Pułkownik Marcin hr. Tarnowski

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Radzimiński
Tytuł Pułkownik Marcin hr. Tarnowski
Data wydania 1917
Wydawnictwo Redakcja Kurjera Lwowskiego
Druk Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Z. L. RADZIMINSKI.
Pułkownik Marcin hr. Tarnowski
Kościuszkowski i Napoleoński żołnierz.
W SETNĄ ROCZNICĘ ZGONU
TADEUSZA KOŚCIUSZKI.


Przedruk z „Kurjera Lwowskiego“.


LWÓW.
NAKŁADEM REDAKCJI KURJERA LWOWSKIEGO.
Z DRUKARNI POLSKIEJ, UL. CHORĄŻCZYZNY 31.
1917.



Gdym oddawał na Wystawę Kościuszkowską litografię, przedstawiającą ostatnie chwile śp. pułkownika M. Tarnowskiego, towarzysza broni Kościuszki, stanęły mi żywo w pamięci wspomnienia mej młodości, związane z tą iście Bayardowską postacią „sans peur et sans reproche”[1], którą obecnie pragnę wydobyć z zapomnienia, za uprzejmem pośrednictwem gościnnych łam Szanownego „Kurjera Lwowskiego”.[2]
Marcin hr. Tarnowski, syn Jana Amora, kasztelana Konarsko-Łęczyckiego i Tekli z Pankracewic Grabianczanki, podczaszanki Latyczowskiej, urodził się 11. listopada 1778 r. w zamku rodzinnym Kozińskim na Wołyniu, w ówczesnym powiecie Krzemienieckim położonym, od Kozińskich przez Firlejów do Tarnowskich drogą spadku przeszłym. W chwili, gdy kończył swe studja naukowe we Lwowie, rzuca je na odgłos powstania Kościuszki i pospiesza do Warszawy, gdzie się zaciąga w szeregi wojska narodowego i pozostaje w korpusie broniącym stolicy; po powołaniu generała Tomasza Wawrzeckiego na miejsce wziętego do niewoli Kościuszki, na najwyższego Naczelnika i przybyciu Wawrzeckiego do Warszawy, zostaje mianowany jego adiutantem, a wysłany przezeń z rozkazem na Pragę, bierze udział w jej obronie podczas Suworowskiego szturmu.
Po zakończeniu tych bohaterskich walk o niepodległość Ojczyzny i ostatecznym rozbiorze kraju, powraca na Wołyń, gdzie po przeistoczeniu województwa w gubernię Wołyńską i utworzeniu powiatu Dubieńskiego, zostaje powołany w 1799 r. do laski marszałka szlachty tego powiatu którą bierze po Kajetanie Miączyńskim, wybranym w tym roku marszałkiem gubernjalnym Wołyńskim. W końcu r. 1805 żeni się z Zofją hr. Tarnowską, córką Rafała, chorążego Halickiego, generał-majora wojsk koronnych i Urszuli Ustrzyckiej, zmarłą bezdzietnie. W r. 1809 wystawia własnym kosztem 16. pułk ułanów, którego zostaje mianowany dowodzącym pułkownikiem w dniu 20. sierpnia t. r. przez księcia Warszawskiego. Walczy i odbywa na czele jego kampanje w latach 1809, 1812 i 1813. Odznacza się specjalnie w bitwie pod Mirem 9. i 10. lipca 1812 r.; mamy przed sobą raport z niej generała Rożnieckiego do generała dywizji Latour-Maubourg, datowany 14. lipca t. r. w którym między innymi szczegółami znajdujemy: że walkę rozpoczął przed Piasecznem 9. lipca dodnia pierwszy szwadron trzeciego pułku ułanów Radzimińskiego (Aleksandra), szarżując na kozaków, których przewrócił („culbuta”)[3] i wpędził do Mira, za nim przeszedł pułkownik Radzimiński z resztą swego pułku dla podtrzymania swego pierwszego szwadronu, mając do czynienia z pięciu pułkami kozaków, szły mu na pomoc dwa szwadrony pułku 26. i jeden 15. Bój był zażarty, nieprzyjaciel poniósł o wiele większe od nas straty. Nazajutrz rano, zdający raport generał Rożniecki, wyruszył ze swoją dywizją na Mir ku Nieświeżowi, przednie straże spotkały nieprzyjaciela w Siennikowej, widząc przeważające siły, gdyż cały korpus kozaków Płatowa i Iłowajskiego był tu połączony, wraz z dywizją dragonów i huzarów. Nie miałem zamiaru, powiada Rożniecki, stoczenia z nim bitwy, ale on ufny w swoją liczebną przewagę, wypadł ze wszech stron i obsypując armatnimi strzałami wysunięte naprzód oddziały, zajął momentalnie swoją lekką kawalerją całą równinę Siennikowską, którą wzmocniły jeszcze nadbiegłe pułki dragonów i huzarów, i oczywiście walka przybrała jeszcze zaciętsze rozmiary. Trzeci pułk (Radzimińskiego) i szesnasty (Tarnowskiego) sarżowały co najmniej po czterdzieści razy każdy i okryły się chwałą („le troisième et le seizième fournirent an moins quarante charges chacun et se couvrirent de gloire”).[4] Około 9 wieczorem nadeszły rosyjskie rezerwy i uderzyły na nasze lewe skrzydło, ale również pospieszył ze swoją 19 brygadą i półbaterją artylerji generał Tyszkiewicz, który powstrzymał wznowiony zapał nieprzyjaciela. Zostałem, dodaje Rożniecki, panem placu, nieprzyjaciel zostawił nas w pokoju.
Dzień ten, w którym w ciągu sześciu godzin toczyła się najzaciętsza walka, przy olbrzymiej liczebnej przewadze sił nieprzyjaciela, musiał go przekonać o wyższości Napoleońskiego żołnierza. Pułki: dragoński Kijowski i ułański Achtyrski poniosły dotkliwe straty; generał dywizji Pahlen, pułkownicy Adrijanow i Iłowajski zabici, pole bitwy pokryte trupami: Kozaków, Kałmuków, Baszkirów i Tatarów — z naszej strony nie padł nikt z wyższych oficerów – wszystko co się biło podtrzymało honor armji. „Jednem słowem trzy tysiące kawalerji walczyło w ciągu sześciu godzin przeciwko ośmiu tysiącom Kozaków, trzem tysiącom regularnej kawalerji, dwóm pułkom pieszych strzelców i trzydziestu armatom”. Z oficerów, którzy się w tym boju odznaczyli, poleca Rożniecki łasce cesarskiej: generała Turnę, pułkowników Radzimińskiego i Tarnowskiego, dowódców szwadronów Dwernickiego i Descour’a, kapitanów Szymańskiego, Bardzskiego i Gliceskiego, oraz adjutantów generała Turny: kapitana Turnę i porucznika Linka. Za odznaczenie się w tej i innych bitwach w kampanji rosyjskiej, pułkownik Tarnowski zostaje mianowany kawalerem Legji honorowej, rozkazem dziennym Napoleona, datowanym w Moskwie 11. października 1812 r. Również za te walki, jak i w roku następnym w Niemczech, otrzymuje krzyż polski kawalerski Zasługi wojskowej, zaś od Murata, króla Neapolitańskiego, naczelnika całej jazdy, order wojskowy Obojga Sycylji „del Real Ordine”. W tych wojnach dwukrotnie był ranny. Przy kapitulacji Drezna dostał się do niewoli i jako jeniec wojenny był trzymany przez pół roku w Presburgu. W reorganizacji wojska polskiego rozkazem dziennym 20. stycznia 1815 r. pułkownik Tarnowski otrzymuje dowództwo 3. pułku strzelców konnych, lecz już 9. grudnia t. r. uwalnia się z wojska i rozkazem dziennym otrzymuje dymisję z prawem noszenia munduru. Powraca na Wołyń i zamieszkuje w Bereźcach w powiecie Krzemienieckim, odziedziczonych po bracie Wincentym, marszałku Krzemienieckim, zmarłym bezżennie. Za należenie do spisku Dekabrystów 1825 r. aresztowany i wprost z polowania wywieziony do Petersburga, przez cztery lata tam więziony, badany i do Warszawy do konfrontacji z innymi spiskowcami wożony, na wolność wypuszczony i wkrótce ponownie w grudniu 1830 r. aresztowany i do Kurska wywieziony, przesiedziawszy tam do końca 1831 r., powrócił nareszcie na Wołyń z wygnania z dobrze zasłużoną aureolą męczennika za sprawę wolności i osiadł już na dobre w ulubionych swych Bereźcach, dzieląc swój czas między trudy administracyjne znacznej fortuny, której trzeba było goić rany, zadane długoletnią nieobecnością właściciela, a obowiązki usług obywatelskich którym sprostać uważał zawsze za święty obowiązek, nie żałując na to zdrowia, trudu i własnego mienia. Dom jego kto to taki?” Piszący te słowa skorzystał z i kieszeń pełna,[5] stały otworem dla braci szlachty Wołynia, Podola, Ukrainy, a nieraz i dalszych prowincji Polski i Litwy.
To też w ciągu lat trzydziestu roiło się tu od tłumnie odwiedzających ubóstwianego Patryarchę, nietylko wymienionych trzech naszych prowincji, ale i kraju całego, zwłaszcza o świętym Marcinie 11. listopada, dniu imienin i zarazem urodzin pułkownika, gdy każdy spieszył do Bereziec dla odwiedzenia i uczczenia nietylko uczestnika Kościuszkowskich i Napoleońskich bojów, męczennika za sprawę wolności, wielkiego patrjoty, ale i przezacnego obywatela kraju i rozjemcę-sędziego spraw obywatelskich, tak honorowych, jak i majątkowych, najdrażliwszej natury.
Na te zjazdy często przyjeżdżały osoby mało komu znane, a czasami nieznane nawet samemu gospodarzowi. Zabawne z tego powodu bywały epizody, zakrawające na wymysły, a jednak prawdziwe. Między innymi, bodaj czy nie na ostatnim św. Marcinie, obchodzonym w Bereźcach, w wigilję dnia tego podjechał pod ganek pałacu jakiś nieznany, opakowany powóz, z którego wysiadł również nieznany, już niemłody człowiek; zebrani u okna, przyległego do wejściowego pokoju, zwykli goście, zaciekawieni ktoby to był, bo nikt z obecnych rozpoznać przybyłego nie mógł, nawet po głosie, gdy wszedł do pokoju i serdecznie się witał z gospodarzem, który na jego powitanie pospieszywszy, zapytywał go o zdrowie żony, dzieci, powodzenie itd. – wysyłają najmłodszego ze swego grona, mówiąc doń: „Ciebie pułkownik lubi, masz u niego łaskę, więc nie złaje za ciekawość, zapytaj go słynny z gościnności, gorące serce, mądra rada chwili, gdy przybyły[6] gość zajęty był przed zwierciadłem naczesywaniem resztek tylnych włosów na potężną łysinę, zapytał o jego nazwisko pułkownika, na co ten dość głośno odpowiedział: „Jak ciebie kocham, nie wiem kto to jest, ale musi być poczciwy człowiek, bo o św. Marcinie pamięta.” Otóż okazało się potem, że to był jakiś stary kawaler z okolicy Bałty, przybyły w chęci submitowania[7] się najczcigodniejszemu, jak się wyrażał, Patryarsze kraju i poznania jego Wołyńskiej rezydencji, o której mu jakieś bajeczne rzeczy opowiadano.
Zarzucano mu, że czasami przepoławiał pretensje materjalne, jak to mówią, krakowskim targiem, „mocium panie po połowie”, ale w takich wypadkach najczęściej się tem kończyło, że gdy doszło do uszu pułkownika narzekanie ze strony rzekomo pokrzywdzonego, zapraszał go do swojego pokoju i z całą otwartością i żołnierską rubasznością pytał o sumę pokrzywdzenia, a gdy zainterpelowany mu ją wyjawił, pułkownik zostawiał na chwilę swego gościa, szedł do sąsiedniej kasy, wyjmował z niej oznaczoną sumę, wkładał ją do koperty, którą starannie pieczętował i uśmiechnięty, z pogodnem czołem podchodził do gościa, częstokroć nie domyślającego się o co rzecz chodzi, mówiąc: „przeczytasz zawartość koperty w domu, tylko wara odpowiadać mi na nią, bo się, śmiertelnie obrażę, a teraz chodźmy na obiadek”, względnie na kolację i na tem sprawa się zwykle kończyła, bo niktby się nie ośmielił protestować przeciw autokratycznemu w danym wypadku wyrokowi zacnego pułkownika. Również w oryginalny sposób przychodził on z pomocą swoim przyjaciołom, między innemi cytują następujące zdarzenie: miał on sąsiada, dawnego swego podkomendnego, z którym go wiązały serdeczne przyjacielskie stosunki, był to zacny człowiek, dosyć zamożny, ale nieporządnie prowadzący swe interesy, tak, że nieraz grosz grosza nie doganiał i pan porucznik zmuszony bywał do zaciągania drobnych pożyczek na wysokie procenty u braci w Izraelu, w powiatowem swem mieście, i bardzo często zapominał o terminach obowiązujących, ztąd bywał w ciągłych kłopotach, które mu nie pozwalały myśleć o drobiazgach, jak np. o zapałkach do fajki, które zastępował zwijanemi w trąbkę ćwiartkami papieru, zapalanymi przy ogniu wciąż gorejącym na kominku, ale i tych czasami brakło; zauważył to i zapamiętał poczciwy pułkownik, więc kiedyś przed imieninami porucznika pojechał do wspólnego miasta powiatowego, wykupił tam najskrupulatniej wszystkie rewersy solenizanta, pozwijał je w trąbki i utworzywszy z nich spory pęk związany wstążką o barwach herbowych porucznika, pojechał na imieniny i przy składaniu życzeń wręczył mu ten „sui generis” bukiet, mówiąc: „zamiast kwiatów, przywożę ci zapalaczki do fajki, których brak zauważyłem podczas mej ostatniej u ciebie bytności”.
Ale jeżeli był tak ofiarny dla swych współbraci, to ofiarność jego znacznie się potęgowała, gdy chodziło o potrzeby Kościoła, Ojczyzny i cierpiącej ludzkości, wówczas dłoń pułkownika spieszyła pierwsza z hojną pomocą.
Zarzucano mu jeszcze, że na liczniejszych w Bereźcach zebraniach, oprócz polowania, któremu się z całą młodzieńczą namiętnością do końca oddawał i do niego gości swych zachęcał, grano dużo w karty, co było poniekąd prawdą; nikt się tam jednak tak dalece nie zgrywał, bo byłby gospodarz do tego nie dopuścił, i raczej samby w jakiś delikatny sposób katastrofie zapobiegł, co rzekomo parę razy miejsce miało. A trzeba przytem wiedzieć, że w czasach tak zwanych Bibikowskich, tolerowano tylko te liczniejsze zebrania, na których polowano i w karty grano i że nieraz pod pretekstem zabawy przy zielonym stole, poważnie radzono i rozstrzygano kwestje o wiele ważniejsze, pożyteczniejsze i charakter publiczny na sobie noszące.
Do ciekawszych epizodów z ostatnich lat życia pułkownika, na które patrzałem, zaliczam podróż jego do Sławuty dla rewizytowania ks. Romana seniora Sanguszki, z którym stosunki były nieco naprężone, skutkiem wyroku kompromisarskiego pułkownika, w sprawie spadku po hr. Klementynie z ks. Sanguszków, siostrze ks. Karola na Zasławiu i Smolanach, 1-o Władysławowej Ostrowskiej, 2-o Leonowej Małachowskiej, między ks. Eustachym ojcem ks. Romana, a spadkobiercami trzech ciotek jego, marszałkówien w. litewskich: Anny ks. Antoniowej Jabłonowskiej, Krystyny Franciszkowej Bielińskiej i Kunegundy Franciszkowej Czackiej; była to jedna z niewielu spraw, której praktykowanym przez pułkownika procederem załatwić nie było można, ztąd naprężenie stosunków przez długie lata się przeciągające. Pracowano usilnie nad ubliżeniem do siebie tych dwóch najzacniejszych i najdostojniejszych przedstawicieli naszego społeczeństwa na Rusi, ale nadaremno; aż nareszcie przezacny ks. Roman zrobił pierwszy krok i odwiedził pułkownika w Bereźcach, gdzie oczywiście był witany i podejmowany z należną mu czcią i potrojoną przez sędziwego gospodarza gościnnością i uprzejmością. Z kolei więc wypadło i naszemu pułkownikowi odbyć tę przeszło stu kilometrową podroż do Stawuty, o czem nie omieszkano ks. Romana zawiadomić.
W dniu przeto i czasie przybycia oznaczonych, ks. Roman w otoczeniu kilkudziesięciu jeźdźców na dzielnych sławuckich bachmatach, wyjechał na spotkanie pułkownika do wsi Taszki, o sześć kilometrów od Sławuty odległej; gdy dano znać, że ekwipaż pułkownika się zbliża, muzyka ukryta w lesie nade drogą zagrała marsza wojennego; ks. Roman zakomenderował gromkim głosem „baczność, cwałem!” i ruszył z kopyta, a cały orszak za nim i w kilka minut powóz pułkownika został otoczony, ks. Roman zasalutował po wojskowemu i z młodzieńczym animuszem zeskoczywszy z konia rzucił się w objęcia wysiadającego, rozczulonego do łez pułkownika, a i niejeden z otoczenia, patrząc na powtórzoną wspaniałą scenę, pojednania „coram populo” dwóch naszych bohaterów-męczenników za sprawy narodowe, łzę radośną uronił i upatrywał w tem szczęśliwy „omen” dla przyszłości skołatanej niezgodą naszej biednej Ojczyzny! Po tem serdecznem powitaniu, kawalkata z ks. Romanem na czele, otaczając powóz pułkownika, ruszyła do Sławuty, gdzie przed podjazdem pałacowym nastąpiły ponowne salutowania, powitania, wzajemne uściski i ceremonialne odprowadzenie zdrożonego pułkownika do paradnych apartamentów dlań przygotowanych. W całej tej rozrzewniającej scenie było coś tak uroczystego i serdecznego, że się wyryło i pozostało na zawsze w pamięci, jak gdyby to się wczoraj działo. Dalszego toku przyjęcia, jak uczty obiadowej z łoszakiem na olbrzymim półmisku podanym, tej tradycjonalnej hetmańskiej potrawy, któremu towarzyszyły odgłosy surm bojowych, licznych toastów wznoszonych półtora wiekowym węgrzynem ks. marszałka w. litewskiego, a w liczbie tych pobratymstwa broni zawartego nad brzegami Worskli, między w. ks. Litwy Witowtem, a ks. Podola Spytkiem z Melsztyna, krwią ostatniego tamże przypieczętowanego, wskrzeszonego zaszczytnie przez obecnego dostojnego gościa i nieżyjącego już ojca gospodarza, ks. Eustachego, w walkach Kościuszkowskich i Napoleońskich, od Wisły do Moskwy staczanych i innych szczegółów tego wielkopańskiego festynu opisywać nie będę, bo mi już tu i pamięć nieco szwankuje.
Drugim z koleji epizodem z życia Berezieckiego w mej pamięci pozostałym, jest ostatni bal pożegnalny w Bereźcach w maju 1861 r.
Pułkownik przeczuwając zbliżający się już kres swojego życia, chciał przedewszystkiem uregulować swoje interesy majątkowe, co też nie zwlekając dopełnił, przelewając na wnuków siostry rodzonej Marji Antoniny Janowej Wisłockiej, a synów jej córki Pauliny Janowej hr. Tarnowskiej, Jana i Kazimierza Tarnowskich klucze: Bereziecki na Jana, Koziński na Kazimierza. Poczem postanowił wyjechać na koniec żywota do Krakowa, gdzie chciał, jak się wyrażał, być bliżej wielkich duchów narodowych, ukochanych swych wodzów: Kościuszki i ks. Józefa. Uprzednio jednak zapragnął przyjąć raz ostatni i pożegnać świat swój wołyńsko-podolsko-ukraiński, wśród którego tyle lat przeżył — zamierzył przeto dać i dał wielki bal pożegnalny, na który zjechało się kilkaset osób, a w tej liczbie kilkadziesiąt pań, które na liczniejszych berezieckich zebraniach nie bywały, gdyż to były zebrania wyłącznie męskie. Nie potrzebuję tu powtarzać, że przyjęcie było wspaniałe, najgościnniejszy gospodarz przeszedł sam siebie; usposobienie gości, ożywione nadziejami, jakie przynosiły wieści z Warszawy i zagranicy, o powstającej z letargu Ojczyźnie, było wesołe, ale zarazem niepozbawione głębszej myśli o przyszłości kraju i konieczności zreformowania samych siebie, wobec w tym roku ogłoszonego emancypacyjnego manifestu 19. lutego; na dowód czego przytaczam tu wiersz zaimprowizowany przez śp. Antoniego Pruszyńskiego i chórem entuzjastycznie odśpiewany przez zgromadzone w wielkim salonie grono biesiadników, przed rozrzewnionym do łez pułkownikiem:

Weselmy się; bracia moi,
Gdy pułkownik między nami,
On otuchę w sercach roi,
Gdy przewodzi Polakami.
Bo pamięta Trzeci Maj,
Gdy był szczęśliw Polski kraj!

Chwat to wielki pan z Tarnowa
I do szabli i do szklanki —
W radzie mądra jego głowa,
Z najtęższemi idzie w szranki,
Takich ludzi Boże daj,
Co jak Marcin kocha kraj!

Pod Kościuszką bił się twardo,
Każdy dobrze to pamięta —
Wrogom stawił czoło hardo,
Jak on, ciężkie dźwigał pęta.

Takich ludzi Boże daj,
A szczęśliwym będzie kraj!

Do Was teraz, tu zebrane
Piękne Polki to należy,
Starych Ojców cnoty znane
Do serc wpajać dziś młodzieży.
A Bóg wróci Trzeci Maj
I cnotliwym będzie kraj!

Zaniechajcie próżnych strojów,
Róża własnym blaskiem świeci,
Nie żałujcie pracy, znojów,
By w mierności kształcić dzieci.
A Bóg wróci Trzeci Maj
I szczęśliwym będzie kraj!

Dżentelmenów nam nie trzeba,
Mamy dosyć tej powodzi,
Niech nam polska, żyzna gleba
Cnych Polaków tylko rodzi.
Takich ludzi Boże daj,
Co jak Marcin kocha kraj!

Niechaj szlachcic nie ucieka
Od chłopka, co ziemię kraje,
Niechaj widzi w nim człowieka.
Kształci jego obyczaje.
A Bóg wróci Trzeci Maj
I szczęśliwym będzie kraj!

Po tym świetnym, długopamiętnym, pożegnalnym balu, pozostał jeszcze pułkownik przez kilka miesięcy w Bereźcach, ciężko mu bowiem było rozstawać się na zawsze z ukochaną swoją siedzibą; ale nadchodził październik, na który zapowiedziana była wspaniała manifestacja Horodelska, w rocznicę wiekopomnego aktu Unji Litwy z Koroną 2., respective 8. października zawartego — nieodrodny potomek Leliwitów wspomniał na wielkiego przodka Jana z Tarnowa, co jeden z pierwszych przyłożył doń swoją pieczęć i nie czekając dłużej, jak żuraw zerwał się do odlotu i podążył nad Bug, by w tem samem Horodle, raz ostatni już w życiu zadokumentować, że był zawsze tam, gdzie mu obowiązek prawego syna Ojczyzny być nakazywał. Z Horodła odwiedził zdaje mi się jeszcze krewnych w Lubelskiem i podążył do Krakowa na mieszkanie.
Oto co o tej krótkiej już niestety dobie pobytu jego na ziemi powiada Ludwik Dębicki w serji pierwszej swych portretów i sylwetek na str. 16–17; „Pułkownik Marcin Tarnowski różnił się od starych wojskowych polskich, osiadłych w Krakowie tem, że z więzień petersburskich i lodów Syberji przyniósł w duszy ogień zapału — zaledwie u młodzieńców zrozumiały. Pamiętamy, jak się oburzał Kościuszkowski żołnierz, gdy mu przedkładano, że nowe powstanie, którego wszyscy się lękali, będzie zgubą i zatratą sprawy narodowej. Ostatni przedstawiciel pierwszego polskiego powstania czekał niecierpliwie, aby dożyć nowego hasła i pobudki. Codziennie dosiadał rumaka, aby siły utrzymać. Zamiłowany myśliwy, na łowach w Zatorze u Maurycego Potockiego, gdy koń zbyt żywy poniósł starca — Tarnowski utrzymał się w siodle lecz cugli ściągnąć nie zdołał. W kilka dni z doznanego wstrząśnienia zakończył długi, bohaterski żywot. Umierającego odwiedził biskup Łętowski (eks-kapitan ze sztabu ks. Józefa) i rzekł: „Już czas pułkowniku, zdaj komendę — Bóg woła! — i podał ostatni wijatyk. Ostatni Kościuszkowski żołnierz nie doczekał chwili, kiedy byłby stanął znów w obozie.”
Muszę tu dodać do charakterystyki pułkownika, że w dyskusjach, osobliwie w sprawach publicznej natury, był niezmiernie zapalczywy. Pamiętam jak kiedyś w Zahajcach, w domu marszałka Bobra, gdzie się agitowała sprawa uwolnienia i względnego uwłaszczenia włościan w naszych prowincjach, sam obstawał przy obniżeniu ceny ziemi w miejscowości, w której leżały jego majątki, oraz przy innych na rzecz ludu szerokich ustępstwach, i w zapale, gdy się z nim w pewnych rzeczach nie zgadzano, twierdził, iż nie mamy prawa iść przeciw przewodniej myśli nieśmiertelnego naszego Naczelnika Kościuszki. Słyszałem go również w roku jego zgonu, gdym go odwiedzał w Krakowie, gromiącego niewierzących w powodzenie zamierzonego powstania Styczniowego, o którem już wówczas bardzo mówiono — marzył on wtedy, że jak ongi pod Mirem przed pół wiekiem prowadził do ataku swój pułk zwycięski, tak z tem samem, da Bóg szczęściem, poprowadzi jeszcze znaczniejszy oddział powstańczy. Bóg mu w swem miłosierdziu oszczędził boleści patrzenia na klęski i upadek powstania — zmarł on bowiem jeszcze przed jego wybuchem w dniu 21. listopada 1862 r. w Krakowie. Umierał z całą przytomnością, pojednawszy się przede wszystkiem najprzykładniej z Bogiem Stworzycielem, żegnał ze spokojem, niemal z uśmiechem na twarzy obecnych i nieobecnych krewnych, przyjaciół, znajomych, starych sług swoich; w trakcie czego wyjąwszy ze szkatuły podróżnej przy łożu stojącej, którą otworzyć kazał, gruby fascykuł[8] papierów, cisnął go jeszcze własną ręką w ogień na kominie wprost jego łóżka gorejący — były to rewersy licznych należności, które miał u niezamożnych przyjaciół swoich, o których niedostatku, jeszcze w ostatniej pomyślał chwili! Jeszcze chwil parę i stary Zygmunt z Wawelu donośnym, poważnym, smętnym głosem ogłosił mieszkańcom Krakowa nieodżałowany zgon tego rycerza bez skazy, iście polskiego Bayard’a.
W dniu 24. listopada, po wyniesieniu ciała jego z mieszkania w Rynku do kościoła Panny Marji na barkach oficerów b. wojska polskiego i odprawionych tam solennych egzekwiach, celebrujący i prowadzący kondukt żałobny eks-kolega zmarłego biskup Łętowski przemówił rzewnie, żegnając przyjaciela i towarzysza broni, poczem odprowadzono go na miejsce wiecznego spoczynku z całą wspaniałością i uroczystością; sznury całunu trzymali: marszałek Sejmu 31 roku Władysław Ostrowski, generałowie Kruszewski i Bystrzonowski, pułkownik Gawroński, byli oficerowie wojska polskiego Wincenty Karwicki i ks. Stanisław Jabłonowski; ordery zmarłego nieśli na poduszkach również b. oficerowie wojsk polskich: Henryk Tomkowicz, Maurycy Potocki, Symonowicz i Kiernicki, za ciałem, niesionem kolejno na cmentarz przez krewnych, obywateli, b. oficerów polskich i młodzież akademicką, szła rodzina zmarłego, towarzysze broni i tysiące współrodaków, ze wszystkich niemal prowincji naszego kraju przybyłych, dla złożenia pośmiertnego hołdu i oddania ostatniej posługi dobrze zasłużonemu Patryarsze naszego społeczeństwa.
Autor jednego z pośmiertnych wspomnień o pułkowniku Tarnowskim, zakończył je słowy, które i ja chętnie za nim powtarzam: „Zniknął nam z nim jeden z zabytków najpiękniejszych przeszłości, mylę się, jest to jedna z tych postaci, które nieśmiertelnie w podaniach i wspomnieniach żyć będą, które pochwyci poezja, które się zapiszą na karcie pamiętników, wejdą jasne w historję kraju, bo były prawdziwą jego ozdobą.”
Niechże więc pamięć tej jasnej postaci, w setną rocznicę zgonu jej świetlanego Ideału i ubóstwianego Wodza, po pięćdziesięciu pięciu latach odejścia, nieudolnem mem piórem wskrzeszonej, zachęci innych do jej należytego spopularyzowania.
Październik 1917 r.

Lwów, willa „Luba”.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Sans peur et sans reproche – bez trwogi i bez zmazy.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Wspomnienie to ukazało się w piśmie „Kurier Lwowski” ukazującym się codziennie rano i wieczorem, w wydaniu porannym 14, 16, 17 i 18 października 1917 roku (numery 482, 484, 485, 486 odpowiednio).
  3. Przypis własny Wikiźródeł Culbuta – od fr. culbute, tj. przewracać, odwracać, odepchnąć, odrzucać.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Le troisième et le seizième fournirent an moins quarante charges chacun et se couvrirent de gloire – trzeci i szesnasty dokonały najmniej czterdziestu szarży każdy i okryły się chwałą.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Różnica między tekstem z wydania osobnego a „Kurierem Lwowskim” z 14 października 1917. Zwraca uwagę podobieństwo wersji z „Kuriera” z wersją z broszury w następnej różnicy tekstów.
    Wydanie broszurowe z r. 1917.: … trudu i własnego mienia. Dom jego kto to taki?” Piszący te słowa skorzystał z […] i kieszeń pełna, …
    „Kurier Lwowski” z 14 października 1917, str. 5.: Dom jego słynny z gościnności, gorące serce, mądra rada i kieszeń pełna, …
  6. Przypis własny Wikiźródeł Różnica między tekstem z wydania osobnego a „Kurierem Lwowskim” z 14 października 1917. Zwraca uwagę podobieństwo wersji z „Kuriera” poprzedniej różnicy z tą wersją w broszurze.
    Wydanie broszurowe z r. 1917. :
    „Ciebie pułkownik lubi, masz u niego łaskę, więc nie złaje za ciekawość, zapytaj go słynny z gościnności, gorące serce, mądra rada chwili, gdy przybyły…
    „Kurier Lwowski” z 14 października 1917, str. 5. :
    „Ciebie pułkownik lubi, masz u niego łaskę, więc nie złaje za ciekawość, zapytaj go kto to taki?” Piszący te słowa skorzystał z chwili, gdy przybyły…
  7. Przypis własny Wikiźródeł Submitowania się – pokłonienia się.
  8. Przypis własny Wikiźródeł Fascykuł – dawny zwrot oznaczający zwój albo plik papierów czy dokumentów; zwrot ten pochodzi od łacińskiego fasciculus, tzn. plik, pakiet, paczka.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zygmunt Radzimiński.