Pustkowie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wiktor Gomulicki
Tytuł Pustkowie
Pochodzenie Poezje Wiktora Gomulickiego,
cykl Z księgi przyrody
Wydawca Księgarnia A. Gruszeckiego
Data wydania 1866
Druk Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały cykl
Pobierz jako: Pobierz Cały cykl jako ePub Pobierz Cały cykl jako PDF Pobierz Cały cykl jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
PUSTKOWIE.


Ani drzewa, na którem wiatr wygrywać umie,
Ani zdroju, co skargę w cichym kryje szumie,
Ani gwiazdy, patrzącej z poza krzewów sieci,
Ani ptaka, oo z pieśnią do kochanki leci,
Ani słońca umarłych za krepą obłoku
Nie dojrzysz tu, w półświetle jesiennego zmroku.

Ciemna, pusta równina. Gdzieniegdzie na ziemi
Głaz się bieli, chwastami zarosły dzikiemi;
Gdzieniegdzie przebiegają myszy rudowłose,
Lub wilgotna ropucha czołga się na rosę;
Gdzieniegdzie, do nocnego podobna włóczęgi,
Pełznie żmija, w brunatne malowana pręgi,
A wśród zielska, jej oko tak połyska krwawe,
Jak pierścionek z rubinem upuszczony w trawę.
Na środku, czarną masą wyrosły z poziomu,
Jak garb, sterczy w ciemnościach dom — raczej: trup domu.

Straszna jest wrzawa bitwy, na którą się składa:
Ryk armat, potężniejszy, niż ryk lwiego stada,
Trąb grobowe mruczenie, wrzask pijany ludzi,
Którym w piersiach szakalów drapieżność się budzi,

Rannych jęk, krzyk zwycięzców, i w krwawej kałuży
Konających chrapanie. Strasznym jest zgiełk burzy,
Kiedy przy deszczu świateł i gromów ulewie,
Druzgocze puszcz olbrzymy: dęby i modrzewie,
Kiedy ze skał wierzchołka gniazda orłów zrzuca,
I wyje, jakby miała psie lub wilcze płuca!
Kiedy ogniem wypala swej drogi koleje,
Oczerwienia się szalem, łzy wściekłości leje,
Niebu grozi, tytanów uniesiona pychą,
A chwilami bezsilna, mruczy i łka cicho...
O tak! straszna jest burza, konwulsja żywiołów,
Ze sforą głodnych wichrów idąca na połów!
W czarną ziemie gdy sieje ludzi białe kości,
O tak! straszną jest wojna, konwulsja ludzkości!
A jednak, nad te siły, których grozę zmniejsza
Nadzieja, złote bóstwo — stokroć jest straszniejsza,
I stokroć więcej złego wyrządza na ziemi
Cisza, — upiór z ustami wiecznie zamkniętemi!

Ciszą jest przypływ morza, gdy topi milczące
Setki ludzi i siedzib rybackich tysiące;
Ciszą jest ludzi-kretów fałszywa oświata,
Gdy miny zakopuje pod budynek świata;
Ciszą zbrodnia, nim chwyci żelazo zabójcze,
Ciszą rozpacz, nim przejdzie w myśli samobójcze,

Ciszą grób.
Dom ten w mroku, na pustej równinie,
Cichy jest.
Z piersi domu na zewnątrz nie płynie
Krzątających się ludzi szmer, tak sercu drogi;
Bez świateł jego okna i bez gwaru progi;
Wróbli sennym świergotem nie przemawia strzecha,
Nikt nie śmieje się, pieśnią nikt nie budzi echa,
Nie słychać szeptu starców, ani krzyku dzieci;
Ściany milczą, dach krokwi rusztowaniem świeci;
Drzwi wybite, podobne wykłutemu oku,
Patrzą czarnym otworem w nieskończoność mroku,
A z okien, na powietrzu rysujący koła,
Wylatuje nietoperz...
Ach! pióro nie zdoła
Odtworzyć tej zepsutej grobu atmosfery,
Jaka wisi w tych miejscach; słowa ciasne sfery
Nie pomieszczą wielkiego boleści ogromu,
Co, jak mgła z trzęsawiska, wstaje z tego domu
I kamieniem tęsknoty na serce opada.
Pióro ciemno rysuje, a słów barwa blada!

Chyba dźwięk, idealny tłómacz wyobraźni,
Co uciech obietnicą jak syrena drzaźni,
I różami zakrywa ziemskiej drogi ciernie —
Chyba dźwięk, nerwów władca, potrafiłby wiernie
Ciałem sztuki przyoblec tę marę boleści —
Lecz musiałby wprzód zabić każdy ton, co pieści,

Każdy akord, co słodkim przemawia urokiem,
I jak mniszka welonem, zasłonić się mrokiem;
Lecz musiałby wziąć w siebie wszystkie smutku głosy:
Szmer, którym na mogiłach płaczą suche wrzosy,
Głos dzwonu, co za zmarłych modli się wieczorem,
Jęk wichru, łkającego w lochach pod klasztorem,
Nutę psalmów pokutnych, rzewne łzy sieroty,
Szept więźnia, co do murów przemawia z tęsknoty,
Cyprysów szum, puszcz wielkich ponure pacierze,
Płacz dziecka, które anioł z kolan matki bierze,
I wreszcie ten chór jęków, jakim w nocnej ciszy

Ziemia mówi do Boga...

Duch mój słyszy, słyszy
Tę olbrzymią melodję, co do światów Pana
Płynie, laski prosząca i łzami zalana —
Słyszy ją, lecz powtórzyć napróżno się sili!

O Panie! czyżby dom ten, tak martwy w tej chwili
Nigdy nie znał dni jasnych, śmiechu i wesela?
Czyż zawsze był tak smutny, jak ascety cela?
Czyż zawsze był tak niemy, jak głaz na mogile?
Zaprawdę nic! I on miał szczęścia rajskie chwile,
I na niego blask siała jutrznia złotowłosa,
I nad nim gwiazd lampami płonęły niebiosa —

Bóg dał mu cząstkę siebie, bo wszystko stworzenie
U tego ojca światów w jednakiej jest cenie,
Dopóki nie pobłądzi i nie umrze w Bogu.

O! ileż razy pewnie, na tym niskim progu,
Młoda matka, w promieniach zachodniego słońca,
Z niemowlęciem u piersi stawała marząca,
Kiedy wietrzyk na skrzydłach przynosił jej z pola
Żniwiarki pieśń, żałosną, jak wieśniacza dola;
Kiedy róże w ogródku, rosą operlone,
Pochylały się w słońca gasnącego stronę,
Jakby rade mu były szepnąć: do widzenia;
Kiedy ziemia leżała w szachownicy cienia,
Który zlotem przesiane rzucały topole;
Kiedy zwolna wypływał nad ogród i pole
Księżyc, a przy nim mała, niby giermek, gwiazda
Zapalała skrę srebrną; kiedy ptak do gniazda,
Dzień do morza, a pasterz. wracał do rodziny;
Kiedy na białej ścieszce zjawiał się jedyny,
Razem mąż i kochanek, i twarz uznojoną
Uśmiechem opromieniał, witając się z żoną,
Która mu koralowe nadstawiała usta...
O! ileż razy pewnie przestrzeń ta, dziś pusta,
Napełniała się ptaków i dzieci szczebiotem;
Ileż razy ją słońce obrzucało zlotem,
Poranek mgłą, a rosa perłami drogiemi;
Ileż razy, z tej płodnej, dziś półmartwej ziemi,

Wyrastał kwiat czarowny, co przez długie chwile
Pięknością swą przywabiał pszczoły i motyle,
Ileż razy w tem miejscu dwoiła się w echu
Nuta cichych pacierzy i głośnego śmiechu!..

Wówczas dom ten, zakryty lip kwitnących wiankiem,
Człowieka i natury czułym był kochankiem,
I świętych obrazami stroił izby swojej
Wówczas po jego ścianach pięły się powoje,
A gołębie miłośnie gruchały na dachu;
Wówczas cały się kapał w rezedy zapachu
I cały się rumienił w lunach letniej zorzy;
Blasku pełny był wówczas, anielski i boży —
A dziś...

Spytaj pasterza: czemu, gdy zdaleka
Przyjdzie tu ze swoim stadem, czemprędzej ucieka,
Jakby mu w oknach pustki szkielet mignął z kosą?
Spytaj Wiochny, dziewczęcia z główką złotowłosą,
Czemu, kiedy znęcona fijołków zapachem,
Aż tu po nic zabłądzi, cofa się z przestrachem,
A twarz jej tak się mieni i serce tak bije,
Jakby na jadowitą nastąpiła żmiję?
Spytaj swego woźnicy, czemu, pełen trwogi,
Żegnając się, z pośpiechem mija dom złowrogi,

I słowami modlitwy nieszczęście odgania?
Spytaj! — Z tajemniczego ich opowiadania
Dowiesz się, że w tym domu, co mrokiem nakryty,
Ziemi świętą pierś kala, jak grzyb jadowity,
Gnieżdżą się wiedźmy z lasu, upiory z cmentarza —
Wszystko, eo noc natury z ducha nocą stwarza!

*

O muzo! gdy ten obraz kreśliłaś przedemuą,
Ból z mej piersi w westchnieniu wybiegał głębokiem
I dusza chmurą smutku zachodziła ciemną...
Bo myślałem w burzliwej uczucia rozterce
Głębie ducha badawczem rozwidniając okiem,
Że ten pusty dom — puste wyobraża serce!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wiktor Gomulicki.