Rob-Roy/Rozdział XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Walter Scott
Tytuł Rob-Roy
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1875
Drukarz Drukarnia Emila Skiwskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Michał Grubecki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ  XVIII.
Jak mgła nikną z każdéj strony
Łąki, pola, — wsie i grody;
Leci rumak rozogniony
Wprost przez lasy, wpław przez wody.
„Ha drżysz? — Księżyc świéci blado —
O! umarli prędko jadą;
Czy strach umarłych tobie?“
Burgher-Leonora przekł. Odyńca.

Zwykle wśród zewsząd przyciskających nas nieszczęść różnego rodzaju, i z różnych przyczyn pochodzących, tę przynajmniéj odnosimy korzyść, że sprzeczne wrażenia rozrywają nasz umysł, i niedozwalają upadać pod ciężarem smutku. Rozłączenie z miss Vernon możeby mi jeszcze boleśniejsze było, lecz niebezpieczeństwo grożące ojcu, zajęło myśli moje; i przeciwnie, może trudniéj zniósłbym doniesienia otrzymane z Londynu, gdybym nie miał innych odmiennéj natury powodów zmartwienia. Nie byłem ani nieczułym synem, ani zimnym kochankiem; ale uczucie smutku podobnie jak i majątek podupadłego dłużnika mimowolnie dzieli się na tyle części, ile jest przyczyn wzniecających cierpienie. Te i tym podobne dumania zajmowały mój umysł gdym wrócił do siebie; zaraził je nieco, jak uważasz duch kupiecki mimo całego wstrętu, który czułem do handlu.
Odczytałem znowu jak najuważniéj list twego ojca; nie wyrażał szczegółów, lecz odsyłał mię po objaśnienie do Owena; prosił usilnie, abym się z nim jak najprędzéj widział w Glasgowie, dodając, że wiadomość o starym moim przyjacielu powezmę u pp. Mac-Vittie, Mac-Fin i komapanii kupców tego miasta przy Gallowgate. Wspomniał o wielu listach pisanych do mnie, które jak się zdaje zaginęły na poczcie, albo przejęte być musiały i użalał się na milczenie moje w wyrazach, na którebym nie zasłużył, gdyby odezwy moje doszły na miejsce swego przeznaczenia. — Każde odczytanie było dla mnie źródłem coraz nowego podziwienia. — Że duch Rashleigha szedł za mną w ślady, wikłając mnie ciągle w sidła przeszkód trudności, nie mogłem ani na chwilę powątpiewać; a sama myśl o jego niepojętéj władzy z tak haniebną i podłą połączonéj zawziętością, przejmowała mię zgrozą. Lecz niech mi wolno będzie oddać samemu sobie sprawiedliwość, że jakkolwiek rozłączenie z Djaną przeszywało serce moje niewymowną boleścią; jakkolwiek w innym czasie i okolicznościach nie mógłbym go przenieść, ustąpił przecież obawie nieszczęść grożących memu ojcu. — Nie przywiązywałem wprawdzie żadnéj wartości do bogactw, i na wzór innych młodych zapaleńców sądziłem, iż szlachetniéj jest przestawać na małém, jak tracić czas i zdolności na zbieranie dostatków; ale co do ojca mego, czułem dobrze, że bankructwo przyniosłoby mu męki, przy których życie byłoby dlań ciężarem, a śmierć jedyną nadzieją spoczynku.
Szukałem przeto sposobów odwrócenia téj klęski z usilnością, jakiéj własny interes nigdy we mnie nie wzbudził; a wypadkiem głębokich namysłów moich było niezmienne postanowienie opuszczenia następnego dnia Osbaldyston-Hallu i niezwłocznego udania się do Glasgowa. — Osądziłem za przyzwoite uwiadomić stryja o wyjeździe moim tylko listem dziękującym za gościnność; i przeprosić, iż równie ważne jak nagłe zamiary wzbroniły mi osobiście oświadczyć mojéj wdzięczności; — znając bowiem dobroć i szczerą prostotę starego barona, byłem pewny, że tego nie weźmie za uchybienie, gdy tymczasem piekielne podstępy i tajemnicza potęga Rashleigha taką we mnie wzniecały obawę, że nie chciałem mówić głośno o wyjeździe, aby zamiaru przeciwnego jego widokom nie spotkała wcześnie obmyślona przeszkoda.
Ułożyłem więc sobie równo ze świtem puścić się w drogę, i przebyć granicę Szkocyi wprzód, nimby w zamku postrzeżono moją niebytność. — Pozostała tylko jedna trudność mogąca zniweczyć ułożony zamiar, to jest, że nie wiedziałem drogi do Glasgowa; a ponieważ całe powodzenie zależało na pośpiechu, umyśliłem poradzić się Andrzeja Fairseryice, który najskuteczniéj mógł mi dopomódz. W tym więc celu, chociaż już późno, udałem się do mieszkania ogrodnika.
Był to domek czysty i porządny, prawdziwie Northumberlandzki, wymurowany z niezgrabnie ociosanego kamienia. Drzwi i okna dźwigały ciężkie architektoniczne ozdoby. Dach zamiast dachówki pokrywała trzcina. Stara lecz czerstwa grusza przy węgle, z lewéj strony strumyk i kilka grzęd kwiatów od przodu, a od tyłu ogródek warzywny, wygon na jedną krowę, i pólko zasiane różném zbożem, nie na sprzedaż, lecz na potrzebę właściciela, przedstawiały widok owéj szczęśliwéj mierności, którą stara Anglja nawet ku ostatnim krańcom północy obdarza swoich najuboższych mieszkańców.
Gdym się zbliżał do mieszkania mądrego Andrzeja, usłyszałem śpiewanie, którego ton nosowy, przeciągły i uroczysty, kazał mi się domyślać, że właściciel idąc za chwalebnym przodków zwyczajem, zgromadził kilku sąsiadów na wieczorną modlitwę. — Andrzéj nie miał żony, ani dzieci, ani żadnéj w domu kobiety. — Ojciec mój, — rzekł mi jednego razu, — miał tego dość znaczną trzodę, i dlatego właśnie syn jego woli żyć sam jeden. — Lecz niekiedy zbierał słuchaczów z pomiędzy blisko zamieszkałych protestantów i katolików, — aby, — jak mówił, — wyrwać głownię z pożaru, lejąc na nie duchowny potok, na złość ojcu Voghan, ojcu Docharty, Rashleighowi, i całemu katolickiemu światu, który te jego pobożne usiłowania nazywał heretycką kontrabandą. — Rozumiałem przeto, że gorliwi sąsiedzi zeszli się właśnie w téj porze na podobną kapitułę; lecz gdym się lepiéj głosowi przysłuchał, przekonałem się, że jakkolwiek silny, wychodził przecież z piersi jednego tylko Andrzeja; i kiedym go przerwał otworzywszy drzwi domu, ujrzałem pana Fairservice za stołem, walczącego z całą usilnością na jaką się tylko mógł zdobyć, przeciw sążnistym wyrazom teologicznych dysput, które miał przed sobą.
— Szukałem właśnie ratunku przeciw czarom, — rzekł Andrzéj zamykając ogromną księgę in-folio w dziele sławnego doktora Lekki.
Lekki! — zawołałem spoglądając na łokciowy volumin. — A! mój Andrzeju, przyznasz, że autor twój dość niewłaściwe miał nazwisko.
— Właściwe czy niewłaściwe, to pewna, że się tak nazywał, a nie inaczéj. — Oj! to był teolog panie! Nie taki jak dzisiejsi wasi, ale przepraszam pana, żem dotąd siedziéć nie poprosił — tak mię przeszłéj nocy namęczyły te strachy, że nie śmiałem drzwi otworzyć, nie odmówiwszy wieczornéj modlitwy, i właśnie skończyłem dopiero piąty rozdział Nehemiasza; jeżeli to nie pomoże, to już nie wiem co i robić!
— Strachy namęczyły, Andrzeju? Jak to być może?
— Oto tak, że całą noc nie dały mi pokoju, tak mi Boże dopomóż, zaledwom ze skóry nie wyskoczył, chociaż prawdę mówiąc żaden mię nie dotknął.
— No Andrzeju, zapomnij na chwilę o twoich strachach: przyszedłem cię zapytać, czy nie możesz mi wskazać najbliższéj drogi do jednego z miast kraju twego, nazwiskiem Glasgow?
— Drogi do Glasgowa? — czy ja nie wiem drogi do Glasgowa? — a jakżebym wiedzieć nie mógł, będąc rodem z Drepdayly, o mil kilka na zachód od miasta? — Ale proszę pana, pocóż pan znowu chcesz jechać do Glasgowa?
— Mam moje interesa.
— To tak właśnie, jak gdybyś pan powiedział, nie pytaj mię, jeżeli nie chcesz żebym cię zbył kłamstwem. — Do Glasgowa?... rozumie się, że pan nie pożałowałby kilku groszy przewodnikowi?
— Zapłaciłbym chętnie, gdybym go tylko znalazł.
— Wielmożny pan miałbyś wzgląd na czas i trudy?
— Powiadam ci, że nagrodzę sowicie temu, coby mi chciał towarzyszyć, — idzie mi nadewszystko o pośpiech.
— Dziś niedziela, — rzekł Andrzéj podnosząc w górę oczy, — o światowych rzeczach mówić niewolno, — inaczéj zapytałbym pana, coby téż dostał człek pewny, któryby pana doprowadził na miejsce, a w drodze potrafił nazwać każdą wioskę, każdy zamek, i nadto jeszcze opisał cały ród mieszkającego w nim dziedzica, począwszy od dziadów, pradziadów?
— Nie potrzebuję tak wiele: dosyć mi wiedzieć o drodze, za ukazanie któréj zapłacę przewodnikowi wszystko co sprawiedliwie zażądać może.
— Wszystko, a nic, to na jedno wychodzi: a człowiek o którym powiadam, zna każdą ścieżkę, każdą górkę, każdy...
— Mój Andrzeju, ja nie mam czasu; — ale ty sam się ułóż o cenę.
— A! to co innego, otóż kiedy mam powiedzieć prawdę, człek ten, — jest to ja.
— Jak to? więc chcesz porzucić służbę?
— Jużem kiedyś powiedział, że dawno pragnę rozstać się z moim panem, — to jest prawie od chwili jakem doń przystał, — ale co teraz to już niezawodnie porzucam, lepiéj późno jak nigdy.
— Ale cóż będzie z pensyją która ci należy?
— No i cóż robić, — przyjdzie zapewne coś stracić, ale przedałem jabłka i mam jeszcze pieniądze u siebie, chociaż stary baron, a raczéj jego komissarz napierał mię, abym je oddał, jak gdyby to był skarb jaki! — Potem, dano mi cokolwiek na zakupienie nasion. — Potem... słowem, będzie to prawie kwita; a do tego spodziéwam się, że wielmożny pan nagrodzi poczciwemu słudze wszelkie straty, jak tylko w Glasgowie staniemy. Ale kiedyż pan myśli wyjechać?
— Jutro, jak świt!
— To trochę za prędko, gdzież ja dostanę szłapaka?... Poczekajno pan... tak... mam już, mam.
— Więc o piątéj rano Andrzeju, spotkamy się przy końcu wysadzanéj ulicy.
— Niech się pan nie turbuje, nie zrobię zawodu, a nawet jeśli pan chcesz posłuchać mojéj rady, jedźmy dwoma godzinami wprzódy, znam drogę doskonale, trafię we dnie czy w nocy, choćby mi oczy zawiązano.
Przystałem chętnie na radę Andrzeja, i już ułożyliśmy, wyjechać o trzeciéj, gdy przyszły mój towarzysz znalazł jeszcze jedną trudność.
— Ale te strachy, — zawołał; — te przeklęte strachy! gdyby się im podobało zastąpić nam drogę o tak rannéj porze? — Nie radbym spotkać się z niemi dwa razy w ciągu jednego dnia.
— Nie lękaj się Andrzeju gości tamtego świata; jest i na tym dość szatanów, którzy potrafią ci tyle sztuk wypłatać, jakby mieli na usługi całą straż przyboczną Lucypera.
Domówiwszy tych słów, które mi własne położenie natchnęło, opuściłem mieszkanie Andrzeja, i wróciłem do zamku.
W oka mgnieniu zrobiłem potrzebne przygotowania do drogi, nabiłem pistolety, i rzuciłem się na łóżko, chcąc parę godzin wypocząć przed długą i przykrą podróżą. Zmordowany niespodzianém i bolesném wzruszeniem, jakiego w tym dniu doznałem, wpadłem nad moje oczekiwanie w głęboki sen, z którego się jednak przebudzam, gdy zegar wieżowy uderzył drugą po północy. — Wstałem natychmiast, skrzesałem ogień, i napisałem list do stryja; a zabrawszy potrzebne ruchomości, przesunąłem się po cichu przez ciemne kurytarze, i wszedłem do stajni. — Lubo nie posiadałem tak doskonale sztuki masztalerskiéj jak krewni moi, nauczyłem się jednak w Osbaldyston-Hallu jak siodłać konia; — w kilka minut już byłem gotowy do podróży.
Wjeżdżając w ulicę wysadzoną odwiecznemi lipami, przez które przedzierało się blade i drżące światło księżyca, obróciłem się raz jeszcze, wydając serdeczne i głębokie westchnienie ku murom starego zamku, w którym opuszczałem Djanę Vernon, — podług wszelkiego podobieństwa, na zawsze! — Nie podobna mi było, między długim i nierównym rzędem gotyckich okien (których wystawy jakby duchy jakie bielały przy świetle księżyca), rozeznać okien Djany. — Utraciłem ją, — rzekłem, — wodząc tu i owdzie wzrok niepewny po starożytnym gmachu; — utraciłem na zawsze, wprzód jeszcze nim opuściłem miejsce jéj pobytu! Jakąż więc miéć mogę nadzieję spotkania jéj kiedykolwiek, gdy znaczna odległość przedzielać nas będzie?
Gdym wyrzekł te słowa, stałem nieporuszony w głębokiem zamyśleniu, żelazny język czasu przemówił trzecią pośród głuchéj nocy, i przypomniał mi umówioną chwilę z mniéj zajmującym panem Andrzejem Fairservice.
Przy końcu ulicy spostrzegłem jezdca ukrytego w cieniu murowanéj bramy; kaszlnąłem kilka razy na znak, że przybywam; lecz dopiero gdym wymówił cicho. — Andrzeju! — odezwał się ogrodnik, — jestem, — jestem panie.
— Jedź więc naprzód, i jeśli być może, nie gadaj, przynajmniéj póki nie miniemy téj wioski.
Andrzéj ruszył naprzód prędszym krokiem jak chciałem; i tak ściśle zachował rozkaz milczenia, że mi nawet nie odpowiedział, kiedym go kilkakrotnie pytał czemu tak śpieszy. — Omijając zwykłą drogę manowcami dobrze znanemi Andrzejowi, wjechaliśmy na równinę okrytą wrzosem, a następnie, między wzgórza dzielące Angliją od Szkocyi znane pod nazwiskiem Middle Marches. Drogę, a raczéj ścieżkę, po któréj jechaliśmy, zapełniały doły i kamienie; mimo to Andrzéj sporym kłusem ubiegał ośm lub dziesięć mil na godzinę. Upór jego dziwił mię i gniewał. Co krok prawie musiałem spuszczać się ze spadzistéj góry, i znowu wdrapywać na inną, mijać przepaście po nad samym brzegiem tak, że jedno podknienie się konia, mogłoby jezdzca o śmierć przyprawić. — Kiedy niekiedy przyświecał nam mdły promyk księżyca; ale najczęściéj osłonieni górami, jechaliśmy śród najgrubszéj ciemności; a wtenczas stuk podków konia Andrzeja, i sypiące się iskry, były jedyną skazowką drogi. — Z razu bieg prędki i ciągła baczność, aby uniknąć przypadku, rozrywały przynajmniéj smutne myśli moje; lecz w krotce zajęła je troskliwość o własne bezpieczeństwo. — Po bezskuteczném na Andrzeja wołaniu, aby cokolwiek wolniéj jechał; gdy ani słuchać, ani odpowiedziéć nie chciał, uniosłem się żywą niecierpliwością, która mi jednak nic nie pomogła. Próbowałem kilka razy dopędzić i nastraszyć harapem upartego przewodnika; lecz czyli, że siedział na lepszym koniu aniżeli ja, czyli że miał jakieś przeczucie nieprzyjaznych moich zamiarów, Andrzéj pośpieszał naprzód, ilekroć się ku memu zbliżałem. Nie mogłem i wolniéj jechać, i mimowolnie musiałem go z oka nie spuszczać; inaczéj, zbłądziłbym niezawodnie pośród téj dzikiéj pustyni, którą przebywaliśmy tak spiesznie. — Naostatek, zapalony najwyższym gniewem, porwałem pistolet, pogroziłem panu Andrzejowi, że jeżeli w téj chwili nie spełni niego rozkazu, poszle za nim kulę, która go na miejscu osadzi. Zdaje się, że te słowa trafiły do jego ucha; głuchego na pierwsze moje nalegania; natychmiast wstrzymał konia, i gdym stanął przy nim, rzekł najzimniéj; — Lecimy jak szaleńcy, a Bóg wie po co.
— A któż cię o to prosił niegodziwcze?
— Rozumiałem, że wielmożnemu panu pilno.
— Jakto? alboż nie słyszałeś, że od godziny krzyczę, abyś wolniéj jechał? Czyś głuchy, czy pijany?
— Nie mam ja tęgiego słuchu... a ten stuk podków o skalistą drogę... w końcu, jeśli mam szczerze powiedzieć, cokolwiek umoczył człek usta na odjezdném; a że nie było nikogo, ktoby do mnie pił, musiałem rad nie rad pić za dwie osoby, — nie chciałem zostawić ani kropli wódki tym papistom; — Wielmożny pan wié, że to jest gorzéj jak za okno wylać.
Wszystko to było podobne do prawdy; a położenie moje nakazywało zachować pokój z przewodnikiem; zaleciłem mu tylko, aby się starał nadal ściśléj wolę moją wykonywać.
Lecz Andrzéj ośmielony łagodnym tonem, jakim doń przemówiłem, podniósł głos swój podług zwyczaju przynajmniéj o oktawę.
— Ani wielmożny pan, ani nikt w świecie mię nie przekona, że jest rozsądném narażać się na chłód nocny, nie ogrzawszy żołądka sporym kieliszkiem wódki zaprawionéj pieprzem lub imbirém. Nikt o tém nie wie lepiéj ode mnie; ileż to razy jeździło się nocną porą przez te góry, utroczywszy po obu stronach siodła baryłkę!
— Czyli jaśniéj mówiąc Andrzeju, jeździłeś, przemycając zakazane towary. Lecz powiedz mi, jakim sposobem pogodzisz nabożeństwo twoje i kradzież publicznego skarbu?
— Są to łupy zdobyte na Egipcyjanach, — odpowiedział Andrzéj, — alboż mało od chwili nieszczęsnego połączenia z Angliją, wyciérpiała biedna Szkocyja od téj chmary celników, którzy jak szarańcza pożerają jéj zapasy?
Słowo po słowie, dowiedziałem się, że pan Andrzéj i przed i po zaczęciu służby w Osbaldyston-Hallu, często przebiegał z kontrabandą te wzgórza; okoliczność ta jakkolwiek obojętna, przekonała mię, że nie mogłem na lepszego natrafić przewodnika.
Jechaliśmy zwolna; uważałem jednak, że chęć pośpiechu nie opuściła jeszcze zupełnie Andrzeja. Spoglądał często poza siebie i wszędzie po drodze nieco gładszéj ruszał naprzód, jakby się lękał pogoni. — Te oznaki bojaźni znikały stopniowo w miarę zbliżani a się ku wierzchołkowi gór wyniosłych i spadzistych, których pasmo zdawało się rozciągać o milę na wschód i tyleż na zachód. — Stare światło poranku zaczynało rozjaśniać widnokrąg, kiedy Andrzéj obróciwszy się raz jeszcze i nie widząc żywéj duszy za sobą, odetchnął wolniéj nieco, począł świstać, a nakoniec śpiewać wesoło ostatnią zwrotkę narodowéj swéj pieśni:

O moja Jenny, jużeśmy u siebie;
Nikt mi już teraz nie odbierze ciebie!

Śpiewając, głaskał kark wyniosły bystrego rumaka, który mu tak dzielnie usłużył. Te pieszczoty zwróciły uwagę moją na konia, i wnet z wielkiém mojém podziwianiem poznałem ulubioną klaczkę Thornkliffa Osbaldystona.
— Co to znaczy Andrzeju? — zawołałem rozgniewany, — to jest klacz pana Thornkliffa.
— Tak, prawda, to była klacz pana Thornkliffa; ale dziś, jest moją.
— Ukradłeś ją hultaju!
— Ukradłem? jeszcze mi nikt kradzieży nie dowiódł; oto tak było, — niech tylko wielmożny pan cierpliwie wysłucha. — Pan Thornkliff pożyczył u mnie dziesięć funtów, jadąc na konne wyścigi do Yorck; a kiedym się o oddanie dopominał, pokazał mi trzy złożone palce i jeszcze kijem pogroził. — Ale teraz jegomość musi zapłacić do ostatniego szeląga, jeżeli zechce się z swoją klaczką zobaczyć. — A nie zapłaci? to nie dostanie ani jednego włoska z jéj ogona. — Znam ja tu pewnego szczwanego lisa, prokuratora z Loughabem. Wstąpię doń po drodze, ułoży on ten interes w oka mgnieniu. — Ukradłeś!... Jeszcze się ten nieurodził, ktoby złapał rękę moją w cudzéj kieszeni. — Wziąłem zastaw, i kwita; — prawda, że wziąłem sam, bez rozkazu sądowniczéj władzy, ale za to koszta prawne zostały w kieszeni.
— Wyciągną ci one z worka dziesięć razy tyle Andrzeju! Alboż nie wiesz, że nie godzi się samemu sobie sprawiedliwość wymierzać?
— Tere fere, tere fere! — Jesteśmy już na Szkockiéj ziemi, a tu znajdziemy Adwokatów, Prokuratorów, Sędziów, którzy za mną silniéj przemówią jak za wszystkiemi Osbaldystonami na świecie. Krewny w trzeciém pokoleniu ciotki mojéj matki, spowinowacony z Burmistrzem w Dumfries nie ścierpi zapewne, aby czyniono krzywdę temu, w którym ta sama krew płynie! Tu prawa są jedne dla wszystkich, nie tak jak w Anglii; gdzie na rozkaz jakiegoś Jobsohna zwiążą panie człeka jak barana, i jeszcze nie powiedzą za co? — Ale obaczysz pan, że wkrótce jeszcze mniéj będzie sprawiedliwości w Narthumberland jak teraz, i dla tego mówiąc między nami, wyniosłem się co prędzéj.
Postępek Andrzeja wiele mi przyniósł zmartwienia; i z boleścią rozważałem, iż dziwne jakieś przeznaczenie złączyło mię po raz drugi z człowiekiem więcéj niż podejrzanym. — Postanowiłem wykupić klacz tę od Andrzeja, jak tylko w Glasgowie staniemy i odesłać krewnemu memu; a tymczasem z pierwszego miasteczka, w którém się zatrzymamy, napisać do stryja i uwiadomić o tém co zaszło. Wiedziałem, iż na próżno chciałbym przekonać mego przewodnika o nieprawości czynu, który zdawał mu się bardzo godziwy; powściągnąwszy zatém gniéw mój, zapytałam co chciał wyrazić przez te słowa, — że wkrótce w Northumberland prawa jeszcze mniéj będą szanowane?
— Oho! — odpowiedział Andrzéj, — nie za długo bagnet będzie tam stanowił prawa; oficerowie Irlandzcy i cała trzoda papistów, których z zagranicy sprowadzono, jakby ich nie dość było w kraju, zaleli wszystkie kąty, a wiadomo dokąd kruki się zlatają, — tam, gdzie czują ściérwo. — Stary baron Hildebrand już ostrzy szabelkę; bodajem jutra nie doczekał, jeżeli nie prawda: pałaszów, karabinów, pistoletów, pełno wszędzie, — może na żarty? co? — Oj nie panie! te młode Osbaldystony żartować nie umieją; to są szatany; bez urazy Pańskiéj.
Słowa te przywiodły mi na pamięć własne moje podejrzenie, że Jakóbici rzeczywiście knuli jakieś zdradzieckie zamiary; lecz nie chcąc przyjmować na siebie ohydnéj roli szpiegowania słów i czynów stryja, unikałem wszelkiéj sposobności sprawdzania domysłów, które się mimowolnie nasuwały mojéj uwadze. Ale Andrzéj wolny od podobnéj delikatności, mówił głośno, co myślał; a myślał nie bez zasady, że tajemne spiski dojrzewają, i że ostrożność doradzała mu opuścić dom Barona.
— Wszyscy służący, — dodał, — wszyscy dzierżawcy i chłopi umieją robić bronią jak żołnierze. Chcieli oni i mnie zawerbować, ale Andrzéj nie głupi! — potrafi on szablą machać jak i drugi, lecz nie w sprawie wszetecznicy Babilońskiéj czy tam Angielskiéj, bo to wszystko jedno.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Walter Scott i tłumacza: Michał Grubecki.