Rob-Roy/Rozdział XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Walter Scott
Tytuł Rob-Roy
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1875
Drukarz Drukarnia Emila Skiwskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Michał Grubecki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ  XIX.
Widzisz ten pomnik?... bez szczytu niestety!
Zwalczony czasem... jednak czcią przenika:
Tu się roznieca wielka myśl poety,
Kochanków płomień, zapał wojownika.
Langhorn.

W pierwszém zaraz mieście Szkockiém Lugmaben, gdzie zatrzymaliśmy się, przewodnik mój poszedł do swego przyjaciela prokuratora po radę, jakim sposobem zająć w prawne posiadanie własność Thornkliffa, któréj nabył polityczną kradzieżą, dość w owym czasie pospolitą, a zwłaszcza nad granicą. Nie mogłem wstrzymać śmiéchu, widząc smutną minę, z jaką do gospody wracał. Zdaje się, iż Andrzéj nic nie zataił zaufanemu przyjacielowi; a w nagrodę otwartości, dowiedział się z wielkiém zadziwieniem, że pan Tuthope został niedawno pisarzem sądów pokoju, i przez sumienie ma obowiązek donoszenia sędziemu o podobnych sprawkach jak ta, któréj się dopuścił kochany jego przyjaciel pan Andrzéj Fairservice. Przebiegły członek policyi uznał za potrzebę wziąść konia pod straż, i umieścić na koszt strony w stajni Burmistrza Trumbull, licząc po dwadzieścia szyllingów (szkockich) per diem, do ostatecznego rozstrzygnienia sporu, do kogo wyż wymieniony koń ma należeć. Zaczął nawet przebąkiwać, że zachowując ściśle obowiązki swego urzędu, powinienby przytrzymać i samego kochanego przyjaciela pana Andrzeja; ale na usilne prośby, nie tylko mu dozwolił odejść spokojnie, lecz nadto darował chromą i dychawiczną szkapę, aby miał przecież na czém dalszą odbyć drogę. — Prawda, że za ten czyn wspaniały wymógł na biednym Andrzeju zupełne i prawne odstąpienie tak kapitału jako i procentów umieszczonych na dziarskiéj klaczy pana Thornkliffa Osbaldystona; lecz odstąpienie to, jak dowodził pan Tuthope, było nader małéj wagi; ponieważ kochany jego przyjaciel po długim sporze, zamiast klaczy, w końcu wygrałby może uzdeczkę i biczyk.
Trzeba było widzieć smutną i pocieszną razem minę Andrzeja, gdym wyciągał z jego ust po słówku wszystkie te szczegóły. Narodowa pycha jego cierpiała niewypowiedzianie, gdy wyznać musiał, że prawnicy są prawnikami po obu stronach Tweedy, i że pan pisarz Tuthope jest ulany na tą samą formę, co i pan pisarz Jobsohn.
— Gdyby mi się to w Anglii trafiło, nie smuciłbym się tracąc com zdobył, jak on sam powiada, z narażeniem karku; ale widziałże kto, aby sokół szarpał sokoła, albo uczciwy Szkot łupił niemiłosiernie swojego ziomka? Jak uważam, wszystko w tym kraju przewróciło się do góry nogami, a to od chwili owego przeklętego połączenia. Była to epoka, do któréj Andrzéj odnosił każdy dowód zepsucia, jaki w krajowcach odkrywał podczas podróży; a szczególniéj zdzierstwa po karczmach, zmniejszenie miar napoju, i tym podobne oszustwa.
Widząc, że nie mogę już odkupić i odesłać klaczy Thornkliffa, doniosłem tylko jego ojcu, jakim sposobem zabłądziła do Szkocyi, i że jest w ręku sprawiedliwości, a raczéj godnych jéj stróżów, burmistrza Trumbulla i pisarza Tuthopa. Czy zaś wróciła do stajni northumberlandzkiego szczwacza, lub dźwigała do śmierci prawnika szkockiego? pytanie to, jako nie mające żadnego związku z historyją moją, zostawiam bez odpowiedzi.
Z Lughmaben udaliśmy się ku północno-zachodniéj stronie, ale daleko wolniéj, jak podczas nocnéj z Anglii ucieczki. Przebywszy liczne pasma gołych i smutnych wzgórków, wjechaliśmy nakoniec na żyzniejszą dolinę Klajdy, i wkrótce stanęliśmy u bram miasta Glasgowa, które przewodnik mój co do wielkości i bogactw porównywał ze stolicą. — W rzeczy saméj miasto to w kilkąnaście lat późniéj, mogło sprawiedliwie zasłużyć na to chlubne porównanie. Ożywiony i coraz wzrastający handel z Indyjami wschodniemi i osadami Ameryki, był dlań źródłem zamożności, i wyniesie je zapewne z czasem do rzędu najznaczniejszych miast Wielkiéj Brytanii; lecz naówczas jutrzenka nawet téj świetnéj nadziei jeszcze dla Glasgowa nie zabłysła. Wprawdzie po ogłoszeniu połączenia dwóch królestw, osady angielskie otwarto handlowi Szkocyi; ale brak kapitałów, i narodowa Anglików zawiść, nie dozwalały kupcom szkockim korzystać z wielu dobrodziejstw, jakie im zapewniała pamiętna uchwała połączenia. Położenie miasta na zachodniéj stronie wyspy, wyłączało je od handlu ze stałym lądem, który jakkolwiek mało znaczący, był podówczas jedynym Szkocyi zasiłkiem. Mimo to, jako punkt środkowy zachodniéj części kraju, Glasgow niepoślednie między Szkocyi miastami zajmował miejsce.
Górzyste północne okolice, dostarczały mu obficie trzód dzikich, karłowatych, i długą sierścią pokrytych wołów, które poganiał równie dziki, równie włosem zarosły, a często równie karłowaty góral. Jeżeli cudzoziemcy ciekawém spoglądali okiem na dziwny jego ubiór, i zadumieni przysłuchiwali się twardéj i niezrozumiałéj mowie; góral, uzbrojony muszkietem, pistoletami, szablą, puginałem i tarczą (wtenczas nawet kiedy się zajmował spokojnym handlem), więcéj jeszcze zdumiony, zapatrywał się na przedmioty zbytku, o których użyciu nie wiedział; a chciwe i nieco zatrważające, rzucał spojrzenia na te, które znał i cenić umiał. — Nigdy mieszkaniec gór chętnie swych pustyń nie opuszcza; a w owym czasie, łatwiéj było stuletnią sosnę ze skalistéj góry przenieść na dolinę, jak górala w obcym osadzić kraju. Atoli za pomnożeniem ludności (orężem i głodem często przerzadzanéj), mieszkańcy ci musieli niekiedy opuszczać niedostępne swoje skały, zajmować stopniowo coraz bliższe miasta równiny, i tam oddawać się zatrudnieniom odmiennym wprawdzie, lecz korzystniejszym od tych, któremi się dawniéj zajmowali. Sąsiedztwo tylu rąk silnych i pracowitych, korzystny miastu podało sposób pomnożania nielicznych rękodzielni, i położyło fundamenta przyszłéj jego wielkości. Widok jaki przedstawiało to miasto, odpowiadał tym przyjaznym okolicznościom.
Główną ulicę szeroką i piękną zdobiły publiczne gmachy, odznaczające się raczéj szczególnością, aniżeli czystym smakiem budownictwa. Dwa rzędy wysokich ciosowych i bogato w architektoniczne ozdoby przystrojonych domów, nadawały téj ulicy wspaniały widok, jakiem miasta angielskie, po większéj części złożone z nędznych ceglanych lepianek, poszczycić się nie mogą.
Do téj stolicy zachódniéj Szkocyi, przybyliśmy w niedzielę rano. Odgłos dzwonów po wszystkich wieżach, tłumy cisnącego się do kościołów ludu, zapowiadały uroczystość dnia. Wjechaliśmy do zajezdnego domu, którego opasła gospodyni mile nas przyjęła.
Pierwszą moją myślą było szukać jak najprędzéj Owena; ale mi powiedziano, że go nie znajdę przed ukończeniem nabożeństwa. I gospodyni i Andrzéj, zgodnie zapewniali mię, — że żywéj duszy nie zastanę w domu pp. Mac Vittie, Mac Fin i komp. — do których mi list ojca twego Trestiamie udać się zalecał; — że wszyscy są tam, gdzie każdy uczciwy chrześcijanin być powinien, to jest w kościele Baronii.
Andrzéj Fairservice, który świeżéj niechęci ku prawnikom ojczyzny nie rozciągał jeszcze do innych stanów, wielkie oddawał pochwały kaznodziei, który tego dnia właśnie miał kazanie; a gdy gospodyni ciągle potakiwała tym pochwałom; postanowiłem iść do kościoła, lecz wyznam, nie tak dla duchownego obroku, jako raczéj w nadziei powzięcia wiadomości o Owenie. Nadzieję tę ożywiało we mnie zaręczenie gospodyni; — że jeżeli tylko pan Ephraim Mac Vittie, zacny człowiek! nie rozstał się jeszcze z tym światem, nie omylnie zaszczyci dzisiaj przytomnością swoją kościół Baronii, a jeżeli ma gości u siebie, to i ci zapewne towarzyszyć mu będą. — Nie tracąc więc czasu, poszedłem z wiernym Andrzejem do owego kościoła.
Tą razą jednak mógłbym się był obejść bez przewodnika; tłum bowiem ludu, tłoczącego się przez ciasną nienajlepiéj brukowaną uliczkę, na kazanie najsławniejszego mówcy zachodniéj Szkocyi, wniósłby mię mimowolnie do samego kościoła. — Gdyśmy stanęli na wierzchołku pagórka, na którym jest zbudowany; zwróciliśmy się na lewo, i przez otwarte podwoje, weszliśmy na obszerny cmentarz, otaczający na około katedrę Glasgowa. — Gmach ten zajmuje swym ponurym ogromem, równie jak wytwornością gotyckiéj architektury; ale szczególna jakaś i uroczysta powaga, tak właściwie celowi budowy odpowiadająca, na przychodniu raz pierwszy ją zwiedzającym, niepojęte czyni wrażenie. — Co do mnie, takiém podziwieniem byłem przejęty, że przez kilka minut, mimo wszelkich usiłowań, Andrzéj nie mógł mnie wprowadzić do wnętrza téj katedry.
Chociaż pośród dość wielkiego i ludnego miasta, gmach ich przecież zdaje się, że leży w samotnéj pustyni. Wysokie mury oddzielają go z jednéj strony od pobliskich zabudowań; z drugiéj ciągnie się głęboki parów, na którego dnie niedostrzeżony okiem strumień, szumem swym dodaje nowego wdzięku temu czarującemu obrazowi; a wyniosłe i posępne jodły okrywające przeciwny brzég parowu, rzucają cień przyjazny na spokojne zmarłych mieszkanie. Sam nawet cmentarz, lubo dość obszerny, ledwie jednak obejmujący nieprzeliczone grobowce, szczególny i zajmujący przedstawia widok; wzgląd na oszczędzenie miejsca sprawił, iż nie ma na nim ani murawy, ani krzewin, zdobiących zwykle te miejsca, w których zły szkodzić, a sprawiedliwy cierpieć przestaje: Kamienie grobowe tak blisko siebie złożone, że prawie żadnego między niemi nie widać przedziału; i lubo nad cmentarzem wznosi się tylko niebios sklepienie, spód zupełnie jest podobny do kamiennéj, okrytéj napisami posadzki dawnych angielskich kościołów. Osnowa tych smutnych pomników śmierci, oznaczających żal niewczesny, i dających wymowne świadectwo o nicości ludzkich zamiarów; — rozległość przestrzeni, które zajmują; — smutna jednostajność w samym ich kształcie, — wszystko to przypomniało mi księgę proroka, wewnątrz i zwierchu najściśléj zapisaną, a w któréj czytamy tylko — żal, rozpacz narzekanie!
Poważna okazałość świątyni odpowiada zupełnie otaczającym ją przedmiotom. Jeżeli na pierwszy rzut oka, wydaje się zbyt ogromną ciężką; pewna jest, że nie sprawiłaby na widzu tak mocnego wrażenia, gdyby miała rysy delikatniejsze i więcéj nosiła powierzchownych ozdób. Jest to jedyny katedralny kościół Szkocyi (wyjąwszy katedrę w Kirkwall na wyspach Orkadzkich), który uniknął burz reformy. Andrzéj uniesiony narodową pychą, uważając moje zadziwienie, tak opowiedział mi szczegóły ocalenia téj wspaniałéj budowy.
— Nie prawda, że piękny? — a przecież nie ma na nim tych cacek, jakiemi wasze zdobicie kościoły. Mocna i gruntowna budowa! — wyjąwszy proch i bezbożną rękę, żadna siła jéj nie obali do skończenia świata; już jéj groziło zniszczenie, kiedy reformowani zburzyli kościół w Perth, i S. Andrzeja! aby zniszczyć od razu wszystko, co tylko trąciło papizmem, czcią obrazów, i bałwochwalstwem. Zgromadzeni mieszkańcy Renfrew, Gorbals i okolic, już mieli rozpocząć dzieło zniszczenia katedry; ale Glasgowianie pomyślawszy, że tylu lekarzy może chorego zabić, — pośpieszyli na pomoc. Szczęściem, szanowny Jakób Rabat, naówczas przezydent magistratu jako budowniczy, postanowił ocalić kościół, — kazał uderzyć w dzwony, zebrał i uzbroił mieszczan, na ich czele oświadczył oblegającym, że sam bez ich pomocy zburzyć potrafi wszelkie ślady papizmu, — ruszył naprzód, i rozpędził gromadną hałastrę. Może je pan rozumiesz, że to uczynił przez miłość papizmu? — O nie! — nie tak u nas grano! — żaden święty nie został w framudze, żaden obraz na ścianie, złożono to wszystko na wielki stós, i puszczono z dymem na cztery strony świata; a kościół stanął uradowany jak kot, który szyję wyciąga i grzbiet podnosi, kiedy się pcheł pozbędzie. Mądrzy ludzie powiadają, że tak należało zrobić i w całéj Szkocyi, mielibyśmy więcéj, co się nazywa kościołów, a teraz — Boże odpuść grzechy, większa część Przybytków Pańskich, nie warta psiarni w Osbaldyston-Hallu!
Kończąc te słowa, Andrzéj wszedł do kościoła i ja za nim.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Walter Scott i tłumacza: Michał Grubecki.