Rusałka z Waagsö

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Rusałka z Waagsö
Pochodzenie Nieznanym szlakiem
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
RUSAŁKA Z WAAGSÖ
I.

Powracał...
Dumał nad tem, co pozostawił poza sobą.
Myśl płynęła leniwie, niby gęsty, mętny potok w kanałach miejskich.
Niechętnie przypominał sobie dzieje swego życia. Dziwił się teraz, że ktoś nazwał je barwiłem, zajmującem, promiennem.
Wzruszył ramionami i uśmiechnął się pogardliwie.
Nikt nie wiedział, że powracał do Norwegji nędzarzem.
W sercu przywoził ze sobą pustkę. Zdawało mu się nawet, że echo samotne tłukło się po wszystkich zakątkach opustoszałego serca.
W duszy przynosił ponury mrok.
Najbardziej jasny promyk słońca nie mógłby przebić czarnej płachty spowijającej duszę jego. Migotliwa błyskawica nie rozświetliłaby ukrytej w duszy ciemności, — czarnej, nieruchomej, skotłowanej lodowatemi podmuchami.
Przyjrzał się sobie w lustrze.
Ujrzał piękną, jak zwykle, twarz, podziwianą przez miljony ludzi na srebrnym ekranie filmowym. Jednak w niebieskich oczach zaczaił się jakiś wyraz znużenia i obojętności; sieć zmarszczek tak drobnych, że z trudem je możnaby dostrzec, rozpostarła się koło powiek; kilka srebrnych nici połyskiwało na skroniach.
Twarz nieruchoma, a gotowa w jednej chwili do okrycia się maską radości, szczęścia, rozpaczy lub gniewu, była jednak piękna.
To sprawiło mu ulgę.
Westchnął, całą piersią wciągając powietrze morskie, wdzierające się do kabiny przez otwarty iluminator.
Trwało to krótką chwilę.
Z dna serca, z zakamarków mózgu wypełzła myśl dręcząca.
Szeptała bez dźwięku:
— Powracasz do ojczyzny?... Cóż przywozisz ze sobą? Puste serce, przepaloną na popiół duszę, stargane nerwy i książeczkę czekową?
— Dolary! Dolary! Dolary! — zaśpiewał jakiś głos daleki, a był podobny do brzęku metalu.
— Dolary... dużo dolarów! — powtórzyły usta.
Człowiek chciał się uśmiechnąć do tego, co było marzeniem i celem życia przez tyle, tyle lat.
Nie miał sił.
Po pokładzie tupiąc bosemi stopami przebiegli majtkowie.
Rozległy się słowa cichej komendy i dyskretne gwizdki z rufy.
Parowiec ryknął basowym głosem syreny i drgnął.
Ktoś krzyknął:
— Tak! Tak! Olaf Wegen płynie na pokładzie „Elfa“... Aha! Dobrze... Spuścić drabinkę od lewej burty... Proszę! Pełny chód...
Parowiec znowu ryknął urwanym głosem i sunął dalej.
Po chwili do kabiny wszedł służący.
— Pana Olafa Wegena proszą na dek! — rzekł z uśmiechem.
— Co się stało? — spytał Olaf.
— Na pokład wgramoliło się dwuch korespondentów pism kinematograficznych. Przybyli łodzią... proszą o wywiad — objaśnił służący.
— Do djabła! — zaklął cicho Olaf Wegen. — W Norwegji, czy w Stanach Zjednoczonych to samo, wszędzie i zawsze to samo!...
Jednak wprawnym ruchem poprawił płowe włosy i, obejrzawszy w zwierciadle całą postać swoją wyszedł z kabiny.
Zaczęło się fotografowanie, nakręcanie kilku krótkich scenek dla „kinożurnalu“ i wypytywanie o szczegóły karjery artystycznej, ulubione kreacje filmowe, wrażenia podróży, o zamiary.
Olaf na wszystko odpowiadał spokojnie, bo tysiąc razy słyszał podobne pytania. Zatrzymał się, gdy spytano go o zamiary.
Miał je zawsze.
A teraz?
Nie widział żadnego celu, nie odczuwał żadnych pragnień.
— Przyjechałem do Norwegji... bo trzeba było dokądś jechać... Dałem sobie długi urlop wypoczynkowy... Czuję się znużony... nerwy nie są w porządku... Zbyt dużo grałem w ostatnich sezonach...
— Co pan będzie robił w Norwegji? — spytał jeden z korespondentów.
— Nie wiem... — odparł Olaf, wzruszając ramionami.
— Gdzie się pan osiedli?
— Nie... wiem...
Spostrzegł zdumienie na twarzach dziennikarzy, więc uśmiechnął się i dodał:
— Doprawdy nie wiem tymczasem!... Zrobię kilka wycieczek z Oslo i wynajdę zaciszny, malowniczy zakątek... Tymczasem... chwilowo... nie wiem jeszcze, jaki i gdzie...
Parowiec znieruchomiał przy wybrzeżu portowem.
Wielkie, bogate miasto otoczyło wkrótce Olafa Wegena.
Wchłonęło go w siebie, jak wielka pompa, wsysająca piasek na redzie.
Musiało jednak znaleźć miejsce dla przybysza.
Uczyniło to, pozostawiwszy go wraz z żółtemi skórzanemi walizkami i stalowym kufrem okrętowym we wspaniałym hotelu.
Dokuczali Wegenowi jacyś nowi dziennikarze.
Reporter portrecista rysował Olafa.
Kilka młodych panienek otoczyło króla ekranu i błagało o autografy i fotografje.
Porykiwały samochody. Turkotały tramwaje, biegnące wpobliżu, chłopcy wykrzykiwali nazwy dzienników południowych. Dolatywały zapachy z kuchni. Z lekkiem warczeniem sunęły windy hotelowe.
Olaf westchnął.
— Wszystko jak wszędzie! — szepnął. — Standartowe życie.
Pomyślał chwilkę i dodał z rozpaczliwym ruchem ręki:
— Odrazu mogę przewidzieć, co mnie będzie kosztował pobyt tu i czego tu mogę się spodziewać... Wszystko to doświadczałem sto, nie! tysiąc razy!
Ścisnął skronie zimnemi rękami.
Przebrał się szybko i wyszedł na miasto.
Obszerny, głęboki, ciemny Kristjanja-Fjord, zatłoczony statkami i żaglowcami, z wysmukłą sylwetką „Elfa“ tuż przy granitowem nadbrzeżu; lesisty szczyt Ekebergu; starożytny kościół Hamle-Akers-Kirke; wspaniałe przedmieście Homanseyen z willami, tonącemi w pięknych parkach; obszerny plac Eidswold z posągiem poety Bergelanda i gmachem Storthings-Bygming; ratusz; stara forteca Akershus... — rodzinne miasto, gdzie w dzieciństwie pokazywano chłopakowi resztki dawnego Oslo, założonego przez walecznego Haralda III-go, — nie przemawiało już do uczuć Olafa Wegen.
Stanowczo — nie przemawiało!
Było dla niego tem samem, co Londyn, Paryż, Madryt, Rzym, Nowy Jork, San-Francisko i druga ojczyzna — Hollywood...
Olaf pomyślał, że ciągłe przeżywanie setek emocyj przed oczami miljonów ludzi, oglądających go na ekranie, zatarło wszystkie granice i uczyniły z niego obywatela świata.
Cała kula ziemska stała się z biegiem czasu ojczyzną jego, bo wszędzie znali ludzie i lubili Olafa Wegena; jednocześnie na całej ziemi nie było zakątka, gdzie czułby się sobą, a w tłumie stumiljonowym nie znał ani jednego przyjaciela o duszy pokrewnej, o sercu wyrozumiałem.
To samo w Oslo!
Pałace, kościoły, wille, parowce, automobile, tłum.
Na ulicach ludzie przyglądają się mu uważnie i uśmiechają się z domyślną radością.
— Olaf Wegen! — dochodzą go szepty. — Piękny Olaf! Willa w Hollywood, własny jacht, miljon dolarów...
— Dolary! Dolary! Dolary! — brzęknęły metalem słowa, rzucone przez przechodnia, ogarniającego bystrym wzrokiem wysoką, silną postać kinematograficznego bohatera i ulubieńca publiczności.
Ściągnął brwi Olaf i nachmurzył czoło.
— Jak wszędzie... jak zwykle... standarty... standarty...
Zawrócił się i z nisko pochyloną głową wszedł do hallu hotelowego.
Usiadł na kanapie pod sztuczną palmą i przerzucał dzienniki.
Wywiady z nim, portrety, szkice ołówkiem, prawdziwe i zmyślone, głupie, bezczelne opowiadania o nim, o jego życiu, bogactwie, karjerze, upodobaniach...
— Standarty... standarty... Dolary... Dolary! — szepnął znowu i, zwinąwszy, cisnął dziennik na stół.
Kazał zdziwionemu portjerowi podać rachunek i wynieść bagaże do samochodu.
— Dokąd mam jechać? — spytał szofer, gdy Olaf Wegen wygodnie usadowił się w aucie i zapalił cygaro.
— Dokąd? — powtórzył zdumiony artysta.
Pytanie sprawiło mu przykrość, niemal ból. Był zmuszony nagle myśleć i decydować.
— Zapłacę panu dolarami hojnie, jeżeli znajdę cichy, piękny kąt, gdzieś nad morzem, zdala od dużego miasta... — rzekł niepewnym głosem.
Szofer aż podskoczył na siedzeniu. Po chwili zeszedł i otworzył drzwiczki auta.
Przyglądał się pasażerowi i coś kombinował.
— Czy takie miejsce może być dalej od Oslo? — spytał.
— Gdzie chcecie, chociażby na biegunie — odparł ze smętnym uśmiechem Olaf. — Zrozum mnie pan! Chcę zostać sam, daleko od zgiełku, nudnych ludzi i jeszcze nudniejszego życia miejskiego!
— Hm... — mruknął szofer. — Znam takie miejsce... Daleko to, bo aż w Tjörd... na brzegu Bjärkfjordu... Woziłem tam przed laty pewnego bankiera... Rzucił się biedak do morza... Desperat!... Ale miejsce piękne, ustronne i ciche... ciche, jak grób... Doprawdy, jak grób...
Olaf Wegen milczał. Prawie nie słuchał mówiącego.
— Tylko bardzo szczęśliwy, lub bardzo bogaty człowiek może się tam czuć dobrze! — dodał szofer z głośnym śmiechem.
Słowa jego usłyszał i zrozumiał Olaf.
— Jestem bogaty, a w życiu wszystko mi się udaje, przyjacielu! — szepnął.
— Dobra wtedy! — zawołał szofer. — Odwiozę pana do Tjörd. Będzie mi pan dziękował!
— Jedźcie! — zgodził się Olaf i opuścił powieki, znużony rozmową i jakiemiś okruszynami, błyskami myśli.
Koło północy auto stanęło w małej mieścinie Ghishjölm; w hoteliku „Pod gwiazdą“ Olaf Wegen spędził noc.
Rano pił kawę w salce restauracyjnej, gdzie przy sąsiednim stoliku, jak się dowiedział od kelnera, spożywali śniadanie pastor, sędzia i lekarz. Spoglądali na niego z zaciekawieniem, lecz nie poznali w nim bohatera ekranu.
— Ci dobrzy ludzie może nigdy w kinie nie bywali?... — pomyślał Olaf z zadowoleniem i zapytał kelnera: — Macie tu kinematografy?
— Jest jeden, gdzie się wyświetlają obrazy treści naukowej lub religijnej, ale w Tromsdö, proszę pana, widziałem...
Olaf Wegen, nie słuchając go więcej, wstał, zapłacił i wyszedł.
— Jedźmy! — rzekł do szofera.
— jestem gotów — odparł. — Przed południem staniemy na miejscu, panie!
— Bardzo dobrze! — zawołał Olaf. — Macie cygaro, dobre, prawdziwe hawańskie.
Auto ruszyło.
Droga biegła, robiąc ciągłe wiraże, wijąc się w labiryncie dolin górskich. Lesiste szczyty tłoczyły się dokoła, niby przyglądając się ze zdziwieniem i nieufnością nieznanemu człowiekowi.
Olaf przypominał sobie wąwozy Rocky Mountains, gdzie „nakręcano“ tytułową rolę jego w filmie „Władca Gór Skalistych“.
Nie odczuwał teraz piękna tych borów i ciemnych szczytów, nie słyszał ich głosu, który szmerem świerków i sosen przemawiał do niego:
— Olafie Wegen! Biedny, zbłąkany, znużony pielgrzymie, jesteśmy górami twojej ojczyzny i witamy ciebie, bracie nasz!...
Nagle droga, uczyniwszy szalony skręt, wybiegła na wysoki spych, wiszący tuż nad morzem. Dochodził aż tu jego głos, gniewny i groźny.
Ocean walił falami i białą, pienną zwarą w czarne skały, popękane, poszczerbione, pełne wyżłobionych dołów i szczelin głębokich.
— Bjärkfjord! — zawołał szofer, zwracając do Olafa uśmiechniętą twarz.
Artysta spojrzał nadół.
Wśród ciemnych skał pionowych, stromym uskokiem zaciskających wąską zatokę, najeżoną rafami, szalało czarne, żałobne morze, porysowane bielą grzywiastych fal, z łoskotem, hukiem i sykiem kipieli bijących w twardy pancerz brzegu.
Auto wbiegło na szczyt niewysokiej przełęczy.
Olaf ujrzał małe, białe miasteczko, otoczone lasem od północy, a od wschodu — gęstemi zaroślami jałowcu.
Dalej odłogiem leżała równina, cała złocista i fioletowa od wrzosów.
— Tjörd... — objaśnił szofer. — Rybacka mieścina... Cicho tu i spokojnie! — A ten bankier, panie, to z tamtego zębatego cyplu skoczył na rafy!... Nikt się nie dowiedział, dlaczego to uczynił... Może jakieś nieszczęście albo troska zadręczyły go do reszty... Świeć Panie, nad jego duszą... Niedola i bogaczy ściga...
— Z pewnością, że ściga... — z przekonaniem w głosie potwierdził Olaf Wegen i westchnął.
Stanęli przed bramą zajazdu „Skrzydła mewy“.
— Piękny tytuł dla filmu — pomyślał Olaf, odczytawszy napis na szyldzie...

II.

Olaf Wegen już tydzień cały mieszkał w „hotelu“ sędziwego Ljena Kronkheima.
Wstawał rano, pił kawę i, zabrawszy ze sobą śniadanie, szedł w góry lub na łąki, okryte wrzosami.
W lasach podglądał wiewiórki i czyhające na nie kuny; dwa razy widział jelenie, w gęstych zaroślach jarzębiny spłoszył stadko głuszców...
Siedział cicho, patrzał i słuchał, o niczem nie myśląc.
Słyszał cichą, drgającą nutę i rozumiał, że to brzmią promienie słońca, przebijając się przez powietrze, pełne aromatu żywicy młodych pędów, szyszek i wonnych ziół.
Znudziła go jednak ta cisza, zrzadka tylko przerywana kwileniem małej, drapieżnej kani lub bzykaniem owadów.
Zaczął schodzić kamienistą ścieżką na wąski zdziar nadbrzeżny.
Tu nie było miejsca dla ciszy.
Ciągły ruch fal, syk ich spienionych grzyw, plusk i szelest wybiegającej na żwir wody, a w godzinie przypływu huk, łoskot, grzmot tysięcy dział, gdy morze ciskało na kamienisty brzeg nieskończone szeregi rozwścieczonych bałwanów.
Od wieków biły one w twardą pierś lądu, szarpały go i wstrząsały, lecz, okryty ranami, szczerbami i bliznami wystawiał na ciosy fal ostrza swych przylądków, szczerzył kły raf czarnych i trwał niewzruszony, ponury, mocarny.
Miotały się i jęczały nad zgiełkliwą kipielą mewy; ze zgrzytem toczyły się po urwisku kamienie, rozsypując się na żwir i piargi.
Ociekały białemi strugami piany skały, zwisające nad tonią czarną, bezdenną, a wyjące, syczące fale lizały je złemi żądłami, sięgając coraz wyżej i dalej, wrywając się do jaskiń, szczelin i wbiegając na zwały dawnych lawin.
Olaf Wegen przychodził tu o wschodzie słońca, gdy morze, znużone całonocną walką, odbiegało i z cichym szmerem, z pluskiem, brzemiennym skargą, muskało obnażone, muszlami i czerwonemi wodorostami okryte rafy.
Kąpał się i, leżąc na płaskim kamieniu, wpatrywał się w wodę, śledząc ruch chyżych stad rybek i małe kraby, śmigające po piasku w poszukiwaniu żeru.
Słuchał dzwonienia szerokich, łagodnych fal i przyglądał się wpadającym co chwila do morza, szybującym mewom i albatrosom, wypatrującym zdobyczy.
Dzikie gołębie przenosiły się z łopotem skrzydeł nad fjordem i kryły się w głębokich szczelinach na szczycie spychu, gdzie wiły gniazda swoje.
Pewnego razu, leżąc na kamieniu, ukrytym za grzędą wysokich raf, ujrzał dziwne zjawisko.
Od strony wyspy Waagsö majaczącej we mgle słonecznej, ktoś płynął.
Nad wodą co chwila podnosiły się białe ramiona, wyrzucane wysoko, a na szafirowej tafli morza biła w oczy szkarłatna ruchoma, okrągła plama.
— Dobry pływak! — mignęła Olafowi myśl.
Tymczasem człowiek zbliżył się szybko i już sunął przez czarną toń Bjärkfjordu.
Wkrótce silnemi uderzeniami ramion wyrzucił się na przybrzeżne kamienie niedaleko od skrytki leżącego artysty.
Zdumiał się Olaf Wegen.
Ujrzał młodą kobietę. Silne, zwinne ciało nagie spoczęło niby pienna zjawa na czarnym odłamie skały.
Kobieta wypoczywało długo. Strzeliste, wybujałe piersi, niby wyrzeźbione z alabastru, oddychały ciężko, znużone walką z morzem.
Wreszcie podniosły się ręce i ruchem leniwym jęły rozwiązywać czerwoną chustkę, okrywającą głowę.
Fala rudych włosów rozsypała się po plecach, przykrywając pierś i długie, foremne uda.
Kobieta wstrząsała złocistem runem, susząc włosy.
Słońce stało już wysoko. Wchłonęło, wypiło wodę, wysuszyło i rzuciło złote, zielone, fioletowe iskierki na faliste pasma rudego płaszcza.
Kobieta wstała i, odrzuciwszy wtył głowę, przeciągnęła się rozkosznie.
Olaf Wegen przyglądał się jej spokojnie, z lekkim podziwem.
Młode ciało nie wzbudziło w nim namiętności.
Przecież widział tyle pięknych kobiet — półnagich i zupełnie nagich, podczas akcji kinowej tulił je w ramionach, nosił, przyciskając do swojej piersi... Ciało kobiece nabrało dla niego znaczenia standartu, jak klasa hotelu, karta dań w restauracjach, jak marka auta...
Podziwiał jednak to olśniewające białe ciało rudej kobiety, skrzące się na tle ciemnego morza, złoto-rdzawe smugi włosów drażniły wzrok jego.
Kobieta tymczasem wdrapała się na skałę i ze szczeliny wydobyła zawiniątko. Rozwiązawszy je, wyjęła koszulę, suknię, pończochy i trzewiki. Szybko się ubrała i, wyszedłszy na ścieżkę, zniknęła na jej zakręcie.
Olaf Wegen nie powrócił do hotelu „Skrzydła mewy“.
Zaczajony czekał na tajemniczą nieznajomą.
Minęło dużo czasu.
Wreszcie ujrzał ją, zbiegającą ze stromych zboczy wysokiego spychu.
Gdy dobiegła do brzegu i zaczęła układać włosy pod czerwoną chustką, Olaf krzyknął:
— Hallo, balio, rusałko!
Drgnęła i obejrzała się szybko.
Spostrzegła nieznajomego mężczyznę, siedzącego za kamieniami, i, zapinając guzik bluzki, zbliżyła się do niego.
— Wołaliście? — spytała głębokim głosem.
Skinął głową i rzekł:
— Pięknie pływacie...
— A tak! — odparła. — Jestem rybaczką... nazywają mnie „rusałką z Waagsö“. A wy?
Ogarnęła wzrokiem postać siedzącego przed nią Olafa Wegena. W źrenicach jej błysnęła ciekawość i zadowolenie. Podobał się jej ten piękny mężczyzna, podobało się wszystko w nim — piękna twarz, niebieskie oczy, wypukła pierś i szerokie ramiona, atletyczne niemal.
— A wy? — powtórzyła pytanie, potrząsając głową.
Ja?... — mruknął. — Jestem artystą kinematograficznym.
— Ach! — zawołała, klasnąwszy w dłonie. — W zimie byłam w Bergen i widziałam w kinie bardzo piękną historję... miłosną i bardzo rzewną... Popłakałam się nawet... Biedni ci artyści!
— Biedni? Dlaczego? — spytał Olaf.
— Zmuszeni są grać to, czego sami nigdy nie przeżywają... Biedni, bo nie mogą mówić, a wszystko muszą wyrażać twarzą i ruchami... Życie nie jest takie! Uczucia silne, głębokie nigdy prawie nie żądają zmiany wyrazu oczu lub szczególnych ruchów... Gdy bardzo jesteśmy rozradowani lub smutni, wtedy dusza żyje, rozkwita lub zżyma się, a ciało niemal kamienieje... boi się spłoszyć szczęście, lub uczynić nieszczęście jeszcze bardziej bolesnem...
Olaf Wegen milczał długo. Zapytał wreszcie:
— Macie męża, albo kochanka?...
— Jestem dziewczyną... a o kochanka nie wolno pytać! — odpowiedziała z cichym śmiechem.
— Poco płynęliście tu zdaleka? — spytał Olaf.
Zaśmiała się wesoło.
— Dziś niedziela — odparła. — W lecie często przypływam tu z Waagsö.
— Poco? — spytał znowu Olaf.
— Mam tu znajomą — staruchę Blangeström, lecz nie dla niej płynę do Bjärkfjordu...
Umilkła, a po chwili ciągnęła dalej:
— Życie bywa ciężkie lub lekkie, ale strasznie jednostajne. Gdy znuży mnie, postanawiam płynąć te trzy mile... Zmaganie się z morzem, ryzyko... to działa jak mocne wino... potem zawsze mam szacunek dla siebie, że wytrwałam, że jestem dzielna, silna i śmiała... Życie wtedy wydaje się piękniejsze i nie takie nudne... Zjawiają się nowe nadzieje i myśli...
— Popłyniecie teraz na Waagsö? — szepnął Olaf i nagle wstał.
— Tak! Już czas...
— Popłynę i ja z wami! — rzekł bez namysłu.
— A umiecie? — spytała.
— Jestem najlepszym pływakiem wśród artystów w Hollywood! — odparł z dumą.
— Pięć i pół kilometrów... — upomniała, patrząc na niego uważnie.
— Dopłynę i powrócę! — zawołał, prostując ramiona.
— Dobrze! — rzekła, odchodząc.
Spotkali się już w wodzie na środku fjordu.
Dopłynęli do wyspy o zachodzie słońca.
Dziewczyna przyniosła Olafowi rybackie portki i kurtę. Jedli razem kolację — pieczone z cybulą ryby, mleko i chleb. Artysta opowiadał jej o swojem życiu. Słuchała w milczeniu, trochę smutna.
Rano Olaf odpłynął.
Pomiędzy Waagsö a północnym przylądkiem fjordu przerzucił się na plecy i spojrzał w stronę wyspy. Z wysokiego brzegu migotała na jasnem niebie czerwona chusta, niby duży szkarłatny motyl miotał się nad skałą.
Tegoż wieczora Olaf Wegen rzekł do starego Ljena Kronkheima, klepiąc go po ramieniu:
— Wynajmijcie dla mnie wózek i konie, ojcze! Wypocząłem znakomicie w Tjörd. Czuję w sobie siły i chęć do życia!... Muszę już brać się do pracy. Obmyśliłem piękny film. Będzie się nazywał „Rusałka z Waagsö“. Wszyscy, którzy obejrzą ten obraz, poczują zapach życia, które jest jak morze: przypływ i odpływ, ryk, zgiełk bałwanów i cichy szmer nadbiegającej fali, co pieści niegościnny, kamienisty brzeg. Krzyki mew — to nie jęki, to hasła bitewne!... Niema w życiu mgieł nierozwianych... Gdy się rozpłyną, pierzchną — ujrzymy skalisty spych Waagsö, a nad nim szkarłatną chustę — znak zuchwałego czynu... dumy, zrozumienia wartości własnej...
— Hm... — mruknął Ljen. — Nie rozumiem was, panie...
— Ach — zawołał Olaf. — Przecież i ja zrozumiałem to dopiero dziś, gdy płynąłem z Waagsö do Bjarkfjordu.
— A jakżeście się dostali na wyspę? — spytał stary.
— Wpław! — odparł Olaf Wegen, błyskając oczami i prężąc się cały.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.