Szkapa/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Szolem Jakow Abramowicz
Tytuł Szkapa
Rozdział Szkapa, jako komentarz do księgi Hioba
Data wydania 1886
Wydawnictwo Księgarna A. Gruszeckiego
Drukarz Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Klemens Junosza
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI.
Szkapa, jako komentarz do księgi Hioba.[1]

Pod wysokiem, wielkiem drzewem rzuciliśmy się oboje na ziemię, bardzo zmęczeni i osłabieni po tak gorzkiej podróży (niech to na was pomyślane nie będzie). Zaczęły się błyskawice, jak gdyby niebo rozdzieliło się na dwoje i pragnęło oblać ogniem świat cały.
Wkrótce potem rozległ się przerażający grzmot i roztoczył się tu i tam strasznemi głosami, jak gdyby wystrzał z tysiąca armat. Zerwał się wiatr gwałtowny i zaczął dziwacznie płakać, jęczyć, wyć, jak głodny wilk. Uśpiony las obudził się w przerażeniu, ocknęła się każda trawka, każda gałązka, każdy listek; wszystkie szemrały, szumiały, skarżyły się rozmaitemi głosami i pomięszanemi językami. Sroki, wrony i sowy w całych stadach zaczęły się ruszać, zrywać z miejsc, krzyczyć; każda oddzielnie jęczała, opowiadała drugiej coś płaczliwego, dopóki deszcz ulewny odrazu im wszystkim gęby nie zamknął.
Straszna jest taka noc w lecie! straszna — straszna!
— Jesteś? — odezwała się szkapa, gdy już niebo zaczęło się trochę wyjaśniać — czy jesteś tu, mój stary znajomy, — powtórzyła jęknąwszy i kiwała przytem łbem, niby pragnąc zrzucić z siebie całą górę ciężaru.
— Jestem, jestem, mój prześladowany książę, moja biedna, nieszczęśliwa szkapo! — odrzekłem i rozpłakałem się.
— Czemu płaczesz? — zapytała mnie przyjaźnie, z takim wyrazem oczu, jak człowiek. Musiałeś za mnie wiele cierpieć?
— Ah!.. — odrzekłem — moje cierpienia nic nie znaczą, wyrządziłaś mi je bezwiednie. Ty jesteś niewinną; twoje cierpienia są bezbrzeżne, wielkie jak ocean, ja płaczę patrząc na ciebie, mój ty upadły, tułający się książę! Ah! dokąd będziesz tak szedł, tułał się i cierpiał od wszystkich? Dokąd będziesz taką wywłoką, szkapą całego świata?
— Dokąd? dotąd — odpowiedziała, aż ludzie będą lepsi i rozumniejsi, dotąd aż ustanie tyraństwo i litość, i złe i dobre; tylko prawda i sprawiedliwość jedynie królować będą na świecie; dotąd, aż ustaną wszelkie różnice pomiędzy ludźmi: wilk mieszkać będzie z jagnięciem, niedźwiedź z krową, a na jednem pastwisku lew będzie jadł trawę z wołem; dotąd aż ustanie wszystko złe, wszystko co niedobre utraci swoją siłę, i z każdej twarzy otartą będzie łza!
— Ah! — jęknąłem — jak to jeszcze długo oczekiwać na to, i lękam się, aby nim ten czas nastąpi, nie zamęczono cię doszczętnie, nie wypędzono duszy z ciebie.
— Ze mną — odpowiedziała — ze mną dzieje się akurat to samo, co z moim starym towarzyszem, Hiobem. Kiedy oddany miał być szatanowi w ręce, Bóg rzekł do złego ducha te słowa: Szatanie! czyń z moim Hiobem, co ci się tylko podoba, bij go, zadawaj mu najwymyślniejsze cierpienia, upstrzyj mu ranami ciało, lecz jego ducha nie waż się tykać!”
— Hiob — zawołałem — ma być twym towarzyszem?! Nie, ty sama jesteś Hiobem, z jego szatanem i plagami! Miałaś niegdyś szczęśliwe życie, we czci i bogactwie, doznawałaś później cierpień i prześladowań, znosiłaś szyderstwa świata w twojem wielkiem nieszczęściu. W każdym szczególe pokazuje się, że ty jesteś Hiobem, z jego szatanem, z jego cierpieniami, fałszywymi przyjaciółmi, którzy opuścili go w złej doli i oskarżali, że nie dobry i nie nabożny… Hiobową jest twoja historya, twoje dzieje!… Początek księgi Hioba i środek akuratnie są twoją historyą i koniec jej spełni się na tobie. Burza, w której ukaże się Bóg i sprawiedliwość, będzie, jak sądzę, większą i mocniejszą od tej, co ustała niedawno.
— Mówią — odezwała się szkapa — że tę księgę (Hioba) napisał ów mąż sławny, który już raz przemienił mnie ze szkapy w człowieka. Ten widział bardzo daleko…[2]
— Opowiedz-no mi — prosiłem szkapy — gdzie obracałaś się przez cały czas, od chwili w której zniknęłaś mi z oczów? Kto była owa osoba, co wskoczyła na twój grzbiet i odjechała? Skąd ona wzięła się tam?
— Ów, kto wsiadł na mnie wtedy — odpowiedziała szkapa — byłto djablik (łec). Od czasu jak niemcy dali mi trochę pokój, wyrastają skądciś djabliki, jak z pod ziemi; wskakują na mój grzbiet i pędzą mnie przez góry, doliny, lasy, pola… Aby tylko jeden zrobił początek, zjawia się mnóstwo djablików różnych postaci i różnych stanów (farszidene sosłowjes), zaczyna się śmiech, szyderstwo aż do niebios, każdy wypowiada swoje zdanie, swoje pro i contra, ni przypiął ni przyłatał (niszt gesztejgen, niszt geflejgen). Każdy pokazuje figę, wysuwa język, wszyscy, od małego do wielkiego, siadają na mnie i zajmują się mną. Jeden powiada, że trzeba ze mną próbować tak, drugi utrzymuje że inaczej; ten twierdzi, że ja powinnam latać w powietrzu, ów życzy sobie, żebym się znajdowała pod ziemią… Robi się larum, krzyk, zamieszanie; aż głowa boli, tak się ze mną bawią, tak krzyczą, a tymczasem odwieczna kwestya pozostaje wcale nierozwiązana. W mętnej wodzie — powiada przysłowie — dobrze jest ryby łowić; to się także i do mnie stosuje. Wpośród złego szumu zawsze ktoś mnie złapie i jedzie na mnie w świat, robi na mnie geszefta i przedaje mnie rozmaitym ludziom. Powiadam, rozmaitym, albowiem w krótkim czasie służyłam u bardzo wielu gospodarzy. Zaledwie zdążyłam przybyć do jednego, już wpada djabeł i ciągnie mnie gdzieindziej. U kogóż już ja dotąd nie byłam? kto ze mnie nie korzystał?
Począwszy od małego szlachcica (a poriceł), sołtysa, „kwartalnego” i dalej i wyżej; począwszy od „magida” (kaznodziei), nabożnisia etc., aż do starszych w kahale i tym podobnych dygnitarzy; od stróża, „smotrytiela,” aż do dyrektora szkoły żydowskiej; od „szamesza” (służący z synagogi), pisarza kahalnego, doradcy, aż do gospodarza taksy i tym podobnych dostojników; od belfera, mełameda, swata, błazna weselnego, tysiącznych gabajów, „jedwabnych ludzi,” ojcowskich dzieci, trębaczy szejferu,[3] wyrabiających drejdeł,[4] maceredlerów,[5] aż do dajonów (sędzia), rzezaków i innych podobnych, wszyscy, wszyscy po kolei, siadali na mnie; dla każdego musiałam pracować, każdego na grzbiecie nosić! Kosztują oni mnie dosyć zdrowia i życia. Niechby choć praca moja zadawalniała ich. Broń Boże! — choćbym jak najwięcej robiła, wszystko za mało!.. wszystko za skąpo! A czyż to żarty taka gromada, wielka i zgłodniała! I niechby chociaż z tych moich trudów był jaki pożytek? Broń Boże!! Ja pracuję, męczę się, dla czego? Dla kogo, za pozwoleniem, dla kogo? Za sprawą szatana (jak na złość) zawsze dostaję się do rąk takim ludziom! Oni wysysają ze mnie krew serdeczną, zabijają mi głowę i mózg — i wyżymają mnie jak mokrą ścierkę. Wiem ja o nich bardzo wiele rzeczy i mogłabym dużo… dużo powiedzieć… Nie wszystko jednak co się wie powiedzieć można; nie każde pytanie zadawać wypada — i nie na każde można odpowiedź otrzymać. Co robić? trzeba się zadowolnić jedną odpowiedzią na wszystkie pytania, jedną odpowiedzią: „ewodim hoinu łfaro bmicroim,”[6] co znaczy „szkapą nas uczynił król egipski.”
— Jedno pytanie wszakże chciałbym ci zadać — rzekłem do niej, — jak się to dzieje, że i owi „puryce,” których wymieniłaś w swym regestrze przed chwilą, chcą także brać w ręce taką biedną szkapę?
— Za sprawą szatana — odrzekła — mają oni zaślepione oczy. Za sprawą szatana, oszukują się i sądzą że ja wcale nie jestem biedna, lecz przeciwnie żem tęga, kapitalna szkapa!
— O nieszczęśliwy książę! O biedna moja szkapo! — zawołałem z westchnieniem i wpadłem w głęboką zadumę.




Przypisy

  1. Żydzi wymawiają „iejw.”
  2. Według talmudu, Hiob nigdy nie istniał, autorstwo zaś księgi Hioba przypisują Mojżeszowi i twierdzą, że ten przepowiedział w niej przyszłość żydów w ogóle.
  3. „Szejfer” trąba, w którą dmą żydzi przed świętami namiotów.
  4. Fryga, którą bawią się małe dzieci.
  5. Ci, którzy wyciskają desenie na macach.
  6. Byliśmy niewolnikami Faraona w Egipcie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Szolem Jakow Abramowicz i tłumacza: Klemens Junosza.