Przypadki Robinsona Kruzoe/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Daniel Defoe
Tytuł Przypadki Robinsona Kruzoe
Data wydania 1868
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Ludwik Anczyc
Tytuł orygin. The Life and Strange Surprizing Adventures of Robinson Crusoe
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XIII.
Przygotowania do podróży po wyspie — sporządzenie przedmiotów do niéj potrzebnych — powrożnictwo i szewstwo — kapelusz i dzida.

Życie chociaż samotne, nie wydało mi się tak nudném jak z początku; powoli zacząłem się przyzwyczajać do mego położenia, a przytém pocieszała mię nadzieja, że lada dzień pojawi się jaki okręt, który mię wyswobodzi z więzienia. Jedna tylko rzecz była mi bardzo przykrą, to jest jednostajność pokarmu. Kukurydza była nie zła i posilna, to prawda; pizangi czyli banany przewyborne, ale i najlepszy przysmak uprzykrzy się, gdy się go ciągle zajada. Wspomnienie chleba lub mięsa taką mi przykrość robiło, że na myśl o nich w nieznośny humor wpadałem.
— I cóż paniczu — mówiłem nieraz do siebie, — zjadłbyś tak np. kawał polędwicy smacznie upieczonéj albo zraz rostbifu, i do tego kromkę chleba białego pszenicznego ze świeżuchném masłem, co?! A nie było ci to słuchać ojca i siedzieć w domu, opływałbyś we wszystko jak pączek w maśle... ach pączki jakaż to rzecz przewyborna, a jeszcze prosto z pieca, gorące, z cukrem i konfiturami, jakie zwykle matka na zapusty smażyła... Biedna matka! biedny stary ojciec... tyle im zmartwienia zrobiłeś niegodziwcze!.. jakże śmiesz teraz narzekać na swe położenie. Dobrze ci tak, bardzo dobrze, nie wart jesteś nawet téj kukurydzy i pizangów na które wyrzekasz. Kiedy ci się zachciało włóczyć po świecie, nie narzekajże na to i używaj kochaneczku na mdłych ziarnach kukurydzowych.
Kiedy sobie wyciąłem taką perorę, było mi lżéj na sercu i godziłem się z moją żywnością; ale w parę dni potém znowu budziła się tęsknota za lepszém pożywieniem, a więc postanowiłem nieodwołalnie puścić się na wędrówkę, bo lasy przyległe memu zamkowi, nie wydawały żadnych innych pożywnych płodów.
Ale do podróży brakowało mi mnóstwa rzeczy potrzebnych: powozu, koni, stangreta, lokaja, kufrów, bez których żaden porządny a bogaty człowiek nie wybiera się w drogę. Nie byłem ja znowu tak wymagający, żebym koniecznie chciał to wszystko posiadać, lecz z drugiéj strony w cholewach od pończoch niepodobna przedzierać się przez lasy, a z gołą głową puszczać się na wędrówkę pod tak palącém słońcem, byłoby prawdziwą niedorzecznością. Nadto, nie wiedziałem czy znajdę w drodze gdzie pożywienie; trzeba więc było nabrać bananów i kukurydzy, ale do tego potrzebna była torba, a téj nie miałem. Nakoniec gdyby téż tak jaki jegomość zębaty i pazurzysty np. pantera, albo jaguar zastąpiłymi drogę, czémżebym się obronił? To dało mi dużo do myślenia i już o mało nie porzuciłem zamiaru podróży, lecz zastanowiwszy się dobrze, rzekłem sobie:
— Robinsonku, nie bądźno leniuchem; pieczone gołąbki nie przyjdą same do gąbki. Kto nie ryzykuje, nic nie ma; jeżeli ci potrzeba kapelusza, obówia, torby i broni, to je zrób. Wszak pierwotni ludzie bez wszelkiéj pomocy różne wynalazki musieli robić, a ty przecie przypatrywałeś się wszelkim rzemiosłom i prędzéj sobie poradzić potrafisz. Daléj do roboty, nie trać czasu napróżno!
I zacząłem rozważać: na zrobienie torby trzeba było płótna, ale widywałem ja w Anglii torby rybackie bardzo misternie ze szpagatu plecione. Płótna nie było, ale sznurki możeby się i dały zrobić.
Przypomniałem sobie iż zaprawiając szczelinę nad grotą, nie mało użyłem trudów z przełamywaniem liści bananowych. Miały one w pośrodku nadzwyczaj mocny nerw, tak że chcąc go przerwać pokaleczyłem sobie palce i dopiéro dokazałem tego nożem.
Uzbierałem więc znaczny zapas liści, poobcinałem blaszki, a nerwy układałem na kupę; lecz gdy przyszło kręcić z nich sznurki, pokazało się że były za sztywne i za grube.
Wówczas przypomniałem sobie, że włościanki w okolicach Hull moczą łodygi konopiane w wodzie dla zmiękczenia, a następnie międlą je i czeszą. Zamoczyłem więc cały pęk nerwów bananowych w strumyku, poprzyciskawszy je kamieniami, a tymczasem wziąłem się do robienia kapelusza.
Jeżeli nerwy pizangowych liści były za twarde na sznurki, to za to dały się daleko lepiéj splatać, aniżeli gałązki wierzbowe. Trwalsze od słomy, delikatniejsze od wikliny, pozwalały się wybornie użyć do koszykarskiéj roboty. Postanowiłem upleść z nich kapelusz, i byłem pewny że mi to pójdzie jak z płatka, nie raz bowiem przypatrywałem się pracy koszykarza, który w podle nas mięszkał. Ale męczyłem się i pociłem, odrzucając i biorąc znowu robotę; nie umiałem zacząć, psułem wszystko i któż uwierzy, że dopiero po trzech dniach zrobiłem coś przedrzeźniającego kapelusz. Nie był on foremny ani bardzo wygodny, lecz mimo to cieszyłem się bardzo z tego wyrobu, i nie sprzedałbym go ani za dziesięć gwinei... ma się rozumiéć na wyspie.
Ukończywszy jako tako termin kapeluszniczy, należało wziąść się do szewctwa. I tu napotkałem niesłychane trudności: napsułem mnóstwo kory, chcąc sporządzić sobie sandały, ale kora łupała się w podłuż, albo odpryskiwała z brzegów. Dwadzieścia podeszew wykroiłem, a wszystkie się potrzaskały. Zaniechałem robienia dziur w korze i poprzywiązywałem podeszwy do nóg lianami, ale w pół godziny liany popękały, kora się porozłaziła i znowu paradowałem boso.
Nareszcie przypomniałem sobie opowiadanie kapitana szwedzkiego w Londynie, że włościanie z okolic Rygi, plotą sobie łapcie z łyka lipowego. Nazbierałem więc łyka z jakiegoś nieznanego mi drzewa, uplotłem z niego czworoboczne płaty i namoczyłem je na dobę w wodzie, ażeby zmiękły i łatwiéj dały się koło nogi obwinąć.
— Jest kapelusz! są buty! — zawołałem z radością, — teraz trzeba pomyśléć o broni. Podczas mojéj ciesielskiéj pracy, zauważyłem drzewo jedno nadzwyczajnie twarde; wybrałem więc gałąź prostą, długą przeszło na cztery łokcie, i uciąwszy ją z niezmiernym mozołem, zastrugałem śpiczasto koniec. Miałem więc dzidę tak twardą, że uderzając ostrzem w pnie drzew, robiłem w nich dosyć głębokie dziury, nie uszkodziwszy końca. Była to broń nie szczególna wprawdzie, ale w braku lepszéj i ta mię bardzo cieszyła[1].
Na tych robotach zszedł mi blisko tydzień; ukończywszy je wydobyłem włókna pizangowe, a widząc że się dobrze wymacerowały i zmiękły, wysuszyłem na słońcu. Gdy wyschły, zbijałem je na kamieniu grubą gałęzią aż paździerze poodlatywały i samo pozostało włókno. Teraz dały się wybornie kręcić; narobiwszy znaczny zapas sznurów, począłem z nich wiązać siatkową torbę. Szło to dosyć mozolnie, ale przecież się udało. Dorobiłem do niéj szelkę dla przewieszenia przez plecy, a tak było w co zabrać na parę dni żywności. Teraz nic mi już nie przeszkadzało puścić się w drogę.



Przypisy

  1. Drzewo to zowie się żelazném (metrosideros). Ojczyzną jego są wyspy Moluckie, zkąd rozpostarło się po innych lądach. Dochodzi do czterech stóp średnicy, jest nadzwyczaj ciężkie, zbite i twarde. Chińczycy przepłacają je drogo, używając na kotwice i stery do swoich dżonek, gdyż przetrzymują żelazo, a mięczaki, równie jak i owady niszczące inne gatunki drzew, zupełnie się żelaźniaka nie chwytają.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Daniel Defoe.