Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


drzew, robiłem w nich dosyć głębokie dziury, nie uszkodziwszy końca. Była to broń nie szczególna wprawdzie, ale w braku lepszéj i ta mię bardzo cieszyła[1].
Na tych robotach zszedł mi blisko tydzień; ukończywszy je wydobyłem włókna pizangowe, a widząc że się dobrze wymacerowały i zmiękły, wysuszyłem na słońcu. Gdy wyschły, zbijałem je na kamieniu grubą gałęzią aż paździerze poodlatywały i samo pozostało włókno. Teraz dały się wybornie kręcić; narobiwszy znaczny zapas sznurów, począłem z nich wiązać siatkową torbę. Szło to dosyć mozolnie, ale przecież się udało. Dorobiłem do niéj szelkę dla przewieszenia przez plecy, a tak było w co zabrać na parę dni żywności. Teraz nic mi już nie przeszkadzało puścić się w drogę.



  1. Drzewo to zowie się żelazném (metrosideros). Ojczyzną jego są wyspy Moluckie, zkąd rozpostarło się po innych lądach. Dochodzi do czterech stóp średnicy, jest nadzwyczaj ciężkie, zbite i twarde. Chińczycy przepłacają je drogo, używając na kotwice i stery do swoich dżonek, gdyż przetrzymują żelazo, a mięczaki, równie jak i owady niszczące inne gatunki drzew, zupełnie się żelaźniaka nie chwytają.