oficera.
Tadeusz szybko wymierzył do nieprzyjaciela i strzelił. Litwin runął twarzą na ziemię.
Widział to Tadeusz, ale jakoś niebardzo rozumiał, co się stało i co ma dalej czynić.
Uczuł tylko, że przed chwilą coś go pchnęło w pierś, a teraz pod bluzą czuł jakieś okropne gorąco, które osłabiało go coraz bardziej i bardziej. Nareszcie wolno zaczął się chylić ku ziemi i upadł, zwinąwszy się w mały, ciemny, nieruchomy kłębek, do ludzkiej postaci wcale niepodobny.
Z sąsiedniego krzaku wyszedł litewski chłop, zdarł z zabitego ładownicę i zaczął szperać po kieszeniach, trwożnie oglądając się, czy nie powracają Polacy, którzy gonili dalej Litwinów, cofających się na całej linji.

II.

U doktorowej Hertzbergerowej odbywał się w październiku seans.
Duch, niepytany przez nikogo, odrazu odezwał się stukiem stolika.
— Młody bohater, o czystej, płomiennej duszy poległ dziś w gęstych zaroślach z rąk zdradliwego Litwina. Krew wsiąkła w prastarą ziemię pobratymczą i z tego szkarłatnego posiewu wyrośnie wielki plon!
Doktorowa natychmiast zatelegrafowała do państwa Oprychów, pytając o Tadeusza, i otrzymała krótką odpowiedź:
— Od kilku tygodni żadnej wiadomości.
W kilka miesięcy później nadszedł list, zawierający wskazówki, według których zdołali rodzice odszukać na cmentarzu wojskowym w Starych Trokach, grób syna-jedynaka.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.