Przypadki Robinsona Kruzoe/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Daniel Defoe
Tytuł Przypadki Robinsona Kruzoe
Data wydania 1868
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Ludwik Anczyc
Tytuł orygin. The Life and Strange Surprizing Adventures of Robinson Crusoe
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XIV.
Pierwsza wędrówka po wyspie — bataty — palmy kokosowe — ból głowy — kąpiel morska — parasol — ostrygi — ananas — żółwie jaja — aguti — powrót do zamku.

Następnego dnia o świcie, ubrany w kapelusz i łapcie, na plecach z torbą naładowaną kukurydzą i pizangami i z dzidą w ręku, puściłem się na odkrycia po wyspie.
Obrałem kierunek na wschód, trzymając się brzegów morskich, tak dla uniknienia zbłąkania, jako téż aby miéć wciąż morze na oczach i śledzić okręty.
Z początku droga szła bardzo ciężko, miejscami las był nadzwyczajnie gęsty, a liany i inne powojowate rośliny tak drogę tamowały, że trzeba było je nożem przecinać. Lecz zwolna począł się rozrzedzać i wydostałem się na równinę obszerną, pokrytą trawą i gęstemi krzewami w kępach porosłemi. Jakieś osobliwe ziele zaścielało prawie całą dolinę. Łodygi pełzające, węzłowate, splątane, rozpościerając się, tamowały przejście, tak iż kilka razy zawadziwszy się, o mało nie upadłem. Mnóstwo kwiatów szkarłatnych pokrywało łodygę. Chcąc się jéj lepiéj przypatrzéć, szarpnąłem w górę, i wyrwałem razem z nią kilka wielkich bulw, wielkości głowy dziecięcia.
— Na coby się one przydać mogły, czyby przypadkiem jeść ich nie można, myślałem sobie? skosztowałem... brr... smak słodkawo nudny odrażający, zapewne trucizna. Byłbym się zaraz uczęstował i na samym wstępie podróży osiadł na piasku; dobrze przynajmniéj że smak odrażający, ostrzegł o ich szkodliwości.
A jednak, jak się przekonałem późniéj, byłem bardzo nędznym naturalistą, gdyż bułwy owe byłyto bataty[1], których wprawdzie surowych jeść nie można, ale za to pieczone lub gotowane, mają smak bardzo podobny do pieczonych kasztanów.
Rzuciwszy bulwy, powędrowałem daléj. Na końcu doliny spostrzegłem kilka pięknych palm; serce zabiło mi gwałtownie gdyż to były kokosy, których od czasu niewoli maurytańskiéj nie widziałem wcale. Wprawdzie rosły wysoko, ale dla nawykłego do wspinania się na maszty okrętowe, nie było to, nieprzełamaną zaporą. Wdarłem się na palmę i zrzuciłem kilkanaście pięknych orzechów.
Zdobycz nieoceniona, ale jak się dostać do jądra, do mleka w twardéj zamkniętego skorupie? W Sale otwierałem je siekierą, lecz tu napróżno łamałem sobie głowę nad rozłupaniem łupiny. Noża nie śmiałem użyć do tego, bo się łatwo mógł złamać. Nareszcie umieściwszy kokos na kamieniu, uderzyłem weń drugim głazem ciężkim. Skorupa pękła, ale maleńkie jądro zgruchotało się od uderzenia, a cały płyn wypłynął na ziemię. Spożyłem jąderko, ale nie mogłem odżałować rozlanego soku. Chcąc sobie to wynagrodzić, wziąłem się natychmiast do otworzenia drugiego. Powłokę zewnętrzną zieloną zdjąć było łatwo, lecz gdy przyszło do otwarcia łupiny, zacząłem obracać orzech na wszystkie strony, czy nie znajdę gdzie sposobniejszego miejsca. Jakoż u góry zauważyłem, że zieleń nie zupełnie odeszła; odskrobałem ją nożem i zacząłem wiercić. W samej rzeczy w tém miejscu skorupa była miększa, zrobiłem otwór i uraczyłem się przewybornym napojem.
Samo już odkrycie kokosu wynagradzało mi podjętą podróż. Palm rosło kilkadziesiąt w tém miejscu, nie zbyt odległém od mego zamku; wystarczało mi zatem kokosów na cały rok, ale i ten przysmak smutne obudzał myśli. Byłby on przewybornym po smacznym obiedzie, złożonym z mięsa, ach gdyby raz chociaż kawałeczek go dostać. Oglądałem się czy nie zobaczę gdzie jelenia lub sarny, ale nadaremno. Na gałęziach widziałem wprawdzie papugi i inne ptaki, rzucałem na nie kamieniami, ale i dziś żadnego trafić nie mogłem, a zresztą cóż mi było po mięsie bez ognia.
Szedłem wciąż dalej pomimo nieznośnego upału, promienie słońca tak mi ciemię przepaliły, że dostałem silnego bólu głowy. Skierowałem więc kroki ku brzegowi morskiemu, ażeby się kąpielą orzeźwić i nieco w cieniu krzaków wypocząć. Zabierając się do kąpieli, widziałem mnóstwo ryb: można je było łowić, ale czém?.. Za powrotem postanowiłem zrobić sieć z włókien pizangu i pocieszała mię ta myśl, że może chociaż rybiego pokosztuję mięsa, wysuszywszy je na wzór murzynów w skwarze słonecznym.
Kąpiel, a nawet kilkakrotne zanurzenie się z głową w wodzie wcale mi ulgi nie przyniosła. Ułożywszy się w cieniu krzaków cierpiałem bardzo mocno i zaledwie byłem w stanie od czasu do czasu popełznąć na brzeg morski, dla zmoczenia rozpalonéj głowy. Nakoniec sen mię zmorzył tak silnie, że nie obudziłem się aż na drugi dzień rano zdrów zupełnie.
Nikt nie uwierzy jakie dziwne uczucie mię ogarnęło, gdy za przebudzeniem się ujrzałem wschodzące słońce. Nie mogłem przypuścić, żebym pół dnia i całą noc przespał bez przerwy. Przeraziła mię myśl, iż zasnąwszy nieoględnie wśród krzaków, mogłem się stać łupem dzikich zwierząt. Jednak wkrótce ustąpiła trwoga, zwierząt drapieżnych widocznie na wyspie nie było, gdyż od miesiąca jak ją zamieszkiwałem, ani razu nie doszedł mych uszu ich ryk lub wycie. Zresztą do tego czasu niezawodnie byłyby mię wytropiły.
Nauczony wczorajszém cierpieniem, nie miałem wcale chęci i dziś narażać się na to samo. Trzeba było sobie sporządzić coś na kształt parasola. W téj myśli wdarłem się na palmę kokosową i nazrzynałem dostatnią ilość liści lśniących i twardych. Potém uciąłem kij, przywiązałem do jego końca cztery długie gałązki w środku na krzyż przewiązane, połączyłem końce sznurkiem i tak miałem rusztowanie o ośmiu prętach, na którém liście kokosowe zastąpiły tkaninę jedwabną używaną do parasoli.
Z przyczyny téj roboty podróż opóźniła się nieco, ale zaraz na wstępie, doświadczyłem jak wybornym nabytkiem był mój parasol. Słońce teraz wcale mi nie dokuczało, a wietrzyk mile chłodził. Cóż za różnica od dnia wczorajszego.
Okolice przedstawiały najrozmaitsze zmiany. Raz nieprzebyte lasy, to znowu rozleglejsze równiny i łąki kwiatami okryte, to strome massy występujących skał, to pagórki okrągławe w niektórych miejscach z sześciokątnych nader regularnych słupów złożone[2]. Gdzieniegdzie płynęły potoki, czasem tak głębokie, że trzeba było po pas brodzić. Wnętrze zaś wyspy składało się z wyżyny pokrytéj lasem, ponad które kilka wystrzelało szczytów. Z każdego wzgórka z tęsknotą patrzyłem ku morzu, czy nie ujrzę zbawczego żagla... ale napróżno... morze puste jak spojrzeć okiem, rozciągało się w nieprzejrzanéj przestrzeni.
Około południa postanowiłem znów się wykąpać. Zbliżywszy się ku brzegowi morskiemu, z radością ujrzałem mnóstwo ostryg przyczepionych do skał. Natychmiast rzuciłem się na nie i połykałem tak prędko, jak tylko można było otwierać nożem. Bankiet ten skrzepił mię niezmiernie, zjadłszy coś podobnego do mięsa, czułem się jakby odrodzonym.
Nazbierawszy do torby zapas tych posilnych małżów użyłem kąpieli, a wypocząwszy puściłem się w dalszą drogę. Wszedłszy w las z parasolem było wiele biedy, gdyż co chwila zawadzał się o drzewa. Nagle nadzwyczaj przyjemna woń napełniła powietrze. Niby jabłka, niby gruszki, niby truskawki. Oglądam się wkoło, nic nie widać, wprawdzie wszędzie mnóstwo kwiatów wyrasta; lecz napróżno przykładam nos: żaden nie wydaje tego rozkosznego zapachu. Naraz z pomiędzy liści miga mi jakiś złotawy przedmiot. Przedzieram się przez krzaki i spostrzegam roślinę kolczystą, niby kaktus; a na niéj wielki złoto-żółty owoc, jakby z czworokątnych sęczków złożony. Od niego to bije ta woń przecudna. Zbliżam się, zrzynam, kosztuję... Ach cóż za smak przepyszny, jak żyję nie jadłem nic tak dobrego. Byłto jak się dowiedziałem późniéj ananas[3]. Zjadłszy jeden, zerwałem jeszcze kilka, a choć mi ciężko było dźwigać, zabrałem je z sobą.
Nadchodzący wieczór skłonił mię do szukania noclegu. Wybrałem sobie na dzisiejszy spoczynek duże drzewo nad morzem, bo tu było bezpieczniéj jak w lesie.
Nie daleko od tego drzewa na piasczystém wybrzeżu widać było nie wielki kopczyk, bardzo regularnie jak gdyby ręką ludzką usypany. Ciekawy będąc dowiedzieć się co w nim jest, wbiłem dzidę w środek, a wydobywszy, dostrzegłem na jéj ostrzu żółtą ciecz pomieszaną z piaskiem. Rozgrzebałem kopiec, i znalazłem w nim ze trzydzieści jaj dużych. Zamiast skorupy, miały one jakby pargaminową skórkę; były to jaja szyldkretów czyli żółwi morskich, o czém jednak teraz nie wiedziałem. Chociaż głód mi nie dokuczał, widok nowego przysmaku obudził apetyt, i wypiłem jaj parę.
Trzeciego dnia wędrówki nie wiodło mi się tak jak w dwóch pierwszych: najprzód nic nie odkryłem nowego, powtóre przyszedłem nad brzeg głębokiéj zatoki morskiéj zachodzącéj daleko w ląd, w tém miejscu bardzo skalisty i trudny do przebycia. Chcąc dostać się na drugą stronę, trzeba było albo przepłynąć wpław zatokę, albo zapuścić się w głąb lasu i piąć po skałach. Zmęczony dwudniową wędrówką zrzekłem się tego zamiaru i postanowiłem wrócić do domu.
Zamiast iść brzegiem morza jak dotąd, obrałem drogę wprost przez las ku méj jaskini. Wierzchołek owéj wysokiéj góry służył mi za drogoskaz. Szedłem raz górzystym wąwozem, środkiem którego płynął strumień, to gęstym lasem, to znowu zielonemi dolinkami. Moja wyspa była prześliczną, brakowało jéj tylko miast, wiosek i mieszkańców.
Około południa ujrzałem przebiegające zwierzę; z wyjątkiem uszu i najeżonéj sierści na grzbiecie, do zająca podobne; rzuciłem za nim dzirytem, lecz chybiłem i zając zniknął wśród krzaków, z wielkiém mojém zmartwieniem[4].
— Trzeba koniecznie zrobić łuk i strzały — zawołałem w głos. — I nie było to rzeczą tak trudną, widziałem w Sale dużo łuków murzyńskich nader nędznéj roboty, a przecież doskonałych w użyciu.
Obiad popsuł mi jeszcze bardziéj humor, wszystkie ostrygi potęchły zupełnie, kukurydza zeschła także, a pizangi zwiędły; szczęściem że przynajmniéj żółwie jaja przechowały się wybornie.
Dobrze już z południa wkroczyłem w las gęsty i uszedłem przeszło milę, zanim dostałem się na drugą stronę. Widać ztąd było wierzchołek przewodniéj góry; po dwugodzinnym pochodzie i przedzieraniu się przez krzaki, ujrzałem nareszcie mój zamek.



Przypisy

  1. Batat albo patat (Convolvulus Batatus). Roślina czołgająca się, z korzeniami wielkiemi bulwiastemi, które upieczone, jedzą się jak ziemniaki.
  2. Skała tego rodzaju zowie się bazaltową. Siły wulkaniczne wydźwignęły je z łona ziemi i ukazuje się na powierzchni w postaci olbrzymich kopców, do kretowisk podobnych, czasem do 1000 stóp wysokości mających. Sławna jest bazaltowa grota na wyspie Staffa, położonéj u zachodniego brzegu Szkocyi; również tak zwany gościniec bazaltowy w departamencie Ardeche w południowéj Francyi. W Królestwie Polskiém nie ma właściwego bazaltu, tylko odmiana jego zwana trapem, w powiecie Opatowskim.
  3. Ananas (ananassa) należy do rodziny Bromeliowych (Bromeliaceae). Ma liście mięsiste, ostro zakończone, kwiaty kłosiste, fioletowe, w mięsistéj osi zatopione. U nas hodowana w szklarniach, kwitnie w maju i wydaje owoc, dojrzewający we wrześniu.
  4. Zwierzę to zowie się Aguti, należy do rodziny kopytkowatych. Nogi tylne dwa razy dłuższe od przednich; sęczek zamiast ogona i bieg czynią je bardzo do zająca podobném. Ale ma gruby i najeżony włos, który na grzbiecie sterczy grzywiasto, układ zębów jak u morskiéj świnki różnią je od zająca. Łagodny i lękliwy Aguti, żywi się roślinami i chrząszczami. Mięso ma białe zalatujące piżmem. Żyje w kilkunastu gatunkach w Ameryce południowéj w Antyllach.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Daniel Defoe.