Starosta warszawski/Tom III/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starosta warszawski
Podtytuł Obrazy historyczne z XVIII wieku
Data wydania 1877
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron


IX.


Nazajutrz rano, ledwie Brühl się obudził, już od księcia był posłaniec zapraszający na śniadanie — a choć droga od Czarnego Orła do pałacu nie była daleka, koń osiodłany pod sutym czaprakiem stał w pogotowiu i dwóch huzarów jako straż honorowa.
Starosta Zawidecki, który się obudził wcześniéj, przyszedł oznajmić, że już książę wstał od dawna i wojska swe musztrował, a księżna stara z córkami, korzystając z pięknego poranku, na przejażdżkę konno wyruszyła.
Cały Preszów był naówczas Radziwiłłami, towarzysząc im we wszystkich obrotach i obfite zbierając téj czułości i attencyi dla nich owoce. Książę się tu urządził niemal jak w Nieświeżu, a że w Wiedniu wielce go konsyderowano, odbijało się to na węgierskiéj komendzie i u władz miejscowych, które ulegały fantazyom suto opłacanym...
Gdy hrabia ubrany siadł na koń, aby się udać do pałacu, przez miasto ciągnęły właśnie z musztry oddziały radziwiłłowskich wojsk nadwornych, przepysznie poubierane i błyszczące od haftów i złota. Tłumy gawiedzi ciągnęły za niemi... Przed pałacem na ganku grała w całym komplecie muzyka, która wieczorami, rankami, w kościele na nabożeństwach rozweselała mieszkańców. Liczny dwór pański kręcił się około pałacu...
Książę sam oczekiwał na Brühla, w rannym ubiorze letnim... i przyjął go na progu...
— Zakazałem kogokolwiek przyjmować, panie hrabio, panie kochanku, — rzekł — rozmówimy się tedy na cztery oczy...
Siadł Brühl, podano kawę i śniadanie.
— No, co mi hrabia przywozisz? — zapytał wojewoda — słucham...
— Ja raczéj przybyłem dowiedzieć się, czy W. Ks. Mość nie masz jakich tu nadziei, czy dwór austryacki albo Francya nie zechcą nam przyjść z pomocą? Wojewoda kijowski z energicznego postępku księcia wnosi, że musi on mieć jakąś rachubę za podstawę.
— Hm! — mruknął Radziwiłł — a juściż... panie kochanku, ale ja nie wiem, czy wy mnie zrozumiecie.
Brühl spojrzał, milcząc.
— A tak jest, jak Pana Boga kocham! — kończył książę — bo ja mam swoją politykę, która choć mądra, wyda się wam głupią, panie kochanku. Ja tak myślę: Panu Bogu ufaj i — na odlew siecz... To caluteńka polityka moja... Jeśli kto z was pochlebia sobie, że interesa prowadzi, panie kochanku, myli się; Pan Bóg trzyma lejce w ręku i biczysko, a my wszyscy w chomątach chodzimy... Zatem i przytem, panie kochanku, dał nam szablę do pasa i rzekł: — mnie ufaj, a nią wal... i nie żałuj!
— Wiec, słuchaj mnie hrabio tylko uważnie, — kończył Radziwiłł marszcząc czoło i zdając się mozolnie zbierać myśli... — idź za mną... Usunąłem się tu pod opiekę Najjaśniejszéj Monarchini i będę czekał... Jak tylko pora się dobra nadarzy... my we dwóch z panem wojewodą wkroczymy z ludem naszym i wszystkie te tałatajstwo, panie kochanku, rozpędzimy.
— Lecz — odparł Brühl po chwili, — wcale się na to nie zanosi, aby okoliczności nam sprzyjały. Bez pacyfikacyj, wszystko samo przez się dąży do zgody i przejednania dla świętego spokoju... Co chwila ktoś submittuje się w Warszawie... uznają elekta wszyscy... Wybór padł jednomyślne, Branicki do Białegostoku upokorzony powraca... Mokronowski jest za poddaniem się.
Książę aż się porwał z krzesła.
— To niechże mu, z pozwoleniem łapy liżą kiedy im to do smaku, panie kochanku — zawołał — a my czekajmy. Bóg, jak powiadają, cierpliwy bo wiekuisty, my z nim trzymamy, i cierpliwości téj zażyć musimy...
— Ale jakież widoki? — zapytał Brühl...
— Widoki? panie kochanku! w miłosierdziu bożém i w ostrzu szabli... W szablę i Pana Boga wierzę, a co daléj, to nie moja rzecz.
Brühl popatrzał wielkiemi oczyma, książę się napuszył... i z pewnością siebie niezmierną powtórzył:
Spes unica Deus!
Westchnął i siadł ciężko, podpierając się na stole...
— Nie może to być, aby pan stolnik miał się utrzymać... — dodał — nie może być. Bywali na tronie Piastowie, ale to, panie kochanku, Leszczyńscy, Sobiescy, Wiśniowieccy... a nie... sroce z pod ogona wypady jakiś tam... Szlachta się zawstydzi... A toby mospanie, gorzéj było od Polanowskiego, bo Polanowscy przynajmniéj cztery, pięć pokoleń szlacheckich wykazać mogli — a tu...
Nagle przerwał wojewoda, kładąc rękę na ramieniu Brühla, rzekł cicho:
— Niech tylko pan wojewoda kijowski wojsk swoich nadwornych nie rozpuszcza, aby je miał na zawołanie... przyjdzie chwila gdy w szable zagramy... Mojego całego regimentu nie mogłem tu przekarmić, poszedł nazad do kraju, ale ordynanse są i na każde skinienie gotowi, czekają. Gdy im, panie kochanku, z Preszowa przyjdzie appel... nie zabraknie jednego...
Smutne te ogólniki jakieś nie mogły Brühla zaspokoić, nie wiedział już co sądzić, czy że książę zwierzyć mu się nie chciał, czy istotnie sam przyszłość zdawał na niepewne jakieś losy...
Kombinując jednak wszystko, gdy rozpatrzymy się w tém, jak książę w Preszowie na dobre się rozgospodarował, osiadł, budował... musiał w końcu przypuszczać, że był w dobréj wierze.
— Wybrali go, — odezwał się książę po chwili — dobrze... ja się śmieję, ukoronują... dobrze, uśmiecham się, niech spróbuje panować, panie kochanku. Tu dopiero będzie sęk... i o ten szkopuł on się rozbije... Familja będzie w jednę stronę ciągnąć, on w drugą, my w trzecią... znajdzie się kto w czwartą pociągnie, i cała machina pęknie. Naówczas my z naszemi pułkami, przy pomocy bożéj, wciągniemy i tę Sodomę i Gomorę w popiół obrócimy. Amen...
Wojewoda to mówił z takiém przekonaniem, jakby już na przyszłość patrzał...
— Tandem, — rzekł wstając — choćbyśmy tu cały boży dzień siedzieli, i ty mnie, kochany hrabio, muchy z nosa ciągnął, nie dowiesz się, panie kochanku, odemnie więcéj na to co sam wiem, że w Opatrzność wierzę i szabli z rąk nie puszczam. Tak mi panie dopomóż, więcéj nie wiem, i w żadną inną, daleką politykę się nie wdaję... — A, żebyś się nie nudził, wiesz co? chodźmy do stajni. Pokażę ci konie moje. Możemy sobie wybrać parę i trochę się przejechać, dopóki gorąco nie przyjdzie... Wczoraj pewnie widziałeś mojego sobola: osobliwe stworzenie, na które ceny nie ma, bo to jest raritas niewidziana... ale warto, abyś mu się z blizka przypatrzył. Drugi raz w życiu takiego konia oczy twe, panie kochanku, oglądać nie będą.
Jakkolwiek Brühl radby był w istocie więcéj coś dobyć z księcia, aby z czémś rzeczywistszém powrócić do teścia — łatwo postrzegł, iż z Radziwiłła więcéj języka nie dostanie...
Zdaje się, że stajnie już gotowe były do przeglądu, bo gdy w dziedziniec weszli, u drzwi szop stały straże, berejterowie, czeladź poubierane jak od święta, każdy w miejscu, i koniuszy, a oprócz niego Fryczyński młody i Kuszelewski, pokłon oddawszy księciu, poszli za nimi. Stajnie ogromne, najmniéj czterysta do pięciuset koni mogły w sobie mieścić. Porządek w nich był wielki, dozór pilny, gdzieniegdzie zbytek nawet, ale żaden koń tak wypieszczony nie był jak ów soból, którego książę nadzwyczaj cenił wysoko.
Klatka, w któréj on stał oddzielnie nie przywiązany, ozdobna była, obszerna i wygodna; żłób miał marmurowy, wodę świeżą przepływającą w drugim, podściół świeży i delikatny, a dzień i noc na straży stał Turczynek, który go tylko pilnował. Gdy soból zdala poznał księcia, głowę po nad zagrodę wyciągnąwszy zarżał, a tuż na głos jego poczęło się po całych stajniach rżenie okrutne jakby na appel. Wojewoda dobył cukru z kieszeni, i zbliżywszy się dał mu go z reki. Pieszczone zwierzę natychmiast chwytać go poczęło, a książę głaskał je po chrapach...
Przywitawszy faworyta, szli potem z kolei do wierzchowców księżniczek, do karego Mustafy, faworyta księżny matki, który jéj jednéj głaskać się i pieścić dawał, potém do rozmaitych osobliwych koni, o których wojewoda opowiadał powieści ciekawe... znając każdego rodowód, charakter, cenę i przymioty... W istocie stajnie były królewskie i utrzymywane z przepychem wielkim... Fryczyński i Kuszelewski księciu pomagali w opowiadaniach, niektórych imiona i genealogię wyliczając, gdy się wojewoda zaciął.
Tak idąc przez ogromne szopy, dotarli nareszcie do masztarni, która równie jak konie widzenia warta była. Salwowano z Nieświeża co najdroższego i najpiękniejszego się tam znajdowało... Począwszy od końca XVI wieku, kulbaki srebrną i złotą blachą obijane, aksamitami obciągnięte, rzędy sadzone drogiemi kamieniami, dywdyki złotem szyte, pioropusze i trzęsidła do łbów koniom na parady przypasywane... siedzenia różne, siodła, terlice, dywany... wszystko w wielkim porządku było ułożone i masztarnię do skarbca czyniło podobną. Brühl, który się niemało wspaniałości podobnych po Auguście II w Dreznie napatrzył, podziwiać jednak musiał niezmierne bogactwa wojewody... Do wielu też i z tych zabytków przywiązane były legendy bojowe, historye dworskie i trafne anegdoty z dawnych czasów, a niektóre z nich, jak o tureckiém siodle przez środek przeciętém i okrwawioném, trochę wyglądały bajecznie.
Tureckie owo, ze srebrnemi złoconemi i szerokiemi strzemionami, zdobyte być miało na baszy silistryjskim przez jednego z Radziwiłłów, który westchnąwszy do Matki Bozkiéj, jak Turka płatnął w głowę, tak go gładziuteńko na dwie połowy przeciął... i jedna z nich na prawo, druga na lewo od konia padła... Ów basza, że renegatem miał być i w chwili niebezpieczeństwa krzyknął o pomoc do Niebios wołając, owe dwie połowy natychmiast się do siebie zbliżyły i zrosły tak, że nawrócony basza silistryjski, który życie w klasztorze na pokucie skończył, miał tylko czerwoną kresę przez twarz i ciało na pamiątkę.
Książę opowiadał o tym cudzie z dobrą zupełną wiarą i jako pamiątkę siodło owo zatrzymali Radziwiłłowie, które jeszcze tę własność miało, że w rocznicę owego wypadku, o godzinie, w któréj basza został przecięty, krwią jakby świeżą ukazywało się pomazane, ale ta natychmiast potém osychała...
Gdy książę to opowiadał, siodło pokazując, Fryczyński i Kuszelewski, oraz koniuszy słowa jego milczeniem poważném potwierdzali.
Takich i tym podobnych anegdot się nasłuchawszy, Brühl wyszedł ze stajni dosyć znużony, a że godzina obiadowa się zbliżała, książę na pokoje zaprosił, gdzie już panie czekały. Ktoś jednak musiał z sekretu wydać owego mniemanego hrabiego de la Grange, bo go już teraz daleko uprzejmiéj i z większemi przyjmowano honorami.
Około księżny matki etykieta była wielka, poszanowanie nadzwyczajne, oznaki czci odpowiednie wysokiemu jéj urodzeniu.... Jak na pokojach królewskich, stawili się goście w strojach paradnych i meldowanie ich, przyjęcie, podlegało formom stale oznaczonym. Krzesła i taborety służyły wedle godności paniom i panom, a jedna tylko księżna matka i książę Karol siedzieli w poręczech...
Do stołu towarzyszyła muzyka, paziowie, dwór i obiad dnia tego był wielce wykwintny, a zastawa przepyszna. Poczém nastąpił koncert, a na wieczór balet i reprezentacya teatralna była zapowiedziana, w któréj panny fraucymeru, paziowie i dworzanie udział brać mieli. Brühl wszakże z rannéj rozmowy zmiarkowaszy, że z téj podróży nic dla wojewody pocieszającego nie przywiezie, zabierał się pożegnać księcia zaraz po obiedzie, nie bawiąc dłużéj. Miał powody spieszyć z powrotem do Warszawy, o własny byt i przyszłość będąc niespokojny, tu zaś, nad miłe a dosyć nużące spędzenie czasu wśród parad i zabaw, nic już nie miał do czynienia.
Wychodząc więc z sali jadalnéj, gdy muzyka się zabierała do koncertu, raz jeszcze szepnął księciu, iż rozkazów jego czeka, co ma wojewodzie oznajmić i nie mieszkając chce się z powrotem zabrać do Krystynopola. Szło mu i oto, ażeby bytność jego zbyt wielkiego nie nabrała rozgłosu.
Z razu książę na samą myśl odjazdu tak śpiesznego, zżymnął się mocno, ale dał się przekonać, iż Potocki téż czekać nie lubi — a Brühl tu swéj woli nie ma, tylko się do teścia zastosować jest obowiązany.
Raz więc jeszcze weszli do gabinetu, choć książę panie kochanku, widocznie zafrasowany był, że mu znów przyjdzie tłómaczyć się z polityki, którą całą w dwóch wyrazach zamykał. Znać po nim było, gdy o poważniejszą chodziło sprawę, iż myślenia głębszego się wystrzega i nie lubi, że ono go męczyło.
Gdy więc Brühl znowu o rozkazy spytał i o to co ma wojewodzie kijowskiemu przynieść, książę mu odpowiedział:
— Co ja, panie kochanku, wam, mości hrabio mogę powiedzieć? Ja nie jestem do alembikowania planów politycznych stworzony, simplex servus Dei, wiarę mam mocną, głowę twardą, szable ostrą — i po wszystkiem... więcéj nie wiem nic.
I rękami strzepnął.
— Idę prosto, panie kochanku, przed siebie — przed siebie, ani w prawo, ani w lewo, to radziwiłłowska maksyma... I tyle...
Brühl już zmilczał. W tém Radziwiłł, który i na wygnaniu księciem udzielnym być pragnął i po pańsku się znajdować, wąsa pokręciwszy, przystąpił do hrabiego.
— Koniecznie jechać dziś chcecie? spytał:
— Muszę, bom dał słowo, że chwili nie stracę, rzekł hrabia.
— Musisz, to usta zamyka — odpowiedział Radziwiłł — ale konie masz pomęczone, te nieboraki w drodze ci się ściągną... bo to po górach i wertepach panie kochanku... Pozwólże przynajmniéj, abym ci, na wypadek okulawienia czy znużenia wierzchowca, luźnego ofiarował na zamianę. I powiem ci szczerze, kochany hrabio, przyjmując go, łaskę mi zrobisz, bo tu na Węgrzech owies coraz droższy, a z końmi nie mam co robić. Proszę cię.
— Ale, mój książę.
— To nic nie pomoże, koń stoi już u waszego żłobu. Nie ma wymówki.
Zmięszał się Brühl, nie było jednak sposobu uwolnić się od podarku. W tém, że się odjazd zbliżał, podano kielichy, nadeszli pp. Morawski, Czapski i Brzostowski, rozmowa się wszczęła ogólna, wesoła, śmieszki i humor, jakby za dobrych czasów w Nieświeżu. Opowiadano o odwiedzinach u węgierskich magnatów i przyjęciach na starych zamkach, o różnych figlach księcia jegomości, aż Brühl wreszcie, wychyliwszy kielich za pomyślność, powodzenie i rychły powrót w tryumfie całéj rodziny do domu, zmordowany, przeprowadzany w ganek, znalazłszy tu starostę Zawideckiego, wymknął się z nim pod Orła Czarnego.
W drodze już Sierakowski oznajmił o danym mu koniu, ogierze tureckim złotéj maści, bardzo pięknym, a co gorsza, z całém paradném siedzeniem, które od konia dwa razy było więcéj warte.
Ten książęcy dar w najgorszy humor wprawił Brühla, lecz musiał go przyjąć, aby na nowy kłopot nie być narażonym. Pod czarnym Orłem wszystko już było gotowe, konie nawet stały wyprowadzone w ulicy; dosiadłszy ich więc, puścili się zaraz w drogę.
Zaledwie jednak za bramę miejską zdążyli, gdy okrutny tętent koni dał się słyszeć za niemi, i w chmurze pyłu, książę Karol, mały Hieronim, pięć pań młodszych, trzéj zięciowie nadbiegli, obstępując i biorąc Brühla — w niewolę. Generałowa Morawska dowodziła tym oddziałem z taką furyą, iż hrabiemu nad głową z pistoletu wypaliła. Śmiechu i hałasu było wiele. Hrabia już się do księcia chciał odwoływać, świadcząc nim, iż wcale nieprzyjacielskich nie miał zamiarów, i do niewoli branym być niepowinien — gdy panie kochanku mrugnął nań, że tu idzie tylko o podwieczorek w stojącym nieopodal szałasie. Cała więc kalwakata skierowała się ku poblizkiemu laskowi, gdzie znaleźli już księżnę matkę i pół jéj fraucymeru. Dziewczęta poprzebierane za pasterki, z wieńcami w rękach, powitały ich śpiewami i tańcami, co piękny wcale obraz składało. Zastawione suto stoły, do których kilku Węgrów w gościnę przybyłych było zaproszonych, przybrane téż w kwiaty, kryształy i srebra, nęciły ku sobie.
Brühla, jako wziętego w niewolę zbiega, przyprowadzono do księżny Kunegundy, która go posadziła przy sobie. Zaczęły obiegać kielichy, muzyka grała, dziewczęta skakały, a mężczyźni do celu strzelać zaczęli.
Zaledwie parę strzałów pistoletowych się rozległo, gdy wszystkie księżniczki rzuciły się także dawać dowody zręczności. Ustawiono tarczę i pukanina na dobre się zawzięła. Z kolei wiec próbowali wszyscy — gdy pani Morawska zapytała hr. de la Grange, czyliby i on jako dawny żołnierz, nie chciał im pokazać, jak we Francyi strzelają?
— Z największą ochotą — odpowiedział Brühl — wstając i idąc ku mecie... z trochę figlarną miną, ale my, Francuzi, nawykliśmy do trochę dalszego celu...
Trudność potém pewna urosła, gdyż hrabia pistoletów żądał, którychby mógł być pewien, potém sam je chciał nabijać, tak, że generałowa szeptała do ucha mężowi, iż złéj tanecznicy i fartuszek zawadza.
Milczenie się stało wielkie, gdy po tylu przyborach, Brühl stanął i ze czterech pistoletów, które z olstrów swych dobył, dał cztery strzały, sadząc kule jedną na drugą.
Ci, którzy się żartować zbierali, okrzyknęli go królem kurkowym. Był to nowy powód do wiwatów i okrzyków i do odkładania podróży, tak, iż wieczór już dosyć był późny, gdy uroczyście pożegnawszy uprzejmych gospodarzy, hrabia nareszcie na siodło skoczył, i przeprowadzany okrzykami nowemi i wystrzały w dalszą mógł wyruszyć drogę.
Jakie uwagi przyszły mu potém, wesołe opuściwszy towarzystwo, odgadnąć było trudno, lecz zwieszona głowa i smutny wyraz twarzy świadczyły o wielkiém znużeniu.
Gdy wreszcie stanął poseł z powrotem u bramy krystynopolskiego pałacu, i natychmiast oznajmiony wojewodzie, wszedł do niego, już odzyskał był zwykły swój humor wesoły i spokój ducha.
Potocki pośpieszył go uściskać, z nadzwyczajną ciekawością i upragnieniem żądając wiadomości... Nadeszła téż wojewodzina, która nie znosiła, aby przed nią z czegokolwiek czyniono tajemnice — a rozpoczęło się badanie... Brühl zrazu wymijał prawdę, którą nie chciał wojewody zasmucić, spodziewającego się usłyszeć coś pocieszającego.
Słuchano go zrazu cierpliwie, wreszcie opisy dworu, wojska, wspaniałości zabaw znużyły.
— Ale ostatecznie — co mi przywozisz? jaką mi daje nadzieję i jaką ma?..
Brühl się uśmiechnął.
— Z księciem wojewodą — rzekł — trzeba tak mówić jak on nawykł. Na żadne pytanie nie otrzymałem innéj nad tę odpowiedzi, że ufa Bogu i szabli, że nadziei tracić nie należy, że Opatrzność zaradzi. Niech wojewoda stoi w pogotowiu, miejmy cierpliwość.
— Jakto? znikąd pomocy? żadnych widoków? zapytał Potocki.
— Żadnych, oprócz tych, o których mówiłem — dodał Brühl — dusza rycerska, wspaniałość pańska, ale polityka, którąbym nazwał... kapucyńską.
Potocki ruszył ramionami.
— I kapucyni na mądrzejszą się zdobędą — rzekł ponuro... Zdala patrząc możnaby go posądzić, że coś knowa i na pewnéj osnowywa podstawie.
— A z bliska — zakończył Brühl — przekonać się można, iż na drugich czekając, rachując, jasno przed sobą nie widzi ani dokąd ma iść, ani jak go to daleko zaprowadzi.
Ponuro spojrzeli na siebie wojewodzina i mąż jéj, smutek się odmalował na twarzach.
— Poddać się więc do czasu potrzeba — rzekł Potocki z oburzeniem — siedzieć, milczeć, gryźć wędzidło, cierpieć i Bogu ofiarować upokorzenie.
Posyłałem do Branickiego, który o niczém już wiedzieć nie chce, a w Warszawie nam za warunek stawią, abyśmy głowy i karki ugięli, a deprekacyę uczynili przed nowym panem.
Westchnął stary.
Fiat voluntas tua! szepnął cicho.
Cały tak wieczór zszedł na próżnych i późnych lamentach; stanęło na tém, że się Potoccy mieli dla przyszłości zachować.
— Nie ma on polityki — rzekł wojewoda — my ją za niego i za siebie mieć musimy.
Nazajutrz Brühl rozgrzeszony z góry, jeśliby się chciał pojednać, nazad do Warszawy odjechał.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.