Sukcesorowie skąpca/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Sukcesorowie skąpca
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie Z Warszawy
Wydawca Gebethner i Wolff; K. Grendyszyński
Data wydania 1894
Druk I. Zawadzki
Miejsce wyd. Warszawa; Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


II.

W Warszawie, na Starem Mieście, w kamienicy wąziutkiej, a wysokiej niepomiernie, na czwartem piętrze, mieszkał od lat trzydziestu blizko pan Dominik. Najregularniej opłacał komorne, prowadził stale jednakowy tryb życia, o tej samej godzinie z domu codzień wychodził, o tej samej przychodził, z nikim prawie nie żył, stosunków z ludźmi unikał, a w opinii sąsiadów uchodził za wielkiego bogacza. W sklepikach, wśród stróżów, wśród przekupek nad straganami siedzących, kursowało przysłowie «bogaty jak pan Dominik», albo wprost jak «stary Dominik», bo istotnie stary to już człowiek był, a przynajmniej na starego wyglądał.
Wysoki, przygarbiony, chudy, w okryciu staroświeckiego kroju latem, w płaszczu futrzanym w porze zimowej, a zawsze w starym, zrudziałym cylindrze, w niebieskich okularach, dobrze był znany w całej dzielnicy miasta. Twarz miał szczupłą, wydłużoną, nos duży, trochę garbaty, faworyty czarne, a właściwie uczernione tylko, wąsów i brody nie nosił. Koloru ani wyrazu oczu z po za wielkich okularów poznać nie było można.
Był zamknięty w sobie, ponury i nieprzystępny. Gości nie przyjmował, służby nie trzymał, tylko przychodził do niego posługiwać rankami stary Grzegorz eks-woźny, taki sam mruk jak i pan Dominik.
Stróż krzywo na to patrzył, bo sam rad był za usługę zarobić, ale pan Dominik nie miał bynajmniej zamiaru rozstawać się ze starym famulusem, od Bóg wie ilu lat mu znanym i cieszącym się jego zaufaniem. Niegdyś pan Dominik urzędował i podobno dom miał swój własny na Zakroczymskiej ulicy, ale po wysłużeniu lat, urzędowanie porzucił i emeryturę brać zaczął, a dom sprzedał.
Miał się więc z czego utrzymać, chociaż, Panie odpuść, jakie utrzymanie to było. Stróż porządny żyje lepiej i większe ma wygody.
Mieszkanie wprawdzie z dwóch dużych dość stancyj i ciemnej kuchenki złożone, jak dla jednego człowieka, było aż nadto obszerne, ale dziwnie ponure, a że zaledwie dwa razy do roku w niem sprzątano, więc wydawało się niby zapuszczony skład starych rupieci.
Okna od dawna niemyte, pokryte warstwą kurzu, przepuszczały bardzo niewiele światła, pajęczyna zwieszała się z sufitu, w kątach gromadziły się fury śmieci, które stary Grzegorz dla porządku widać tam składał.
Mebli w tem mieszkaniu było pełno, niby na Pociejowie. Kanapy starego fasonu, stoły masywne z klapami i bez, biurka gdańskie z bronzami, szafy, komody, a w kącie pierwszej stancyi ogromne łóżko staroświeckie mahoniowe, z bardzo nędzną pościelą. Na ścianach wisiało kilka luster i obrazów, pokrytych taką grubą warstwą kurzu, że się ani przejrzeć w pierwszych, ani odróżnić figur na drugich nie było można.
W kuchence, na kominie, stał zaśniedziały samowar z obtrąconą nóżką, tacka lakierowana niegdyś zapewne, nadtłuczony imbryczek i kilka szklanek grubych zielonych.
W oknie wisiały dwie klatki, ale w nich ptaków nie było.
Gdy pan Dominik rano na miasto wychodził, przekupki pokazywały go sobie palcami.
— O, o, niechno pani Michałowa patrzy, stary skrobisz już idzie.
— A tak, tak, droga pani Janowa, idzie, idzie. Ciekawość, gdzie też taki łazi?
— Może do kościoła.
— Aha! taki by też poszedł!
— Dla czego?
— Wierzyć, czy nie wierzyć, nie wiem — ale mówią, że on dawno już dyabłu duszę zaprzedał, jak Twardowski.
— Czy być może?
— Chytry na grosz on, bardzo chytry, moja pani kochająca, więc jeżeli mu dyabeł dobrze zapłacił...
— Eh, chyba nie. Dwa lata temu sama na swoje oczy widziałam go na roratach, żegnał się po chrześcijańsku.
— To widać później ten handel zrobił.
— Ha, może; kto go tam wie.
— Moja pani kochająca, jego na miliony rachują.
— Patrzcie, a jak u mnie raz dwa jabłka kupował, to targował się chyba z pół godziny, ażem mu powiedziała, żeby sobie poszedł do licha, jeżeli nie chce usłyszeć brzydkiego słowa.
— I poszedł?
— Ale gdzie tam; targował się. Teraz, jeżeli czasem przyjdzie, to już mam na niego sposób. Jeśli się należy trzy, to mu powiem dziewięć, niech się targuje.
— Pewnie, pewnie, moja pani; jeżeli taki nie zapłaci, to któż ma płacić. Juścić nie biedny człowiek.
— E, — wtrąciła trzecia przekupka, pani Marcinowa, — a może on właśnie jest biedny.
— On??
— A no tak, któż jego miliony rachował?
— Ludzie.
— A byłaś pani przy tem? Widziałaś pani swojemi oczami?
— O jak to znać, żeś pani nie tutejsza i nowa, żebyś tak jak my, przesiedziała ze dwadzieścia lat nad straganem, tobyś pani znała całe Stare Miasto na durch — i wiedziałabyś, jak kogo trzeba znać i rachować.
To przemówienie skończyło się na mocnej kłótni pań przekupek, kłótni, która wznowiła się nazajutrz i przeszła następnie w stan chroniczny, to jest, że powtarzała się na targu stale i codziennie. Potworzyły się wśród straganów partye, nie szczędzące sobie wzajemnych wymówek i docisków.
Pan Dominik regularnie o godzinie dziewiątej rano z domu wychodził i dążył do Saskiego Ogrodu; jak przepędzał czas do południa — nie wiadomo, ale o pierwszej zjawiał się na ulicy Piwnej, gdzie się w podrzędnej restauracyi stołował. Koło drugiej wracał do domu, a wieczorami rzadko kiedy wychodził, chyba że wyjątkowo piękna pogoda wywabiła go na ulicę.
Rzadko się to jednak zdarzało. Mówiono, że dziad skarbów swoich strzeże i dla tego tak niechętnie dom opuszcza. Do mieszkania jego, oprócz Grzegorza, nikt nie miał przystępu, tyle tylko wiedziano, że drzwi są opatrzone bardzo mocnym zamkiem, że oprócz tego jest przy nich zatrzask i łańcuch żelazny.
Pewnego dnia pani Wincentowa, osoba utrzymująca sklepik wiktuałów, wybrała się w odwiedziny do swej przyjaciółki, prowadzącej taki sam proceder na Lesznie, przy samym końcu tej ulicy, za Żelazną.
Było to przed południem. Szła sobie kobiecina spokojnie, rozmyślając o różnych kłopotach, gdy wtem o mało nie krzyknęła z przerażenia. Po drugiej stronie ulicy szedł jegomość chudy, wysoki, w płaszczu, w okularach, w zrudziałym cylindrze na głowie — pisz, maluj, pan Dominik.
Wydało się to dobrej kobiecinie wprost niemożliwem, aby ten człowiek, który mało z domu wychodzi i okolic Starego Miasta prawne nigdy nie opuszcza, mógł znaleźć się na końcu Leszna. Coby go tam sprowadziło, jaka potrzeba?
Aczkolwiek pani Wincentowej nic na tem nie zależało, postanowiła jednak śledzić dziada; poszła więc za nim powoli, trzymając się w pewnem oddaleniu i nie spuszczając go z oka. Pan Dominik szedł dość żwawo, a że nogi miał długie i kroki duże robił, więc korpulentnej kobiecinie trudno było za nim dążyć. Była chwila, że chciała śledztwa zaniechać, ale ciekawość przemogła. Zadyszana, dreptała coraz prędzej, byle go z oczu nie stracić. Dość długo ta gonitwa trwała, aż nareszcie przed niepokaźnym domkiem drewnianym zatrzymał się pan Dominik i w okno zapukał.
Pani Wincentowa zatrzymała się także, co było jej bardzo na rękę; mogła przynajmniej odsapnąć po tak forsownym marszu.
Nie upłynęły trzy minuty, z domku wybiegła młoda dziewczyna; mogła mieć siedemnaście, najwyżej ośmnaście lat życia; ubrana skromnie, ale gustownie, w porządnem okryciu, w kapeluszu; jednem słowem panna. Wybiegła uśmiechnięta, wesoła i przywitała się z dziadziem serdecznie, jak z najlepszym znajomym.
On także się do niej uśmiechał.
— Toś ty taki ptaszek! — szepnęła jejmość — dowiem ja się o wszystkiem!
Złość i gniew dobrej niewiasty zwiększyły się jeszcze i z tego powodu, że dziewczyna była bardzo ładna. Wysmukła, zgrabna, twarz miała świeżą, jak rozkwitająca różyczka, a oczy duże, czarne, a tak wesoło i figlarnie patrzące, że pani Wincentowa nie mogła się wstrzymać od westchnienia nad ogólnym upadkiem obyczajów i powszechnem świata zepsuciem.
Postanowiła też sobie, że choćby miała iść za niemi dziesięć mil drogi, to pójdzie, wszystko zbada, spenetruje, wyśledzi i pod sąd opinii publicznej odda.
Niestety, przewrotność ludzka granic nie zna, a pan Dominik zamiast iść powoli i dać dobrej kobiecie możność przekonania się o «prawdziwej prawdzie», skinął na dorożkę, którą akurat licho w taki kąt zakazany przyniosło — wsiadł w nią ze swoją panną i odjechał.
— A to łotr dopiero! — rzekła na cały głos pani Wincentowa i zapomniawszy o celu, który ją na Leszno sprowadził, podreptała co prędzej do tramwaju, aby powrócić na Stare Miasto i dobrym przyjaciółkom, tę najświeższą i najbardziej sensacyjną wiadomość zakomunikować.
Pasya ją porywała na to, że musiała czekać na przystanku blizko dziesięć minut na tramwaj, że w połowie drogi musiano czekać na przejście pogrzebu, że wreszcie komunikacya tak jest źle urządzona, że chcąc się na Stare Miasto dostać, trzeba na placu Teatralnym wysiadać i z tamtąd iść pieszo.
Właśnie szła pieszo, przez plac Zamkowy i już była wprost ulicy Piwnej, gdy nagle z tej właśnie uliczki wyszedł człowiek chudy, wysoki, w płaszczu, w okularach, w zrudziałym cylindrze na głowie... jednem słowem pan Dominik.
Wyszedł i powoli, nie śpiesząc, przez Ś-to Jańską udał się na Stare Miasto i zniknął w bramie domu, w którym mieszkał.
Od śmierci nieboszczyka drugiego męża, pani Wincentowa nie miała podobnie nadzwyczajnego wydarzenia.
Nic innego, tylko chyba takich panów Dominików musi być w Warszawie dwóch.
Pobiegła natychmiast do przyjaciółek i opowiedziała z wszelkiemi szczegółami całą swoją wyprawę, spodziewając się, i słusznie, że wywoła nadzwyczajne wrażenie; tymczasem stało się wprost przeciwnie, kumoszki wysłuchały, pokiwały głowami i jednozgodnie orzekły:
— Przywidziało się pani, albo też...
— Co albo?
— Chce nas pani manić — ale my nie dzisiejsze. Wszystko co pani mówi, jest to «zawracanie». Widziałyśmy go na swoje oczy rano i teraz, zkądby się zaś wziął na Lesznie i jeszcze z jakąś panną... Żarty!
— Mogę na to przysiądz, na swoje własne oczy widziałam; szedł sam a potem z nią, a potem do dorożki wsiedli i pojechali.
— Komedya doprawdy. Dawnoż to było?
— Dopiero, tylko co z Leszna wracam i nie na piechotę, ale tramwajem jechałam.
— No, moja pani, to dziwne, bo on dopiero co z Piwnej ulicy przyszedł, a że tam obiady jada, to wiadoma rzecz. Tyle lat na to patrzymy.
— To już ja nie wiem — odrzekła pani Wincentowa, mocno zmieszana. — Nie jestem ani szalona, ani ciemna; oczy Bogu dziękować mam dobre. Sama patrzyłam, sama widziałam i przysiądz mogę na to. Chyba że dwóch takich samych jest, jeden tu, drugi na Lesznie.
— Ech, gdzieby znów.
— Chyba że brata ma.
— Taki odludek!
— Powiadam wam, moje panie — zapewniała pani Wincentowa — taki płaszcz, kapelusz, okulary — nawet ruch taki sam.
— A głos?
— Głosu, co prawda nie słyszałam.
— A no, widzi pani, wszystko mogło być podobne i takie same a głos inszy; po głosie zaś najłatwiej człowieka poznać, nawet po ciemku. Źle się pani spisała, trzeba było do niego zagadać.
— Nie wypadało... zresztą o czem-że z takim rozmawiać?
— O la Boga, cóż łatwiejszego? Trzeba było zapytać grzecznie: proszę pana, którędy na ulicę Żytnią? — I tak czy siak, bąknąłby coś przecie.
— Prawda, święta prawda, moja pani kochająca. Jutro idę na Leszno — i niech się co chce dzieje, bylem tylko spotkała dziada, zaraz go z miejsca zaczepiam. Naumyślnie pójdę, żebym tak świąt szczęśliwie doczekała.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.