Rok 3000-ny/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paolo Mantegazza
Tytuł Rok 3000-ny
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Powieści i Romansów
Data wydania 1930
Druk Sz. Sikora
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Melania Łaganowska
Tytuł orygin. L'anno 3000
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ II.

Paweł i Marja dotarli niezadługo do okolicy Sycylji, gdzie z wysokości posłali pozdrowienie Etnie, od wieków zupełnie już wygasłej.
Dnia następnego byli w Egipcie i przez dobrą lupę mogli dojrzeć piramidy, które same tylko po tylu dziesiątkach lat stały majestatyczne i niewzruszone, w swoim granitowym spokoju, a u stóp ich zato szemrały fale nowego morza, które powstało na miejscu pustyni afrykańskiej — potężnego dzieła rąk ludzkich. Miejsce piasku zajęła woda i przez to samo już klimat Europy ochłodził się bardzo, bez powstania nowej lodowej epoki. W roku 3000 ludzie zapanowali tak zręcznie nad siłami przyrody, że wystarczyło przesłać do biegunów silny prąd ciepłego powietrza, ażeby roztopiły się olbrzymie gletczery, które przez długi czas zajmowały większą część polarnej okolicy.
Marja wyraziła pragnienie odwiedzenia piramid; Paweł uczynił też natychmiast zadość jej życzeniu, opuszczając powietrzny statek do stóp jednego z tych kamiennych kolosów.
Weszli do wnętrza, a Paweł objaśniał wyrazy i nazwiska wyryte w kamieniu umarłemi oddawna językami.
Śniadanie zjedli na wybrzeżu morza, poczem — uprosiwszy znajdującego się nieopodal rybaka o sieć zabrali się do połowu ryb.
W niespełna godzinę statek przepełniony był rybami, bo wówczas połów był bardzo ułatwiony. Nader cienką, ale bardzo oporną sieć zanurzano półkolem w wodę; w pośrodku zaś łuku znajdowała się mała elektryczna lampka, rzucająca jasne światło w głębiny morza i w ten sposób wabiąca dużych i małych mieszkańców wód morskich. Po upływie kwadransa sieć zamykała się, więżąc wszystkie ciekawie do światła lecące stworzenia.
Paweł wybrał tylko najlepsze egzemplarze, a resztę oddał morzu.
Na wybrzeżu zjedli obiad, złożony ze złapanych ryb i zapasów wyjętych ze statku, poczem noc spędzili, rozłożywszy się na miękkiem, piaszczystem wybrzeżu.
Obserwowali księżyc i rozmyślali o starożytnych Egipcjanach, Turkach i Włochach, którzy wzajem siebie wyzwalali z panowania nad tą niegdyś pustą, a dziś tak żyzną ziemią.
Marja tak była zachwyconą morską podróżą, że z głębokiem westchnieniem spytała Pawła:
— Czemu jutro nie pojedziemy morzem?
— Czemu nie? — odparł Paweł, — dziś wieczór przejeżdżać tu będzie statek pocztowy „Kosmos“, który płynie z Londynu do Indji i dotyka Cejlonu. Podróż powietrzna nie oszczędza ludziom podróży lądem i wodą, więc do Cejlonu pojedziemy angielskim statkiem pocztowym. I naszym statkiem, jadąc, byłbym się zatrzymał na tej szczególnej wyspie, gdzie jak w muzeum zachowano wszelkie starożytne formy rządu. Dla tego też Cejlon zwie się: „Wyspą Doświadczeń“.
Wieczorem „Kosmos“ zarzucił u stóp piramid kotwicę i wylądował wielu podróżnych, którzy mieli je obejrzeć.
„Kosmos“ odmienny jest zupełnie, od dawniejszych statków parowych. W przeciwieństwie do nich jest bardzo mały, bo machina jego porusza się nie za pomocą pary, lecz elektryczności. Woda morska destyluje się za pomocą bardzo prostego i ekonomicznego urządzenia i wydaje nowy materjał palny, zwany „hydrogenem“, oraz zamienia się na wodę do picia.
Zbyteczny już jest ów znaczny obszar, potrzebny do węgli, któremi się niegdyś posługiwano przy statkach parowych.
Statek zbudowany jest ze specjalnego spławu, przygotowanego z aluminium i irydium, metalu bardzo lekkiego, lecz o wiele od żelaza mocniejszego. Okręt nie wydaje żadnego odoru, żadnego dymu, posiada nadzwyczajną szybkość ruchów, a ponieważ codziennie gdzieś wyładowuje, pasażerowie tedy mają zawsze świeże jedzenie.
Morską chorobę opanowano zupełnie; z chwilą gdy fale idą w górę, wypuszcza się z tyłu okrętu ciecz oleistą, która rozpościera się po falach i niby czarem uspakaja wzburzone bałwany.
Pozatem posiada „Kosmos“ wszelkie wygody i rozrywki dużego i bogatego miasta.
Niema wązkich i dusznych kajut ze wszystkiemi niemiłemi odorami z kuchni, z machiny parowej, skutkiem niedostatecznej wentylacji, lecz obszerne z dobrem powietrzem pokoje, w których niewielu pasażerów znajduje pomieszczenie. Wszędzie muzyka i kwiaty. Jest i kuchnia zadawalniająca wszystkie pragnienia. Bogata też biblioteka i gry wszelkiego rodzaju. Służba jest niewidzialna, gdyż pasażerowie za przyciśnięciem guzika mogą wyrażać swe żądania i pragnienia. Kapitan jest raczej tylko miłym towarzyszem, niż komendantem i godzinami całemi brać może udział w zabawach i grach towarzyskich.
Co wieczór odbywa się przedstawienie, naprzemian dramatyczne lub muzyczne, gdzie też i pasażerowie jako dyletanci mogą brać udział.
Ponieważ statek wolny jest od kołysania, więc można i tańczyć, a nawet grać w bilardy, bo za pomocą kunsztownego urządzenia osiągnięto, że zaledwie wyczuwalne ruchy statku nie przeszkadzają ruchom kul bilardowych.
Podróż z Piramid do Cejlonu trwała dwa dni, a na kilka godzin przed przybyciem oznajmiła urocza wyspa swoją bliskość silnym zapachem przepięknych róż.
Wylądowano w porcie „Miasta Równości“, jednego z najnowszych miast Cejlonu.
Założonem ono zostało przez „Ludzi Równości“, którzy sądzili, iż rozwiązali zagadkę szczęśliwości ludzkiej, ustawiając dla wszystkich ludzi jednakie prawa i obowiązki, wspólne mienie i jednaką odzież.
Paweł i Marja znaleźli, przestąpiwszy ląd zaledwie, masę ciekawych, oczekujących na przybycie angielskiego statku. Byli oni wszyscy według mody biało ubrani, bez żadnego zarostu, tak że trudno było odróżnić mężczyznę od kobiety. Kobiety bowiem też nosiły włosy krótko przystrzyżone, tak jak mężczyźni. Płeć rozpoznawano po głosie. Starych również trudno było odróżnić, gdyż farbowali sobie włosy na czarno.
Wszystko to uczyniono ku uczczeniu ludzkiej równości.
Port wychodził na wielki plac, otoczony jednakiej wielkości i barwy domami, a stąd rozchodziło się w kształcie wachlarza dwanaście szerokich ulic, które były prosto zabudowane zupełnie jednakiemi domami.
Paweł i Marja udali się na jedną z nich oglądając się w lewo i w prawo, ażeby dojrzeć coś odmiennego, coby przerwało tę zimną i nudną jednostajność barw i rozmiarów.
Mieszkańcy wszyscy mieli jednaki miarowy, niezbyt prędki i niezbyt powolny krok i jednaki wyraz twarzy — wyraz nieskończonej nudy i obojętności.
Przypuszczając, że ludzie ci rozumieją język kosmiczny, zwrócił się Paweł do jednego z przechodniów:
— Gdzie moglibyśmy znaleźć schronienie na dzień jeden i kto jest burmistrzem miasta tego?
— Można zapukać do każdego domu, wszędzie znajdziecie jednaką gościnność. Co się zaś tyczy burmistrza, znajdziesz go pan na ulicy 6 a, numer tysiączny; bo domy nasze odróżniają się tylko cyframi, jak również i my żadnych nie posiadamy nazwisk. Przy urodzeniu otrzymujemy numer, który nas od innego odróżnia i który zachowujemy do śmierci. Jeśli ktoś z nas umiera, numer jego otrzymuje pierwszy, który się narodził, ażeby w ten sposób szereg nie został przerwany. Najwyższy numer jest tego, co się ostatnio urodził i ten jednocześnie daje dokładną cyfrę ilości mieszkańców, która obecnie dochodzi do 10, 000. Głowa miasta zwie się wybrańcem dnia, bo każdy z nas, mający przeszło lat 20, bądź mężczyzna, bądź kobieta codziennie na zmiany obierany jest na burmistrza miasta. W jego rękach leży sprawiedliwość i sam sprawuje wszystko to, na co w Antropolis potrzeba jest setek urzędników. Zresztą zarząd miastem naszem jest bardzo łatwy, bo w domu burmistrza leży księga praw dla wszystkich otwarta, która życie każdej jednostki określa i reguluje. Nienawidzimy wszelkiej odrębności, bo obraża sprawiedliwość, która jest naszem bóstwem. Każdy z nas wskazuje „wybrańców dnia“ tych, którzy odróżnić się chcą w stroju, w jedzeniu lub w czemkolwiekbądź.
Marja zaledwie mogła powstrzymać śmiech podczas mowy tego człowieka równości; ten jednakże nie miał czasu zauważyć tego, bo, skłoniwszy się, poszedł dalej swoim miarowym równym krokiem.
— Ależ, Pawle, dostaliśmy się do domu obłąkanych, uchodźmy stąd i to prędko!
— Nie, Maryniu! Państwo Równości wydaje mi się ciekawem i pragnąłbym przyjrzeć mu się zbliska. Przed laty przeszło 1200 uczynili Francuzi straszną i krwawą rewolucję, ażeby między innemi proklamować równość. Tysiące niewinnych głów padło pod ciosem gilotyny. Ale ludzie w dalszym ciągu rodzili się odmienni i znów powstały różnice socjalne, tak jak w społeczeństwie, w którem obecnie żyjemy, gdzie sprawiedliwość nie wszystkim jeszcze na jednakie rzeczy pozwala, traktuje jednakże odpowiednio do zasługi. Tu tylko na tej wyspie doświadczeń znajdujemy po upływie jedenastu wieków wznowienie marzenia z roku 1789.
— Szczęściem nie widzę tu gilotyny, a ci wszyscy warjaci na punkcie równości znaleźli się tu razem z własnej woli, ażeby urzeczywistnić swoje marzenia.
— Ale tymczasem, urocza towarzyszko moja — przerwał jej Paweł — głód dokucza mi i pragnąłbym zapukać do pierwszych drzwi, ażeby prosić o gościnność.
Tak też i podróżni nasi uczynili.
Udali się na ulicą № 6, do № 365 i weszli do domu, który, jak wszystkie inne, stał otworem.
Na podwórzu ujrzeli biało odzianą istotę. Mężczyzna czy kobieta — niepodobna było odgadnąć-
— Przepraszam; kochaną panią, ale powiedziano mi, że w całem mieście nie znajdziemy żadnego schronienia i że w każdym domu gościnnie będziemy przyjęci. Dlatego prosimy uprzejmie o śniadanie.
— Proszę, wejdźcie i usiądźcie. Przykro mi jednakże, iż muszę oznajmić wam, że godzina śniadania minęła. Musicie czekać do pory obiadowej, która ma miejsce o 17 godzinie.
— Darujcie, ale jesteśmy bardzo głodni i zadowolnimy się najskromniejszym posiłkiem: dwa jajka i kawałek chleba.
— Nie mogę przekroczyć praw równości. Jako przyzwoici podróżnicy musicie mieć ze sobą jakieś zapasy, które pozwolą wam doczekać się obiadu, jaki wspólnie jadamy. Tymczasem proszę, wejdźcie do gościnnego pokoju, właśnie jest wolny.
Ponieważ mieli zawsze coś ze sobą, więc przeprosili obywatela czy obywatelkę miasta równości i udali się do gościnnego pokoju, gdzie naśmieli się serdecznie z osobliwych obyczajów miasta.
Gdy nadeszła pora obiadowa, usłyszeli głos dzwonka elektrycznego, który rozległ się jednocześnie w całem mieście.
Skoro wprowadzono ich do jadalni, ujrzeli pięcioro ludzi: matkę, ojca i troje dzieci. Żadnej bony, żadnej służby. Kolejno wstawali od stołu ojciec, matka, każde z dzieci i z otworu w ścianie wyjmowali potrawy, które za pomocą wynalazczej mechaniki i chemji z łatwością z kuchni dostarczano.
Pan domu z wyrazu twarzy mało różniący się od pani, a z ubrania do niej podobny, był wesoły i bardzo uprzejmy dla gości. Dowiadywał się o drogę, robił cenne uwagi o mieście równości i innych miastach wyspy. Przedewszystkiem zaś pod niebiosy wynosił doskonałość społeczną rządu, pod którym urodził się i żyje.
— Patrzcie — przemawiał z zapałem — co to za cudowny system, jaki porządek i równa dla wszystkich panuje tu miara. O tejże godzinie, równocześnie spożywają objad wszyscy mieszkańcy naszego miasta i wszyscy jedzą to samo i przy tak wielu stołach siedzi obecnie ta sama ilość osób, gdyż bezżenność jest u nas wzbroniona!
Z prawdziwą ulgą Paweł i Marja porzucili nudną jednostajność miasta równości, zapuszczając się w głąb wyspy.
Zwiedzili Tyrannopolis i Turazję, albo rzeczpospolitę socjalistyczną, przyczem Paweł zapoznał Marję w przystępnym wykładzie z teorją socjalizmu i z rozmaitemi tegoż rodzajami wedle klasyfikacji znakomitego ekonomisty z 19-tego stulecia Biancini’ego.
— Gdy się studjuje socjalizm, kochana Marjo — ciągnął swój wykład Paweł — to się dochodzi do wniosku, że do trzech rodzajów socjalistów, którzy przez Biancini’ego przy końcu 19-tego stulecia tak uczenie zostali zdefiniowani, należy dodać jeszcze jeden rodzaj, który być może jest i najliczniejszy, są to socjaliści miłosierdzia. Do nich należy Edmund de Amicis, znakomity pisarz włoski 19-tego stulecia.
I są to ci właśnie, co po jedenastu stuleciach powtórzyli starą próbę i założyli na wyspie Ceylon państwo Turazję.
Cierpienie fizyczne istnieć przestało, ale jest jeszcze wiele, wiele innych cierpień moralnych, pomimo iż usiłują zaraz przy urodzeniu zniszczyć urodzonych przestępców, potworki i organizmy, skutkiem chorób dziedzicznych na śmierć przeznaczone. Czasami doświadczeni biologowie mylą się i pozwalają żyć ludziom, z góry skazanym na cierpienia, lub na męki innych, jeśli nie fizyczne, to moralne.
Do tego dołącza się jeszcze walka osobników, może jeszcze nazbyt w swych czynach swobodnych, które często wyradzają z siebie przeciwieństwa, sprzeczności i nierówności.
Sądząc z tego, co widziałem w Turazji, zdaje mi się, że eksperymentowi takiemu, istniejącemu zresztą dopiero od lat pięciu, długiego życia wróżyć nie można.
Olbrzymia masa tego socjalistycznego narodu składa się z ignorantów i z ludzi ze słabym charakterem, którzy przybyli tu w nadziei znalezienia lekarstwa na swe cierpienia.
Na czele ich widziałem ludzi wielkiego ducha, ale mających więcej serca niż rozumu, ludzi, którzy usiłują rozwiązać tę zagadkę kwadratury koła, t. j. dać wszystkim to, co przypada w udziale jednemu, przyczem wartość pracy mierzą jednaką miara, a ta przecież u różnych ludzi jest tak bardzo różną.
Państwo zamieniło się w pewnego rodzaju wrzód, co wszystko wsiąka z chwalebnym zamiarem podziału między wszystkich jednakiej ilości krwi i siły życiowej; ale podział ten uskuteczniony jest przez ludzi, którzy choćby byli najlepszymi i najinteligentniejszymi, zawsze jednak pozostaną ludźmi z odrębnemi upodobaniami i namiętnościami. A tem samem znowu istnieje przyczyna do pomyłek i niezadowolenia.
Zauważ dalej, że niemożebność zebrania owoców pracy, dla pozostawienia jej dzieciom, siłę czynu jednostki ograniczyć musi. Stąd panuje w tem państwie wielka apatja, bo, choć niema tu uciskających i uciskanych, brak jednak potężnej walki o pierwszeństwo, a najpiękniejsze i najszlachetniejsze siły marnieją, bo odmówioną jest im praca.
Wczoraj, podczas gdy ty spałaś, zawiązałem rozmowę z jedną z głów miasta Turazji, ale zamiast mądrego dyplomaty, znalazłem w nim wielkiego poetę.
Bardzo był rozentuzjazmowany tym nowym eksperymentem i powiedział mi, iż rzeczpospolita socjalistyczna ma wielką przed sobą przyszłość; a przeznaczenie jej takie, aby wkrótce wchłonęła w siebie wszystkie planetarne stany społeczne.
Zaś na mój wyrzut, że odtrącili Boga i rodzinę, ową świątynię, poświęconą wierze i nadziei i owe gniazdo, poświęcone miłości, odpowiedział mi, z politowaniem kiwając głową, natchnionym głosem apostoła i proroka:
— Tak, to prawda, zmogliśmy Boga, bo jest kłamstwem. Pokonaliśmy samolubną, zwierzęcą rodzinę, ale rozszerzyliśmy pojęcie o tej rodzinie, rozciągnęliśmy bardzo jej granice. Tutaj wszyscy ludzie są braćmi, a młodzi są synami starców. Pokrewieństwo istnieje nietylko krwi, ale umysłu, serca, wszystkich nerwów, które drżą w naturze ludzkiej z bólu lub radości. Radość jednego, jest radością wszystkich; ból jednego — bólem wszystkich.
Jednostka, którą wy, z innych planet zrobiliście Bogiem, u nas jest tylko molekułą, społecznym atomem, członkiem wielkiego ustroju państwowego. Czujemy potrzebę, nietylko wielkiej wolności, ale i wielkiego dobrobytu, bo państwo za nas myśli i każdemu przyznaje to, co mu się należy. Myśmy tu po prostu naśladowali naturę w jej tworzeniu świata roślinnego i zwierzęcego.
Czy uskarża się ramię, lub palec, albo nasze wnętrzności na tę wielką pracę, jaka im w życiu przypada w udziale? Z pewnością nie. Każdy z naszych organów pracuje dla siebie i dla innych, i żyje jednocześnie własnem i wspólnem życiem.
Wy, fanatyczni indywidualizatorzy, idźcie tak wysoko, jak wam się podoba; zostańcie potężnymi i bogatymi, ale niemniej pozostaniecie zawsze Jednością, kiedy ja tymczasem czuję w sobie życie wszystkich 30,000 braci, stanowiących dziś Rzeczpospolitą Turazję; poczucie mojego Ja dlatego jest tak wielkie, jak wszystkich moich współziomków razem wziętych“.
Wiele jeszcze innych pięknych rzeczy powiedział mi ów socjalista, ale nie miałem odwagi rzucić mu w twarz jednego z zarzutów, jakie miałem, na języku.
Zadowolniłem się uściśnieniem mu dłoni jakkolwiek o tym rządzie myślę inaczej. Każdy zapał, każda silna wiara jest zawsze fenomenem myśli, który zadziwia, a uszczęśliwia tych, którzy się czują zdolni do tego.
Z Turazji udali się nasi pielgrzymi do środka wyspy i dotarli do Logopolis — „Miasta słowa“, utworzonego na wzór istniejących niegdyś parlamentarnych ciał państwowych.
Tutaj znaleźli niewiele nowego i interesującego. Logopolis to zupełne naśladownictwo starożytnej Anglji, gdy była jeszcze niezależnem, będącem pod rządem parlamentarnym państwem. Różnica jest ta jedyna, że król nie jest dziedziczny, lecz obieralny.
Co lat piąć odbywają się tu posiedzenia izby i senatu, ażeby oddać swoje wota na wybór króla.
Głową tego państwa jest wszakże tylko słomiany król, który podpisuje jedynie postanowienia, a któremu odjęto nawet prawo ułaskawiania.
Ma hojne roczne utrzymanie i ubiera się z całym majestatem i przepychem, odpowiednim jego wysokiemu stanowisku.
Pozatem są tu: ministrowie, posłowie, senatorowie, jak w starożytnych państwach ministerjalnych. Istnieją też same intrygi, to samo zepsucie, te same używane są środki, ażeby zostać członkiem tej lub owej izby, ponieważ w Logopolis nawet senatorowie są obieralni.
Reprezentacja narodu jednak pojęta jest cokolwiek poważniej, gdyż wobec każdego ważnego rozkazu, wobec każdej politycznej czynności, mającej donioślejsze znaczenie, wybrani Kolegjum mają prawo zebrać nadzwyczajne posiedzenie i reprezentantowi złożyć votum nieufności. Ten przestaje być od tej chwili członkiem parlamentu lub gabinetu i przez nowe wybory musi być zastąpiony.
Przez takie i tym podobne, niemające znaczenia innowacje, poprawiono w Logopolis starą parlamentarną państwową formę, ale zawsze pozostały jeszcze dwa najważniejsze braki.
Po pierwsze, prawa wydawane są przez komisję, składającą się ze zbyt wielu członków i mogą być przy każdym dowolnym wypadku zmieniane.
Po drugie, stosownie do humoru wyborców, zmieniani mogą być ci, którzy prawa nadają i ster państwa trzymają w ręku.
Przyjaciele nasi zwiedzili tylko główniejsze miasta „Wyspy Doświadczalnej“.
Poza „Miastem Równości“, Tyrannopolisem, Turazją i Logopolisem istnieją jeszcze inne prowincje, rozmaicie rządzone. Jeżeli stu ludzi razem wymyśli nową społeczną utopję, albo wznowi od wieków już pogrzebaną, mogą być pewni, iż znajdą na Cejlonie mniejszy lub większy okręg dość zamieszkany, ażeby założyć tam Republikę lub Teokrację.
I w ten sposób robią się coraz to nowe próby: w ten sposób tworzą się i powstają miasta, nowe i dziwaczne organizacje, które później służą politykom Zjednoczonych Planetarnych Stanów za temat do rozpraw lub szkołę.
Paweł i Marja dowiedzieli się, że Cejlon, oprócz tych, które zwiedzili, posiada jeszcze następujące państwa:
Polugamję, małe państewko pod nawpół despotycznym rządem, gdzie każdy mężczyzna ma kilka żon.
Polyandrję, gdzie każda kobieta ma kilku mężów.
Zenobję, olbrzymie kapłańskie miasto, z którego kobiety są wyrugowane, a mężczyźni żyją życiem ascetów.
Monachiję, małe miasteczko, zaludnione zakonnicami, oddanemi kultowi Safony.

Peruwję, państwo komunistyczne, gdzie naśladowaną jest stara forma rządu monarchji Inkasów i gdzie własność, należąca zupełnie do państwa, może być każdemu według żądania wypożyczona.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paolo Mantegazza i tłumacza: Melania Łaganowska.