Przejdź do zawartości

Przez kraj wód, duchów i zwierząt/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Filochowski
Tytuł Przez kraj wód, duchów i zwierząt
Podtytuł Romans podróżniczy
Wydawca Wydawnictwo Bibljoteki Dzieł Wyborowych
Data wyd. 1926
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


WACŁAW FILOCHOWSKI
Przez kraj wód,duchów i zwierząt
ROMANS PODRÓŻNICZY

WYDAWNICTWO BIBLJOTEKI DZIEŁ WYBOROWYCH
WARSZAWA, SIENKIEWICZA, 12.




PRINTED IN POLAND

COPYRIGHT BY

BIBLJOTEKA DZIEŁ WYBOROWYCH



Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“. Szpitalna 12.






UWERTURA.

Wsprawie tutułu kilka słów wyjaśnienia.
Zrządzenie losu, nie powiem żeby znów tak bardzo przykre, sprawiło, iż miesiące letnie bieżącego roku spędziłem na tułaczce po różnych uzdrowiskach, nie tyle jako letnik lub kuracjusz, co raczej jako jeniec wyobraźni własnej i pędu do przygód, z czego właśnie mam się tu publicznie wywnętrzać.
Już tytuł niniejszej relacji chyba wyraźnie wskazuje, że terenem szalonych mych pielgrzymek była mało jeszcze przez nas samych zbadana, prawie że egzotyczna Polska. Oczywiście — bo skoro nasz Odyseusz Mongolję nazwał „krajem bogów, ludzi i zwierząt“, jak gdyby nigdzie więcej ani bogów, ani ludzi, ani zwierząt nie było, to któż mi zabroni letnią syntezę Polski ująć w formułę: „wody, duchy, zwierzęta“?
Pierwszy element nagłówka brzmi u mnie nutą tryumfu i rehabilitacji, mam bowiem złożyć uroczyste świadectwo prawdzie, że chociaż warszawiak w ciągu zimowych miesięcy roku wodzie zbytnio się nie narzuca, a warszawianka z bezużytecznej wanny sprytnie sporządzi sobie balję lub spiżarnię, nie mniej jednak w lecie... Ach, mój Boże, w lecie koniecznie musi wyjechać do wód. Tam to właśnie w chwilach wolnych od zabaw, a przedewszystkiem od rewji mód i plotek na deptakach, można, a nawet trzeba się wykąpać. Wykąpać się nie przez snobizm lub z rozpusty, lecz z myślą o przyszłości, o zimie, wykąpać się starannie, by w grudniu albo też wczesną wiosną nie przyszło komu do głowy wyjmować z wanny słojów z marynatami, ciężkich dzierz z masłem, byle tylko zaspokoić niemądry kaprys kąpieli. Zresztą wszystkim chyba wiadomo, że kąpie się przedewszystkiem brudas; człowiek naprawdę ochędożny na temat wody żadnych nie miewa zboczeń: jest bowiem samo przez się czysty. W rezultacie ojczyzna nasza słynie, jako kraj wzorowej czystości — w porównaniu z zachodnimi sąsiadami spożycie u nas mydła, zwłaszcza w dzielnicach bardziej położonych na wschód, dałoby się obliczyć niemal w karatach.
Zoologją zajmę się tutaj bynajmniej nie ze względu na to, że podobno trudno uniknąć tego przedmiotu, gdy mowa o ludziach, to znaczy nie w celu dokuczenia bliźniemu jaką złośliwą przenośnią, ale poprostu z tej tylko racji, iż w opowiadaniach ludzi, jakich w wędrówkach swych spotkałem, zwierzęta sporą odgrywają rolę. Przyznać się muszę, że słuchając tych nieśmiałych zwierzeń o przyjaźni z fauną, przyjaźni antycznej jakiejś, gdyby z pradawnych klechd i legend do sfery rzeczywistości przybłąkanej, falę żywiołowego wstydu za zbrodnie, na społeczeństwie zwierząt przez nas popełniane, starałem się pokrywać nieszczerym sceptycyzmem:
— Akty świadomej wdzięczności ze strony kota? Kość, jako honorarjum, przez psa zaofiarowane panu doktorowi? Solidarność macierzyńska między kotką Bebą a żoną weterynarza? Wszystko to brzmi niczem starożytna baśń o moralnem obcowaniu człowieka ze światem zwierząt, ale bądź co bądź tylko baśń...
Prawda, jeszcze pozostały duchy. No, tu już jestem spokojny. Jeżeli weźmie się w rachubę polaków, uprawiających konszachty spirytystyczne, to przyjdziemy do wniosku, że jednak kraj nasz musi być obficie zaludniony przez duchy. I to przez duchy nie byle jakie! Medja warszawskie znane są z tego, że utrzymują stosunki wyłącznie z sosjetą pierwszorzędnej, wypróbowanej jakości. Na seansach naszych można mieć zawsze naturalnej wielkości Ramzesa, Cezara, Napoleona, paru Grzegorzów, Danta, Szekspira i Achillesa, obok zaś nich z pół kopy słabszych trochę wodzów, sadystów, uwodzicieli i włamywaczów, nie licząc trudnej do zarejestrowania hołotki astralnej, tłumem zazwyczaj ciągnącej w ślad za pozagrobową elitą.
Jak się w cyfrach okrągłych przedstawia duchostan polski, obecnie niesposób jeszcze ustalić. W każdym bądź razie Warszawskie Towarzystwo Psychopatyczne ma przed sobą wdzięczne zadanie przeprowadzenia jednodniowego spisu duchów gnieżdżących się w tych sferach bytu, które prawnie należą do Rzeczypospolitej Polskiej.

A teraz opowiem wszystko, od początku.





I.
POSAG IRENY TOBCZEWSKIEJ.

Działo się to przed trzema laty. Wysączałem właśnie ze szklanki ostatnie krople kawy, gdy mój wzrok leniwie błąkający się po nagłówkach dziennika, zahaczył był o drobne, gdzieś na uboczu szpalt umieszczone ogłoszenie:
„AAA, Rozrywki poszukuje chory samotnik. Zapłaci gotówką, od umowy“.
W tej chwili i pod wpływem tego właśnie anonsu, musiało coś się stać w mojej podświadomości, gdyż bez uprzednich rozważań i zastanowień, nagle, jakgdybym dopiero co był powziął określoną decyzję, szepnąłem z pewnością siebie, wykluczającą wszelką wątpliwość:
— To dla mnie...
Przedzierając się przez tłum uliczny, biegłem pod wskazany adres, wciąż z tem niezachwianem przekonaniem, że nareszcie czeka mnie wybawienie, z kłopotów podemobilizacyjnych, to znaczy, jakiś niezgorszy, może nawet gruby zarobek.
— To dla mnie — myślałem podniecony zjawą już nietylko dostatku, ale kto wie, może długotrwałego dobrobytu. Szczęście zwykło przecież chadzać fantastycznemi zygzakami.
Trzaśnięty i pochylony parkan, bez umiaru poobwieszany drutem kolczastym, zatrzymał mię w biegu. Za furtką, na przeraźliwie pustym i niechlujnym placu, drzemało w sierpniowej spiece parterowe, dość rozległe domostwo z zakratowanemi oknami i krzywą facjatką w wysokim a wyrudziałym dachu. Wokół stosy gruzu i nigdy chyba niewywożonych śmieci. Ani jednego drzewka, krzaczka, lub przynajmniej odrobiny trawy. Smutek i zapuszczenie podmiejskiej rudery, tępo wyczekującej zwyżki cen na place, by ustąpić miejsca pochodowi żelazo — betonowych masywów.
— Do pana Tobczewskiego, pewnie z ogłoszenia? badał mnie ktoś w mrocznej sionce, gdzie ciężkim słupem stał cuch kotów i obierzyn kartoflanych.
Spokojnie uśmiechnąłem się w przestrzeń, jak ten, którego tutaj z niecierpliwością wyczekują.
Po chwili czułem się wepchnięty do dużej, zupełnie sprzętów pozbawionej stancji. Przez skrajne swe zapuszczenie, wnętrze to znakomicie harmonizowało z urodą placu i powierzchownością domu.
Pan wejdzie — zachęcał wysoki brunet w rozchełstanej koszuli na piersiach, osobiście przeprowadzając mię przez sąsiednią ubikację, w której przy stole z flaszkami i salcesonem w papierku, siedział na kanapie niski i czerwony blondyn. Mimo wybitne różnice, że tak powiem, maści i formy, mężczyźni ci mieli wspólny jakiś rys, cechę podobieństwa, narazie trudnego do sformułowania. Dopiero po dłuższej serji wizyt w tym osaczonym przez pierścień kamienic domu, uświadomiłem sobie, że było to podobieństwo wyrazu, zatem psychiczne — obaj mieli w rysunku czoła i ust piętno biologicznej siły, zdrowia i zimnej drapieżności. Niby żywy wyjątek bezimiennego tłumu, jeżeli się nań patrzy ze zdecydowaną niechęcią lub podejrzliwością.
Łagodnie popychany przez przewodnika ku dalszym drzwiom, zanurzyłem się w sutą portjerę. Gdy po sekundach oporu spłowiałej materji, cuchnącej starzyzną i tłuszczami, wydobyłem się wreszcie z otoczy fałd, w twarz mą bluznęło słońce. Wraz z falą światła uderzyło mię śmieszne wrażenie, że jestem nadziany na chłodny i śpiczasty wzrok. Naprzeciw siebie, na tle paru mocno zakratowanych okien i kilku lichych obrazków, mrużąc oczy, ujrzałem wysoki, ceratą powleczony fotel, a w fotelu szary szlafrok, z nad którego wyglądała siwa i długa głowa. Sprzęg oraz siedząca w nim z książką w ręku postać, były groteskowo wydłużone i wąskie, jak gdyby odbite w krzywem zwierciadle. Zwłaszcza ta siwa, z boków spłaszczona i uczesana na jeża głowa, z której przez szkła okularów patrzyły na mnie badawcze, choć już spłowiałe oczy.
—Proszę zaczekać minutę — zachrzęścił przyduszony głos. — Zaraz skończę rozdział. Właśnie porucznik nabija pistolety. Gdy sprzątniemy barona, a to jest jedyne wyjście z sytuacji, przyjdzie kolej na pana.
Z pod spuszczonych powiek wzrokiem jął toczyć po kartkach, co chwila dając folgę zniecierpliwieniu.
Nie, to jakiś skończony bałwan! — krzyknął wreszcie, książkę cisnąwszy w kąt. — Nabił, proszę sobie wyimaginować, broń, jak się patrzy, poczem najspokojniej powiesił ją na gwoździu, chociaż już od trzydziestu stronic może mieć niezachwianą pewność, że baron sprzątnie mu Adrjennę bez żadnych skrupułów. Jest to już wina pisarza, najwidoczniej fuszera i niedołęgi. Literatura, panie, to okropna rzecz — obrzydła mi już ta haniebna dependencja czytelnika od pomysłów autora, i niemożność wpływania na bieg zdarzeń. Przeciwko takiemu despotyzmowi powieści świat kiedyś musi się zbuntować, jak się już dziś ja buntuję.
— To dla mnie — stwierdzałem z coraz większą stanowczością, uważnie studjując zasępiony profil starca.
Aż rzekłem grzecznie, z najjaśniejszym, na jaki mnie było stać, uśmiechem:
— Przybyłem, niby wedle tej rozrywki...
Tobczewski powątpiewająco chwiał głową.
— To pan już dzisiaj czwarty z rzędu. Pewnie, jak i tamci, do niczego. Bezczelni, sum wielkich żądali za nudę. A cóż może być głupszego nad nudę, do tego jeszcze opłacaną. Jest to zresztą nałóg warszawski: zabójczo nudne godziny w kawiarni nad szklanką kiepskiej cieczy spędzone, to coś więcej, niż rozrywka — to symbol, znamię epoki, jak pan może zauważył pod każdym względem mało produkcyjnej. Ale słucham pana.
Po pauzie, obliczonej na efekt, a wytrzymanej, zdaje się, nader umiejętnie, rzekłem:
— Nim sobie innego, bardziej produkcyjnego zajęcia nie znajdę, wziąłem się do beletrystyki. Doraźność obecnego zawodu wynika stąd, że i mnie już drażni kwaśny swąd atramentu, oraz zagrażająca sferze życia inwazja sytuacyj powieściowych. Pozwolę sobie przedstawić szanownemu panu następujący program zabawy: rozporządzam mianowicie solidnym cyklem pomysłów, których nie zamierzam eksploatować. Pomysły te z całym składem osobowym( oraz z prawem użycia tej lub innej firmy, gotów jestem odstąpić panu za bezcen. Profit taki: o tyle to a tyle kawałków drukowanych będzie pan miał mniej do czytania.
Tobczewski kręcił głową krytycznie. Ja jednak nie dawałem za wygrane. Zbyt się nastawiłem na zarobek, zbyt wiele miałem pilnych, a niezaspokojonych potrzeb, bym mógł odrazu się zniechęcać.
Nowy swój program przedkładam z gorącą akcentacją.
— To w takim razie zrobimy inaczej. Otrzyma pan wolny wstęp za kulisy mej wyobraźni. Gdy uzna pan za właściwe, tu i tam zmienimy akcję, albo charakterystykę poszczególnych osób; ludzi moich pan pchnie ku przeznaczeniom według swego widzimisię. Tworzycielem ich dziejów stanie się pan, mag i władca bajeczny. To już nie będzie literatura, lecz rozpętanie wszelkich możliwości umysłowych i moralnych — i to poza kontrolą krytyki. Szczęście, oraz najokrutniejsze katastrofy w pańskiem się znajdą ręku. Jeżeli skąpił pan bliźniemu dobra, teraz tanim kosztem można to wszystko naprawić. Jeżeli ma dobrodziej wrogów groźnych, a niedosiężnych, teraz możemy wywrzeć na nich zemstę. Wzniosę pana, jako mocarza, ponad grzech i prawo, gdyż prawem będzie pana jedynie wola. Niedrogo za to zażądam...
Uporczywie, z gorączką wewnętrzną, wplatałem wzrok w spojrzenie starca, który w długiem milczeniu zdawał się być cały projektem mym pochłonięty.

*

Roch Samuel Tobczewski, jak się okazało, był osobistością, która w kartotece policji śledczej miała jędrną charakterystykę: „Skąpiec, dawny lichwiarz i podobno nawet rozbójnik, nigdy jednak nie pochwycony na gorącym uczynku, od piętnastu lat porzucił swój proceder i cofnął się w życie ściśle domowe, podobno z obawy przed czyjąś zemstą. Dorobił się znacznych bogactw, które starannie gdzieś ukrywa. Kawaler, bez śladu krewnych. Opieka kryminalna naràzie zbyteczna“.
Od kilkunastu zatem lat Tobczewski nie opuszczał domu, lękając się zemsty, która rzekomo zagrażała mu ze strony potężnych, a przebiegłych nieprzyjaciół. Czas dobrowolnego więzienia mijał na czytaniu powieści i na zawodach karcianych z dwoma, gwoli obrony osobistej, najętymi zbirami, których Tobczewski niewątpliwie w grze by oszukiwał, gdyby nie zdecydowana postawa gwardji.
— Panie starszy, prosimy honornie o uczciwość, bo jak nie, to wszystkie knochy poprzetrąciem i zaraz sobie stąd odejdziem...
Pogróżka, zwłaszcza punkt jej drugi, bo pierwszy bywał podobno niejednokrotnie już stosowany, skutkowała znakomicie. Tobczewski na myśl, że zostać może w domu sam, zdany na łaskę swej trwogi, opryczników przepraszał, wyprawiał im pierwotne uczty, z jękiem bólu uwzględniając wszystkie, coraz to bezczelniejsze wymagania.
W czytaniu Tobczewski doszedł do najwyższego stopnia nasycenia. Pochłaniane bez sensu i porządku książki treści wyłącznie beletrystycznej i to marki dostosowanej do jego poziomu umysłowego, zaprawionego w skrajnym realiźmie samotnika przyprawiały o paroksyzmy zniechęcenia do literatury. Właściwa człowiekowi, zwłaszcza zaś mężczyźnie, potrzeba tworzenia konstrukcji, domagała się przeżyć realniejszych. Tobczewski miał przecież za sobą swoiście czynną tradycję działania, która w końcu musiała się zbuntować przeciwko światu fikcji, tembardziej, (tu następuje najważniejszy motyw), że fikcja ta była już przez autorów ze wszystkimi szczegółami przerobiona i w gotowym kształcie narzucana spożywcom.
— To dla mnie — raz jeszcze szepnąłem swemu rozradowaniu, gdym starca przejrzał i ujął w formułę.
To też kiedy pan Roch przyjął mój program, narazie tylko tytułem próby, wziąłem się do dzieła z zapałem, ale i z należytą ostrożnością. Chodziło o wytworzenie wokół starca takiej magicznej atmosfery, o wprowadzenie go w taki stan, żebym stał się dla Tobczewskiego bardziej jeszcze niezbędny, niż jego żarłoczna, notabene nie bardzo mi życzliwa gwardja. Co do trudności, jakie mię czekały w uciążliwej walce o zaufanie i sympatję, nie należało się łudzić ani chwili. Trzeba było nietylko rozproszyć zawodową podejrzliwość ex-lichwiarza, ale akcję zainscenizować tak sugestywnie, by zmyślone osoby, które do niej wprowadzimy, nabrały pozorów wypukłości i życia, przez wyposażenie ich w starannie przemyślaną charakterystykę. Dopiero wtedy i ja sam mógłbym wpleść się w personel fantomów, by z ubocza, dyskretnie kierować śmieszną naszą awanturą.
— Stare, żylaste serce nałogowego kawalera, najłatwiej da się skruszyć sentymentem — orzekłem, wprowadzając pana Rocha w początek sfabrykowanej ad hoc opowieści o biednej sierotce, Irenie, która, straciwszy rodziców w szesnastym roku życia, została bez wszelkich środków na bruku. Irena szczupła jest i zgrabna, ma jasne włosy, niebieskie oczy, równe zęby i śliczny niewinny uśmiech.
— Nie trzeba za dużo urody! — wołał Tobczewski. — Irena powinna mieć coś takiego, coby ją odróżniało od powieściowych kukieł. Przecież pan chyba zauważył, że w powieści, jeżeli jest mowa o kimś ładnym, to ów ktoś musi taki już być przecudowny, że gwiazdy gasną; i przeciwnie — jak już autorek wysili się na szpetotę, to aż pies z wyciem ucieknie. Irena, owszem, jest niebrzydka, niepozbawiona nawet wdzięku, nieco tylko za chuda, a lewą dziurką w nosie odrobinę ma większą, niż prawą. Pozatem zauważyłem też trochę łupieżu we włosach i brak jednego zęba.
— Nie szkodzi — bąknę pojednawczo. — Zębem zajmie się dentysta, złota koronka usunie drobny ten brak, to nawet niedrogo będzie kosztowało, jakieś dwadzieścia najwyżej dolarów. Łupież, o ile wiem, wskazywałby na złą przemianę materji, rozumie się, wskutek złego odżywiania. Nim zaczniemy właściwą akcję, możebyśmy wysłali dziewczyninę nasamprzód do Krynicy, a potem gdzieś nad morze, najlepiej południowe, Ostatecznie, jeżeliby zaszła potrzeba, to chętnie będę Irenie towarzyszył. Kosztorys podróży na dwie osoby przedstawię jutro...
Z za grubych okularów patrzyły na mnie zimne, podejrzliwe oczy. Zamilkłem, stwierdziwszy, że przedwczesna ścisłość w szczegółach programu może być źle widziana. Starzec nie zdradzał jeszcze najmniejszego przejęcia się niedomaganiami Ireny,
Po pewnym czasie aparat naszych rozrywek wykazał już niezgorszą sprawność. Jeżeliby szukać gdzieindziej analogji, to rola moja przypominała właściwie rolę tak zwanej „nadrabiaczki pończoch“. Zaczynałem bajkę, dawałem jej punkt wyjścia, by pan Roch już sam mógł następnie snuć dalsze ciągi opowieści. Takie przynajmniej stawiał mi żądania. Mimo tę pozornie skromną pozycję, starałem się zawsze być we właściwej chwili obecny z dyskretnie przyrządzoną radą, jakby według mnie należało dalej postąpić. Gdy Tobczewski prawił mi rozrzewniające brednie o smutnej przeszłości Ireny, ja od czasu do czasu tok fabuły nieznacznie skierowywałem ku swoim, tajemnie sobie wyznaczanym celom.
Między starym Rochem a mną rozpoczęła się lona gra, obfitująca w akcenty nietylko farsowe, ale nawet dramatyczne, zależnie od sytuacji i tempa zabawy. Właściwem mojem zadaniem, które sobie postawiłem, było wywrzeć na skąpca taki wpływ, tak skutecznie go urzec, by bogactwa swe wydobył z ukrycia i zrobił z nich jakiś użytek, nie krzywdząc przytem swego pomocnika. Do celu tego służyć miała urojona Irena, którą notabene, już po miesiącu zabawy, sknera, zalewając się łzami, adoptował, a której opiekunem w razie śmierci przybranego ojca, powinienem chyba zostać ja, właściwy autor postaci.
Instytucja opiekuna okazała się o tyle niezbędną, że jeżeli Irena, fantom przecież, mgła, na serjo weszłaby do formalnego testamentu, jako spadkobierczyni (a nieobliczalny, przebiegły dziad mógłby mi takiego figla spłatać), to na grze tej nikt by nic nie zyskał.
Przyznać należy, że Tobczewski nadspodziewanie dzielnie się opierał mym zamysłom, fabułę kierując w ten sposób, bym ja ciągle stał na trzecim planie wypadków. Pewnie przeczuwał moje intencje, pewnie już przeciw mnie coś knuł, ale zaczarowany własną wizją i pozorną ekspansją swego serca, nie decydował się na wyraźne ze mną zerwanie.
Po upływie roku, w ciągu którego o dochodach z „rozrywki“ mowy jeszcze nie było — czując się trochę zniechęcony, próbowałem nawrócić starca na wiarę społeczną i bezpośrednio oddać go wraz z jego złotem ogółowi.
Działo się to w jakiś miesiąc po uroczystem uznaniu mnie za dalekiego krewniaka, co przeprowadziłem rozmyślnie, by mieć głos w sprawach rodzinnych.
— Dlaczego wuj nie odda społeczeństwu swoich bogactw? Marnuje się to tylko niepotrzebnie.
— Nie społeczeństwo dało mi te grosze, które łaskawie zwiesz bogactwami — odpowiedział nieoczekiwanie łagodnie. — Sam je sobie, nawet wbrew społeczeństwu, zebrałem.
— Podobno jednak z krzywdą ludzką. Czy to prawda?
Dziad był nieubłaganie spokojny.
— Tembardziej nie oddam. Krzywdy pieniądzem się nie okupuje. Ofiary mojej chciwości zasługują na więcej, niż na zadośćuczynienie materjalne, bo na szczerą sympatję. Są to ludzie dobrzy, choć niedołężni, i im właśnie zawdzięczam jaki taki majątek.
— I co wuj ma z tego majątku? Toż w razie śmierci przepadnie.
— Niechaj. Dla siebie, nie dla kogo innego ciułałem. Że nie używam dóbr doczesnych, to tylko wskazówka, żem grosze zbijał w celach idealnej natury. Lubię mianowicie, straszliwie lubię posiadać, a nic tak, chłopcze, nie podkreśla osobowości, jak świadomość posiadania. A im więcej samowiedzy, tem doskonalszym jest się tworem, tem bliżej Stwórcy.
Filozofja wuja wprowadziła mię na chwilę w osłupienie. Skąd ta łatwość żonglowania paradoksem, to obycie się z terminologią? Albo zwiana gdzie z jakiej powieści „kwestja“, albo może kiedyś u jakiego „filozofa do wynajęcia“ zamówiony światopogląd, lub wreszcie owoc samodzielnych dociekań, mających rehabilitować przeszłość lichwiarza i rozbójnika? Ostatnie rozpoznanie najbliższej zdaje się być prawdy. Sumienie, ten sternik na mętnych fluktach pokus, pod presją wyrzutów bywa krętaczem o niesłychanej wynalazczości.
Pan Roch poruszył się w fotelu.
— W tem mojem, tak niepokojącem ludzi bogactwie, mieści się całe moje ja: zagadka, sekret przewagi nad bliźnimi, których umiałem zmusić do zasilania moich kas, A zresztą mogę cię uspokoić, że złoto nie przepadnie. Mam dla kogo... Żyć może? Nie, na to już zapóźno. Ale mam przynajmniej dla kogo umrzeć. Irena...
We mnie wzruszenie zatkało dech. Zbliżała się chwila jedna z najważniejszych w grze — wspaniały wynik mojej cierpliwej walki o wyobraźnię Tobczewskiego.
— Irena — ciągnął dymisjonowany lichwiarz — odziedziczy po mnie wszystko, w posagu rozumie się.Zastrzegę sobie tylko jakie takie dożywocie. Będzie bogatą kobietą, o ile nie splami nazwiska, które odemnie otrzymała znakomicie oczyszczone przez pieniądze.
— Irena bardzo wuja kocha — zapewniałem gorąco, — We wczorajszym liście oświadczyła mi najwyraźniej, że ponieważ małżeństwo mogłoby ją oderwać od boku przybranego jej ojca, więc zamąż nie wyjdzie nigdy. Chyba, że za kogoś też bliskiego wujowi. Naprzykład za mnie...
Ostatnie słowa rzuciłem już półgłosem.
Aby nie widzieć, co się dzieje w twarzy Tobczewskiego, patrzyłem w inną zupełnie stronę. Zdawało mi się bowiem, że po krótkim dreszczu wzruszenia, w kłaczastych wąsach skąpca musiał osiąść gorzki jakiś wyraz.
Tobczewski wszelako milczał, snąć zamyślony.Nie bez pewnej dumy wodza stwierdziłem, że śmiałe moje posunięcie teoretycznie się powiodło.
Minęło jeszcze pół roku. Nie zarabiałem już prawie nic. Budżet mój oparł się na wyprzedawaniu bibljoteki i na drobnych, tu i tam zaciąganych pożyczkach. Mając rozleglejsze przed sobą perspektywy, niż doraźny zarobek, o pieniądze nie nagabywałem Tobczewskiego zupełnie. Prosty rachunek mi mówił, że wobec możliwości otrzymania wielkiego spadku, opłaci się nietylko wieść akcję bez doraźnych zysków, nietylko żuć biedę, ale jeszcze za oszczędzone na pożywieniu grosze fundować wujowi piwo, babki śmietankowe i ulubione jego mydła.
Irena tymczasem kończyła jakiś arystokratyczny zakład naukowy na południu Francji, dokąd wuj posłał był ją przed rokiem na ukończenie edukacji.Co wieczór w nieoświetlonym pokoju, zapatrzeni w stojącą za oknami łunę wielkiego miasta, gwarzyliśmy o przyszłości ukochanego dziewczęcia. Najwięcej, rzecz prosta, mówił wuj; rozczulał się przytem nie na żarty, a w głosie drżały łzy.
— Pisała przełożona — rzekłem kiedyś, siląc się na obojętny ton. — Prosi o niezwłoczne nadesłanie wpisowego za drugie półrocze i za korepetycje.Jeżeli wuj chce, to mógłbym się zająć wysyłką pieniędzy.
Wtedy rozległo się głuche, pełne niechęci mruknięcie.
— To dopiero podła baba! Przecie zapłaciłem za cały rok szkoły i pensjonatu, już z korepetycjami!
— To ja jej tak, wuju, odpiszę. Ale Irena zamało dostaje na drobne wydatki. Pozatem dentysta.
— Nie przesadzaj — strofował mnie pan Roch.— Ma dwieście franków miesięcznie, a oprócz tego na dentystę.O Irenę się nie troszcz — już ja niczego jej nie poskąpię.
Atak mój był odparty. Stary robił to z chwalebną przytomnością umysłu.
Żeby jeszcze bardziej zgęścić atmosferę bajki i silniej oddzilałać na wyobraźnię klijenta, do domu jego sprowadziłem arfę i ukryłem ją na facjatce, a o zmroku przystępowałem do hypnotyzowania Tobczewskiego lichą zresztą muzyką. Albo z silną latarką rowerową stanąwszy na placu, w okna stancji wujowej puszczałem różnobarwne smużki, by następnie opowiedzieć mu bajeczkę o tem, jak to tęsknota Ireny koło domu opiekuna błąka się pod postacią kolorowych światełek i pieśni archanielskich.
Nie zawahałem się wystąpić też kiedyś na śniegu pod oknami w stroju cheruba i z papierową lilją w ręku. Chociaż taki aniołek z bakami, w binoklach i w futrzanej czapie na krótko ostrzyżonej głowie wyglądać musiał raczej zabawnie, niż nastrojowo, niemniej jednak po drugiej stronie ramy, widziałem spłaszczoną na szybie twarz z oznakami szczerego zachwytu.
Nazajutrz, po tem objawieniu, Tobczewski opowiedział mi z mrowiem fantastycznych szczegółów, jak to mu się wczoraj ukazała oskrzydlona anielsko Irena.
Rosłem z dumy, zacierałem ręce, czując, że naiwna moja maszyna spełnia swe zadanie należycie.
Kiedyś postanowiłem prosić Tobczewskiego o rękę Ireny. Miało to być jednem z najważniejszych posunięć, od którego zależała cała moja przyszłość.
— Zbyt bliski mi jesteś krewny, żebyś mógł żenić się z moją córką — wykrętnie odpowiedział skąpiec, niemile widać zaskoczony propozycją.
Kwestjonować teraz swoje pokrewieństwo z „wujem“ byłoby dla sprawy niebezpieczne. Wolałem z innej podejść go strony.
— Wuju, nie z córką, ale z adoptowaną wychowanką, która... Cóż, muszę to wyznać — która kocha mię oddawna pierwszą i czystą miłością. Posagu nie wymagalibyśmy odrazo. Należałoby narazie dać mi przyzwoitą sumę na kupno wyprawy, oczywiście jeszcze przed przyjazdem Ireny...
Wuj wykręcał się, jak umiał, ale padając pod ciosami mej argumentacją zażądał doby do namysłu.
Po upływie tego terminu pokazał własnoręcznie przez się nagryzmolony list, rzekomo od Ireny, w którym ta oświadcza, że zamąż nie wyjdzie, gdyż wstępuje do klasztoru, a mnie nie kocha.
— Czytaj! — tryumfująco wołał sknera.
— Czytaj, co tu o tobie stoi: Pożegnaj go, wujaszku, odemnie. Niech mi już więcej głupiemi swemi zalecankami nie dokucza“.
Przygryzłem wargi. Tobczewski, gdy chodziło o nietykalność jego majątku, umiał puścić się nawet i na dowcip.
Nazajutrz przybywam ze sfabrykowanym telegramem.
— Depesza od Irenki! — wołam od progu ze sztucznem zdyszeniem. — Żąda, byśmy wczorajszy jej list uznali za nieważny. Pisała go w chwili rozterki, dziś atoli oświadcza, że kocha tylko mnie i tylko za mnie wyjdzie. Czytaj wuju: „jeżeli mój najdroższy tatuś, a twój wujaszek, będzie mi stawał na drodze do szczęścia, to umrę z rozpaczy. Doktór powiedział, że takiej zgryzoty organizm mój nie wytrzyma, i kazał natychmiast wyjść za mąż, oraz zażywać „Aurein“, jakieś lekarstwo ze złota, bardzo drogie, na które proszę zaraz przysłać 5.000 franków. Powiedz też wujowi, żeby ci zwrócił te tysiąc franków, które od ciebie niedawno pożyczyłam“.
Wuj ze zdziwieniem obejrzał depeszę, skreśloną przezemnie na prawdziwym blankiecie telegramu.
— Wiele to taka depesza musi kosztować! — kwaśno rzekł, kręcąc głową. — A długu, przez smarkatę zaciągniętego, nie reguluję, ze względów pedagogicznych.
Po paru dniach ze łzami w oczach przeczytał mi list, też niby od Ireny, oznajmiający, że dziewczyna się rozmyśliła. Wstępuje do klasztoru i żegna mię na zawsze.
Teraz ja zamilkłem, stropiony. Jasną było rzeczą, że kontredansa z listami dłużej prowadzić już nie sposób. Czas największy innego jąć się środka.Zwłaszcza, że wuj w ostatnich tygodniach jakoś niedomagał. Stracił łaknienie, chudł, żółkł i coraz częściej chwytał się za piersi.
Na drugi dzień przystąpiłem do wykonania chwytu, w moich przewidywaniach — niezawodnego.Zjawiwszy się w porze, jak dla mnie niezwykłej, bo rano, mocno upudrowany, sam odrazu zwróciłem uwagę kutwy na niezwykłą bladość moich lic.
— Wuju! — zawołałem. — Wszystko muszę ci wyznać. Wuju, jeszcze czas powstrzymać nieszczęście.
On zaś przestraszył się nie na żarty. Snąć przeczuwał podstęp.
— Co się stało? Mów!
— Wuju! — jęczę boleśnie. — Nie pozwalaj Irenie wstępować do klasztoru! Ona taka słaba, taka wiotka, reguła klasztorna z pewnością ją zabije.
— Albo uzdrowi — pociesza mię Tobczewski, — Mój drogi, uszanujmy wolę tej świętej dziewczyny, I daj mi spokój. Źle się czuję, serce mię boli, gnębią duszności... Czegoś się boję...
W spłowiałych jego oczach rzeczywiście zebrał się wyraz lęku.
— Chwileczkę, drogi wuju. Sprawa jest ważna i pilna. Okoliczności tak się złożyły...Tylko spokoju, na Boga! Więc tak się złożyły, że Irena... powinna, musi wyjść za mnie. Widząc niechęć wuja do tego projektu, zrywa ze światem uciech... Ale ona się łudzi... Do klasztoru jej nie przyjmą...
— Co to znaczy? — szepnął chory starzec, czując wilczy dół.
— To znaczy, wuju... To znaczy, że ja niecnie nadużyłem jej zaufania... I oto wkrótce Irena zostanie matką...
Ojciec uwiedzionej chwiał zafrasowaną głową.
— „Milczy“ — pomyślałem. — „Zły znak. Tu było miejsce na szał gniewu i rozpaczy. Widać, że stary albo ma dosyć zabawy, albo też szykuje się do obrony“.
Podniosłem nieśmiało oczy. W bladej twarzy pana Rocha malował się szalony wysiłek. Tobczewski natężał umysł do odparowania ciosu. Widocznie znalazł coś, bo pod wąsami zadrgał ledwo dostrzegalny uśmieszek.
— A powiedz mi, chłopcze, jakeś ty mógł tego dokonać, jeżeli Irena od roku przebywa we Francji, a ty przez ten czas Warszawy nawet na jeden dzień nie opuszczałeś?
Był tak pewien tryumfu, że odwrócił zwycięsko głowę, by nie widzieć sromu przeciwnika.
Sytuacja była poważna. Ale zakłopotanie moje trwało sekundy zaledwie.
— Wuju, — rzekłem wzruszony, — muszę ci wyznać, że za moją namową Irena potajemnie przybyła do kraju, ażeby nas zobaczyć. Wiedziona tęsknotą, przychodziła tu i grywała na harfie. Anioł, któregoś widział za oknem, to była ona w obecnem swojem wcieleniu. Wuju! Teraz, gdy wiesz wszystko, nie będziesz wzbraniać nam małżeństwa!
Tobczewski blady, potem wysiłku oblany, poruszał szczękami, nie mogąc zapewne znaleźć dla siebie wyjścia.
Milczenie uznałem za wyraz zgody na moje małżeństwo z jedyną spadkobierczynią bogacza. Nareszcie kończy się ciężka gra — wygraną! Miljony, którym groziła zagłada, mnie przypadną w udziale! Więc to ja naprawdę będę miał własny motocykl, naprawdę w Rzymie dokończę studjów? Naprawdę społeczeństwu podaruję szereg bezpłatnych pralni i stacyj rozdawnictwa mydła? Do rąk moich ma-ż rzeczywiście przejść potężna broń w walce z życiem: złoto? Więc bajka może się ziścić w jawę, w rzeczywistość! Cóż za cudowna alchemja!
Ze względu na późną noc, deszcz i zły stan zdrowia wuja, uważałem za stosowne nie wracać już dzisiaj do siebie, lecz przenocować w wolnym i stosunkowo najczystszym pokoju, sąsiadującym ze stancją ciągle pijanych zbirów.
Przed świtaniem atoli zbudził mię jeden z pretorjanów.
— Panie — odezwał się cynicznie — stary już czeka na pociąg do piekła. Kazał pana podnieść.
Widmo katastrofy gnało mię do pokoju wuja.
Przy świetle przepalonej żarówki Tobczewski siedział w swym fotelu blady, zielony niemal. Usta miał rozwarte, a powieki opuszczone. Typowy obrazek agonji.
Gdym się zbliżył i ujął wuja za rękę w przegubie (znalazłem tam tylko ślady tętna), z zaciśniętej garści wypadła mu jakaś kartka. Niechybnie przed chwilą pisana, charakterem, którym wuj zazwyczaj bazgrał apokryficzne listy Ireny.
— „Ukochany ojcze!“ — czytałem. — „Wstępuję do klasztoru, bom danego mi przez ciebie nazwiska nie umiała uszanować. Temu, który mię zbezcześcił, powiedz...“
Tutaj list się urywał, a następował kleks, niewątpliwie spowodowany utratą sił.
Gdym się schylił nad umierającym uczestnikiem gry, który z taką wzruszającą cierpliwością, już w obliczu śmierci, trwał w swojej roli, natrafiłem na zawieszony pod przymkniętemi powiekami, przytomny jeszcze wzrok. Co było w tem ukośnem spojrzeniu — żal, iż zabawa się kończy, świadomość przegranej, czy też rozpacz z powodu upadku Ireny, tej abstrakcji, zastępującej samotnikowi świat rodzinny — przez dwa prawie lata? Pocóż jednak Tobczewski ostatkiem sił kreślił popierający moją tezę list?
Otóż mam rozwiązanie! W gasnących oczach tliła się iskierka zadowolenia, wargi poruszyły się bezgłośnie.
Jeszcze niżej się schylam. Może usłyszę wskazówkę, jak i gdzie należy szukać skarbu?
— Miałeś słuszność — owiał mię ledwo dosłyszalny szept. — Irena... Małżeństwo, dobrze...
Już mam zawołać „prędzej, mów, gdzie szukać, bo ledwo zamkniesz oczy, a gwardja twoja dom ten splądruje, piwnice i plac przekopie, podłogi pozrywa”!
Nastąpił finał zabawy. W grze naszej umierający manjak posiadania ostatnią wygrał kartę.
—Dobrze — zaszemrał szept. — Ale Irenę...Wydziedziczam...
Zwarły się ciężkie powieki, a na twarz padł żółty cień.
Pod palcami memi, w przegubie ręki starca, tam, gdzie się szuka ostatnich sygnałów życia, w tej chwili spokojnie już było i cicho.

Wtedy to właśnie przyśniła mi się jakaś szalona, pełna przygód i niespodzianek podróż. Podróż po mało znanych, egzotycznych krainach, jako zapłata za poniesioną w grze klęskę.
O, Ireno, cicha gołębico, więziona na pokucie w zimnym klasztorze! Poto cię wywołałem z niebytu, poto-m cię stworzył i pokochał, poto-m w istność twą uwierzył, by teraz szukać znów zapomnienia i walczyć z tęsknotą za tobą?

Mam do ciebie żal, Ireno, iżem samotny jest i ubogi...





II.
U ŹRÓDŁA WYPADKÓW.

Był ciepły wieczór majowy, jeden z tych, kiedy to po męczących wahaniach, po dreszczach ziąbów, po gnuśnych, prawie jesiennych słotach, po rankach z zimna dygocących, w zaledwie jako tako zielenią powleczonych parkach, nagle wybuchnie, w niebo strzeli, aleją się potoczy, niby młody śmiech, wiosna.
W taki oto wieczór, gdy nurt ożywienia gnał wielkie miasto ku alei Ujazdowskiej, w cichej zwykle zatoczce pl. Dąbrowskiego spotkałem nagle swego kolegę Władzia w towarzystwie tak dalece rozkosznem, żem nie mógł zapanować nad chęcią przywitania się z dawno niewidzianym druhem.
W tem właśnie miejscu, to znaczy na skwerze Dąbrowskiego, w ten oto wieczór, o godzinie dziewiątej minut, zdaje się, dwadzieścia, rozpoczęła się nowa karta mego żywota, jeden z najszaleńszych jej rozdziałów. Czemu rozdział ten nie skończył się tam, gdzie się zaczął, to znaczy w wygodnej Warszawce, jakby stworzonej do tajemnic serdecznych i przelotnych intryg; czemu teren akcji zmieniał się, jak na ekranie, migając panoramą letnisk i uzdrowisk, warcząc pędem zczerniałych w drodze pociągów, tego inaczej nie mogę sobie wytłomaczyć, jak tylko psychozą podróżniczą sezonu, tudzież światłem, jakiem płonęły oczy pani Lalki (tak się nazywała buddyjska połowica tego szczęściarza, Zambrzyckiego).
Tutaj na chwilę się zatrzymam, aby zdziwionemu czytelnikowi wyjaśnić egzotyczne pochodzenie małżeństwa.
Otóż Zambrzycki, istota niesłychanie pomysłowa, podczas wielkiej wojny, znalazłszy się w Rosji, w przeddzień powołania tam jego rocznika do wojska, skądciś, pewnie za grubą łapówkę, zdobył dla siebie zupełnie formalną nietykalność i bezpieczeństwo. Mianowicie pewnego ranka znikł gdzieś poborowy Władysław Zambrzycki, ale zato zjawił się jakiś hindus z cudackiem nazwiskiem Jogi Guzyczyraki, czy coś w tym rodzaju, smagły gentleman, w którego papierach, jak wół stało: kapłan sekty Putra, poddany, króla Nepalu i członek orszaku Wtajemniczonych Dalaj-Lamy.
Wschodni gość, zresztą ubrany po europejsku i swobodnie władający językami, a przedewszystkiem polskim i rosyjskim, wolny od wszelkich obowiązków i ciężarów, których wojna nie szczędziła zmagającym się narodom, zamieszkał w Petersburgu, gdzie się oddał zabawom oraz różnym, bardzo dochodowym interesom.
W roku 1919 w gabinecie jednego z wyższych oficerów policji polskiej, odbył się taki oto djalog.
— Przyjechałem z Rosji — rzekł interesant — i oświadczam panu inspektorowi, że się nazywam Władysław Zambrzycki.
— Papiery osobiste pana?
— Papiery mam na imię Jogi Guzyczyraki, kapłana, podanego króla Nepalu, członka orszaku Dalaj-Lamy. Maskaradę, urządzoną gwoli uwolnienia się od służby w wojsku zaborcy, teraz przerywam dobrowolnie.
— To musi pan złożyć podanie o zmianę obywatelstwa, zawodu, nazwiska, i zapewne wyznania. Sprawa taka potrwa cztery do pięciu lat. Pan pojmuje... Nim się zniesiemy z rządem jego królewskiej mości króla Nepalu, nim otrzymamy zwolnienie pana z obowiązków członka orszaku Jego Arcydostojności Dalaj-Lamy, nim rząd nasz i rząd pana na to się zgodzą, a administracja przypuszczalne pozwolenie wykona... Tak, to wymaga czasu.
— Ależ panie inspektorze, ja jestem obywatel polski, Władysław Zambrzycki, inżynier, kawaler, katolik!
— Pan osobiście — bardzo być może, ale pan, jako posiadacz swoich, w zupełnym porządku znajdujących się papierów — nie.
— Mam przeto czekać pięć lat, by zostać sobą? Dobrze, lecz ja się chcę niebawem żenić, jako Władlysław Zambrzycki, polak-katolik, kawaler, inżynier!
— Hmm...— chrząknął inspektor z anielską cierpliwością. — Jako kapłanowi sekty buddyjskiej kościół nasz nie może panu dać ślubu. Chyba, że Polska zawrze konkordat z Jego Arcydostojnością Dalaj-Lamą.
— Ależ panie naczelniku, ja jestem bardzo zakochany i bardzo mię korci małżeństwo!
Inspektor, czy też naczelnik, przez telefon natychmiast skomunikował się z wiceministrem wyznań religijnych, potem jeszcze z jakąś inną władzą, aż rzekł tonem osoby, która dalszą chęć przedłużania dyskusji uważać będzie za zamach i zbrodnię:
— Według zasiągniętych przed chwilą informacyj, najbliższa parafja buddyjska znajduje się w Paryżu. Sprawy małżeńskie tam raczy pan załatwić.Nie możnaż przecie wymagać, by młodziutkie, w stanie jeszcze wojny będące państwo polskie, lekkomyślnie narażało się na zatarg z rządem króla Nepalu, jak również z dworem najdostojniejszego Dalaj-Lamy. Wszystko musi być załatwione formalnie i wyraźnie.
Zrozpaczony kapłan sekty Putra, mając do wyboru, albo czekać pięć lat na wędrówkę aktów sprawy przez kancelarje Europy i Azji, czy też jechać natychmiast z narzeczoną do „najbliższej parafji“ w Paryżu i tam stanąć na kobiercu przed posążkiem Buddy, wybrał to drugie. Wybrał tem chętniej, że narzeczona zdawała się tem wszystkiem kapitalnie bawić.
O godzinie dziewiątej, minut (zdaje się) dwadzieścia, w ciepły wieczór majowy, sądzono mi było poznać osobiście żonę jedynego polskiego buddysty.Po przywitaniu się ze starym kamratem i po przedstawieniu mnie figurce w luźnej sukience z popielatego éponge, rozmowa wzięła szybko ton ciepły, wprost zażyły, co było zasługą przedewszystkiem różowego łokietka, który jakby niechcący... Nie, źle! niewątpliwie niechcący, co pewien czas cudownie zahaczał o prawy mój łokietek. Dowiedziałem się przeto, że Guzyczyraki-Zambrzycki założył w Łodzi fabrykę przetworów chemicznych „Askal“ i obecnie na potrzeby rynku niemieckiego produkuje całemi wagonami sosy skondensowane, przyprawy, buljony oraz słodycze, rzecz jasna, że nie z czego innego, jak tylko z odpadków naftowych i węgla kamiennego. Interes rozwija się znakomicie, fabryka literalnie tonie w zamówieniach, Niemcy bowiem przepadają za wszelkiem paskudztwem, a bezstronnie przyznać trzeba, że wyroby „Askalu“ pobiły chyba rekord obrzydliwości.
W stolicy państwo młodzi (trudno, muszę ich tak nazywać!) bywają dosyć często, zwłaszcza Lalka, która swoim sportowym aeroplanem przybywa tu trzy razy w tygodniu, oczywiście na lekcje meloplastyki i, rozumie się, gry filmowej. Wraca przytem zawsze na obiad punktualnie o drugiej, ponieważ według Władka atrybutem miłości jest również i stół, stół dobrze nakryty, starannie zastawiony, stół — symbol pogody i dojrzałej radości życia w cztery lata po weselu.
— A więc miewa pani pod sobą śliczne w drodze widoki — rzucam zawistną uwagę.
— Z aeroplanu — skromnie odpowie mi urocze stworzenie — Łódź wygląda, jak okopcona szparagarnia.
Wchodzimy do Bagateli, Zambrzycki udał się na trudną wyprawę do kelnera, a później, gdy cudu dokazał, porwało go w obroty jakieś towarzystwo o ponurych wizerunkach, typowi kupcy czasu stagnacji.
Chciał już, widać, los, byśmy z panią Lalką dłużej we dwoje pozostali. Z przezroczystych pól jej kapelusza, liljową gazą krytego, na twarzyczkę padał różowy zmierzch, z którego wprost w duszę moją świeciły dwie latarki oczu. Gdzieś, obok nas, letni teatrzyk ryczał bez umiaru miedzią swej orkiestry; nad stolikami unosiło się nieustanne brzęczenie rozmów; w górze, w gałęziach drzew, ciężko się kołysały, niczem fantastyczne jakieś owoce, niebieskawe owale lamp; wysoko w łunach świateł i kurzawie dymów dusiły się mizerne, wiotkie gwiazdy nocy wielkomiejskiej.
Za plecami mojemi kram z wyborem narkotyków rozbiła zielonooka wiosna, i w cynicznem milczeniu, pewna powodzenia, przygotowuje mi nargil.
— Panie kelner, jeszcze woda sodowa z podwójnym lodem! — wołam w przestrzeń,
A po chwili:
— Chciałbym być z panią w tej chwili gdzieś wśród innych całkiem dekoracji. Gdzieś bliżej bajki i oszołomienia. W Neapolu, lub chociaż w Wenecji.
— Będę tam niedługo — zaszemrał miękki głos, a z pod kapelusza wraz z niebieskiem spojrzeniem wyfrunął jeszcze uśmiech trudny do określenia. (Rany Boskie, jak gorąco!)
Nargil wiosny, zaprawiany snąć haszyszem, wywołał nieznośną zgagę i tętna rozkiełznał w skroniach. Zacząłem przeto zawzięcie mówić, a Lalka zawzięcie milczała. Z ust moich, niby z krateru, bił skwar najskwarniejszych słów. Ręce moje i głos drżały. Powiedziałem, że ona, Lalka, w życie moje wpadła, niczem płomienny pocisk przeznaczenia.
— A jak stoi „Pocisk?“ — ze słodyczą odrzeknie mi anioł. — Mam sporo różnych akcji, ale bodaj, że najwięcej amunicyjnych. Gdybym je sprzedała, mogłabym nawet sama gdzieś wyjechać. Chociaż i tak wyjedziemy niedługo. Władek powiada, że trzeba koniecznie korzystać z zamknięcia granicy i, otrzymawszy z tysiącem innych ludzi paszporty ulgowe, machnąć się gdzie do Francji lub do Włoch. A pana muszę poprosić serdecznie, choć stanowczo — żeby mi pan wiosny mojej i projektów na lato nie zakłócał.
Widownia teatrzyku zarechotała nagle śmiechem i oklaskami, ale mnie (może już nam?) całkiem to me przeszkadzało.
— Moja miłość domaga się... — szepcę.
— Za pozwoleniem.Do zdrady mnie pan nie skłoni.
—Do zdrady? Do takich szpetnych uczynków nigdy jeszcze nikogo nie skłaniałem. Władek jest moim przyjacielem, jeżeli zatem pani kocha Władka, to powinna i mnie również kochać. I to kochać gorąco, aż do duszności, nie chwaląc się zresztą tem narazie nikomu, a przedewszystkiem Władkowi. Bo ludzie tacy są zepsuci, tacy przewrotni, że nasze uczucia opacznie by zrozumieli. Zresztą zbyt kochamy oboje Władka, byśmy mogli świadomie zatruwać mu życie przykremi o nas plotkami.
Z pod liljowych rond coraz życzliwiej spoglądały na mnie niebieskie latarki, a ciepły głos wionął pochwałą:
— Pan musi być naprawdę dobry człowiek. Tak pan dba o przyjaciela.
— Jest to moim obowiązkiem, pani, jak również i to, by serce twoje chronić przed rozterką. Nie powinniśmy zapominać, że Władysław jest zwykłym poganinem, jakimś tam buddystą, a bliższa styczność z takim, zagraża zbawieniu duszy. Ratuj przeto duszę, póki czas. Ja ci to mówię, polak-katolik, ratuj zasady. Zwłaszcza zasadę, głoszącą, że... Oto mój numer telefonu. Umawiać się ze mną trzeba z dnia na dzień, ponieważ mogłoby mi co wypaść...
— Nawet atak zasad zdołam odeprzeć — przekomarzała się ze mną pani Lalka. — W każdym razie, cieszę się, iż jest pan człowiekiem moralnym o zasadach tak twardych i jednolitych, że aż...są nie do użycia. Niech pan jednak wybije to sobie z głowy; jutro cały dzień jestem zajęta, a pojutrze wracamy do Łodzi.
Brwi moje jeżą się w wyrazie pogróżki,
— Proszę pamiętać — mówię — że jeżeli ani jutro, ani pojutrze znaku od pani nie dostanę, to...To w ciągu tygodnia zawsze mię można jeszcze znaleźć w domu koło piątej...
Usłyszałem sygnał ostrzegawczy:
— Ciszej, na Boga! Przy Władku, niech aby pan głupstw nie plecie...
Przez tłum stolików przedzierał się ku nam Zambrzycki.
Mnie zaś zaświtała myśl półżartu, półszantażu.
— Powiem wszystko — grożę — niech się martwi moją nagłą miłością, niech panią z zazdrości zabije. Słuchaj, przyjacielu...
Pod stolikiem czuję kurczowy uścisk dłoni.
— Słuchaj, Władku, pani Lalka...
Pod stolikiem palce kobiece stają się szponami.

— Pani Lalka, uważasz, prosi jeszcze o filiżankę czekolady...





III.
UCIECZKA.

W parę tygodni później, gdym już nietylko, że się oswoił z najoczywistszą klapą (telefon bowiem milczał), ale nawet potrochu zapominać już zaczął o doznanym w Bagateli zawrocie głowy, pewnego wieczora odwiedził mię Zambrzycki. Był nieswój jakiś i roztargniony. Siedział, to znowu się zrywał i biegał po dywanach (tak u mnie się nazywa wytarty i wyczerpany samodziałowy chodniczek). Zachowanie się niezwykłe, choć w gruncie rzeczy nic w niem niebezpiecznego dla siebie nie wykryłem.
Aż wreszcie rzekł:
— Wczoraj Lalka opuściła dom i wyjechała w niewiadomym kierunku, na biurku zostawiwszy kartkę z jednem tylko słowem „przebacz“. Za wyrazem tym, tak przez kobiety lubianym, domyślać się należy dalszego ciągu: „ponieważ nie wiem, co czynię“. W takich sytuacjach, przyjacielu, kobieta zdradza swą najzupełniejszą bezprogramowość.
Ku mojemu oburzeniu buddysta ziewnął powłóczyście. We mnie wiadomość natomiast gruchnęła, jak w bęben. W głowie poczułem słodki zawrót. Dusza wyprostowała się dumnie: stało się dla mnie jasne, że Lalka uciekła przedemną. Ale czemu? Jakie są pobudki tego kroku? Dla czego, uciekłszy, dotąd mi znać o sobie nie dała?
Rozmyślając nad tajemnicami logiki niewieściej, nerwowo biegałem po pokoju.
Zambrzycki ziewał w dalszym ciągu.
— Taka ucieczka, widzisz, to niedobra rzecz — zwierzał mi się leniwie. — I co właściwie w podobnym wypadku przedsięwziąć należy, jak się zachować? Szukać? Dobrze, ale po odnalezieniu zbiega, Lalka nie daruje mi nigdy, żem naraził ją rzekomo na skandal poszukiwania. Nie szukać? Doskonale, ale kiedy sama wróci, to życie mi zatruje wyrzutami, żem nie czynił nic gwoli odnalezienia dezertera. Zerwać, ukarać likwidacją małżeństwa? Drogi przyjacielu, wszak ona przezornie uzbroiła się w majestat urody i młodości, wobec której bezsilne są wszelkie dyscypliny i wszelka, nawet moja buddyjska, mądrość. Jeżeli kobieta ucieka, to, jak nas poucza doświadczenie, przeważnie w tym celu, żeby ostatecznie wrócić. Wrócić ze wzmożonemi wymaganiami i z amunicją wyrzutów.
Wstał, zatrząsł się i zacisnął pięści.
— Trzeba naprawdę nie mieć krzty sumienia, żeby uciekać w tym czasie, kiedy ja od rana do nocy powinienem tkwić w interesie!
Znowu zaczął ziewać rozpaczliwie.
Zaraz podniosłem się od biurka. Z twarzy mej bić musiała taka stanowczość, że aż zaświeciłem drugą lampkę, aby Zambrzycki lepiej mógł mię widzieć.
— Słuchaj — rzekłem z mocą. — Słuchaj, to ja ją odnajdę...
Spojrzał niedowierzająco,
— Jeżeli tylko o mnie chodzi, to nic nie mam przeciwko temu — rzekł, drąc twarz w ataku ziewania. — Boję się jednak, że nawet w razie powodzenia, którego się zresztą nie spodziewam, szczęśliwy znalazca, nic, krom kłopotu, nie zyska.
Milczałem dyskretnie, trudno mi bowiem było wtajemniczać Władysława w pobudki, jakie według mojej hipotezy skłoniły Lalkę do ucieczki. Mimo to jednak, ludziom z odrobiną spostrzegawczości, moje spojrzenie wyniosłe mówiło aż nadto wiele.
— No-no-no, patrzcie państwo — dziwił się Władysław, na środek pokoju wyciągając długie swoje odnóża. — Jak Buddę kocham, ciekawe!
Wyszedł, zdawało mi się, że trochę zaniepokojony moją szczególną ofertą.
Nazajutrz zrana otrzymałem lekką, niczem obłok, paczkę, a w paczce kartkę Zambrzyckiego tej treści:
„Jeżeli Lalkę odnajdziesz, to wręcz łaskawie jej ulubiony, prawdopodobnie tylko przez roztargnienie nie wzięty w drogę, negliż“.
— Tak wygląda gentlemańska troskliwość i... zaufanie — szepnąłem z podziwem, przygotowując do drogi małą skórzaną walizeczkę.
Na niebie świeciło już młode lato.


Skoro pogoń, to pogoń! Kości rzucone. Trawi mię gorączka przygód. Kupiłem już mapę i busolę, bo jakże tu w drodze obyć się bez map i busali?
Gdym to wszystko jednak rozłożył na stole, okazało się, że ani na mapie, ani na busoli nie mogłem znaleźć wskazówki, gdzie należy szukać pani Lalki.
Na wszelki wypadek przeczyszczam też i czarny organizm browninga. Kto wie, jak to się wszystko ułoży. Jakie przejście mnie czekają w podróży przez tajemniczy kraj wód, duchów i zwierząt? O Buddo, któryś strzegł Ossendowskiego w stepach i pustyniach Azji, któryś Władysława przed służbą w wojsku najeźdźczem ochronił, nałóż kaganiec na moje pióro! Czernidła w krew mi nie zamieniaj! Bandytami dróg mi nie obsadzaj! W bohaterstwie zbyt mnie nie zaprawiaj, bo zwykłym, byle żywym wolę być śmiertelnikiem, ale ześlij mi łaskę sleepingów, dobrych połączeń kolejowych, wyjednaj jakie takie honorarja, oraz kredyt, i chroń mię przed cenami pensjonatów polskich.
Po tej krótkiej suplikacji poczułem w sobie taki nadmiar woli, żem zaraz pobiegł między ludzi na długie, a cierpliwe poszukiwanie pieniędzy.
W drogę!
O, Ireno, biała ozdobo mytycznego klasztoru, przebacz mi, żem cię unieszczęśliwił! Przebacz i zapomnij! O. Lalko, ciesz się, gdyż serce moje z pewnością cię wytropi!

W drogę!





IV.
TAJEMNICA WILLI „LUMINOZA“.


Żem poszukiwania swoje rozpoczął od Bałtyku, ściślej: od Sopot, to nie dlatego, bym może miał jakową pewność, lub choćby poszlakę tylko, iż tam właśnie wykryję pięknego zbiega. Boże uchowaj! Logika wyboru Sopot, a nie, dajmy na to, Zakopanego, opierała się na bardzo trudnej skądinąd prototezie:
— A dlaczegóżby mianowicie nie nad morzem, a gdzieś w górach, w Zakopanem, lub w Kosowie?
Jakie były wyniki pierwszej mojej wyprawy, to inna rzecz. Pani Lalki, ma się rozumieć, nie znalazłem. Może to tak się stało przez proste przeoczenie, może gdzieś w ogrodzie pensjonatowym lub w koszu na plaży śliczny dezerter, z duszą pełną goryczy, daremnie oczekuje pogoni? Czy ja wiem, doprawdy...
Tak mi się atoli ułożyły wypadki, że całkiem inne, na miejscu znagła wyrosłe zadania zaprzątnęły mój umysł. Tą sprawą, która z programu mię wytrąciwszy, ucieczkę Lalki na dalszy odsunęła plan, była ponura, najeżona zagadkami, przezemnie zresztą pomyślnie rozwiązanemi, sprawa portretu Marcina Kuleszy. Jakby wyglądało życie w uroczej „Luminozie“, gdyby mądry traf nie mnie powierzył był jej tajemnicę, coby się stało... Zresztą przystępuję do rzeczy.
Wysiadłszy w Sopotach z pociągu, znużony całonocną podróżą, podniecałem nerwy silną dawką kawy, podanej mi w pustych o tej godzinie, rzekłbyś: głuchoniemych salonach Domu Morskiego, gdy oto jakiś dziennik bryznął mi w oczy prowokacyjnym tytułem notatki: „Szuler polski“.
Treść jej tak się przedstawiała:
„Od pewnego czasu na gruncie kasyna w Sopotach grasuje jakiś osobnik, prawdopodobnie z Warszawy, który swojemi manierami, tudzież głośnem po polsku ujadaniem, wśród gości zakładowych żywe wzbudza oburzenie. Łagodną postawę zarządu wobec brutala przypisać należy wysokiej grze, jaką uprawiał barbarzyńca (też moralność! przyp. W. F.), wokół siebie skupiający najzamożniejsze koła cudzoziemców. Wstrętny grubas i wąsacz, w zbyt ciasne, jak na niego, szaty ubrany, miał ohydny zwyczaj ryczeć, niby zarzynany bawół, pił zaś, jak szewc polski, nie szczędząc Niemcom wymysłów, a nawet pogróżek. Aż przyszła wreszcie kryska na matyska. Niezrozumiałe powodzenie w rulecie, jak również podejrzanie niedopasowana odzież Polaka, zwróciły na siebie uwagę policji“.
„Wczoraj wieczorem od wychodzącego z domu gry awanturnika zażądano dowodów osobistych. Gdy mętny gracz nie mógł się wykazać dokumentami, szucmani odstawili go do biura policji, skąd ten nad ranem, jeszcze przed przybyciem komisarza, zbiegł w sposób dotąd bliżej niewytłumaczony. Pan z Polski oczywiście jest szulerem, którego dzielna nasza straż niewątpliwie pochwyci, nim zdąży on przekroczyć granice Wolnego Miasta“.
— Nie obawiaj się, bratku, władz sopockich — mruknąłem. — Jesteś szulerem, a swój swemu krzywdy nie uczyni. W razie ujęcia otrzymasz jeszcze intratne stanowisko krupjera.
Po kawie powlokłem się wzdłuż Alei Północnej, aby poszukać sobie mieszkania.
W pewnej chwili zatrzymał mię ciepły dreszcz na plecach.To o oczy moje otarła się pieszczotliwie tabliczka ze znanemmi (oh, jak dobrze znanem!) imieniem „Willa Luminoza“. Tak, to tutaj przed czterema laty w letnie wieczory... Tak, tak.... Morze, właściwie małe morzątko, balja z wodą, drżało wtedy zlekka od chłodu, ogród pachniał aromatami lata i nocy, a w saloniku, w różowem kolisku lampy, białe ręce przyrządzały dla mnie kawę po brazylijsku... Znany mi tak blisko dom, dom tajemnic, dziś już spłowiałych i nieaktualnych... Ot, biały pałacyk przez ten czas zdążył już zmienić nawet właściciela. Na kracie furtki miedziana tabliczka anonsuje: „January Kuleszak, dr. phil.“,
Kuleszak? Nazwisko to nie jest mi obce z pewnością. Kuleszak, January Kuleszak... Prawda, to ten słynny spekulant z uniwersyteckiem wykształceniem, paskarz krwiożerczy, hjena wojenna, Kuleszak, przedmiot oburzenia opinji, cel pocisków prasy! Więc biała, pełna wspomnień „Luminoza“ w takich się znalazła łapach?!
Stałem długo, grozą porażony. Przechodnie mijali mię, lustrując zaciekawionemi oczyma. Uwagę ich zwracał zapewne przygnębiony wyraz mej twarzy, a może rasowo podróżniczy wygląd: żółte stilpy, szeroki ulster, miękka czapa sportowa, sęk fajki w szczękach, swobodnie trzymana skórzana walizeczka? Coś z boksera i coś z Sherloka Holmesa. All right!
Z oszklonej galerji pałacyku wyskoczył nagle i czyściutko utrzymaną alejką ku mnie podbiegł klasyczny okaz lokaja w rannym negliżu: w niebieskiej kurcie, w białym fartuchu i w białych zamszowych pantoflach.
— Przepraszam, czy nie pan detektyw z Warszawy? — uprzejmie pytał, jednocześnie otwierając zdobioną bronzem furtę.
Zaciągnąłem się mocno dymem, trochę zaskoczony pytaniem.
— Że rola moja w Sopotach, ze względu na Lalkę, trąci mocno detektywnością — w duchu rzecz sobie uświadamiam — to jest tak jasne, jak fakt, iż przybywam z Warszawy.
To też odpowiedź brzmiała mocno i stanowczo:
— Nie omyliłeś się, przyjacielu. Winszuję ci, All right!
Anim się spostrzegł, jak służący ustąpił mi z drogi i z głębokim szacunkiem oznajmił.
— Jaśnie pan wczoraj otrzymał depeszę i czeka.
Jak to się mogło stać, że wszedłem — nie wiem dokładnie. Dość, że wszedłem, co było dla mnie nie mniej oczywiste, jak i to, że zupełnie nie wiedziałem, poco i naco.
Jednak gestem bardzo pewnym siebie, pozwoliłem lokajowi zająć się moją walizą i paltem, sam zaś bez zbytecznych ceremonji, rozsiadłem się w fotelu (hall, tyle wspomnień!),
Przedemną znowu służbiście wyciągnął się fagas.
— Czy wielmożny pan każe sobie podać śniadanie w przygotowanym dla niego pokoju, czy też może w ogrodzie?
— „Aha, to jest bardzo ważny, drugi raz się już powtarzający szczegół informacyjny“ — trzeźwo wyciągłem wnioski — „że jestem kimś, niewątpliwie detektywem, ponadto jeszcze oczekiwanym“.
Miałem już ulec reakcji rozsądku, by wykręciwszy się jakiem pierwszem lepszem głupstwem, przezornie, póki jeszcze czas, zarządzić pospieszną ewakuację obszarów, zajętych przez nieporozumienie, czy też przez bezczelność, już nawet sięgnąłem po okrycie i walizkę, gdy z amfilady pokojów doleciał mię żywy, miękko brzmiący baryton:
— Bardzo się cieszę, wszak pan Rapp, nieprawdaż? Wdzięczny jestem panom, żeście się tak prędko na prośbę moją odezwali...
Długie, dobrze utrzymane palce swobodnie ścisnęły moją dłoń, a w twarz głęboko i rozumnie zajrzały silnemi szkłami przysłonięte, pod Wysokiem czołem osadzone oczy.
A mnie omal fajka z zębów nie wypadła. Jakto! Więc ów szczupły, najwyżej czterdziestoletni gentleman w pyjamie o spokojnych barwach i kroju, ten pogodnie uśmiechnięty klubowiec o gestykulacji celowej, żadną przesadą nie skalanej, pilny uczestnik epoki... O, „Revue scietifique“ w ręku jeszcze trzyma... To ma być Kuleszak, wyklęty wampir Kuleszak, szakal na klęskach żerujący?
Gospodarz tymczasem wprowadził mię do rasowo urządzonej pracowni (tutaj ongi był złoty buduarek!). Znowu niespodzianka! Gabinetowy fortepian dobrej cechy, na półeczce podręcznej Skrjabin, Rachmaninow, Debussy, Rytel, Ravel, Szymanowski, Prokofjew. Z szafy bibljotecznej aż buchnęło świetnemi nazwiskami autorów, przeważnie z niwy sztuk pięknych, filozofji i ekonomji. Na biurku w skromnych angielskich ramkach urodziwa dziewczyna, też ze smakiem dobrana, najwidoczniej do celów reprezentacji. Wszędzie ciepła troska o komfort, poczucie umiaru w wystawie sprzętów, wszędzie zamiłowanie do rzeczy pięknych.

Niebawem już służący wnosi ogromną tacę z całą alchemją rozkoszy, jaką dać może zdrożonemu tułaczowi doskonale w szczegółach sharmonizowane śniadanie. Wionął bukiet barw i aromatów, zaśpiewało srebro i porcelana. Gospodarz (co znaczy świetna tresura towarzyska!), choć niewątpliwie spożył już dziś ranny swój posiłek, mimo to jednak z wdziękiem towarzyszył mi w połykaniu arcydzieł kuchni i cukierni.

Gdy po śniadaniu zadymiły w szczękach naszych faje, Kuleszak zapytał, czy moglibyśmy „przystąpić do rzeczy“.

Nie trudno się domyśleć, że mnie, jako wplątanemu w bezczelną mistyfikację, narazie bez wyjścia, też śpieszno było do zawarcia znajomości z położeniem.

— Sprawa, która zmusiła mię do poproszenia panów o pomoc, w treściwym skrócie tak by się przedstawiała: od paru miesięcy, to jest od czasu, kiedy z wiosną tutaj przeniosłem się na dłuższy pobyt z Zakopanego, willa moja stała się areną zjawisk, nietylko zagadkowych, zagadkowość bowiem może mieć posmaczek nawet pożądany, ale zjawisk przedewszystkiem wysoce nieprzyjemnych. Zgóry nadmieniam, że służba moja, wypróbowanej wierności i innych zalet charakteru, udziału w całej tej historji nie bierze. Zresztą ani lokajowi nie zależy na noszeniu mego fraka, jako, że posiada własny, notabene londyński, ani też kucharzowi, bo i tego pana wyposażyłem w stroje wieczorowe — jest to jedyny sposób zabezpieczenia się przed wspólnotą odzieży. Murzyn — szofer, oraz ogrodnik, wzór religijnego dzikusa, też muszą pozostać po za sferą podejrzeń.
Kuleszak uprzejmie podsunął mi zapałki, poczem mówił dalej:
— Jednakowoż przedmiotem mojego zdenerwowania będzie nie tyle jakieś tam wyciąganie z garderoby fraków i smokingów, które służba rankiem znajduje porozrzucane po hallu, nie drobne kradzieże, czasem połączone z wyważaniem szuflad w biurku...Nie to, panie Rapp. Najprzykrzejszą rzeczą jest atmosfera bezradności, jaka w „Luminozie“ powstała z chwilą, gdy wybitni gdańscy wywiadowcy po bezskutecznych staraniach opuścili mię wreszcie, żadnej nie zbudowawszy hypotezy. Niech pan pomyśli: drzwi wszystkie zamykam na noc sam osobiście, okienice od wewnątrz mają żelazne sztaby i zatrzaski automatyczne, w hallu stale czuwa mój wilk, Kub, a mimo to... Mimo to zrana znajdujemy w domu ślady czyjegoś plądrowania, frak na dywanie zgnieciony, okrycie, o ile w nocy padał deszcz, przemoczone. A obok wymiętych szczegółów stroju — jak gdyby nigdy nic: drzemiący sobie spokojnie Kub! Wobec takiego stanu rzeczy, nie mogąc znaleźć innego wyjścia, postanowiłem „Luminozę“ sprzedać, o czem powiadomione są już stołeczne biura kupna i sprzedaży. Pojmuje pan — nie mogę młodej żony... Za miesiąc mój ślub... Nie mogę żony wprowadzać do domu, w którym na każdym niemal kroku, codziennie wyczuwam czyjąś obcą, nieuchwytną a wybitnie mię lekceważącą obecność.
Dopiero teraz w bardzo karnej twarzy doktora wykryłem ślady troski,
Mój uśmiech natomiast ważył się między ironją a pobłażliwością.
— Taak. Słucham z zajęciem dalszego ciągu informacji.
— Zatem pozbycie się „Luminozy“, Ale oto przed tygodniem, na tym właśnie biurku znajduję kartkę z najwyraźniejszą pogróżką, kartkę, stanowczo mi zabraniającą sprzedaży pałacyku.
— Poproszę pana o ten niesłychanie ważny dla nas dokument — rzekłem, puszczając z nosa iście sherlokowski kłąb dymu.
Po chwili miałem już w palcach trywjalnem pismem na przygodnym świstku skreślony liścik.
—„Ani mi się acan waż o sprzedaży domostwa swego przemyśliwać. Gdybyś wszelako contra woli mojej się postawił i rezydencję sprzedał, wrychle łbem swym baranim a potępieniem duszy za nieposłuszeństwo mi zapłacisz“. Hm... Styl niby trochę tercjarski, pismo aż do granic barbarzyństwa niewyrobione, naiwne, chociaż wyziera zeń, jak również i z tekstu, pewna fantazja, wskazująca, że autorem kartki nie może być kobieta. Tak, w żadnym razie kobieta; ani nikt ze służby — akcenty, widzi pan dobrodziej, jak na lokaja zbyt imperatywne. Sprawa, doktorze, jest niezmiernie zajmująca. A to dla nas dobry znak: jeżeli bowiem już ja się zaciekawię, to...
Rysy moje ułożyły się w wyraz taki, iż leżący pod stołem Kub, podwinąwszy ogon pod siebie, na wszelki wypadek wolał do sąsiedniego przenieść się pokoju.
Gospodarz patrzał we mnie, jak w tęczę.
— Dziękuję panu — rzekł z przejęciem. — Los najwidoczniej mi sprzyja, skoro na moje telegraficznie wysłane zamówienie biuro panów niezwłocznie delegowało najwybitniejszego w Polsce detektywa.
— A zatem — pomyślałem sobie — lada chwila może tu się zjawić prawdziwy Rapp, Wtedy zaś co?
Przyznam się, że zapytanko to ściągnęło mi trochę skórę na grzbiecie.
— „Jakto, co wtedy? — dodaję sobie otuchy. — Jeżeliby przyjechał Rapp, to przedewszystkiem każę go, jako oszusta, aresztować, a sam niezwłocznie uczynię właściwy ze swych nóg użytek“.
— Chciałem obejrzeć dom z zewnątrz i z wewnątrz — oświadczem z zawodową powagą, zupełnie już uspokojony. — Przy tej okazji zbadam też i zamki.
Kiedy gospodarz zaofiarował mi się za przewodnika, (o, szczęśliwe ongi noce Luminozy!), podziękowałem mu z pobłażliwym uśmiechem.
— Doktorze, rozkład wszystkich domów w Europie znam na pamięć...
I ku zdumieniu Kuleszaka sam oprowadziłem go po jego pałacyku, pokazałem wszystkie skrytki w murze i nawet drzwi potajemne z pomarańczowej sypialni do ogrodu.
— Pan jest żywem wcieleniem legendy o Holmsie! — entuzjastycznie zawołał pan January, ściskając ręce moje. —Powinien pan opływać w zaszczyty i bogactwa!
— Słusznie, powinienem — skromnie odrzeknę, podziwiając w swym rozmówcy rzadko spotykaną cnotę szybkiego oceniania wartości.
A pod adresem prawdziwego Rappa, która może w tej chwili kur jerem pędzi z Warszawy do Gdańska, pomyślałem:
— Strzeż się, niedołęgo! Nic mnie już zaufania kuleszakowego nie pozbawi!
Chociaż dokładnie przeprowadzone oględziny pałacyku żadnej mi narazie nie podsunęły hypotezy, jednak postawa moja nabierała coraz większej pewności siebie. Uczenie badając przypadkowe skazy na ramie okiennej, lub opukując podłogi, tudzież ściany, uśmiechałem się albo z kolei marszczyłem brwi. Z braku właściwych przyrządów, których w dziennikarskiej walizeczce juści że niktby nie znalazł, umiejętnie posiłkowałem się szkiełkiem od zegarka i pilniczkiem od paznokci, przyczem w analizach chemicznych („biokryminologiczna reakcja Rappa“) nieocenione usługi oddawał mi eliksir do zębów, oraz intrygująco opakowany słoiczek z Cascariną. Energicznym zabiegom wywiadowcy z przyzwoitej odległości przyglądała się służba z lokajem na czele, podczas gdy pan ich, snąć dumny z roli doktora Wattsona, niósł za mną lampkę elektryczną i najnowszej konstrukcji aparat do zdejmowania odcisków daktyloskopijnych (Rappograf III, recte: metalowe pudełko do gilletki). Wrażenie, jakie przyjazd mój uczynił w drobnem społeczeństwie Luminozy, najdobitniej świadczyło, że sprawki nieuchwytnego strojnisia rzeczywiście wszystkim już stanęły kością w gardle.
Po ukończeniu oględzin, kiedym siadł sobie w ogrodzie, by w samotności pomyśleć nad dalszym ciągiem położenia, z ulicy przez furtkę wpadł na rowerze boy ze znaczkiem telegrafu na czapce.
— Do pana Kuleszaka telegram z Warszawy — pośpiesznie zawołał, biorąc mię widać za domownika.
Przeczuciem tknięty, rozrywam papierową pieczątkę. To biuro wywiadowcze „Omen“ donosiło, że detektyw Rapp spóźnił się z ostatniej delegacji do Krakowa, przybędzie więc do Sopot dopiero jutro rano,
— Doskonale — rzekłem sobie, i nic o przejętej depeszy nie wspominając adresatowi, telegraficznie pchnąłem biuru wywiadomczemu następującą dyspozycję:
— „Sprawa wyjaśniona. Zamówienie na detektywa cofam. Kuleszak“,
Chwiejny i grząski dotąd pod memi stopami grunt nabrał spoistości skały,


Po wystawnym naprawdę obiedzie (świetny pomysł: rydzyki smażone na rokforze, gołąbki na zimno z kawiorem!), czarną kawę po beduińsku podano nam w hallu. Parę zbroić stalowych w rogach, łby łosie i żubrze pod sufitem, a naprzeciwko nas dwa lśniące werniksem płótna w złoconych, dość niezdarnych zresztą ramach. Z jednego portretu patrzył na mnie pierwotnie wykonany naturalnej wielkości szlachciura w kontuszu i przy karabeli, brzuchacz i żarłok widać niebyłe jaki, obok zaś, w drugiej parze ram, tych samych rozmiarów wysuszona jejmość o rysach, na których widok dostawało się kołki w dołku. Zresztą — typowe stadło szaraczków, pewnie dorobkiewiczów, na zamówienie odmalowanych ongi przez bazgracza z miasta wojewódzkiego.
— „Martinus Kuleszak, nobilis terrae Nurrensis, dominus de Modzele — Wypychy, miles fortis fortium, fundator benignus eclesiae St.Eliżabietae“ — toczył się u spodu obrazu ciężkim pismem i haniebną łaciną nagreźmolony napis, prawdopodobnie ręką samego imci pana Marcina.
Pod niewiastą upiornej urody napis był dość niezręcznie świeżą jeszcze farbą zamalowany.
Kiedym tak z uprzejmym uśmiechem przyglądał się przodkom gospodarza, ten zerwał się z fotela i, z ponsem na bladych zazwyczaj policzkach, stał nieruchomo, rzekłbyś: posąg zawstydzenia. Wyraz twarzy jego obecnie był bojaźliwy, jakby zakrzepły.
A ja ten nagły wybuch zrozumiałem: wierząc w moje zdolności widzenia rzeczy ukrytych, Kuleszak wolał poddać się odazu, gotów do skruchy i wyjaśnień.
— Cóż... — tłumaczył się półgłosem. — Sam pochodzę z mieszczan, narzeczona moja z jeszcze niższej sfery, cóż więc dziwnego, że zachciało się jej genealogji? Słabostka ludzka, drobny defekcik istoty bardzo zresztą kulturalnej i wykształconej. Ale że przed panem nic doprawdy się nie ukryje!
— „Sameś się bratku wygadał“ — stwierdzam potajemnie. —„W takim razie trzeba uważniej się przyjrzeć konterfektom przodków“.
Jakoż niebawem uderzyła mię wzmożona odległość ostatniej litery nazwiska (Kulesza-K), litery bardzo pozatem podejrzanego pochodzenia: świeżość jej barwy, oraz kształt stanowczo odmienny kazały przypuszczać, że to fatalne „K“ dosztukowano do nazwiska znaczne później, Uporczywsze spojrzenie, rzucone na portret damy, wydobyło z pod warstwy farby schowany dyskretnie wyraz „Kuleszyna”. Że odmianę żeńską nazwiska Kuleszów w zwartym szyku innych słów trudno było przerobić na „Kuleszakowa“, przeto sztucznie dopasowany potomek uznał za najwłaściwsze skasować cały tekst wraz ze wszystkiemi tytułami dziedziczki.
— Swoją drogą — rzekł gospodarz, trochę już ze wstydu ochłonąwszy — tyle to mnie, wie pan, kosztowało energji, by znaleźć podobizny, które nadawałyby się do dokonania wiadomej już panu operacji heraldycznej, tyle energji i zachodów, że można się było całkiem szczerze do państwa Kuleszaków... Pardon! Kuleszów, przywiązać...
Według słów doktora, portrety znaleziono w jakimś oddawna nieczynnym klasztorze, już nawet przeznaczonem do rozbiórki. I oto pewnego poranku państwo Kuleszowie z napoły zrujnowanego strychu w b. klasztorze ostentacyjnie wjechali do hallu „Luminozy“, jako jej ozdoba, a po drobnych przeróbkach w tekście — jako czcigodny dokument szlachectwa familji Kuleszaków.
— Ów nocami po pałacu harcujący nicpoń — z zakłopotaniem bąknął właściciel willi — w złośliwości swej taki jest nieopanowany, że często dosyć pozwala sobie na głupi żart wyskrobywania z portretu tej właśnie litery „K“, co nie może pozostać bez wpływu na całość dzieła, zwłaszcza iż ja konsekwentnie muszę brakującą literę od czasu do czasu dorabiać...
— A czyni to doktór — przerwę mu domyślnie — z poczucia harmonji, poczucia tak wspaniale wyhodowanego, że aż mię ono, wyznam szczerze, w głęboki wprowadza podziw.
Gospodarz uśmiechnął się i rzekł:
— Pojmuję pańskie zdziwienie: zbyt daleko odszedłem od utartego powszechnie typu nouveauriche’a, a nazwisko moje zbyt było w opinji poniewierane, by mógł pan wizerunek Kuleszaka wyobrazić sobie takim, jakim jest w rzeczywistości. Cóż, majątku rzeczywiście dorobiłem się znacznego, osiągnąłem go jednak dlatego tylko, że czasu wstrząśnień i klęsk społecznych ktoś nawet w sferze interesów musi się wybić. Więc czemuż to ja nie miałem być tym wybrańcem kalkulacji i konjunktur? Tego nie zrozumiała instynktami powodowana opinja mas, nie zrozumiał też socjalistyczny „Grzechotnik“, mimo moją szczerą dla jego kierunku sympatję...
Widząc niedowierzający gest słuchacza, doktór zawołał porywczo:
— Kto jak kto, ale przedewszystkiem chyba ja najlepszym jestem materjałem na wyznawcę Marksa; jako człowiek już niezainteresowany w wywłaszczaniu innych, jako ten, który dorobiwszy się majątku na nędzy klas najuboższych, najlepiej zdaję sobie sprawę z tego, co to jest prawdziwa nędza.,.
Głos Januarego Kuleszaka załamał się. Świetnie zazwyczaj opanowana jego twarz ścignęła się w wyraz niemal apostolskiego uduchowienia, W tej chwili ten wytworny paskarz, a zarazem gorący stronnik wydziedziczonych, wzbudził we mnie coś znacznie więcej niż podziw: szacunek.
Wieczorem, sprawdziwszy osobiście, czy wszystkie drzwi, okna i kanały na wszystkie są rygle i zasuwy pozamykane, udałem się na spoczynek do pokoju, od strony ulicy przylegającego do hallu, poczem łżedetektyw Rapp, marząc o szalonej przeszłości „Luminozy“, rewolwer wsadził pod poduszkę i prawie natychmiast dziko sobie chrapnął.
Jak przystało na czujnego wywiadowcę, chrapał aż do rana.

Chrapał do czasu, kiedy go zbudziło gwałtowne wtargnięcie Kuleszaka. W rękach gospodarza, aż nadto widocznie wzburzonego, powiewało palto. Ni mniej ni więcej, tylko zwykłe gabardinowe palto.
— Oszaleć można, doprawdy! — wykrzykiwał. — Czy nic pan nie słyszał? Wyobraź pan sobie, zamki wszystkie w porządku, pies w hallu drzemie, a mimo to w przedpokoju zamiast mego okrycia, które nocą w sposób niewytłumaczony wyfrunęło, znajduję ten oto obcy, żałośnie wymięty łach!
Zerwałem się z łoża i, chcąc ukryć lekkie zmieszanie, zrozumiałe wobec kompromitującego snu detektywa, strzeliłem wesołym śmiechem:
— Doskonale, wiedziałem, że tak się stanie. Akcja rozwija się wzorowo. Doktorze możemy sobie powinszować, jesteśmy bowiem na najlepszej drodze. Nocny marek...
— Czyżby przez pana schwytany? — w przedwczesnem olśnieniu przerwał mi Kuleszak.
— Prawie — uroczyście mu odpowiadam. — Prawie że schwytany, ponieważ nocna wizyta jego w tym domu jest teraz dla mnie faktem, nie ulegającym już dyskusji, A taka pewność, parbleu, dla dalszego ciągu naszych prac ma niesłychanie doniosłe znaczenie. Pozwoli pan, że jeszcze raz pogratulują mu mojej w „Luminozie“ obecności.
Gdy zawiedziony trochę Kuleszak w milczeniu opuścił pokój, zarządziłem odrazu staranną rewizję cudownie wwianego do hallu okrycia. Oględziny dały łup niepośledni: w jednej kieszeni znalazłem ogromnych rozmiarów rękawiczki ze stemplem firmy „Bachst Gebrüder, Berlin W.”, w drugiej pomiętoszony bilet wejścia do sopockiego domu gry — z datą wczorajszą.
Pogrążyłem się w myślach.
— Jeżeli pałac... Zastanówmy się nad tem... Jeżeli willa była na wszystkie zamki przezemnie osobiście zamknięta, że mucha zzewnątrz tu by się dostała, a mimo to ktoś nieznajomy bezwarunkowo po domu się szwendał... Tak, i to ktoś taki, co w chwili zamykania drzwi i okien musiał być już w „Luminozie“, Niewątpliwie. Że jednak ani Kuleszak, ani służba, od której oddzieliliśmy się na noc alarmującemi dzwonkami, ani ja, ani chyba pies... Tak, zachowanie się wilka, jego spokój, świadczyły by, iż tajemniczy gość nie jest bądź co bądź osobą obcą. Ciekawe, jako żywo...
Mózg mój zatętnił szaloną pracą.
Po śniadaniu, notabene poematycznem (konfitura z ananasów i skórek pomarańczowych na rumie, z odrobiną wanilji. Paluszki lizuszki!); więc po śniadaniu, kiedym w hallu ćmił swego petersena, przez otwarte drzwi spoglądając w soczysty ogród, w których szemrał przelotny deszcz, to znów na kartkę... Trudno, wygadałem się: dziś rano z pod poduszki wypadł napewno do mnie adresowany liścik — „Szukaj, szukaj, może znajdziesz, a jak znajdzesz, to nie wypuść”. To samo, co na kuleszakowej kartce z pogróżkami, pismo ordynarne, naiwne, ale nie pozbawione fantazji.
Zamyślony mój wzrok, ślizgając się po przestrzeni, zwarł się niechcący z tekstem na portrecie Marcina Kuleszy.
Na głowie mojej wtedy odbyła się jedyna w swoim rodzaju parada: wszystkie włosy, jak jeden mąż, z wrażenia stanęły. Niczem nieliczni, przy życiu pozostali żołnierze na rewji po bardzo ciężkiej bitwie. Stanęły i stoją.
— Nie może być! — szepcę zbielałemi wargami.
Pismo sprawdzam jeszcze raz, poczem z walizki, nic nikomu nie mówiąc, wyjmuję nieodstępnego kodaczka.
Sporządzenie zdjęcia z obrazu, wywołanie kliszy, odbitka, wysuszenie jej — wszystko to było dla mnie dziełem niespełna dwudziestu minut.
Z „przywianem” paltem i fotografją czemprędzej biegnę do domu gry.
Okrycie panowie szatni poznali odrazu. Za odniesienie zguby złożono mi podziękowanie, ale jak to zwykle w razie zamiany bywa, o zwróceniu drugiej stronie okrycia mowy nie było. Oryginalny ulster Kuleszaka padł ofiarą niewzruszonych praw szatni publicznej.
— Czy znacie tego jegomości? — pytam woźnych, pokazując im oblicze z przed chwilą wykonanej fotografji,
— Ah! — ucieszyli się tamci. — Wszakżeż to ten sam zawalidroga, którego policja znowu chciała aresztować, i który, uciekając, zabrał cudze palto.
Po plecach przeszły mi ciarki.
Teraz żadnych już nie było wątpliwości, kto właścicielowi „Luminozy“ przyczynił tyle trosk i obaw.
— A więc to jest „szuler polski” z notatki dziennika hakatystycznego! — mruknąłem zadowolony z wyniku dochodzeń. — Ale też gracz wytrwały, co się zowie! Od ruletki nawet policja niemoże go wypłoszyć!

Kuleszak, któremu narazie nic o swoich odkryciach nie wspomniałem, z pewnym sceptycyzmem wziął się do wykonywania moich zeleceń. Posłuszy wskazówkom, kazał portret przodka zdjąć, a nawet osobiście pomógł mi w dokładnem opukaniu ram.
Koło czwartej po południu jeszcze raz miałem możność złożenia powinszować swojej wyobraźni śledczej: z ramy malowidła wysunął się i na podłogę spadł mocno już przez wilgoć nadwerężony pergamin.
Po godzinie wysiłków udało mi się wreszcie odcyfrować ten jedyny w swoim rodzaju zabytek wiedzy tajemnej, a jednocześnie obrazek obyczajów wieku, nagreźmolony zresztą w jakimś okropnym polsko-łacińskim żargonie.
W tłumaczeniu na język bardziej do naszego zbliżony, przy zachowaniu wszakże charakterystyczniejszych właściwości stylu, otrzymaliśmy skrypt treści następującej:
„Niechby ogień piekielny wchłonął wreszcie ogniotrwałego Belzebuba i niepoprawne sługi jego. Amen.
„Ja, Gracjan Bujanek, w służbie zakonnej brat Nikodem, takie oto gwoli skrusze składam oświadczenie:
„Szlachcic Marcin Kulesza, dzierżawca, a później dziedzic na Modzelach-Wypychach w pariji Zaremby— Kościelne, ten ci sam Kulesza, co to się na dostawach świń dla pospolitego ruszenia pańskiej dorobił fortuny, nie mogąc nijak pozbyć się magnifiki swojej, jak mówią: niźli cholera w pożyciu cięższej, a pomysłów złośliwych pełnej, sprzągł się z wiedźmą, rozpaczą niebylejaką zdjęty, i babę swoją za pomocą trucizny djabłu bezzwrotnie a bezinteresownie podarował. W czarach zasmakowawszy odrazu, zawarł ci pakt z Belzebubem, który Anno Domini 1627 trzysta lat żywota Marcinowi Kuleszy zawarował wzamian za jego plugawą duszę. W on czas i mnie, Gracjana Bujanka, pomocnika bakałarzowego z Zambrowa, skusiwszy, Kulesza sekretarzem swoim, powiernikiem i laborantem w niecnej, a bardzo zajmującej i dochodowej robocie medyka i czarodzieja uczynił nieszczęśliwie...
„Ale niezbadane są wyroki Opatrzności. Czarodziej Kulesza, przeklinany od narodu chrześcijańskiego w całej djecezji, udał się kiedyś na Horyń, gdzie się miał odbyć synod wszelakiego djabelstwa, medycyny i czarownictwa z całej Rzplitej. Jak ci na ten synod pan mój pojechał samotrzeć z dwoma giermkami, to więcej już nie wrócił. Poszła wśród narodu gadka, że święta ziemia, rozstąpiwszy się, cały zjazd czarodziejów i aptekarzy do piekieł zabrała.
„Ale oto kiedyś, pod nieobecność panową, kiedym dla kowalichy warzył zioła, co mężowi jej miały w członki wychudłe i w krew już obojętną gorącości wlać miłosnej, nagle ukazał mi się duch mojego mistrza. W kociołku miedzianym kipiał właśnie odwar z moczypyszczka, żonowyjki, córkowietru, i nosowtyka, miałem już ten rosół tajemny zaprawiać nietoperzowym pomiotem, o nowiu na dachu synagogi zbieranym, kiedy w ciemności przemówił Kulesza. „Cóż ci się stało, panie, iże dotąd ciebie niemasz?“ — pytam. A on, smętek mając na licu, rzekł żałośnie: „Mówiłem ci, psubracie, żeby zamiast pomiotu nietoperzowego, co tyle kosztuje zachodu, dla pospólstwa kłaść do waru tartej krowianki albo i owczego bobu. Widzę, że nie tęgi z ciebie aptekarz, durny ty kapcanie i cudzego mienia trwonicielu”. To tak do mnie przemawiał nieboszczyk mój pan.
„A potem wyznał dzieje swej śmierci. Na jaw wyszło, że podbuntowany przez duchowieństwo naród, z chorągwi i obrazów mnogością niezmierną otoczył Łysą na Horyniu Górę w ten czas, kiedy tam się synod farmazonów odbywał i pojmawszy wszystkie naradniki, jednych na stosie, innych dla odmiany na palu, a co jeszcze inszych to wprost w rzece potracił. I na nic nie przydało się przyzywanie sił szatanowych, jako że narodowi popy w obleczeniach i z wodą święconą przywodziły, śpiewem nabożnym odsiecz belzebubową odpędzając.
„Tak ci też zginął w ogniu do cna i sam pan Marcin Kulesza. Aliści wierny umowie djabeł, nie mogąc wskrzesić wyklętych przez księdza popiołów, istność czarodzieja w obraz jego na czas paktu wcielił, aby mistrz mógł choć od północy do zarania po świecie jak zechce baraszkować.
„To mi ujawniwszy, zażądał, aby portretu jego przed wypadkiem strzec, i gdzie do jakiegoś wesołego miasta, choćby do samej Łomży, co jest po Rzymie i Warszawie najcudownieszym grodem, nie zwlekając przenieść, aby jaknajrychlej można było zacząć pożądane hulanki. Kazał mi przytem apteki pilnować a dochody wcieleniu jego dawać na zabawy. Ja wszelako strachem Bożym i trochę chciwością zdjęty, pospiesznie aptekę mistrza wraz z regestrem tajemnic lekarskich sprzedałem, portret na poświęconym stryszku klasztornym umieściłem, ażeby piekielnik nie mógł z ram wyjrzeć na swobodne życie, a sam, pieniąchy wziąwszy ze sobą, do zakonu na pokutę za grzech czarownictwa i sprzedaży cudzego mienia na miesięcy sześć poszedłem dobrowolnie.
„Skrucha moja tak szczera była, żem setną część uzyskanego funduszu oddał na poświęcanie co czas pewien obrazu Kuleszy, a na znak, iż naprawdę zrywam z magią nieczystą, medycyną i aptekarstwem, przed wstąpieniem jeszcze do zakonu, gwoli wyrzeczenia się z djabiem stosunków, podkowę na progu domu swojego posmarowałem zmazą czarnego barana i przez nos wilczym głosem w przetak ze zmielonym grochem trzy razy po trzy zawyłem, trzy piórka z kurzego ogona olejem szalejowym podlawszy, mysią krwią nakleiłem w oborze na osmaloną dymem jałowcowym korę osikową, co jak wszystkim doktorom i lekarstwiarzom wiadomo, szatana w szczególną wtrąca wścieklicę (a i na porost włosów, z dodaniem jeno karaluchowego miodu, bardzo dobrze czyni).
„Dla przestrogi innych, spisał podczas sześciomiesięcznej pokuty w klasztorze brat Nikodem, a po dobrowolnej pokucie znowu Gracjan Bujanek, tylko już lekarz nie parobkujący, lecz samodzielny i właściciel zajazdu z wyszynkiem najlepszych win, oraz miodów w Zambrowie,
„Uwaga: osiem izb dla przyjezdnych, kuchnia czynna w dzień i w nocy, ceny umiarkowane. Na miejscu maść zabezpieczająca od ran, krople na womity, bardzo użyteczne po cięższem wypiciu, i plaster od wszelkich słabości. Amen”.
—No, no, no — bąknął Kuleszak zadumany, gdym mu sprezentował tekst pergaminu. — Udał mi się przodek, niema co mówić. Ale i prababce dobrodziejce też nic do zarzucenia mieć nie mogę. Patrzcie państwo, ktoby to powiedział...
Bystro spojrzał na mnie, a ze spojrzenia nie trudno było wywnioskować, że sytuację rozumie dostatecznie.
— A teraz co? — poprzez kłęby dymu tytuniowego padło niewiarą tchnące zapytanie.
Nie mniej jednak bez protestu i zastrzeżeń oddał się do dalszej dyspozycji.
Zawezwany z sąsiedniej willi malarz za sowite zresztą honorarjum zmierzył metrem jejmość panią, poczem sporządził dwie z papieru wycięte jej sylwety, z których jedną na poczekaniu tak zgrabnie powlókł farbami, że zdawało się, iż to leży na dywanie wyjęta z tła obrazu dokuczliwa żona czarownika. Rysy uchwycone były wybornie, a wyraz! Istna wiedźma ze świderkami spojrzeń pod haczykowatym nosem.
— Obecnie do godziny pół do drugiej zarządzam przerwę wypoczynkową — oświadczam gospodarzowi, do swego pokoju przenosząc obie wycinanki, z których, raz jeszcze nadmienię, jedna była podmalowana.
Gdy nadszedł wieczór, po lekkiej kolacji udaliśmy się na spoczynek, budziki nastawiwszy na pierwszą i pół.
Nie mogę powiedzieć, by trema, która trzęsła Kuleszakiem, i mnie w końcu się nie udzieliła.
Bądź co bądź czekało nas jedyne w swoim rodzaju widowisko.
Jak nietrudno się domyśleć, sen mój był mocniejszy od alarmów zegara. Zbudziło mię dobiero rozpaczliwe szarpnięcie.
Niechętnie otwieram zaspane oczy. Koło mnie stoi ze świecą w ręku Kuleszak, starannie ubrany, jak gdyby nie kładł się zupełnie. Blady jest bardzo, szczęki mu dzwonią w rytmie przerażenia. Wargi suche i szare, gdyby popiół.
Człowieka o takim wyglądzie nie śmiałem o nic pytać, by samemu nie ulec sugestji strachu. Narzuciwszy na siebie coś nie coś, wybiegam z pokoju i odrazu, nim jeszcze pierwszy rzut oka obiegł wnętrze hallu, przekręcam zapalacz lamp. Niechaj przedewszystkiem światło z kątów mroki wypłoszy, niechaj gra cieniów nie truje podnieconej wyobraźni.
Zawieszony u sufitu staroświecki pająk lunął dobrocznnie światłem. Dopiero wtedy spojrzałem.
Jakiegoż wysiłku wymagało odemnie zapanowanie nad odruchami lęku! Odemnie, który tak trzeźwo ze splotu tajemnic tajemnicę podstępnego przodka wysupłał!
Na dywanie w haniebnym nieładzie leżał podniszczony kontusz, buty czerwone z cholewami, kołpak bobrowy, karabela i bardzo już nieświeża bielizna. Rozciągnięty obok wilk, Kub, nie poruszając się z miejsca, powitał nas życzliwem postukiem ogona o podłogę. Jak gdyby porozrzucane łachy należały do kogoś, kto jest w doskonałej z psem komitywie. Wmurowana w ścianę wielka szafa z garderobą i bielizną otwarta była naoścież, niewątpliwie wytrychem.
A portret?... To właśnie zjawisko najodporniejszemi wstrząsnęłoby nerwami.
W ramach obrazu nie było już Kuleszy. Nie było nikogo. Na ciemnem tle pozostał kontur, niepokryta farbą sylweta. Rzekłbyś: imć pan Kulesza z portretu wyskoczył i poszedł sobie gdzieś w życie, w rzeczywistość.
Zegary wydzwoniły drugą. W głębiach nocy odezwał się czujny kur, milczący strażnik godzin, w ciągu których po świecie swobodnie chadza tajemnica.
— Doktorze, nie mamy ani chwili do stracenia! — wołam, ciągnąc ze swego pokoju dwie z wieczora przygotowane wycinanki.
Jedną z nich, bezbarwną, zajął się Kuleszak, i zgodnie z mojemi wskazówkami, zakleił nią panią Kuleszynę. Drugi egzemplarz, ten z podobizną jędzy, osobiście nakleiłem na obraz pana Marcina, tuż obok pustego obecnie miejsca, obok zarysu, w którym za dnia stoi czarownik. Zmiana owa takie robiła wrażenie, jak gdyby pani Kuleszyna, oddzieliwszy się od swego portretu, przeniosła się do ram męża.
— A teraz co? — niepewnie spytał gospodarz, gdyśmy już skończyli pomyślnie z naklejkami. Dałem mu znak milczenia, poczem uzbojeni w silne latarki elektryczne, stanęliśmy w głębi pracowni, przylegającej do hallu.
Zachmurzony świt przesiewał pierwsze wrażenie brzasku, lekkie jeszcze i nieuchwytne, kiedy w przedpokoju zazgrzytał w zatrzasku klucz... W odpowiedzi na to na dywanie hallu coś się poruszyłoi z mruknięciem zadowolenia leniwie powlokło do drzwi. To przechera, Kub, poszedł przywitać się z nocną plagą „Luminozy“. Widać znał Kuleszę z obrazu i uważał go za domownika.
Wokół tak było cicho, że ostrożnie skradający się gość mógł chyba usłyszeć bicie naszych, to jest mego i Kuleszaka, serc. Od czasu do czasu tylko skrzypnęła podłoga lub zadźwięczało na etażerkach stare szkło. Niedaleko siebie poczuliśmy czyjąś w najwyższym stopniu denerwującą obecność. Za chwilę dobiegło nas stłumione ziewnięcie i niedyskretny pisk szafy.
Łokciem dałem Kuleszakowi sygnał i po chwili z gabinetu prosto w hall strzeliły dwie silne smugi światła.
Tam zaś, jak zwierzę w zasadzce, miotać się zaczął napoły oślepiony blaskiem ludzki kształt. Niezręcznie zasłaniając się od światła, opadał na dywan, by roztrzęsionemi rękoma bezładnie przebierać w porzuconych na dywanie łachach.
Gdyśmy weszli do hallu, wciąż ścigając jeńca potokami światła, gospodarz przekręcił w ścianie zapalacze. Z pająków i bocznych lamp buchnęło ciepłą, równą jaśnią,
Odwrócona od nas plecami ofiara mojej intuicji detektywnej zrezygnowała już snąć ze zmiany kostjumu i, nie widząc dla siebie innego wyjścia, z szalonym impetem podskoczyła do ram portretu.
Ale oto jeniec nasz, nie dematerializując się, z okrzykiem trwogi i wściekłości odskoczył na środek hallu,
— Tu ci się, gadzino, zachciało! — ryknął, zaciskając pięści.
Potem ku nam się zwrócił, odrazu obłaskawiony, wąsacz, grubas, wykapany pan Marcin Kulesza, sławny lekarz-czarodziej i dobrotliwy fundator kościoła św. Elżbiety w Zarębach. Z pod palta, dziś z kolei mego, wyjrzał gors koszuli i poły fraka. —
— Proszę — mówię, gestem zachęcając go do skoczenia w tło obrazu. — Niechaj waszmość pan bez ceregieli pozwoli do najmilszej małżonki!
Ale tamten z pod wąsów wyszczerzył kły.
— Psa waćpan nie posłałbyś do niej na męża — odburknął, lewą ręką wyczyniwszy znak jakowyś, najprawdopodobniej magiczny.
Że był to w samej rzeczy zew tajemny, przekonaliśmy się niezwłocznie.
W kącie bowiem ni stąd ni zowąd stanął ktoś bardzo mizerny i senny. Za śpiczastem uchem pióro, w rękach plik papierów, a na piersi komandorska wstążka orderu „Pro inferno et Satana”.
— Jestem — bladym głosem oznajmił przybysz. — O cóż chodzi, do kroćset aniołów niebieskich! Prędzej, bo umieram ze znużenia.
Szlachcic z rozpaczą pochwycił go za połę surduta.
— Komandorze, jeszcze nieczystsze niż ty sam siły zamknęły mi dostęp do portretu. Z tą potworą, która mi życie obmierziwszy, w twoje mię wreszcie wtrąciła objęcia, z tą córką węża i krokodylicy, za nic w jednym rzędzie nie stanę. Chociaż jeszcze rok z górą żywota mi się należy, niewyzyskanego dzięki temu hyclowi Bojankowi, który mię święconą wodą w świętem miejscu przez cały prawie czas przetrzymał, mimo to wolę twój kociołek przez wiekuistość, niźli tydzień z tą potworą sąsiedztwa!
Wezwany dygnitarz pogardliwie chwiał głową.
— Cóż pan myślisz, że ja do piekła zabierać mam byle kogo? Zwłaszcza gdy smoła taka jest droga, gdy ogromna podaż dusz daje mi wyjątkową wprost możność przebiarania w towarze, ja wpuścić mam do siebie głupca, który grywa w kasynie sopockiem? Nie, mój przyjacielu, uroczyście się ciebie zrzekam.
— Nie masz prawa się zrzekać! ryknął Kulesza.
— Skoroś duszę moją kupił, to ją sobie zabieraj. Nie wprowadzaj pan do kupiectwa metod bolszewickich. Cóż, że grywam? Bom głupi, wiem. Cóż, żem głupi, gdy nigdzie nie powiedziano, że do piekieł dostęp mają tylko genjusze. Przykładem ty, który głupiemi tranzakcjami podrywasz powagę Belzebuba.
Słuszność była po stronie szlachcica, to też djabeł, trochę skonfundowany, zamilkł.
— Pardon, komandorze — odezwę się uprzejmie. — Czy firma panów w dalszym ciągu skupuje dusze? Jeżeli tak, to jaki jest dzisiaj kurs, dajmy na to, literatów i dziennikarzy?
— Ci nie są nawet notowani — rzecze komandor — jako z natury rzeczy znajdujący się w naszej ewidencji. A zresztą, kochany panie, o ile wiem, to wyście już zostali zakontraktowani przez wydawców. W handu trzeba być lojalnym: na dwie strony układać się nie należy, zwłaszcza gdy strony są sobie pokrewne.
Teraz z kolei ja djabłu przyznać musiałem słuszność.
— A powiedz mi pan — spytał szlachcica Kuleszak, — Powiedz mi, czemuś tak energicznie wzbraniał mi sprzedaży „Luminozy?“
Pan Marcin w zakłopotaniu kręcił wąsa.
— Bo gdybyś pan tu chałupę sprzedał, tobyś i obraz mój do jenszych miast wywiózł, co odcięłoby mnie od domu gry. Przykro mi do takiej głupoty się przyznać, ale tak jest. To wszystko przez moją magnifikę: rozum mi splątała, przewróciła życie do góry nogami, I taki mię zapał do hazardu wziął, że myślę sobie, niechaj mi już tam na portrecie nazwisko moje szlacheckie na mieszczańskie przerabiają, bylem tylko reszty żywota dokonał w ulubionych rozrywkach.
Kuleszak nagle zaczął przyglądać się swym paznokciom. Gdym ku niemu zerknął ostrożnie, widziałem, jak jego blada twarz zapłonęła gorącym rumieńcem.
Chcąc rozmowę na inne skierować tematy, półgłosem nagabnąłem komandora:
— Nie powinien pan odmawiać Kuleszy. Sam widzisz, że jest niespełna rozumu.
Djabeł wzruszył ramionami.
— Ostatecznie nic mi na nim nie zależy. Interes nasz przeżywa obecnie ostre przesilenie na tle ideowem i organizacyjnem. Przybył też djabłu czynnik konkurencyjny — kobieta wyzwolona, jako materjał tańszy i do posług piekielnych chętniejszy znacznie. To też piekło w niesłychanie szybkiem tempie niewieścieje; maluczko, a przyzwoitemu djabłu wstyd będzie być djabłem.
Rzekłszy to, westchnął, splunął, poczem zwrócił się do szlachcica:
— No, więc jeżeli pan tak już nalegasz, to proszę, ale prędko, bo jeszcze dziś przygotować mam dla Belzebuba mowę tronową na temat „Wszystkie kobiety do nieba!“
W oczach naszych porwał Kuleszę, i po drucie od elektryczności, później przez piorunochron pomknęli do piekła.
W hallu pozostał po nich ciężki opar siarkowodoru.
Mój przodek! Przodka mi pan spłoszyłeś! — rozpaczał January Kuleszak, dopadając kontaktorów. — Skąd ja teraz dla narzonej wezmę takiego antenata! O, dziadku mój najdroższy!
Przez szpary w okiennicach sączył się mętny ranek.
Już miałem pogarliwie się uśmiechnąć, gdy nagLe żal i gniew wściekły targnęły moją wątrobą.

Moje palto! — krzyknąłem w odwecie Kuleszakowi wprost w zrozpaczoną twarz.— Moje jedyne palto! Pański przodek poszedł do piekła w mojem okryciu!





V.
MINISTER I DETEKTYW.

Pominąwszy chwilowy wybuch rozpaczy po stracie ukochanego przodka, Kuleszak pełen był zachwytu dla przemyślnego wywiadowcy.
Wieczorem po arcydzielnym obiedzie (niepospolita koncepcja: bażant nadziewany truflami i łosoś w cieście francuskiem!), opuszczałem ”Luminozę” w nowiutkiem palcie, na duchu pokrzepiony całkiem przyzwoitem honorarjum.
Jeszcze w samochodzie, którym jechałem do Gdanska, doktór January przyglądał mi się pobożnie i z taką uwagą, jak gdyby naprawdę zależało mu na najdokładnieszem zapamiętaniu mego oblicza.
Chociaż w przedsionku dworca pożegnałem się z Kuleszakiem na dobre pół godziny przed odejściem pociągu, oznajmiono mi jednak, że w pierwszej klasie wszystkie miejsca są już zajęte. Wiadomość ta odrazu napełniła mię spleenem, trzeba było bowiem zrezygnować ze snu, a kto wie, może nawet i z drzemki.
Przy przejściu na peron warszawski zdaleka pokazuję urzędnikowi niemieckiemu swoją legitymację redakcyjną.
— So, diplomatisches Pass — inteligentnie domyśla się ślepawy policjant, z pozorami uprzejmości przepuszczając mię do tunelu.
Bagażowy (czyżby nie lepiej brzmiało po polsku: rzeczownik?), który był świadkiem tej sceny, wniósłszy na kurytarz wagonu moją walizkę, oznajmia pokornie:
— Pójdę poszukać „schafnera”.
Niebawem wraca w towarzystwie nadkonduktora.
— Czy pan minister ma już miejsce? — pyta kolejarz, przez tragarza widać uprzedzony, jakiego to gościa wieść dzisiaj będzie kurjer nocny do Warszawy.
—Właściwie powiedziawszy — trzeźwo sobie rozumuję — ani mnie, ani nikomu chyba nie zależy na tem, żeby nieporozumienie prostować przed zdobyciem jakiego takiego miejsca.
Konduktor zaczął rozglądać się po wagonie, ale wyprzedziło go i rozgwarem przeludnionych przedziałów wstrząsnęło wielkie słowo „Minister!” Zewsząd powychylały się zelektryzowane wieścią, ostre w rysunku głowy spekulantów i sopockich letników.
Sypnęło się odrazu parę ofert.
— Pan minister będzie łaskaw może do naszego przedziału? — zaprasza mię czarniawy młodzieniec w jedwabnej koszuli. — Jeden kącik zawsze się przecież znajdzie, zwłaszcza dla wysokiej urzędowej osoby...
Wchodzę i siadam na składkowem miejscu. Kilka par skupionych oczu z nabożeństwem studjuje każdy mój ruch. W klatkach piersiowych wzruszone serca biją na święto dumy i oszałamiającego wprost zaszczytu. „Pan minister z nami jedzie, a my z panem ministrem. Inne przedziały niech się zatrują przygnębieniem, niechaj pękną z zazdrości. Dobre sobie, pan minister miałby z nimi jechać? Patrzcie państwo, to dopiero wymyślili! Jakgdyby ministrowie z każdym mogli i chcieli podróżować! Jakie to jutro będą opowiadania po Warszawie!!” „Wiesz pan, panie Bauchwinter, z kim to ja ostatnio jechałem? Z kim ja się zaprzyjaźniłem na odlew?” Nie może być! A to szczęśliwiarz! Koncesja murowana!“
— Pan minister z daleka raczy przybywać? — pada pod moim adresem pierwsze nieśmiałe zapytanie.
— Ooooo! — krótko odpowiadam.
— Aaaaa!
Głowy chwieją się w niemym podziwie dla człowieka, który z tytułu swego, stanowiska odbywać musi takie ogromne podróże.
Okropnie widać chce się ludziom wiedzieć, z jakim to jadą ministrem, jak się nazywa, jakim zarządza „resortem“, czy to przyjemnie, czy bardzo przyjemnie być takim władnym rozkazodawcą? Szukają sposobu zaspokojenia ciekawości jak najdelikatniejszego, żeby pan minister przypadkiem się nie obraził i nie przeniósł się broń Boże do innego przedziału.
Wreszcie jakiś starszy wiekiem izraelita powstaje z miejsca i taki czyni gest, jak gdyby poprawić chciał leżącą na siatce moją walizeczkę.
— Nu, teraz to już ta teka nie spadnie, mocno siedzi...
Uprzejmy semita śmieje się zcicha ciekaw śmiertelnie, jakie to wrażenie zrobi na mnie wyraz,,teka“. Inni też męczą się oczekiwaniem. Oddech wstrzymali i czekają. Ale że ja milczę, więc oni kręcą się na kanapach i cierpią coraz dotkliwiej.
— Bardzo przepraszam pana ministra — po dłuższej pauzie odezwie się młody letnik w jedwabnej koszuli. — Ja nad wyraz nawet przepraszam, ale mój ojciec ma skargę na pewnego urzędnika w Warszawie...
— Cicho pan siedź! — upominał go inny podróżny, zapewne w bezsilnej zawiści, że sam na taki akt odwagi nie może się zdobyć, — Co to jest za zawracanie wysoko postawionej głowy! Ten urzędnik, o którym pan chcesz mówić, to może jest z całkiem innego ministerjum.
Patrzą na mnie gorączkowo, iż pewnie teraz się wygadam. Ale ja milczę, a oni cierpią coraz silniej.
— Zamiast dokuczać wysokiej osobie — pojednawczo propounje starszy pan — lepiej spytajmy się pana ministra, czy pozwoli nam na granicy celnej powiedzieć, że my jedziemy razem z nim i że my jesteśmy jego stare, dobre znajome.
Kilka par oczu błagalnie patrzy w moją kamienną twarz.
W tej samej chwili do wagonu wpada Kuleszak, a za nim jeszcze jakiś ktoś z rozlanym na obliczu uśmiechem zachwycenia.
— Drogi panie Rapp — żywo zawołał sztuczny potomek Marcina Kuleszy. — Kochany panie Rapp, przekonany jestem najmocniej, że nic pan nie będzie miał przeciwko temu, żebym ci przedstawił obecnego tu dyrektora, który tylko marzy o uściśnięciu dłoni zdumiewającego detektywa, chluby detektywów polskich!
Sytuacja moja jako zdemaskowanego samozwańca-ministra wobec towarzyszów podróży staje się cokolwiek kłopotliwa.
Anim się spostrzegł, jak mojej ręki uczepiły się czyjeś palce, a głos, dyszący szczęściem, rozprysnął się po całym przedziale:
— Jakże mi miło osobiście poznać utalentowanego detektywa polskiego! Doktór Kuleszak, którego przypadkiem tu spotkałem, tyle mi cudów opowiedział, że muszę pana uważać za najwybitniejszą siłę śledczą Europy...
Zbliżał się czas odejścia pociągu, więc goście, nie żegnając się już ze mną, pośpiesznie opuścili wagon.
Stoję w oknie, bo nie wiem, jak się zachować, jak patrzeć na te obecnie drwiąco zapewne uśmiechnięte twarze podróżnych.
Pociąg już wybiegł poza obręb miasta, a ja wciąż jeszcze nie opuszczam okna.
Wreszcie słyszę za sobą:
— Bilecik pański!
Odwracam się, podaję konduktorowi bilet... I oczom własnym nie wierzę — przedział był zupełnie pusty. Ja sam, ja tylko w nim króluję! Panowie współtowarzysze podróży gdzieindziej woleli dla siebie poszukać miejsc. Byle tylko dalej od zamaskowanego detektywa. Zwłaszcza, że lada chwila Tczew i rewizja celna.

Zamykam drzwi, gaszę światło i rozciągam się na ławie...





IV.
KILKA SŁÓW O KLIMACIE I O MAGII LECZNICZEJ.



Kraj nasz ma dziwny zaprawdę klimat. Dość wybrać się dokądkolwiek na odpoczynek lub na kurację, by zaraz, nazajutrz, a może tego samego dnia zaczęło lać. I to akurat lać tyle właśnie czasu, wieleś sobie przeznaczył na wakacje w jakimkolwiek miesiącu lata, wiosny lub tak zwanej polskiej jesieni. Naturalnie, że po powrocie do miasta musisz z buntem w duszy wysłuchać różnych smakowitych plotek na temat pogody.

— Ktoś mi mówił — oznajmi naprzykład przyjaciel albo krewny — ktoś mi wspominał, że nad morzem zaczęły się kryształowe dni. Czemu to ja, głupiec skończony, urlop swój zmarnowałem w Zakopanem! Od rana do nocy i od nocy do rana deszcz, deszcz bez końca.

Strzeżcie się jednak próżnych żalów! Bolesne doświadczenie uczy, że wycieczka do tych właśnie połaci kraju, gdzie rzekomo świecić ma słońce, zgotowałaby wam zawód bolesny: w dniu waszego przyjazdu napewno zaczną się deszcze, które nie rychlej się skończą, aż ostatecznie zgnębieni i kwaśni, zrezygnujecie z marzeń o pogodzie i z dalszego ciągu wywczasów.

Do takich mniej więcej wniosków dochodzę w trzecim dniu swego ciechocińskiego okresu wędrówki. Deszcz pada niemal bez przerwy, ziąb iście jesienny febrycznie stuka zębami, park zieje malarją a ludzie złością. Na dość zaniedbanym stawie sklerotyczny łabędź, umęczony dobrocią kuracjuszek, które litosiernie karmią go papierem i korkami, z tępą miną przysłuchuje się szalonej wrzawie żab.
Gdy wszystkich zdjęła ponura rozpacz, pokojowa z mego hotelu nieci w sercach szaloną nadzieję:
—Tylko patrzeć, jak słoneczko zabłyśnie...
Cóż nam pozostało, jak właśnie tylko patrzeć? Zresztą bywalcy ciechocińscy złośliwie utrzymują, że tę pieśń nadziei dobra dziewczyna od kilku już lat we wszystkich sezonach wszystkim wyśpiewuje kuracjuszom.
Zbyt długo ciągnącą się niepogoda, jak wiadomo, usposabia do czynów rozpaczliwych. Idę więc i ja do konsyljarza. Jest to obrządek uzdrowiskowy, rytuał, ofiara, zdaniem lekarzy bardzo w kuracji pomocna. Idę więc na tę liturgję magiczną, trzeba bowiem czemś się zająć, a przecież pani Lalka, o ile nawet tu gdzie jest, to podczas deszczu nie opuszcza domu z pewnością, liczyć więc na spotkanie się z nią w parku byłoby nonsensem.
Wykazałem jednak tyle przezorności, żem sobie wybrał medyka, który łagodniejszy przepisuje régime i mniej w pacjencie wykrywa chorób. Mimo to do hotelu wracam posępny, niczem ballada o upiorze. Jakieś zwężenia jednych narządów, a rozszerzenia innych, jakieś zrosty, przerosty, niedorosty! Według lekarza, przybywam podobno w ostatniej chwili. To znaczy: jeszcze miesiąc, a może tylko dwa tygodnie, a dalszy ciąg romansu pisałyby już moje niezabalsamowane (kto by wypychaczowi zapłacił?) zwłoki.
— Tylko Ciechocinek może panu życie ocalić — na zakończenie konsultacji oświadczył mi najłagodniejszy z lekarzy, przepisując kąpiołki i jakieś aptecznego pochodzenia specyfiki.
I znowu rytuał.„Rozcieńczyć w dwuch łyżkach niegotowanej wody, zażyć, a potem chodzić przez dwadzieścia minut. Później dopiero połknąć drugą dawką i znowu chodzić“. Zapomniałem tylko zapytać, w którą stronę chodzić, a to może być szczegół decydujący. W pergaminie bowiem Gracjana Bojanka, który, jako uczeń czarodzieja Kuleszy, wiedział co komu szkodzi i pomaga, taką oto znalazłem wskazówkę:
— „A wżdy, kiedy będziesz miał od kołtuna leczyć, to wrzuć do księżej sadzawki mosiężne szczypczyki, modrą nitką owinięte, nie zapomnij przytem cztery razy podskoczyć, nie zbyt nisko, ale też i nie za wysoko, a potem pod lewe podrapać się kolano. A jeżeli byś zechciał siebie albo też inszego z kolki w boku oraz z darcia w kryżu i w gnaciech uzdrowić, to każ mu na noc kapusty i grochu z cynowej miski się najeść, żeby mu jadło aż pod grdyką stanęło, a wtedy niechaj pasterz za stodołą zagra na fujarce posmarowanej kozim tłuszczem, chory zaś tymczasem niechaj sobie dobrze pofolguje. A niechaj także nie zahaczy, jedząc a następnie folgując, trzy razy po trzy nosem z góry na dół pociągnąć i siedem razy po siedem od prawej ręki ku lewej co jedenaście oddechów wyszeptując wyraźnie tylko: kułma-kułmykułme“.
Rad nie rad jutro rozpoczynam zabiegi. Wypiję, pochodzę, potem znowu wypiję i pochodzę.

Jeżeli ściśle będę się trzymał wskazówek, to może w końcu rozszerzy mi się to, co się zwężyło, a zwęży to, co rozszerzyło?





VII.
WIECZORY CIECHOCIŃSKIE.

Po powrocie do hotelu wgrzęzłem całkiem dla siebie niespostrzeżenie w wesoły zgiełk ploteczek. W przeciwieństwie do bezludnych o słocie ulic, nasz hall rozbrzmiewał śmiechem i wielotonowym brzękiem gawędy. Przy stolikach z przyborami do herbaty toczyły się rozmowy przeważnie wspólne, wilgoć deszczowa bowiem ma wybitną własność sklejania towarzystw.
Po upływie niespełna pięciu minut, w ciągu których wypadło mi ucałować albo choćby uścisnąć poważny garnitur przednich kończyn, byłem już dawnym, dobrym znajomym, uczestnikiem rozhoworów tembardziej poszukiwanym, że jako przed postacią chronologicznie najświeższą w tem gronie, można było śmielej dać folgę językowi, bez narażenia się na zarzut gadulstwa.
Za oknami przybytku szeplenił deszcz niezmordowany, w paszczy kominka zadzierzyście buzował ogień (o, melancholjo polskiego lata!), a w ciszy, jaka zaległa, pojedyńcze głosy wybrzdąkiwały swoje relacje o duchach i dziwadłach, zawsze rzekomo autentyczne, zawsze w treści niezwykłe i przerażające. Jeszcze jedna opowieść o rzeczach osobliwych — w czasie deszczów długotrwałych wszystko się osobliwością wydaje — jeszcze jedno wspomnienie o zapałce, która się sama zapaliła, albo też „dziwnie” jakoś zgasła, jeszcze jeden referat o wypadku w rodzinie, poprzedzonym przez znak szczególny, a stoliki hallu, niczem trwogą zdjęte stadko owiec, zewrą się szczelnie, skupią, w zasłuchaniu zamrą, jednem uczuciem rozkoszy dreszczów zespolone.
Że uczestników cercléu spora jest gromadka, a każdy ma coś dziwnego do zakomunikowania, przeto po kolacji znowu mamy się zebrać, aby zabrali głos nieprzesłuchani dotychczas referenci.
Wieczór mijał, a mieszkańcami hotelu wciąż jeszcze trzęsła febra mistyczna.
— Była noc księżycowa — rozpoczął swoją opowieść pewien mierniczy, przed dwudziestu już laty skazany na coroczną do końca życia solankę w Inowrocławiu, a później przez łagodniejszego medyka przeniesiony do niższego wymiaru kuracji, to jest do dwudziestu pięciu sezonów w Ciechocinku. — Była właśnie, jak się już rzekło, noc księżycowa, bez jednej chmurki na przezroczystem, niczem ciemny kryształ niebie, i mróz osiemnastostopniowy, gdy po weselisku, jakie klijent mój, zamożny włościanin, wyprawił swojej córce, miałem sankami jechać na odległą o trzy mile stację kolejową, by o dziewiątej rano być w Warszawie. Od początku uczty weselnej, to jest od czterech dni, piłem bez przerwy, zapomniawszy o świecie całym, prócz jednej jedynej rzeczy, mianowicie, że w poniedziałek rano bezwarunkowo muszę być w kancelarji, by książki i wykazy przedstawić rewidentowi z okręgu. Sprawa miała dla mnie pierwszorzędną wagę, i niestawienie się w terminie mogłoby wywołać przykre z rosyjskiemi władzami kolizje, czego ze zrozumiałych powodów zawsze starałem się unikać.
Narrator zapalił cygaro, oblizał wydęte pod wąsiskami wargi, i mówił dalej:.
— Wśród uciech pijaństwa, a kieliszkiem nie gardziłem, za co dziś płacę piętnastym już sezonem w Ciechocinku, nie licząc trzech w Inowrocławiu i czterech w Karlsbadzie... Wśród rozkoszy pijaństwa zatem, kiedy nadmiar trunków zmysły moje na dobrze oszołomił, z kwadrans na kwadrans, z minuty na minutę zwlekało się z tym nieszczęsnym wyjazdem. Dopiero kiedy furman mego gospodarza, chłop niecierpliwie mię dotąd do drogi naglący, oświadczył w pewnej chwili, że dziś na kolej jechać już za późno, otrzeźwiałem nagle, a przerażenie ciarkami przeszło mi po plecach. Dziś, koniecznie dziś, nieodwołalnie dziś, zaraz, natychmiast jedziemy, musimy jechać i musimy na pociąg zdążyć! Dwadzieścia, trzydzieści rubli na piwo, sto wreszcie, ale zdążyć musimy! Usłyszawszy takie cyfry, furman podrapał się w kołtun, ale po namyśle oświadczył, że ostatecznie moglibyśmy zdążyć, jeżeli... Tak, to jest trudny do zgryzienia orzech: jeżeli byśmy pojechali krótszą, ale zato okropnie przez strachy zabagnioną drogą. Droga przez rzekę i przez trzy starannie od ludzi unikane wąwozy...
Mierniczy spojrzał na nas wzrokiem, w którym kotłowało się wspomnienie koszmaru, poczem tak prawił:
— Straszy? — mówię do furmana ze śmiechem. — Przyjacielu kochany, a dlaczego to nie my mamy stracha przestraszyć? — Chłop przeżegnał się pobożnie, prosząc, abym nie bluźnił przeciw siłom nieczystym, ustanowionym przez samego Boga (także teolog!), ale koniom dał bata i jak wicher pomknęliśmy w głąb nocy księżycowej. Ja się śmiałem z bezmyślnością pijanego, chłop ustawicznie się żegnał, choć sam był zawiany niezgorzej, płozy sań skrzypiały na śniegu... Aż wreszcie wjechaliśmy w pierwszy wąwóz...
Geometra przerwał na chwilkę, chcąc widocznie zbadać stopień zasłuchania. Siedzącą obok mnie osoba płci smagłej, podobno pani Michalina, wzdrygnęła się tak silnie, że aż za rękę ją ujął i długi czas nie wypuszczał pewien malarz, jednocześnie teozof, wicelegat kościoła gnostycznego w Polsce, a uczeń doktora nauk hermetycznych Bandar-Loga.
— Noc była widna, jak gdyby oświetlona lampami łukowemi. Popędzając zziajane konie, furman zaczyna śpiewać „Kto się w opiekę“, a i mnie, racjonaliście, mrówki łażą po plecah. W psychice całej coś się odbywa, coś się przewraca, aż wreszcie lęgnie się niesłychanie dojmujące przeczucie rzeczy strasznych, trudnych do zrozumienia. Konie rwą naprzód, jakby i one chciały coprędzej wyrwać się z tych miejsc okropnych, wyklętych, przez pokolenia całe omijanych...
I znowu jakaś młoda postać, jakoby pani Karolina, drgnęła tak gwałtownie, że siedzący za nią stały jej asystent cofnął swoją rękę, dotychczas niewiadomo gdzie się błąkającą.
— Drodzy państwo — dynamicznie zawołał mierniczy, snąć silnie wspomnieniami przejęty — emocje moje tak dalece były niezwykłe, żem nagle zasnął, a obudziło mię dopiero ujadanie psów. Otwieram oczy i patrzę: stacja, czy nie stacja? Ani śladu zabudowań kolejowych, tylko jakaś chałupa. Baczniej się przyglądam, a to przecież dom mojego gospodarza, dom z którego wyjechałem o północy. Kiej licho?
Nad słuchaczami przeszedł powiew rzeczy niezbadanych.
— Dziwne to było szanowni państwo, że furman, też przez weselisko niewyspany i spirytusem struty, zasnął sobie w drodze, bardzo dziwne, ale najdziwniejszy dziw miał mię spotkać dopiero nazajutrz. Właśnie koło południa obudziłem się w odstąpionej mi na nocleg alkowie, bo goście wszyscy nad ranem się porozjeżdżali, pełen najczarniejszych myśli na temat niechybnie odbywającej się u mnie rewizji, i przykrości, jakie mię z powodu niedbalstwa mego oczekują. Obudziwszy się zatem, żądam od chłopaka, aby poprosił do mnie gospodarza. „A dyć go niema” powiada, „jeszcze z kościoła nie wrócili”.
— „Z kościoła?” pytam. „A cóż tam dziś w kościele dziać się może? „Jak w każdą niedzielę”. A jam się zerwał na równe nogi. Co takiego? To dziś niedziela? Nie poniedziałek, lecz niedziela? Tak było w samej rzeczy, proszę państwa. I dwa są wytłumaczenia tego zdumiewającego zjawiska: albo podczas czterech dni bezustannej uczty straciło się poczucie czasu i sobotę wzięło za niedzielę...
— Albo? — z akcentem zawodu przerywa jedna z pań.
— Albo też, czego nie należałoby zbyt lekkomyślnie odrzucać, za sprawą sił zagadkowych, a najwidoczniej mi życzliwych, do kalendarza przybył jeszcze jeden dzień ratunku, jeszcze jedna nadprogramowa, zbawienna dla mnie niedziela, i to w sposób niczyjej nie zwracający uwagi.
Hall, przygnębiony już pierwszą zbyt realistyczną hypotezą, teraz odetchnął z ulgą. Atmosfera niezadowolenia i zawodu, grożącego nastawionym na mistyczny ton słuchaczom, rozwiała się w jednej chwili. Ze wszystkich stron posypały się okrzyki, pełne głęboko grzmiącego przekonania:
— Ależ rozumie się, że na zaufanie zasługuje tylko ta druga interpretacja. Jakżeż mogłoby być inaczej? Pierwsza zgoła nie wytrzymuje krytyki. Nie, to nie możliwe: poplątać dni, sobotę wziąć za niedzielę? Niemożliwe.
— Tembardziej, — wtrącił jakiś nadchrypły głos — tembardziej, że przecież alkohol raczej rozjaśnia władze umysłowe...
— Tak, tak — zdecydowano powszechnie. — To jakieś „coś” dodało do kalendarza jeden dzień.
— Mojem zdaniem — odezwał się teozof, uczeń profesora nauk potajemnych, — według mnie mamy tu do czynienia z typowym przykładem interwencji sił pozazmysłowych.
I jakby chcąc dowieść istnienia zjawisk pozazmysłowych, poprzez poręcz krzesła w półmroku ramieniem niespostrzeżenie objął sezonową swoją uczenicę, bardzo opowieściami dzisiejszego wieczoru przejętą panią Michalinę.

Fachowo wygłoszonej opinji towarzyszyły objawy powszechnego zadowolenia.





VIII.
STRASZLIWA PRZEPOWIEDNIA.


Towarzystwo całe zamilkło, dość wszelako było jednego spojrzenia, by się przekonać, jak silne wrażenie wywarła na słuchaczach opowieść mierniczego, który, syt triumfu, rad już był się uważać za bohatera wieczoru.
Z kolei ja, jako ostatni nie przesłuchany jeszcze sprawozdawca, zabieram głos skromnie, w obojętnej tonacji.
— Pozwolę sobie zająć państwu kilka minut czasu zdarzeniem, które nie jest może tak dalece dziwne, jak fenomen, obserwowany przez pana mierniczego, nie mniej jednak w skutkach, a nawet w scenerji uważany być musi za fakt niezwykle zastanawiający. Bez wahania zaryzykowałby nawet przymiotnik: zdumiewający, a nawet — okropny, gdyż przepowiednia, jakiej byłem świadkiem dotyczyła nas wszystkich, całej Europy, świata całego...
— Czyżby? — z dozą powątpiewania przerwał mi mierniczy, dotknięty trochę niezwykłem zaciekawieniem, jakie w hallu wywołała moja introdukcja.
— Sami się państwo niebawem przekonacie — skromnie oświadczam. — Ja też nie zdawałem sobie przez czas dłuższy sprawy z doniosłości zjawiska, dopiero zimny, nieubłagany argument faktów upokorzył mię i zmusił do pełnego szacunku milczenia.
Panie spojrzały na mnie życzliwie, uczeń Bandar-Loga zachęcająco pokiwał głową, podrażnionemu geometrze dając do zrozumienia, że wszelki przedwczesny sceptycyzm będzie conajmniej nie właściwy.
— Był późny wieczór jesienny, kiedy pod nieobecność moich rodziców, dżdżyste miesiące spędzających na południu, mnie i siostry moje guwernantka przyprowadziła do domu od znajomych, gdzieśmy z gromadką rówieśników wyczyniali na baliku niesłychane brewerje. Anielsko cierpliwa nieboszczka babka czekała na nas, a przedewszystkiem na mnie, by prośbą a obietnicą różnych atrakcyj, skłonić urwisa do umycia się, tudzież do zmówienia pacierza, od czego zazwyczaj wyłgiwałem się zaimprowizowanemi bezczelnie boleściami lub atakiem nieprzezwyciężonej senności. Już siostry moje kończyły wieczorne modły, a tylko ja kłóciłem się gwałtownie o jedno Zdrowaś Marja, tłumacząc babce, że już ich aż trzy odmówiłem, gdy nagle, proszę państwa... Nie, ja tego póki życia nie zapomnę: po dziś dzień na samą myśl o tej posępnej nocy zimne na plecach czuję dreszcze.Nagle zatem — zegar ścienny, pamiętam, wskazywał jedenastą minut dwadzieścia dwie czy też trzy — gdy w przedpokoju rozlega się dzwonek. W jednej chwili w domu uczyniła się cisza. Patrzę, a tu babka blednie gwałtownie, guwernantka literalnie zamienia się w słup, kucharka wraz z pokojówką, klęknąwszy, głośno zaczynają odmawiać suplikacje. Już ta ich zgodność niezwykła mogła przestraszyć każdego domownika — obie służące należały do dwu różnych bractw w różnych parafjach, obie czuły się w moralnem obowiązku własne zgromadzenie uważać za kwiat owczarni Pańskiej, innym bractwom wyznaczając rangę podrzędną, dzięki czemu na terenie kuchni zawsze trwał stan wojny, co znów bardzo niepomyślnie odbijało się na organizacji gospodarstwa. Ale to nie należy do rzeczy, chciałem tylko uwypuklić wrażenie, jakie na subtelniejszej wyobraźni zrobić musiała ta nagła, niewątpliwie w obliczu jakiegoś niebezpieczeństwa zawarta zgoda dwu żarliwych służebnic Wiary.
W ciągu krótkiej pauzy, jako czynnika efektu bardzo pożądanego tam, gdzie się chce zebrać nerwy słuchaczów i dobrze je na własną namotać dłoń, twarz moją parzyła niecierpliwa fosforescencja spojrzeń.
— I oto ku naszemu przerażeniu dzwonek się powtarza, niecierpliwy, brutalny, z każdą chwilą coraz natarczywszy. Siostry moje zaczynają spazmatycznie łkać, guwernantka mdleje, ja zaś, kurczowo uchwyciwszy się sukni babczynej, drę się, jak potępieniec. Przy objawach ogólnego rozprężenia nerwów babka decyduje się na krok radykalny i budzi lokaja. Ignacy, tak miał na imię nasz służący, filozof i pijanica (tylko on sam nazywał siebie filozofem, drugi szczegół charakterystyki jest pochodzenia zewnętrznego), więc lokaj, ociągając się, z niekłamanym lękiem wychodzi do przedpokoju, zbliża się ostrożnie do drzwi i pyta: kto tam? Możecie państwo sobie wyobrazić, co się z nami działo, gdy nagle doszła nas odpowiedź pełna złości i zniecierpliwienia: „telegram, proszę otworzyć“!. Nie jakieś tam tradycyjne głuche dudnienie ducha, nie odgłos grobów, zew z zaświatów, do którego wszyscy rozsądni ludzie od dzieciństwa już się przyzwyczaili, lecz pospolicie brzmiący głos. To była straszna niespodzianka! Pijak i filozof (jakże często w życiu kojarzą się te dwa zamiłowania!), zatem Ignacy, drżąc cały, otwiera drzwi, a wtedy oczom naszym przedstawia się widok, mocen wstrząsnąć najtrzeźwiejszym chyba umysłem. Wyobraźcie sobie państwo, miast ujrzeć oklepaną postać kościotrupa lub wilka z żelaznym ogonem i płomienną paszczą, albo jaką naiwną, całkiem już z grozy wyświechtaną upiorzycę, widzimy przed sobą — to było straszne! — kogoś nieznajomego, z wąsami pod nosem, w butach zabłoconych i w czapce ze znaczkiem telegrafu, kogoś, kto podając służącemu zwitek papieru, zawołał: „proszę pokwitować”! Niespodzianka tak była koszmrana, że braknie słów, by wyrazić naszą panikę.
— Straszne! — histerycznym szeptem syknęła jedna z pań, przysuwając się do swego cierpiętnika.
Wszyscy milczeli, nie wyłączając mierniczego, owiani grozą niebywałego zdarzenia.
A. ja, hamując w sobie dreszcz wzruszeń, dalej ciągnąłem opowieść:
— Chociaż treść depeszy pozornie niczem nadzwyczajnem się nie odznaczała — jakiś interesant zapytywał o datę powrotu ojca — mimo to jednak ja, od dzieciństwa już zdradzający dar jasnowidzenia, wśród szlochu proroczo zawołałem: „Babciu, babciu!”. Jakżeż tragicznie prawdziwy był i trafny okrzyk niewinnego pacholęcia!Co za oszałamiająca przepowiednia! Pomyślcie tylko, szanowni państwo: dokładnie w trzynaście lat, siedem miesięcy i cztery dni po tym zdumiewającym wypadku, wybucha, baczcie, wybucha wojna europejska! Wszak pamiętacie tę datę: 1 sierpnia 1914 roku? Wszak to w tym dniu rozpętały się wypadki?
— Rzeczywiście! — pobladłemi usty krzyknęła pani Wanda, instynktownie garnąc się do swego urzędnika z lichwy i spekulacji.
Hall milczał, zaklęty ponurym urokiem mojej opowieści. Nieznana nikomu rewelacja, niesłychanie ważny przyczynek do dziejów wielkiej wojny, nad wszystkimi zaciężył straszliwą tajemnicą. W ściągniętych twarzach słuchaczów oczy świeciły wilczą jakąś łuną.
— Tak jest — po dłuższej przerwie wśród przejmującego milczenia odezwał się geometra, wstrząśnięty ogólnym prądem lęku, — W obliczu rzeczy, wymykających się z pod kontroli zmysłów i rozumu, przyjść należy do wniosku, że jednak coś gdzieś jest, coś się odbywa, coś przerażająco niedosiężnego...
— Dość na dzisiaj! — zawołała pani Klara, wzdrygnąwszy się na całem ciele. — Czuję, że do rana nie będę mogła oka zmrużyć!
— I ja też! I my także! — zewsząd odezwały się strwożone głosy dam.
Skorzystali z tego asystenci i każdy z osobna jął przekładać swej pani, iż chętnie podejmie się bezinteresownego czuwania, dopóki nie minie noc lub nie „zmruży się oko”. O szczerym lęku dam najdobitniej świadczyła ta okoliczność, że uprzejmie zgłoszonej oferty nie miały nawet sił poddać formalnej choćby dyskusji.
Życzyliśmy sobie właśnie miłych godzin spoczynku, gdy w pobliżu zaszemrała, półgłosem wywzdychana skarga:
— Oh, panie Jurku, jaka szkoda, że praczka nie odesłała mi dotąd moich szlafroczków! Gdyby nie to, poprosiłabym pana, by trochę przy mnie podyżurował.
Kiedy pan Jurek, dobrze odżywiony budowniczy ze Lwowa, ucałowawszy wyciągniętą doń rączkę, smętnie udał się na swoje piętro, znagła przypomniał mi się powierzony przez Władka Zambrzyckiego depozyt: pyjama pani Lalki.
— Przepraszam najmocniej — szepcę, kłoniąc głowę przed jasnowłosą ofiarą niepunktualnej praczki. — Proszę o pobłażliwość, ale dzięki wrodzonej mi przezorności, w walizce obok innych niezbędnych drobiazgów podróżnych mam nieskazitelną lila pyjamę damską, w której pani będzie wyglądała jak wysokiej rangi aniołek. A gdzie jest taki strach, gdzie upiór, który zdolen byłby wyrządzić krzywdę aniołowi, zwłaszcza jeżeli będzie nad nim czuwał taki renomowany poskramiacz sił nieczystych, za jakiego ja mam zaszczyt się uważać?

Co rzekłszy, pełen bezinteresownego zapału, biegnę do pokoju po zbawczy pakuneczek.





IX.
LEKCJA.

Ranek, jaki się wyłonił z tej nocy, przez cały chyba hotel spędzonej na boju z widmami, kwaśny był i zimny, niczem artretyk podczas ataku bólów. Deszcz wprawdzie już nie padał, ale klosz niebios tak się chmurami zaszargał, że mógł przypominać przewróconą do góry dnem balję z zawartością wielkiego prania.
W parku ciechocińskim słynny barometr szafkowy, obłudnik i krętacz, nieszczerą strzałką utknął kompromisowo między dwoma zapowiedziami, z których jedna obiecywała „czas burzliwy”, druga zaś, jakby chcąc złagodzić złe wrażenie, przewidywała „długotrwałe deszcze“. Co kto woli, proszę wybierać, o wyborze niechaj decyduje temperament.
Pod tężniami, podobnemi zdala do potwornych liszek, pełzały, bijąc się z wichrem, gromadki żądnych jodu i ozonu kuracjuszów. Rozmiękłą drogą chlupały sobie wózki, naładowane surowem mięsem, na którem siedzieli skuleni z zimna furmani. Ciągnąca z rzeźni do miasta karawana krwawemi plamami ożywiała szarzyznę niepogody, za którą to atrakcję zarządowi zdrojowemu należy się podzięka.
Wróciwszy z przechadzki dzielnicą żydowską, przerażająco niechlujnym splotem podwórek (cześć wielkiemu wodnikowi za porządki!), bliski omdlenia, niemal już zatruty wyziewami ghetta padam na fotel i wietrzę się wachlarzem, napoczekaniu złożonym z gazet, które co rano zakupuje dla mnie odźwierny.
Z wachlarza tego wypada nagle na podłogę karta pocztowa. Podnoszę i czytam; charakter pisma całkiem mi obcy, a treść niepojęta: „Ale w końcu rozmyśliłem się i postanowiłem urlop spędzić razem z Tobą w Ciechocinku, zwłaszcza, że ostatniemi czasy czuję się coraz gorzej. Przyjadę w sobotę z rana. Twój Aleksander”.
Mój Aleksander? Jak żyję nigdy podobnie ochrzczonego przedmiotu nie posiadałem! Co u licha?
Nieporozumienie rychło się wyjaśnia. Na czołowej stronie kartki znajduję rozwiązanie kawału: list adresowany jest nie do mnie, lecz, o, mei misereri! — do pani Migi, jasnowłosego demona, którego wczoraj tak dzielnie broniłem przed atakami sił nieczystych, że dymisję dotychczasowego obrońcy, to jest pana Jurka, uważać mogłem za rzecz bezapelacyjnie przesądzoną.
— Zatem to już w sobotę przyjeżdża Aleksander! — z cichem westchnieniem zawodu stwierdzam swoje położenie. — Więc to ładny odpust szykuje się na niedzielę! Dla mnie i dla tego odmieńca, Jurka, odpust nielada...
List oczywiście wtykam w przedziałkę nr. 47, a sam, w chwili, gdym biegł na górę, wpadam na anioła, któremu jakiś Aleksander śliczną gotuje niespodziankę.
— Dobrze, że pana spotykam — rzecze mi pani Miga, szczerząc garniturek nieskazitelnie białych ząbków. — Będzie dobrodziej mi towarzyszył na poufnem posiedzeniu u wróżki. Mirtakle Hendinowa, znakomitość europejska, a moja dobra znajoma, zabawi w Ciechocinku tylko kilka dni, poczem z cyklem referatów wyrusza do Bagdadu na XIII kongres wtajemniczonych. Wieczorem zaś... Prawda, przecież polecono mi uprzedzić pana o tem! Na wieczór zapraszamy do siebie pewne medjum, przy którem fortepian sam gra koncert Humla, a krzesła i fotele zawzięcie go oklaskują. Fenomenalna siła psychiczna!
Byliśmy już w błocie przed hotelem, kiedy przyszło mi do głowy wyzyskać przypadkowe moje wiadomości o przyjeździe Aleksandra.
— Droga pani, kiedy kobieta decyduje się iść do wróżki w towarzystwie mężczyzny, to znaczy, że wróżki tej z pewnością nie bierze na ser jo, że uważa ją za oszustkę, o ile tylko wyraz ten dobrze będzie brzmiał po polsku.
— Co pan chce przez to powiedzieć? — spytał śliczny stworzak, niewyraźnie przebierając lakiereczkami w czarnym szlamie.
— Że zamiast tracić czas na brednie, niechaj mi pani, jako wróżowi, zaufa i odemnie intymnych zażąda informacji. Proszę podać rękę i słuchać uważnie.
Pani Miga cofnęła się o dwa kroki, mnie za sobą pociągając.
— Przedewszystkiem nie stójmy w kałuży, dziś bowiem przypada mi nie błotna, lecz kwasowęglowa kąpiel. Czy pan naprawdę umie...
— Naprawdę — oświadczam, bystro patrząc w anielskie oczy. Czytam przeszłość, przyszłość teraźniejszość. Może na początek parę ciekawych rozdziałków z przeszłości? Służę. Niedawno, bardzo nawet niedawno, po pewnym wieczorze, w ciągu którego sporo się mówiło o zjawach z innego świata, pani, me mogąc opanować trwogi, łaskawie mi zezwoliła...
— To nie prawda! Kłamstwo wierutne! — zaperzył się demon, nie bacząc w porywie, że źle obliczony, bo za wczesny odruch, wszystkim, prócz pani Migi, musiałby się wydać mocno podejrzanym.
—Zaraz, zaraz, dopierom przecież zaczął. Pani jest pod każdym względem skończenie rasowym okazem Ewy: pani na chwilę umiała zapomnieć o tem, że tym właśnie, który panią bronił, to byłem ja. Stąd wniosek, że odkryć moich pani naprawdę się boi.
Opięta w czarną skórkę ręka wyrwała się z mej dłoni; ale mimo objawy gniewu, w kącikach ust zbierał się uśmiech, któregom ja, gapa i fuszer, nie zrozumiał.
— Swoją własną przeszłość znam przedewszystkiem ja, zatem rewelacje pana nic pewnie ciekawego nie wniosą. Zresztą, czyż nie wie pan jeszcze, że w kobietę wszystko można wmówić, wszystko, krom tego tylko, czego ona sobie nie życzy? Choćby to, ściśle mówiąc, święta była prawda, choćby to była żywa, ładna nawet przeszłość...
Patrzała na mnie buntowniczo, pewna siebie.
— Wiem — odparłem zawstydzony. — Wiem, że niema ładnej lub brzydkiej przeszłości kobiety, jest natomiast przeszłość brzydkiej lub ładnej kobiety, Ponieważ w danym razie ładna kobieta nie chce uwierzyć w swoją przeszłość, więc może pomówimy o najbliższej przyszłości, — naszej przyszłości?
Miga była taka śliczna, kiedy wiatr rozwiewał czarny jedwab jej przylegającego do ciała stroju! Puszyste loki pod kapeluszem muskały ją po skroniach, a w siwych oczach zabłysła nagła powaga.
— Przeszłośc! Przyszłość! I jednego i drugiego można się w końcu domyśleć, dość nawet trafnie zgadnąć. Chodzi raczej o to, niefortunny magu, by teraźniejszość, ten najcenniejszy element czasu, naprawdę była ładna.
Czarny paluszek spoczął na rozchylonych wargach.
—...I żeby nikt się jej nie domyślał, przynajmniej dopóki jest teraźniejszością — dodała półgłosem, nieufne spojrzenie śląc ku piętrom hotelu. — Na tem polega kunszt organizacji i rękojmia spokoju, Niestety, zasada ta naogół tuła się w poniewierce, i jak widzę, pan jej też nie rozumie. Jak to dobrze, że z panem nie miałam żadnej przeszłości, nie mam teraźniejszości, i że wspólna nie czeka nas przyszłość!
Uśmiechnęła się już nie do mnie, ale wprost w szary, od słoty zrudziały, świat. W górze toczyła się lawina chmur, a u stóp naszych histerycznie marszczył się ciemny naskórek wody w kałużach.
Stałem osowiały, jeszcze nie odgadując zamierzeń pani Migi.
— „Sztuki życia, niedołęgo, ucz się od aniołów!” — huknął mi zaniepokojony rozsądek.

Wciąż nieświadom tego, co mnie czeka, nachylam się nad pachnącą, niczem kwiat zatruty, ręką. Ręką dostatecznie piękną, by siać po świecie ziarno gorzkich zawodów i gorzkiej nauczki.





X.
ALIBI.

Pani Miga, czarujący wykwit rodzaju kobiecego, mimo wszystko, poszła do wróżki. Nie sama, ze mną. Bodajby nigdy już w życiu nie wypadło mi połknąć tak jadowitej, a misternie przyrządzonej pigułki, jak ta, którą z olśniewającym uśmiechem podała mi złotowłosa djablica (w pierwszej redakcji powiedziane było: jaszczurka; korekty zażądał instynkt obrazowości, tamta bowiem przenośnia raziła nonsensem aż nadto wyraźnym: nikt zdaje się złotowłosej jaszczurki nie widział).
Jak się niebawem przekonałem, szła pani Miga, drwiąc w duchu z wieszczeń Hendinowej, a szła w tym jeno celu, by kłamaną wieszczbą oczyścić się z czegoś, co faunessie mocno musiało dolegać. Westnie z ulgą i panią Hendinową uściśnie, gdy ta w skupieniu mistycznem oświadczy: „Zawsze kroczyłaś drogą prostą, ciernistym szlakiem cnoty. Życie twoje jest ogrodem lilji i białych róż”. To już nie chwilowe pokrzepienie serca, to urzędowa charakterystyka, dowód dla sumienia. To radykalna likwidacja wszelkich nieporozumień z sobą samą.
— Jakto? — pewnego ranka z goryczą zawoła mój anioł. — Jakto? Aleksander ośmiela się mię podejrzewać? Pokaże nawet jakieś tam szpargały, przejęte listy, które zachce mu się nazwać „rzeczowemi dowodami zdrady?” Głupiec krótkowzroczny! Żali nie widzi, iż winy w sobie nie czuję? Nawet wszystkowidząca wróżka nazwała mię „anielicą o gołębiem sercu”, „istotą o niebiańskich porywach, Sumienie moje jest spokojne, a sumienie to najwyższy trybunał moralności.
I pani Miga ukorzy się przed tym najwyższym trybunałem. Poczem szlochnie sobie niezgorzej, jako że dla kobiety jej własny płacz zawsze będzie najwymowniejszym dokumentem.
Poszliśmy zatem do wróżki, gdyż po nocy duchów, a przed przybyciem jakiegoś Aleksandra, pani Miga uważa, że do wróżki udać się powinna. To ona. A ja? Oh, cóż za naiwność pytania! Ja, jako świadek, jako benefisant seansu. Jako ten, któremu później można będzie choćby spojrzeniem powiedzieć:
— Słyszał pan, prawda? Słyszał pan, jak ona mię nazwała „opoką, twierdzą ładu moralnego?” Tak, zdaje się...
Gdy niewiasta postanowi iść z tobą do wróżki, nie wpadnij na szalony koncept odwodzenia jej od tego zamiaru. Byłoby to to samo, co schwytać rysia za ogon, w chwili, kiedy ma się on (ryś) rzucić na upatrzoną zdobycz. A ja, szaleniec, właśnie odradzałem pani Midze wycieczki do Hendinowej! Takiego nietaktu kobieta ma prawo nigdy nie przebaczyć, a mężczyzna, który ten nietakt popełnił, niechaj czemprędzej sam się wycofa z gry, jaką potomstwo Adama i Ewy od tysiącleci z jednakowym uprawia zapałem. Niech wróci na swoje miejsce i trochę się jeszcze poduczy. Siadać, źle, dwója!
Co się tyczy mnie, to klęska miałaby daleko skandaliczniejsze akcenty, gdyby nie okoliczność, że pani Midze najwidoczniej zależało na tem, ażeby nie dopuścić do dyskusji. Żeby odpędzacz duchów z ust samej wróżki mógł się dowiedzieć, że to, co z dziejów nocy minionej uważa za fakt realny, jest tylko jakiemś nieporozumieniem, snem zgoła, maligną...
— Wszystko to panu się zdawało — powie, bijąc cię spojrzeniem, pełnem wyrozumiałości.
Idziemy więc do wróżki. Szczęście najwidoczniej nam sprzyja. Oblężone zazwyczaj drzwi Hendinowej zastajemy gościnnie dla nas uchylone. Sekretarka przyjmuje zamówienie, a wraz z zamówieniem honorarjum. Pani Miga nie cofa się przed znacznym nawet naddatkiem, snąć zależy jej na „psychologicznie uzasadnionej wieszczbie”. Po takiem zabezpieczeniu się, żaden piorun niepożądanej rewelacji już nie grozi. Pogoda zapewniona.
Hendinowa przyjmuje nas z ujmującą serdecznością. Udział mój w seansie uważa widocznie za rzecz całkiem naturalną, prawdopodobnie przyzwyczajona do chwytów i metod stałej swej klijentki.
— Chce pani zbadać stan swej wzniosłej duszy? — pyta wróżka, a długa jej twarz wyciąga się jeszcze bardziej.
Niebawem wpada w trans. Przytomne dotąd oczy przewracają się w orbitach, aż widać już tylko sinawe białka.
— Czci twojej poważne groziło niebezpieczeństwo, aleś je siłą cnoty zażegnała — w olśnieniu mistycznem charczy jesnowidząca. — Bieli twojej szaty lękają się złe duchy, gdyż nad tobą, brat twój, archanioł, czuwa. Zbrodniarz, który na słabość twoją liczył, poskromion został, a klęska ta oduczy go od szpetnych zamysłów.
Z pod kapelusza pani Migi wyfrunął ku mnie błysk triumfu. Skłoniłem głowę na znak, że djagnoza wtajemniczonej przekonała mię najzupełniej.
— Zdumiewająco trafna charakterystyka! — zawołałem, gdyśmy już opuścili mieszkanie wróżki. — Jak ona panią doskonale odgadła! Ciekaw jestem tylko, cóż to za obwieś niegodziwy czyhał na anielską biel pani czci?
Miga kroczyła obok mnie z drażniącą zagadką na czole. W czarnych jedwabiach, łopocących wokół jej sprężystego ciała, różowa od wiatru, z niebieskawym cieniem pod przymrużonemi oczyma, pogodna pątniczka poprzez kałuże życia i... Ciechocinka, tak jeszcze przed świtaniem bliska, a teraz nieskończenie odległa, — na tem przerażającem tle jesieni przedwczesnej, zdała się być raczej wizją, pomysłem niemożliwego do ziszczenia grzechu.
W alei kasztanowej wiatr cisnął i pognał garść nieżywych liści. Powiało nad nami koniecznością rozstania. W górze, pod tłumem zbieganych chmur harcowała wrzaskliwa falanga wron. Parte nieustannym wichrem drzewa w jedną ciągle patrzyły stronę, rozczochrane i zgięte, jak gdyby z uwięzi ziemi zamierzały zerwać się do jakiegoś gromadnego odlotu. Wyły syreny na zakładowych kominach, wiatr tłukł całą orkiestrą niezamkniętych okien, dzwonił w rynny i szyldy. Jazz-band rozstania.
— Ja panią już zrozumiałem — rzeknę półgłosem, gdyśmy się zbliżali do domu, — Jest to pani metoda, Do wróżki prowadzi pani każdego, kto tylko....
— Niech pan zobaczy — przerywa mi radośnie Miga. — Poprzez chmury zaświecił rąbek nieba!
— Przez wróżkę oczyszczona z odbytych nokturnów, idzie pani po nowe, mistrzyni kłamstwa, ustroju zimny bez odrobiny poczucia odpowiedzialności i poezji!
— Tylko dwie kąpiele mi pozostały — wesoło szczebioce anioł, jak gdyby nawet nie słysząc, co w tej chwili mówię.
— Po powrocie do Warszawy, może nas pan kiedy odwiedzi?
A mnie trochę dławi oburzenie. Eee, nie oburzenie, to tylko tak się mówi; dusi złość, pasja.
—Metoda pani pozbywania się współuczestników własnego błędu za pomocą apoteozy, kupowane, u różnych wróżek, niewątpliwie jest szczytem perfidji, a właściwie powiedziawszy — jej niziną.
— A czy zna pan nasz adres? — pytała z niezmienną uprzejmością, obca moim wywodom.
Spokój tej kobiety obezwładniał mię. Wytaczam tedy najcięższe działo, działo brutalnego już sarkazmu.
Kapituluję,Pani Migo. Wszystko jest w porządku. W życiu naszem nie mamy żadnego epizodu, który moglibyśmy nazwać mniej lub więcej wspólnym. Jedną tylko zgłaszam prośbę: lila pyjamkę, która wczoraj broniła panią przed złemi duchami, ów nic pani nie mówiący dowód rzeczowy przygody, jako cudzą własność muszę oddać prawowitej właścicielce. Czy wobec tego nie mogłaby pani mi zwrócić wpaniałomyślnie tego szczegółu, jeszcze przed moim odjazdem z Ciechocinka?
Brwi jej podniosły się wysoko w wyrazie rozpaczliwego zdumienia.
— Pyjamę? Jaką? Kiedy?
Teraz ja z kolei milknę. Mimowoli szeroko otwieram usta, osłupiały, aż wiatr zaświstał mi na zębach.
Nie, nic, proszę pani. I to też cofam, oczywiście...
Rozstajemy się w hallu. Ona wciąż ma podniesione brwi — obraz zdumienia, ja też nie zamykam szczęk — drugi obraz zdumienia.
Kiedym po powrocie do swego pokoju otwierał szafę, by wyjąć ciemne ubranie, ujrzałem na półce... Nie, to chyba magja! Przecieram oczy. Paczka. Tak samo zawinięta, jak ta, którą przed odjazdem z Warszawy dał mi Zambrzycki dla pani Lalki. Rozwijam — a tam lila negliż, porządeczku. Jak gdyby nietknięty. Ostatni już obalony argument, ostatni przekupiony świadek.
Organizacja alibi pani Migi przeprowadzona była po mistrzowsku.
— Sztuki życia ucz się, błaźnie, od aniołów! — radził mi zbudowany tem wszystkiem rozsądek.

O, Lalko, Lalko! Gdybyś wiedziała, jak gorzka jest zdrada!





XI.
MARCHOŁT NA SEANSIE.

Trzeba było pomyśleć nietylko o wyjeździe, ale i o odwecie. Odwet nie dla samej przyjemności, jaką daje w marzeniach wypieszczona zemsta, ale dla zasady. Odwet o podłożu pedagogicznem, przestroga na przyszłość.
Za punkt wyjścia czynu miałem wziąć przypadkowo otrzymane, a dotychczas niewyzyskane informacje o jutrzejszym przyjeździe jakiegoś „‘Aleksandra”.
Przed wieczerzą zebrani w hallu uczestnicy pogawędek, z przejęciem mówią o seansie spirystycznym, który zgodnie z zapowiedzią ma się dziś odbyć w pół godziny po kolacji.
Kadzidło pochwał, palone ku czci rzekomo fenomenalnego medjum, starałem się ugasić fantastycznie motywowaną tezą, że zagadkowe źródła siły, jaką się popisują przedsiębiorcy od duchów, tkwią właściwie w każdym, przeciętnym nawet osobniku, zniekształcone tylko i leniwe. Każdy z nas po pewnym wysiłku woli mógłby wywołać z odległości drgania strun fortepianowych, wędrówki krzeseł w powietrzu, oraz inne „numery”, powszechnie uważane za zdumiewające, jak naprzykład przepowiednie, czytanie myśli itd.
— Wogóle co to jest? Dziecinne zamykanie oczu na rzeczy aż nazbyt oczywiste, świadome komplikowanie zjawisk niezmiernie prostych, proszę państwa.
Postawa moja nikomu się nie spodobała. Jedni spoglądali na mnie impertynencko, inni z wyrozumiałością. Rozkołysana w bujającym fotelu pani Miga, zdawała się nie słyszeć prowokacyjnych mych wystąpień, rzekłbyś: własnem milczeniem pochłonięta, własną zagadką.
— My, to jest całe nasze kółko, takiej siły w sobie me czujemy — ze sztuczną powagą, kryjącą w sobie drwinę, oświadczyła pani Halina. — Pan jednakowoż... Tak jest, może pan zechciałby łaskawie nam zademonstrować ukryte w sobie zdolności?
Ze wzruszeniem ramion podchodzę do rezolutnej damy, biorę jej rękę i ostro patrzę w oczy.
— Przechodziła pani w życiu ciężką chorobę — wieszczę uroczyście. — Czeka panią podróż i list. Czy nie tak?
— Któż nie przechodził choroby? — powątpiewająco odezwał się zreumatyzowany aptekarz. — Kogóż z nas nie czeka podróż, choćby powrotna z Ciechocinka do domu? Któż nie czeka listu?
— Daruje pan — sztywno mu przerywam. — W danym razie nie o jakiegoś tam „ktokolwieka” chodzi, ale o szanowną naszą panią Halinę. Kto nie przechodził choroby, kto nie czeka listu, komu nie grozi podróż — tego nie wiem, wiem tylko, że i podróż i list będą udziałem pani.
Dana farmaceucie odprawa, logika argumentu, na obecnych zrobiły, zdaje się, doskonałe wrażenie.
— Strzeż się pan dwuch złożonych na krzyż lokomotyw! — uprzedzam jeszcze skonfundowanego trochę aptekarza. — Strzeż się pan febry, nadmiaru wilgoci i nieoświetlonych, a wyboistych ulic. Już od dnia urodzenia czeka na pana śmierć!
Aptekarz milczał, najwidoczniej przejęty moją przestrogą. Na wszelki wypadek już się trochę bał, gdyż bać się, jak wiadomo, nigdy nie zawadzi.
— Przepraszam — wtrąca się znowu budowniczy. — Mojem zdaniem, każdy chyba strzec się powinien febry, wilgoci i nieoświetlonych ulic.
Ton odpowiedzi mojej był anielsko łagodny:
— Czy każdy, tego nie wiem, wiem jednak z całą pewnością, iż właśnie tych plag magister powinien strzec się najstaranniej. Tak mi mówi moja wyostrzona intuicja, którą, jeżeli państwo tego zechcą, możemy ochrzcić jakim okultystycznym terminem.
Argument musiał przekonać wszystkich niedowiarków, gdyż wymownie milczeli. Wszyscy oprócz pani Migi, która wypadłszy nagle z równowagi, bez widocznej przyczyny trysnęła donośnym śmiechem.
— Szanowną panią bardzo zdenerwował mój trans — rzekłem, mściwie zaciskając zęby. — Zamiast dawki bromu pozwolę sobie udzielić pani zapewnienia, że jutro przyjedzie do niej ktoś, kto postanowił spędzić w jej towarzystwie swój urlop odpoczynkowy.
Ona zaś, miast zdrętwieć z wrażenia, miast obwołać mię magiem i publicznie przepraszać za politykę szyderstwa i podstępu, miast zgotować mi złoty triumf — śmiała się coraz głośniej, coraz szerzej i weselej. Śmiała się długo, falami, aż towarzystwo całe niechętnie jakoś zaczęło się nam przyglądać. Stwierdzić należy, iż w tak głupiej sytuacji nigdy jeszcze datąd się nie znalazłem.
— Zapewiam pana — wyksztusiła pani Miga — że to jakieś nieporozumienie...
I podała mi blankiet telegramu, otrzymanego niewątpliwie przed chwilą:
— „Wracaj, droga, pasport gotów, resztę lata spędź nad Adrjatykiem. Aleksander”.
Po kompromitujący moje jasnowidztwo dowód odrazu kilkanaście wyciągnęło się rąk. Oby uschły lub odpadły, niegodziwe!
Przez karygodną chwiejność tego błazna Aleksandra, zemsta się nie udała, a złotowłosy szatan triumfował.
Po wieczerzy przyszedł przedsiębiorca od duchów, zacnie odżywiony, okrągły t czerwony na twarzy. Mówi trochę astmatycznie, głosem obojętnym, jakby recytując dobrze wyuczoną lekcję,
— Fenomeny moje tem się różnią od fenomenów, wywoływanych przez inne medja, — tłumaczył nam wyrozumiale, unikając trudniejszej terminologji swego zawodu — tem się przedewszystkiem różnią, że są do tamtych zupełnie niepodobne. Pozatem zdumiewającą cechą moich fenomenów (wystrzegać się bezwartościowych naśladownictw,. większym kompletom rabat!) jest ich najoczywistsza jawność: nie wymagają one żadnych specjalnych przygotowań, ani ciemni.Moje duchy śmiało mogą o sobie powiedzieć, że są najbardziej obłaskawionemi duchami wszechświata.Zebrane wokół mej osoby grono istot niewidzialnych odznacza się nietylko kulturą towarzyską, ale i wszechstronnemi talentami.
Krótka ta deklaracja doskonale usposobiła uczestników seansu do osoby medjum i jego astralnej trupy. Panie prosiły na początek o koncert Humla wraz ze słynnym entuzjazmem krzesełek.
Medjum skupiło się w sobie, poczem rzekło: — Niestety, Mozart powiedział mi, że pianino jest rozstrojone, a państwo chyba rozumieją, że mistrz tej miary, co Mozart, nie może grać na byłejakim przepraszam za wyrażenie, gruchocie.
— To możeby przynajmniej krzesła z parę razy klasnęły? — nieśmiało ktoś proponował.
Czerwony pan żachnął się.
— Doskonale, ale co one mają oklaskiwać, skoro nikt grać nie będzie? Nawet krzesła mają swój sens i logikę.
Uwaga była najzupełniej słuszna,
— Zademonstruję państwu inne, nie mniej ciekawe fenomeny — pocieszało nas medjum, wznosząc w górę okrągły, niczem serdelek, palec.
— Oto przy pełnem świetle lamp ten oto ciężki stół odpowie nam na postawione mu pytania. Ażeby nie wytwarzać atmosfery podejrzeń, wszyscy, jak jeden mąż odsuńmy się od stołu — niech nań działa jeno duch... Czyjby duch? Zgodzą się państwo na Marcho.ta? Postać to intrygująco skryta, choć z pozorami wyjątkowego wprost wyszczekania.
Kółko nasze cofnęło się posłusznie, oczy wlepiwszy w masywny sprzęt.
— Niech pan się dowie, czy on już przybył? — prosi pani Helena, nie bardzo jednak zdając sobie sprawę, kim jest, czy też był w życiu doczesnem ów wzywany Marchołt: wodzem czy biskupem heretyckim?
— Pardon, czy jesteś już, panie Marchołt? — pyta medjum. — Jeżeli pan już jest, to nie zastukaj trzy razy, jeżeli zaś ciebie niema jeszcze, to nie zastukaj tylko raz.
W ciszy przejmującej medjum liczyło spokojnie:
— Raz, dwa, trzy. Czy wszyscy państwo słyszeli, jak stół najwyraźniej nie zastukał trzy razy? Marchołt jest. Proszę zadawać pytania.
Raczy pan się dowiedzieć — prosi jakiś nabożniejszy uczestnik seansu — czy ten pański duch jest w niebie, czy w piekle?
Czerwony pan chętnie się przychyla do zgłoszonej prośby.
—Panie Marchołt, powiedz nam całkiem otwarcie, w swojem jesteśmy towarzystwie, czy dobrodziej rezydujesz w piekle, czy też wycyganiłeś sobie zbawienie? Jeśliś w niebie — nie stuknij cztery razy, jeśli w piekle, to tylko dwa.
I znowu wszyscyśmy usłyszeli, jak stół najwyraźniej nie wystukał cztery razy. Raz, dwa, trzy, cztery.
Wrażenie ogromne. Przez nasz cercle przebiegła fala dreszczów mistycznych..
—Proszę pytać — zachęcał nas impresarjo. — Ponieważ jednak rozmowa za pośrednictwem czterech nóg stołu ze względów choćby technicznych nie mogłaby przekroczyć drobnej tylko skali, przeto umawiamy się jednogłośnie, że w imieniu Marchołta będę odpowiadał ja.
Inowację tę przyjęliśmy do wiadomości, jako ważne udogodnienie w rozmowie, poczem pani Helena spytała:
— A co jest w niebie?
— W niebie są święci — uprzejmie odpowiedział duch przez usta swego przyjaciela.
— A co święci robią?
— Wolno mi powiedzieć tylko, czego nie robią.
— Zatem dobrze: czego nie robią?
— Garnków nie lepią — informuje Marchołt.
Agent jego zaś dodaje od siebie.
— Państwo łaskawie zwrócą uwagę na trafność odpowiedzi. Nawet przysłowie powiada: „nie święci garnki lepią“.
Po hallu przeszedł szmer podziwu.
— Nadzwyczajne! Niesłychane!
Mag zerwał się i spojrzał na zegarek,
— Co, już dziesiąta? Trupa moja bardzo państwa przeprasza, ale musi dziś jeszcze stawić się na paru seansach, a mianowicie w Kairze u urzędnika telegrafu, Mahmud-Jussufa-Hamadi‘ego, później pod Buenos-Aires na fermie don Fernanda Brahga, i wreszcie w klubie garnizonowym w Hong-Kongu. Życząc państwu dobrej nocy, zespół moich duchów oświadcza, że z dniem dzisiejszym cena seansów podniosła się zaledwie o 50 procent.
Otrzymawszy należność, czerwony jegomość opuścił nasze towarzystwo, które jeszcze po północy rozprawiało na temat fenomenalnego medjum.

Jutro drugi seans. Ale ja na nim nie będę. Z rana wyjeżdżam po dalszy ciąg przygód i zdarzeń.





XII.
TYDZIEŃ POLSKIEJ MESYNYł

Miejsce postoju — Kosów, Stacja dobroczynna rozładowywania intelektów — na przeciąg kilku tygodni wywczasu, słodkie uczucie bezpieczeństwa i pewności, iż nie zagraża ci tutaj żadna mobilizacja obowiązku, że nikt cię tu nie kupi i nie sprzeda, Pogodna, w sadach do stóp Karpat przywarta forteczka ciszy i spokoju.
A przecież po wstrząsach sopockiej „Luminozy”, a zwłaszcza Ciechocinka, należy mi się chyba parę dni Kosowa. Choćbym tu nawet nie znalazł poszukiwanej pani Lalki, a nie znalazłem jej w samej rzeczy.
Przyznać się też muszę, że wskutek silnych przejść (o, Migo!) obraz Lalki, nie mówiąc już o Irenie Tobczewskiej, trochę mi się zatarł, odrobinkę przymglił, zdziebełko zaciemnił. Dziś, aby przypomnieć sobie jej rysy, albo brzmienie głosu — muszę się przedtem dobrze skupić.
Kosów! Taki inny świat! Nie objęty konstytucją naszych hotelów uzdrowiskowych i pensjonatów „na świeżem maśle przy inteligentnej kresowej rodzinie”. Nawet komarów niema, nawet pluskiew. Przypadek albo luksus, ponieważ dwie te plagi, jako organiczny szczegół naszej rzeczywistości i naszego pejzażu, posiadły już prawo obywatelstwa w całej Kongresówce, w Małopolsce i na Kresach wschodnich Rzplitej. Ludziom, czującym styl i historję, wcale już nie przeszkadzają. A jeżeli przeszkadzają, to można przecież sobie od biedy poradzić. Komary naprzykład nie znoszą silnie aromatycznych substancji: dość posmarować się nieoczyszczoną naftą, by się skutecznie zabezpieczyć przed ukąszeniami. W walce z pluskwą radykalniejsze gospodynie stosują pewien, naprawdę niezawodny, a niesłychanie prosty zabieg, polegający na tem, że materac, a jeszcze lepiej całe łóżko polewa się benzyną lub smołą, a następnie się je podpala. Pluskwy giną wraz z ikrą prawie natychmiast, jako, że nie znoszą tak wysokiej temperatury.
Ale mam przecież mówić o polskiej Mesynie.
Właśnie, gdy mię już obejmował w posiadanie zielony spokój borów karpackich, gdy baterja hydropatyczna ziać zaczęła wodą ciepłą i zimną, w cieniutką jeszcze warstwę moich dni kosowskich wtargnął żywy epizod, a dywersja dla nerwów.
Nieoczekiwany ten ładunek przywiozła jedna z najpogodniejszych postaci, jakie mi się snują w polu mego widzenia, zacny kompan w sztuce spożywania życia, sam Jan Jodzewicz. Odrazu wyszło na jaw, że zjechał tu w celach specjalnych. Na dwa, trzy, najwyżej cztery dni. Zwłaszcza, że każda wycieczka dziennikarza, choćby na wakacje do jakiej Utraty podwarszawskiej, w oczach jego ma zawsze specjalny cel. W celowość przedsięwzięć Jodzewicza wierzę tem chętniej, że jako młody ustrój nie doszedł jeszcze tych lat, kiedy to wraz ze sklerozą i zaszczytami zjawia się nieodwołalna potrzeba czterotygodniowych dawek solanki, masażów, urodonalu, oraz wzmianek o wyjeździe na letnie wywczasy.
To też przybycie Jodzewicza trochę mię zaniepokoiło.
— Jestem tu — rzekł mi odrazu, jakgdyby domyślając się mego niezadowolenia — jestem, bom w ostatniej chwili się dowiedział, że oni mają tu przybyć. Informacjom swoim, jak widzę, nie mam nic do zarzucenia: oni przyjechali.
Ruchem głowy pokazał mi fontannę przed Willą Główną. W jaskrawem lśnieniu zbliżającego się południa, na wózku o trzech kółkach siedział starszy już wiekiem mężczyzna. Z wychudłej twarzy, w której stał skrzep bólu, patrzyły okrągłe nieruchome oczy. Były one gdyby dwa okna opuszczonego oddawna domu, przez które wygląda ruina i skrajne opuszczenie. Gdy się zahaczyło niechcący o ten rozchwiany, jakby pozbawiony kierunku wzrok, chwytał człowieka strach przeczuć, niemożliwych do opanowania. Tego rodzaju niepokój zjawia się niekiedy podczas burzy, między jednym piorunem, a drugim, albo nocą w pociągu, gdy znużoną świadomością szarpnie znagła myśl o katastrofie.
Na trawie obok wózka siedziała najwyżej dwudziestoletnia, do pewnego stopnia urodziwa nawet panienka, formalnie zajęta jakąś szydełkową robotą. Formalnie tylko, gdyż ręce co chwila ustawały w pracy, a z pod nisko rozpiętych brwi wyfruwało spojrzenie obce i dalekie, niczem z czasem obecnym i z miejscem tem nie związane. Musieli ci dwoje przyjechać wczoraj dopiero, i to już po wieczerzy, skoro w gronie gości zakładowych ich nie zauważyłem.
— Wyrażaj się jaśniej — kwaśno proszę, czując już smak sensacji, a co za tem idzie: kres parodniowego odpoczynku.
Ale Janek miał jakiś szczególny wyraz w oczach.
— Sprowadza mię tu potrzeba zasilenia instynktu społecznego — rzekł wyjątkowo poważnie. — Ten przykuty do wózka szaleniec, jako ofiara bezprzykładnego poświęcenia, jako rycerz swego zaścianka, literalnie oszałamia mię potęgą charakteru. Na kolana przed takiem widowiskiem! Przy zetknięciu się z heroizmem tak wysokiej klasy, z przykładem tak dalece posuniętego uspołecznienia — djabli biorą wszelkie pretensje osobiste i popędy odśrodkowe.
— „Djabli biorą odpoczynek!“ — mruknąłem, sprężony już do skoku w sam ogień opowieści. „Dziej się wola Boża!“
To, com słyszał, jako temat do głębszych rozważań i jako pomysł nowelistyczny, przeszło moje, nadmieniam: dość śmiałe, oczekiwania.
A było to tak.

W pewnem powiatowem mieście — prawdziwej jego nazwy przez dyskrecję unikam — w osiedlu, odrzuconem o trzy mile od kolei a o całą nieskończoność od większego świata, do miniaturowego bytu wtrącił się wreszcie bożek wielkich przeznaczeń, Interwencja ta spowodowała istny kataklizm: na chwilę glob ziemski musiał się chyba spłaszczyć, a w Kancelarji Podziału Szczęścia i Nieszczęścia miano spektakl niezwykły.
Konstrukcja życia mieściny, mającej za strawę miał drobnych jeno przeżyć lokalnych, a na deser spóźnione zawsze gazety, zatem konstrukcja taka, nie przygotowana do cięższej masy wypadków, musiała się zachwiać, niebezpiecznie zgiąć, wykoszlawić. Co innego bowiem Mesyna, którą nawiedziło tyle nieszczęść, że w końcu przestały już one na nią działać, co innego więc drzemiąca na wulkanie Mesyna, a co innego Krzaczyn — tem swojskiem imieniem doraźnie ochrzcijmy zawstydzone miasteczko — Krzaczyn, gdzie trzęsienie ziemi musiało być naprawdę czemś, co się samemu burmistrzowi nie śniło.
Bo i jakże? Grunt solidny i poważny, nigdy nawet śladu torsji podziemnych nie zdradzał; głęboka Narew płynęła wprawdzie w wartkiem, ale stanowczo jednostajnem tempie; za plecami miasta stały ciche wzgórza z „Królową Boną” na czele, a naokoło w szerokim promieniu żyzna równina z czatami dzikich grusz na miedzach. Pełne gdakania kur i beczenia owiec przedmieścia, niczem od wsi się nie różniące, za rzeką do lipami wysadzonego gościńca przyrośnięta osada Piątnica, dalej opuszczone forty, browar ziemiański, gdzieś dalej młyn jak z ballady, potem jeszcze jakaś osada ze zniszczoną gorzelnią, a potem...Potem pewnie koniec świata, a najwyżej jakaś pustka bez pejzażu, bez dróg, bez światła i powietrza.
Krajobraz zatem pogodny, równy, ludzie ani zbyt trzeźwi, broń Boże, ani zbyt rozpici, atrakcje odpustów, jarmarków, targi, uczty świąteczne u dziekana lub u prezesa rady miejskiej, wybory do zarządu Lutni i Koła Wioślarzy; karty w resursie, imieniny u notarjusza, jakieś rocznice u naczelnika poczty albo u lekarza weterynarji, bal doroczny u komendanta ochotniczej straży pożarnej, estety i arbitra w sprawach honorowych. Słowem przeciętny wyjątek z przeciętnej polskiej prowincji.
No, może znów nie taki przeciętny. Krzaczyn miał ambit bujny i w hierarchji Europy rad się był uważać za czynnik niepozbawiony znaczenia, oraz uroku. Kiedy naprzykład skoalizowana lewica we Francji zmusiła prezydenta Milleranda do ustąpienia, burmistrz krzaczyński, mianujący siebie prezydentem miasta, zaciekły socjał, wydał u wioślarzy bankiet, gmach magistratu iluminował czerwonemi lampjonami, wypożyczonemi z miejscowego teatrzyku, w kinie nakazał grać przed każdym w tym dniu programem „Marsyljankę“, a panu Doumergue wysłał telegram treści następującej: „Demokratycznemu prezydentowi rzeczypospolitej francuskiej serdeczne powinszowania, oraz życzenia owocnej pracy na odpowiedzialnym posterunku przesyła demokratyczny prezydent Krzaczyna”. W odpowiedzi na ten niedwuznaczny gest, po jakiemś zwycięstwie Mussoliniego w parlamencie, komendant krzaczyńskiej ochotniczej straży pożarnej, w życiu codziennem notarjusz, zaciekły prawicowiec, chcąc zemścić się na burmistrzu, urządził na mieście capstrzyk strażacki z kopcącemi pochodniami i ryczącą orkiestrą. Burmistrz podobno szalał z wściekłości, kiedy na ulicach rozbrzmiewała „Rota“. „Marcia Reale“, „Giovinezza, giovinezza“, okropnie zresztą fuszerowane, a na czele oddziału toporników, topory swe* niosących po liktorsku na ramieniu, długi i majestatyczny, w kasku, w szlifach generalskich, z buławą hetmańską w garści i ze starożytnym rapierem przy boku, w otoczeniu brzęczących ostrogami adjutantów, kroczył dumny sprzymierzeniec dyktatora Włoch, bożek walki z niszczącym żywiołem, sam rzekłbyś ogniotrwały, niedosiężny, największy z notarjuszów...
Nie te wszelako szczegóły stanowią o odmienności Krzaczyna. Krzaczyn bowiem jest tylko jednym z warjantów zasadniczego motywu prowincji. Przecież i Łomża, i Koło, i Płock mają swoich komendantów, swoje ambicje, wzloty i upadki, swoje niebo ideałów, swoich Cezarów i Herostratów, a na mapie istnienia Krzeczyn, zarówno, jak jego koledzy z prowincji, ma swój symboliczny krążek z drobno napisanem imieniem. Czemu więc nie gdzieindziej w Polsce zatrzęsła się ziemia, tylko tam właśnie i, jak narazie, tylko tam? Czemu to Krzaczynowi, a nie, dajmy na to, Ostrołęce przypadł w udziale zaszczyt ponad siły i nadzieje?
Dłuższe rozważania na ten temat zakrawałyby już na metafizykę. Naszem skromnem zadaniem jest przyjąć do wiadomości ten bezsprzecznie niezwykły fakt, że nocą z czternastego na piętnasty listopada roku dwudziestego piątego, chrapiącą potężnie mieścinę zbudził nagły wstrząs, połączony z głuchym hukiem podziemnym. Ślepe już okna rozbłysły tedy światłem, na ulice zaś wyległy postacie w paltach, narzuconych wprost na bieliznę. Pod osłoną mroku dzielono się trwogą, zdumieniem i chaotycznemi domysłami.
Ponieważ w jednym domu stanął jakoby zegar, w dwu innych opadł tynk ze ścian, a u stelmacha rzekomo trzasnęły drzwi, co, mówiąc nawiasem, stwierdzono dopiero o świtaniu, przeto wśród westchnień i żegnań się bojaźliwych, ale i nie bez okrutnej, starannie ukrywanej uciechy, na wniosek mierniczego jednomyślna zapadła uchwrała, że Krzaczyn nawiedziło autentyczne trzęsienie ziemi.
Djagnoza ta pociągnęła za sobą właściwe następstwa. Mianowicie okazało się, całkiem zresztą nieoczekiwanie, że wyrządzone przez katastrofę szkody przedstawiają się znacznie poważniej, niż początkowo, przed powzięciem decyzji przypuszczano. Naczelnik poczty, który z pod niezapiętej bekieszy świecąc woreczkami kalesonów, latał ze swem wzburzeniem od gromadki do gromadki, nagle nietylko okulał na obie nogi, ale i głowę obwiązał opatrunkową gazą, dając tem początek dość pokaźnemu orszakowi „ofiar katastrofy w ludziach”.
Trzęsienie ziemi! Krzaczyn polską Mesyną! Trzęsienie ziemi w środku Europy!
Intendent szpitala, znakomity, niedoceniony zresztą polityk i publicysta, korespondent dziennika, wydawanego w mieście wojewódzkiem, już przed wschodem słońca telegrafował do swego organu o okropnem nieszczęściu, depeszę swoją wyposażając w imponujące cyfry strat i ofiar, oraz w grozą przejmujące obrazy klęski. W województwie wiadomość uczyniła niesłychane wrażenie; sekretarz wydziału bezpieczeństwa publicznego, on-że korespondent PAT-a, pchnął natychmiast do Warszawy ponuro brzmiącą nowinę, która za pośrednictwem agencji stołecznych z żelaznych baszt radjo poszła w daleki i w najdalszy świat.
Dla Krzeczyna nastąpiły dni wyjątkowe, jedno pasmo cudownych świąt. Nawet jesień wstrzymała pochód słot i ziąbów: z zapleśniałego nieba wyjrzało żółte słońce i przez czas trwania triumfu przyświecało szczęściu obywateli. Do miasteczka zjechały niezwłocznie komisje administracyjne tudzież naukowe: głośne imiona i wybitne stanowiska spadać zaczęły na bruk całemi pęczkami. Dochodzenia, ekspertyzy, bankiety, przemowy, warkot samochodów, fotografje zbiorowe, salony patrycjatu nocami rzęsiście oświetlone, odświętny zgiełk restauracyjek miejscowych i cukierenek... Tak, pod „Złotym Koniem“ i pod „Smokiem“, w „Grand Cafe BrzystolPępkowski“, tylko tam i w kuchniach ojców miasta zbożny nie ustawał trud, wszystkie zaś inne warsztaty pracy stanęły. Święto, żywa bajka! Nawet chorzy przestali chorować, a w szpitalu, w owe dni niezapomniane, pozostawionvm bez opieki lekarskiej, śmiertelność nagle znikła, takie tam panowało ożywienie! Gwarno i rojno było na ulicach miasta. Wciąż nowe osoby, nowe auta. Tu idą, naprzykład, dziennikarze z Warszawy, tam dalej grupka uczonych z. Krakowa i Poznania, dalej zaś w perspektywie Alei Dwudziestego Szóstego Marca (pamiętna data sprowadzenia nowej sikawki dla straży) zdąża aż dwuch ministrów w towarzystwie podsekretarzy stanu, woiewody i szefa biura prasowego. Starosta, jako dla Krzaczyna dziś już zbyt niepozorna figura, całkiem się nie liczy. Bo cóż to jest starosta? Tyle czasu nosa zadzierał, żadał honorów, na przedstawieniach amatorskich sztywny i wyniosły zasiadał w loży starościńskiej (tej z orłem, na wszelki wypadek zarezerwowanej dla prezydenta państwa), aż przyszła kryska! Aptekarz, krótki i rudy patryciusz, postać aż po dziurki w nosie nadziana morałem, a przytem zasobna w gotówkę, urządziwszy obiad na cześć ministrów, w zaproszeniach demonstracyjnie pominął starostę. Wprawdzie powiatowy satrapa przyszedł sam, podobno na wyraźne zadanie wysoko postawionego solenizanta, ale w ciągu uczty gospodarz zupełnie nie zwracał na natręta uwagi.
Stare, fantastycznie niechlujne furmanki żydowskie, jedyny łącznik ze stacją kolejową, nagle zaczęły się nazywać powozami, a obdarci woźnice — było ich zaledwie siedmiu — zawiesiwszy sobie na plecach pierwotnie wykonane blaszki z numerem, na Nowym Rynku urządzili sobie tuż przed hotelem „ImperjalSzapiro“ stację „dorożek miejskich“. Jakżeż miasto takie, jak Krzaczyn, obecnie mogłoby się obyć bez przyzwoitych fiakrów?
Z pośród innym zmian, jakie zaszły w obyczajach miasta, wymienić należy i te, że komendant-notarjusz, znany gallofil, zaczął mówić przez nos, coraz częściej, zwłaszcza wobec dostojnych gości, używając okrzyku „par sacrebleu”, a żona jego przy spotkaniu z żoną mierniczego, dotąd najserdeczniejszą swoją przyjaciółką, zdaleka już wołała:
— Inżynierowo, nic z pogawędki, śpieszę się, bo i dziś jeszcze mam prezesa sądu apelacyjnego na obiadzie!
— Nie zatrzymuję — brzmiała tedy nonszalancka odpowiedź — właśnie pan wiceminister spraw wewnętrznych prosił nas o gościnę...
Z rąk do rąk przechodził „Matin”, „Times”, „Berliner Tageblatt” z depeszą warszawską o straszliwej katastrofie w Polsce. Senny dotąd odprysk życia, Krzaczynem zwany, niespodziewanie stał się, przynajmniej we własnem mniemaniu, ośrodkiem zainteresowania Europy, ba, a może i całego świata.
Wszyscy byli dumni tą dumą kłującą w oczy sąsiadowi, o tę dumę dziwnie zazdrośni i skłonni do wybuchów.
Aż kiedyś dyrektor gimnazjum powiedział na ulicy prokuratorowi:
— Drogi panie, nie nadymaj się pan tak wobec mojej skromnej osoby, bom i ja przecież jest mieszkańcem Krzaczyna.
Wtedy tamten coś zuchwale przebąknął o wypadnięciu mu w noc krytyczną futryny z okna.
— Między nami mówiąc, — szatańsko roześmiał się dyrektor, — toś pan sam ją wyrwał dla honoru, niby jako fikcyjna ofiara klęski. I nie dmij się, powtarzam, gdyż rozmawiasz pan z człowiekiem, którego w pamiętną noc niebezpiecznie przygniotła szafa bibljoteczna.
—. Kłamstwo! — na całą ulicę huknął prokurator. — Sameś pan nazajutrz kazał szafę na siebie przewrócić!
— Jak pan śmie zarzucać mi kłamstwo, wyłamywaczu własnych futryn, komedjancie obrzydliwy! Ostrzejszemu starciu zapobiegł przechodzący w tym czasie dziekan, który zjeżonych przeciwników własną rozbroił skromnością.
— Spokojnie, kochani chrześcijanie, rodacy najmilsi! Drogi panie dyrektorze, kochany prokuratorku, spokojnie, na miłość Boską! Kłócicie się, o pierwszeństwo w klęsce zabiegacie burzliwie, jak gdyby nie wiedząc, że naprzykład u mnie w kuchni spadła półka z rondlami i omal mi gospodyni nie zabiła, ja zaś wskutek straszliwego wstrząsu znalazłem się pod łóżkiem i po dziś dzień z trudnością poruszam prawą ręką. A patrzcie: mimo tak oczywisty i niebylejaki szwank, milczę, nie chwalę się jakoś. Milczę, gdyż taka jest wola Pana, który bez naszego udziału sam klęską i zaszczytami szafuje, drodzy moi...
Niebawem okazało się, że w życiu miasta głębsze zaszły zmiany, niżby się można było zrazu spodziewać. A zatem córka rudego aptekarza zerwała z narzeczonym, sekretarzem magistratu z sąsiedniego miasta. Obecnie przecież marjaż panny krzaczyńskiej z jakimś tam sekretarzyną, całe życie zaszytym w norę powiatową, o której nikt nigdy we Francji ani w Anglji nie słyszał, to byłby już shoking, a nawet nonsens, do djabła! Zwłaszcza, że papo magister zostać ma prezesem zarządu olbrzymiego hotelu, a właściwie świeżo zawiązanej „Kompanji Wielkich Hotelów w Krzaczynie, S. A.”, hotelów, które wobec wzrastającego rozgłosu polskiej Mesyny w końcu trzeba będzie wybudować. Narazie choćby jeden tylko, byle był wielki i pełen komfortu. Plac już znaleziono — na miejscu składu desek Borucha Indychmana, nie ustalono jedynie poglądu na typ gmachu: ma to być sobowtór „Majesticu” paryskiego, czy też „Excelsiora w Nowym Jorku? Wobec rozbieżności zdań sprawę postanowiono oddać pod arbitraż księdza dziekana, bywalca, który w swoich wędrówkach dotarł aż do Rzymu.
Ale szczęście, jak wiadomo, nie może trwać wieki. Po tygodniu bankietów, mówek i upojenia, komisja geologów jednogłośnie orzekła, że wstrząs, przez miasteczko początkowo uznany za katastrofę, a nie odczuty naogół przez sejsmografy, co ostatecznie mogło być spowodowane małą czułością aparatów, po bliższem zbadaniu na miejscu, nie powstał wskutek głębszych zmian w skorupie, ale jest tylko następstwem...
Rzekome trzęsienie jest następstwem nieznacznego zaledwie usunięcia się ziemi, na zachód od miasta podmytej przez podskórne dopływy rzeki. Wobec tego uczeni nie mogą sobie wytłumaczyć, jakie mogły być przyczyny tych dziwnych, niczem nieuzasadnionych spustoszeń, które zresztą na własne widzieli oczy...
A zatem nie wulkaniczne trzęsienie ziemi!
O ile noc z czternastego na piętnasty listopada mogła mieć dla mieszkańców Krzaczyna smak słodkiego narkotyku, szalonego snu o sławie, o tyle orzeczenie komisji zagrzmiało, niczem sygnał zatracenia. Bo jakże? Więc ten krótki, jak mgnienie, a cudowny okres miałby się skończyć naprawdę? Więc Krzaczyn, winem, zaszczytami i laurem oszołomiony Krzaczyn, miasto znane już z depesz w świecie całym, przestanie być nagle ośrodkiem Europy i wrócić ma na dawne swoje miejsce — o trzy mile od kolei, a o całą nieskończoność od wielkich kuźnic historji? I nikt tu już aż do końca świata nie przyjedzie? I ani „Majestic” ani „Excelsior” nie stanie na placu Borucha Indychmana, żaden drapacz nieba, komfortowy olbrzym, którego dyrektorem zarządzającym miał zostać właściciel kawiarni „Grand Cafe Brzystol-Pępkowski”, a prezesem naczelnym Kompanji Budowy wielkich Hotelów w Krzaczynie, S. A., sam pan magister, prezes towarzystwa dobroczynności, wiceprezes wioślarzy, członek honorowy kasy pogrzebowej, kandydat na posła, jeżeli nie na senatora! Jakto — więc to już koniec? Tak szybko? Sen to był zatem?
Stało się. W samej rzeczy przyszedł kres. Bez uprzedzenia, nie szczędząc serc ani ambicyj.
Już tego dnia, kiedy komisja swój okrutny wydała wyrok, rozjechali się wszyscy goście, co do jednego, Znieważony Krzaczyn zbladł, zbuntował się i na znak protestu nie uwierzył komisji. Uznał ją za kupę bałwanów, których najprawdopodobniej przekupiło sąsiednie miasteczko, pomawiane o bliski kontakt z masonerją, miasto usiłujące z niedoszłą Mesyną rywalizować o cywilizacyjne przodownictwo w okolicy. Niemniej jednak, mimo gwałtowne sprzeciwy, urok Mesyny polskiej przepadł i na to nie wskóra żaden akt rozgoryczenia.
Zdyskwalifikowana Mesyna utonęła w rozpaczy i pijaństwie. Nieczynne od krytycznej nocy warsztaty pracy milczały i nadal, teraz wszystko na znak żałoby, fiakry, to jest siedmiu żydów-woźniców, zdjęły z pleców blaszki z numerkami, a policja cofnęła czasu trjumfu wydany rozkaz „w przedmiocie obowiązkowego zamiatania ulic co środę rano i sobotę wieczorem”. Patrycjat miejski, ponury i stroskany, ustawicznie odbywał jakoweś narady, często przeciągające się do późnej nocy. Ksiądz dziekan modlił się coraz żarliwiej, proboszcz od św. Barbary zaniechał zupełnie partyjek preferansa, a inspektor skarbowy, teoretyk okultyzmu i przyjaciel alkoholu, machnąwszy ręką na świat pozazmysłowy, rozpił się doszczętnie. Miasto nijak pracy jąć się nie mogło — z żalu, złości i tęsknoty za minionym rajem. Powrót do dawnej rzeczywistości zaciężył Krzaczynowi, niczem świeżo nabyte kalectwo.
Tajemnicze obrady hunty krzaczyńskiej też się wreszcie skończyły. O czem tam mówiono — o tem nikt narazie nie wiedział, nikt krom dyskretnie milczących uczestników obrad. Przygnębienie, tudzież poczucie odpowiedzialności, pieczęć żelazną nałożyły na ich usta, Z bladych czół biło jednak światło uduchowienia, powiedziałbyś nawet: majestatu. Krzaczyn atoli domyślał się, że zapaść musiała decyzja przełomowej wagi. Z pośród spiskowych najwięcej szacunku wzbudzał aptekarz postawą pełną godności i wyrazem, w którym była i duma i pokora przeznaczeń i jakaś apostolska radość z oczekiwanej męki, Krzaczyn niczego jeszcze nie wiedział, czuł jeno, że to w rękach magistra z woli wybrańców skupiły się dzieje...
A tymczasem nocami od wieczora do świtu przez szpary okiennic z apteki przesączało się na ulicę światło. Nikt nie przeczuwał, że „officina sanitatis” pokryjomu pracowała, jako fabryka prochu. Aptekarz, sam jeden już, bez pomocników, ostrożnie międlił coś w tyglach i misach, ładował w sagany, a polem odnosił do piwnicy, gdzie zawsze czuwał ktoś z wtajemniczonych.
Wreszcie nadeszła taka noc, kiedy pod aptekę zajechał wóz z owiniętemi słomą kołami, zabrał opakowane starannie naczynia i najcichszą dzielnicą przemknął się pod pagór, zwany Królową Boną, kędy czekali już bladzi ze wzruszenia minerzy: mierniczy, oraz naczelnik poczty.
To była nieprawdopodobnie piękna noc. Choć zimna mrozkiem grudniowym, lecz zasłuchana w głos pędzących zdarzeń. Bogowie zeszli na ziemię, by ziścić legendę o herosie. Nike rozpina skrzydła i okrzyk zaraz wyda spiżowy, iż dreszcz przez historję przejdzie straszliwy...
O, któż ten czyn wyśpiewa godnie!
To była piękna noc. Nagle...
To była niesłychanie, porywająco piękna noc. Stanęła nad nią łuna sławy i odtąd imię Krzaczyna przechodzi do symbolu. Nagle...
O godzinie siedemnastej minut dwadzieścia trzy przez ciemności potoczył się głuchy huk. Właściwie — tylko taki sobie huczek. Można się było od niego obudzić, albo też i nie obudzić. Powiem nawet, że istota, dość nawet czujnie śpiąca, na upartego mogłaby wstrząsu nie usłyszeć zupełnie.
Miasto wszelako, choć niby uśpione, dziwnie szybko się na ten huk odezwało. W kilkunastu domach, w których zresztą za maską okiennic od wieczora czujnie płonęły lampy, gdyby w oczekiwaniu wypadków już zamówionych, jak na komendę, rozległ się przeraźliwy krzyk, brzęk tłuczonego szkła, oraz łoskot przewracających się sprzętów. Dziwnie szybko też zajęczały dzwonnice kościołów — na alarm dziwnie szybko powypadali na ulicę ludzie z obandażowanemi głowami i wrzaskiem: „ratuj się, kto może, bo trzęsienie ziemi”.
W niespełna pół godziny po wybuchu patrycjat miasta zebrał się na sesję nadzwyczajną.
— Słabo jakoś wypadło — rzekł z ponurym akcentem lekarz. — Detonacji całkiem prawie nie było słychać.
—Nic się nie zatrzęsło — rozpacznie szepnął właściciel kina „Guliwer”.
— Nasz magister najwidoczniej sfuszerował — stwierdził dentysta, duży autorytet w sprawach miłości i dobrego tonu.
— Wprawdzie wstrząśnienie nieznaczne, ale zato w mieszkaniach duże szkody, inspektor czuwał nad tem osobiście...
—Czy wysłano już depesze do województwa, do Warszawy, do Paryża?
Pytania i odpowiedzi padały ciężkie, od ukrytej w nich troski.
Miano już przystąpić do obrad. Przyszli wszyscy chyba. Kogóż brak jeszcze?
— Aptekarza niema!
Minął kwadrans, pół godziny, a on się nie zjawiał. Uszła wreszcie noc, brudny świt rozlał się na wschodzie, a magistra jak niema, tak niema.
Sesja zatem nie doszło do skutku, Zaniepokojeni członkowie hunty udali się tam, gdzie TO się miało stać, Pod Królową Bonę, A tam tymczasem...
Tak, to był nieszczęśliwy wypadek. Przedwczesny wybuch. Aptekarz nie zdążył uciec, gdy minerzy, ofiarnie zrzekłszy się w ostatniej chwili zaszczytów, jemu właśnie podali płonący lont, aby samym natychmiast, co tchu biegiem wracać do miasta.
Dzień się zaczął, kiedy w wilgotnych piaskach rozkopu ujrzano nieruchomą głowę i rękę. Odkopano, żyje. Przytomność tylko za długo nie wraca. Cóż, ogólne wstrząśnienie, szok nerwowy, kontuzja pewnie.
Po kilku dniach bohater sztucznej katastrofy otworzył oczy. Pierwsze jego pytanie było:
— Jak wyszło, czy nie zbyt słabo?
Lekarz, który czuwał nad herosem, ponuro zwiesił głowę.
— Depesze wysłane? — z męką badał chory.
— Tak jest, zaraz po wybuchu.
— Przyjechali? Piszą dużo?
Doktór nie podnosił stroskanego czoła.
— Nic nie piszą. Nikt nie przyjechał.
Drętwa cisza. Tylko na podwórku z szalonem przejęciem gdacze nośna kura.
Obandażowana głowa na poduszkach dziko błysnęła oczyma.
— Nawet z województwa nikt nie raczył się pofatygować — gorzko użalał się konsyljarz. — Nikt, a tyle ruinacji, tyle ofiar! Dziekan stłukł całą zastawę porcelanową, wiesz pan, tę w kwiatki. Dyrektor kazał sobie drągiem rozwalić głowę. U mnie nie znajdziesz pan ani jednego chyba całego grata... Żona ciągle płacze... A potem okazuje się nikt...
Konsyljarz podszedł do okna i biernie patrzył w siny, śniegiem już prószący dzień.
Gdzieś za chmurami płakał anioł Krzaczyna...

Jodzewicz zamilkł, wzrokiem przywarłszy do niesamowitej głowy aptekarza na wózku.
Południe Kosowa było wysokie, niebieskie i złote. W gałęziach drzew odbywało się ptasie wesele. Gdzieś za parkiem piały koguty. Świat wysłuchał opowieści obojętnie, a potem znowu zajął się sobą, niepomny na dramat Krzaczyna i czyny jego bohaterów.
— Przerwałeś mi wypoczynek, zmarnowałeś moją pauzę — kwaśno wyjęczałem. — Jutro stąd wyjeżdżam. Atmosfera wielkości obowiązuje. Tu się odbywa uroczyste nabożeństwo heroizmu. A ja w programie mam przecież nie bohaterstwa, ale, ale...
Chciałem powiedzieć: „Ale poszukiwanie kobiety, której nawet imienia nie znam”, nie chcąc jednak wdawać się w szczegóły, zamilkłem.

Pod ciężarem mojej złości i przygnębienia, południe jakby się obniżyło, przestwór zwęził, a modre perspektywy w alejach sadu pociemniały.





XIII.
KOŚĆ ZGODY.

Nazajutrz po wysłuchaniu irytującej opowieści o bohaterach Krzaczyna, a po czterech zaledwie dniach pobytu w Kosowie — rozstanie się z uroczym zakątkiem Pokucia. Wyjeżdżamy — Jodzewicz do kieratu zajęć dziennikarskich, a ja na dalszy ciąg wędrówek.
Część podróży odbywamy razem wielkopańskim „Cadilliacem”, który przywiózłszy tu zamożnego jakiegoś kuracjusza, za sute honorarjum decyduje się zawieść nas do Lwowa.
Migały kilometry, a myśmy milczeli. Usta zamknęła nam, a zwłaszcza mnie uraza. Uraza całkiem zrozumiała: wczoraj po południu w czytelni zakładowej zawarliśmy znajomość z dwoma pannami — jedna niczem perła, niczem lukier, anioł w przejrzystej szatce, druga stara, nudna, chora i chuda rozpaczliwie — istny znak głodu, wojny i morowego powietrza, a pozatem jeszcze na imię jej było Modestja, Ten lekkoduch Janek odrazu dopadł pierwszej, mnie pozostawiając obowiązek prysiudów do uosobienia głodu, wojny i wszelkich klęsk.
Milczeliśmy przeto w zgodnym duecie: ja zły ciągle, tamten rozmarzony. Aż tu wypadek (polskiego pisakę na polskiej drodze zawsze spotkać może wypadek). Kawalerskim pędem mijaliśmy właśnie powiatowe miasto Z., gdy pijany benzyną i ruchem „Cadillac” wpadł lekkomyślnie na stos brukowca, dotkliwie kalecząc sobie silnik i podwozie. Cóż, oprócz spóźnienia na pociąg groził nam jeszcze postój w zapowietrzonej dziurze z niechlujnemi jadłodajniami i mrowiem żydostwa.
Kiedyśmy kwaśni w wieńcu gapiów kręcili się bezradnie koło chorej machiny, z dworku, stojącego po drugiej stronie ulicy, wyszedł czerstwy, niemłody już brodacz i, przedstawiwszy się grzecznie, ofiary katastrofy zaprosił do siebie na posiłek.
W domu doktora Józefa G. (tak się nazywał nasz dobrodziej) powitała przybyszów piekielna wielogłosowa wrzawa: szczekanie psów, miauczenie kotów, gwizd kosa, charczenie papugi, krak wrony, a nawet wycie młodego wilczka.
— Szanowni panowie — rzekł doktór, gestami i rózgą poskramiając swoją menażerję — medycynę człeczą zamieniłem na weterynarję dlatego, że obcowanie ze społeczeństwem zwierząt znakomicie umoralnia człowieka. To też proszę o wyrozumiałość, oraz o sympatję dla moich domowników.
— Nie trrrrrrrać głowy dla białogłowy — wrzasnął szpak w tonie rewelacji.
— Szpaczku jesteś durny stwór! — pogardliwie odpowiedziała mu papuga, grzmocąc skrzydłem po łbie osowiałego kruka.
W pokoju stołowym zadymił niebawem, poezją łowów zapachniał rasowy bigos, a w kieliszkach rozzłociła się kleista ciecz krupniku, sporządzonego na rumie, ziołach i wanilji. Płyn len ma cudowną własność tak dalece skutecznego zagłuszania poczucia czasu, że po zażyciu dwóch tylko dawek, wszelkie rozkłady jazdy, wszelkie terminy i kalendarze tracą aktualność, sens i sugestję.
Gdyśmy po śniadaniu znaleźli się w gabinecie (za oknem pogromca maszyny ociekającemi oliwą łapami gmerał w stalowych trzewiach motoru), uwagę moją zwrócił stojący na biurku przycisk, nader orginalnie pomyślany; na płycie marmurowej oprawna w srebro kość, zwykły, dobrze tylko oczyszczony rosołowy gnat, a na nim przykucnięta myszka, kunsztownie wypchane zwierzątko.
—Słuchajcie zarazem — rzekł gospodarz, gdyśmy spytali o pochodzenie sprzętu. — Opowieść moja wytłumaczy wam pobudki życzliwości, jaką mam dla zwierząt. Działo się to przed piętnastu laty, kiedy po ukończeniu medycyny osiadłem w miasteczku M., by tam się ożenić i pierwszą zająć praktyką. Ciągnęła ranie zawsze wieś i gospodarstwo, więc aby sobie stworzyć złudzenie sielanki, założyłem koło swego domu ogród i kwietnik, tudzież minjaturowy sadek. Z pośród szkodników i zamiłowanych wrogów mojej fermy najwięcej zdrowia kosztował mię niejaki Kubas, ulubiony jamnik matki mojej narzeczonej, szelma i kajdaniarz, dla którego największą rozkoszą było rozgrzebywać grządki ogrodowe. Że jednak pracy swej starałem się bronić wszelkiemi środkami, nie wyłączając mechanicznych, przeto między mną a niegodziwą sobaką rozgorzała szalona, pełna nienawiści i pomysłów walka. Pies był konsekwentnie podły i okrutny; nocą, naprzykład psocił w mym ogrodzie, a potem jeszcze stawał pod oknem i wył przerażająco, wył cierpliwie, abym tylko nie mógł spać. Odwzajemniałem mu się miotaniem z procy kamieni, lub podrzucaniem przynęty, smakowicie wyglądających zrazów nadziewanych siarką i goryczą. O zgładzeniu potwora mowy być nie mogło: przyszła teściowa, widząc wzmagający się między mną a jej ulubieńcem antagonizm, uczyniła mię odpowiedzialnym za koleje walki, oraz za zdrowie obrzydliwego koszlona. A zresztą wzajemna nienawiść nasza tak była silna i szczera, tyle nam zabierała czasu i myśli, że nie wyobrażałem sobie jakoś życia bez awantur z Kubasem, Może jeszcze krupniczku?
Do nerwów naszych zaczęła przenikać nowa dawka słodkiego jadu.
— Aliści przeszła kreska i na pieska — ciągnął swą opowieść pan Józef, z zadowoleniem rozczesując płową brodę. — Na jakiemś psiem weselu szkodnik odniósł takie obrażenia cielesne, że trzeba mu było corychlej nastawiać złamaną nogę. Podczas operacji Kubas warczał ostrzegawczo i zarozumiale, ale że rozsądku sobace nie brakowało, więc też skończyło się na warczeniu, Nawet w chwili nastawiania kości, kiedy to i człowiekowi wolno ryczeć, mdleć i kąsać, mój zwierz postękując nieco, ograniczył się do bardzo obiecujących spojrzeń. Po dwu tygodniach, kiedy z chorej łapy ostatni już zdjąłem opatrunek, wylazł Kubas z koszyka, przeciągnął się, ziewnął i, jak gdyby nigdy nic, z fachowem ujadaniem potruchtał na podwórko. Tegoż dnia wieczorem, siedząc nad książką, usłyszałem przyjacielskie szczeknięcie, połączone z drapaniem w drzwi. Kiedy sygnał powtórzył się jeszcze kilkakrotnie, wyszedłem do sieni; poczułem jak z ciemności coś się wygramala i zaczyna kręcić u mych nóg. Po chwili to coś jest już w gabinecie. To Kubas, kucnąwszy na zadku, wypuszcza z paszczy na dywan wielką kość. Zrozumiałem, że ma to być honorarium od wdzięcznego pacjenta, a jednocześnie znak pojednania. Kość zgody, prześliczny objaw psiego sumienia, zdecydował o mojem dalszem powołaniu: z zapałem poświęciłem się leczeniu zwierząt.
— A mysz? — spytał Jodzewicz, bardzo serdecznie i gościnnie nalewając sobie krupniku.
To już późniejsze, nie mniej znamienne zdarzenie. Gdym się ożenił, w moim zwierzyńcu domowym znalazła się też kotka, której jakoś wypadło pomoc w cięższym, bo pierwszym połogu. W pewien czas potem żona powiła mi córkę. W okresie rekonwalescencji, kotka Beba, chcąc mi się widocznie odwzajemnić za udzieloną jej pomoc, codziennie rano wskakiwała na łóżko chorej, zawsze ze świeżo zdławioną myszą w zębach, poczem zostawiwszy dar na kołdrze, skromnie biegła na strych do swoich małych. Jedną z tych myszy umieściłem razem z „Kością zgody”, jako wytłumaczenie mojej pasji do zwierząt, pasji tak zdecydowanej, że aż żona moja, osobistość zresztą wysoce zazdrosna, przeniosła się z dziećmi do Lwowa, byle tylko jaknajdalej trzymać się od mego zwierzyńca.
Do pokoju wszedł kierowca i dał hasło do odjazdu.
Już za miastem ciągle nadąsane milczenie pierwszy przerywam ja, w tonacji najserdeczniejszej:
—Słuchaj, Janku, kres wspólnej naszej podróży już niedaleko, ofiaruję ci zgodę.
Kiwnęliśmy sobie nosami, uścisnęli dłonie. Ale obu nam szumiała podlana sowicie krupnikiem wzruszająca opowieść doktora Józefa.
—Słuchaj — rzeknę uroczyście. — Chcąc dowieść swej życzliwości dla ciebie, zgłaszam się z kością zgody.
— Niby jaką? — żywo zapytał towarzysz podróży.
W obliczu poważnej chwili staje się solenny.
— Pamiętasz jeszcze pannę Modestję? Pamiętasz tę litanję klęsk, ten długi worek podstarzałych kości, przez ciebie danych mi do zabawy? Oddaję ci te kości bezpowrotnie i bezinteresownie. Niechaj i panna Modest ja przyda się nam na co, niech będzie przynajmniej kością naszej zgody...
A dumnemu z tej ofiary sumieniu szepnąłem:
— O, czemuż to Lalka nie może być świadkiem tego aktu samowyrzeczenia się...

I westchnąłem cicho.





XIV.
NIEPOROZUMIENIE.

Ze skruchą, ze wstydem, zresztą niekoniecznie dotkliwym, wyznać muszę, że z biegiem dni gubi mi się trochę i zaciemnia właściwy cel mych wędrówek.
Wsiadałem właśnie do wagonu z napisem „Lwów — Krynica”, gdy z pociągu, stojącego na sąsiednim torze spojrzała na mnie para oczu... To nie były oczy, to był miód, krem, plaster z soku malinowego. To były dwie fjołkowe latarki tak hypnotyzujące (o jeszcze raz przebacz mi, Lalko!), żem porwawszy swą walizkę bez wahania rzucił się w otchłań. Mianem otchłani ochrzcijmy narazie zapchany, zatłoczony, skwarny i duszny wóz III klasy pociągu podmiejskiego, którym odbywała podróż nowo odkryta anielica.
Zaledwie zdążyłem organizm swój wetknąć na ławę pomiędzy jakieś wiekowe paniusieczki, jak gdyby powracające z targu, bo każda obramowana była kolekcją koszyczków, gdy pociąg ruszył. Uwodzicielska Fryne, ta, której jednem spojrzeniem udało się pogmatwać plany moje, stała wciąż w oknie, do mnie zwrócona odwrotną stroną, spokojnie patrząca w ciemny, latarniami za oknem migający wieczór.
O jakże musi być piękna w tem boskiem skupieniu! Tak piękna, iż spojrzeć nawet nie śmiem, by nie spłoszyć jej zadumy, W każdym razie wrażenie fiołkowego wzroku, jakim mię musnęła, kiedym wyskakiwał z wagonu krynickiego, tak było dojmujące, tak silne tak nawet potępieńcze, że czuję, iż za światłem tych fijoletowych gwiazd bez zastanowienia poszedłbym na koniec świata, pod warunkiem, by koniec ten me zbyt daleko znajdował się od Lwowa lub Warszawy.
Zjawisko — nie przypuszczałem w pierwszej chwil, że takie w biodrach obfite — nie zwraca na mnie żadnej uwagi. Oho, filutko, znam taką pozorną obojętność: chciałabyś, żebym na zimnych sztychach twej obojętności męczył się i wił jak wbity na szpilkę owad. O, znam ja się na tem! Długo nie wytrwasz w dumnem odosobnieniu. Chłód twój i sztywność minie, skoro pierwszem odezwę się do ciebie słowem, słowem zachwytu, oddania, porywu. W cieple słów moich pękną lody, rozwieje się twoja nieufność, zaraz mi zakwitniesz majem, wiosną, rozświetlisz się uśmiechami, spłyniesz ku mnie jaśnią sporzeń i dobrocią tkliwą. Ja twój przechodzeń fatalny i twoja przygoda, a ty moje przeznaczenie!
Ale jak mam cię osaczyć poezją zaklęć, jak zatruwać przytomność słowem rozmiłowania, jak do twojej wtargnąć świadomości i uwięzić ją, oszołomić, jeśli... Ah, świadków tylu miałyby moje oświadczyny, mój wybuch! (Jakby się pozbyć tych paniusieczek, abym tylko zacząć mógł rozmowę?).
Milczący posągu, żali mogę zachęcać cię do mówienia, żali mogę ci zełgać, iż „ludzie nas nie słyszą?“. Czy mam podpalić wagon, by te koczkodarne paniusieczki rozproszyły się w panice z krzykiem przeraźliwym? Może zacząć mordować? Poradź mi, przemów, gdyż czuję, że zaczynam być jako jaguar krwiożerczy!
Nie trzeba zbrodni! Bo oto objawił mi się sposób niezawodny, który po odjeździe z „Luminozy” w kurjerze Gdańsk — Warszawa cały dla mnie opróżnił przedział. Temu pęczkowi rozgdakanych na ciężkie czasy paniusieczek powiem, że jestem detektywem. Jak żydzi przed Tczewem, i one wszystkie pewnie uciekną — byle dalej od takich znajomości. Niejedna z tych babulek musi mieć sumienie aż czarne od przewin wojennych i powojennych — lichwy mieszkaniowej, uprawianej na sublokatorach, ukrywania dochodów z przedsiębiorstw, kręcenia w zeznaniach podatkowych.
Tylko jak zacząć, by enucjacja moja wypadła naturalnie. Odysie, patronie mój, natchnij mię właściwą formułą!
Już mam, znalazłem! Do jakiejś paniusi, która nos wetknęła w gazetę, mówię basem jaknajdonioślejszym:
— Po przeczytaniu poproszę o dziennik na kilka chwil. Jako zdolny detektyw muszę przecież być w nurcie wypadków.
Paniusieczka podniosła na mnie zaciekawione oczy.
— A co to jest, panie radco, detektyw?
— Agent tajnej policji — ryczę, kierując głos na przedział, by nie usłyszał go wychylony w otwartem oknie anioł.
Niebawem spotkał mnie bolesny zawód. Okazało się, że w szkole jeszcze wprowadzono mię w błąd:
wbrew zapewnieniom profesorów niezawsze ta sama przyczyna wywołuje ten sam skutek. Bowiem towarzystwo, miast pierzchnąć, ożywiło się znagla, rozgęgało i wreszcie przyparło mnie do ściany.
— Z tajnej policji? Jak to dobrze się składa, panie komisarzu! Mam właśnie służącą, kocmołucha z pod ciemnej gwiazdy, ciućmaka i kikimorę ostatnią z najostatniejszych, która jak tylko na chwilę wyjdę z domu, zaraz mi co zwędzi: to cukru, to słoniny, to kaszy...
— Au mnie — dodaje żywo drugi zabytek — niedawno, bo przed trzema zaledwie laty, na rynku, w biały dzień, panie naczelniku, ktoś w tłoku wyciągnął z kieszeni woreczek z pieniędzmi, które miałam na kupno prosiaka, jako że mąż mój przepada za czerniną oczywiście z kluseczkami... Jak kamień w wodę: com ja się nachodziła do policji, już nawet nagrodę wyznaczyłam...
— Au nas znowu — przerwała poszkodowanej jakaś istność w kapeluszu z fiutkiem — u nas, panie nadradco, przed samą wojną ktoś w nocy kamieniem szyby powybijał w kuchni. Właśnie kładliśmy się z mężem nieboszczykiem do snu, gdy nagle słyszę najwyraźniej...
— Paniusiu, furda szyby — wtrąci się inna postać z fularem na czubie. — U nas gorszy był wypadek, pan komisarz poradzi, co mam zrobić...
— Moja pani, tylko proszę nie przerywać, kiedy ja rozmawiam z panem naczelnikiem — oburzał się ustrój w kapeluszu z fiutkiem na czubku.
Powstał zgiełk nie do opisania, Marzenie o chwili samotności i o nawiązaniu rozmowy z milczącym posągiem rozwiało się, niczem mgła. Rozłożysta piękność nadal stała przy oknie, zwrócona ku nam plecyma.
Pociąg stanął. Anioł otwiera drzwi i wysiada, wołając w przestrzeń:
— Salcze, nim meine paczkies...
Z pod latarni wyrwał się jakiś cień, i podbiegłszy do Fryne, zatrąbił jej prosto w ucho:
— Wu sind dise paczkies?
W tej chwili bóstwo się odwróciło ku nam po raz pierwszy ukrywaną dotąd w oknie twarzą. Jeżeli charczący głos i język wschodni był dla mnie niespodzianką, nielicującą z blaskiem fjołkowych oczu, to następna chwila stała się ciosem. Chciwy mój wzrok, miłośnie podadłszy do oblicza podróżnej, odskoczył, powiedziałbym nawet, ze skowytem. Ani śladu fjołkowych oczu, ani szczypty urody w fizjonomji, jak się okazało, starej i głuchej żydówki.
Dziś już rozumiem technikę tej metamorfozy.

Wsiadłem nie do właściwego wagonu...





XV.
BŁĄD KAROLA JECHNY.

Wypadek, o którym tu opowiem, (szczegółów dowiedziałem się w drodze do Rymanowa) zdarzył się roku ubiegłego w mieście wojewódzkiem Y., znanem ze stateczności swych dziejów i zrównoważenia obywateli.
Króciutka informacyjka o usposobieniu osiedla ma odrazu postawić sprawę na gruncie właściwym, to jest skłonić nas do rozpatrywania jej niezależnie od środowiska, od społeczności miejscowej, która, jak mi wiadomo, uroczyście wyparła się Jechny przez samorzutny plebiscyt opinji.
Zatem wyrok potępienia, mniejsza o to gdzie wydany: w cukierenkach przy czarnej kawie, czy też na dancingach u pani burmistrzowej, dość, że wyrok potępienia, obowiązujący i mnie, jako przygodnego referenta sprawy. Od solidarności bynajmniej się nie uchylam, sądzę jednak, że mamy tym razem do czynienia z czemś innem, niźli zwykły wybryk, zwykły grzech lub błąd, a jak litościwsi oceniają: psi figiel barbarzyńcy, Materjał i okoliczności faktu nadawałyby się nie tyle do obróbki beletrystycznej, co raczej do rozważań filozoficzno-charakterologicznych, a nawet społecznych, to też w naracji starać się będę o ścisłość zgoła kronikarską, o unikanie akcentów sympatji lub wyrozumiałości, byle tylko nikomu się nie narazić, a referatu nie splamić pierwiastkiem podmiotowym. Chyba, że... No cóż, do tego przyznam się szczerze. Chyba, że gdzieniegdzie wyjdzie na jaw mój strach, z jakim wysłuchiwałem opowieści o psocie Jechny i jej następstwach. Strach przed potencjalnie nagromadzonemi w życiu katastrofami, jakie zdarzyć się mogą na niebezpieczniejszych zakrętach myśli. Zresztą dość introdukcji. Zaczynamy.
Kiedy w styczniu r. 1915 dwudziestoletni Jechna wstępował do Legji Puławskiej, sformowanej przeciw Austro-Niemcom, nie przeczuwał, że i tam szyki psuć mu będzie tak zwane psychologiczne wyrobienie przełożonych. Że choć nie orzeł — wojsko przecież tego nie wymaga — ale przeciętniak, istota zwyczajnie moralna i średnio umózgowiona — szarży oficerskiej nie dostanie. Nie zaufają mu tam tak samo, jak nie ufano w seminarjum duchownem, z którem rozstał się był w grudniu 1914, po dziwnej rozmowie z regensem.
— Tak, tak — — rzekł mu wtedy zwierzchnik duchowny. — Nie zadowolony jestem z ciebie, mój synu.
— Cóżem zawinił? — spytał pokornie kleryk. Z pod rzadkich siwych brwi bystro spoglądały nań czujne oczy.
— Coś zawinił? Jeszcze nic, przyznaję. Nic ci narazie nie mam do zarzucenia, literalnie nic. Ale przeczucie mi mówi, że cnota twoja, twoja rzetelność jest z tych, w których kryje się upadek, grzech, zło. Jeżeli wierzyć przeczuciom, a ja na swojej intuicji polegam, to ty, bracie, upadniesz, chociaż dobrze ci z oczu patrzy i pobożnością zacny otoczeniu dajesz przykład. Ażebyś jednak upadkiem nie skalał uczelni, oraz sukni, jaką chcesz nosić, żądam od ciebie synu mój: rozstań się z nami jaknajrychlej i nie myśl o święceniach.
Po chwili, widząc bezradność w twarzy alumna: — Mimo to, mimo tę plamę, jaką w tobie czuję, kocham cię, mój bracie. Ot, wstąp lepiej do wojska, Tam będziesz miał możność wyzwolić zwierza, który kiedyś z ciebie się wyrwie. A może nawet zgubi?
— Jakiego zwierza? — pytał zaciekawiony Jechna.
Ksiądz regens trochę już się zniecierpliwił.
— Tego, co pod warstwą zwodnej ciszy zasiadł i zdala jeszcze od twojej świadomości knuje zło. Możesz odejść.
A po roku, już w wojsku, już w sztabie brygady strzelców, Jechna wysłuchać musiał takich wywodów szefa:
— Chcecie wstąpić do szkoły chorążych? Hm, papiery macie w porządeczku, cenzusik wystarczający, na okrasę dwie ranki z pod Zelwy. Hm, ale jakie są wasze dzieje osobiste?
I pułkownik podejrzliwie wplótł swój wzrok w spojrzenie żołnierza.
— Innemi słowy, jakiego rodzaju jest wasz temperament? Czyście się upijali? Czy lubicie zabawy? Czyście kiedy, naprzykład, tłukli żarówki, choćby z nadmiaru młodej energji? Czy mielibyście czoło ostro postawić się życiu?
— Nie wiem — padła cicha, jakby zawstydzona odpowiedź niedoszłego księdza.
Szef wstał i zamyślił się.
— Tak, byłem tego pewien. Hm, jesteście maszyną o podejrzanie cichym chodzie. Porządność wasza ma w sobie coś niepokojącego; jest to wartość bierna, nieruchoma, czy też niedość ruchliwa. Pożytku z niej mieć nie będziecie, a i nam na nic się nie przyda. Mając taką porządność w duszy, najłatwiej jest połknąć jakie paskudztwo. Głos wewnętrzny mi mówi, że naprzykład, jako intendent, nieoczekiwanie nawet dla siebie samego, ukradlibyście kiedy tysiąc par butów i dalibyście nura.
W wyobraźni żołnierza krystalizował się naiwnie odczuty obrazek: Jechna w uniformie intendenta, z ogromną kolkopiętrową paką butów na plecach, niespostrzeżenie ucieka w świat.
Nagle szef krzyknął z trudną do zrozumienia pasją:
— I w kancelarji trzymać już was więcej nie chcę! Dla charakteru niezbyt pewnego za dużo tu ponętnych tajemnic. Bo na ludziach to ja się znam, jak nikt. Jechna, słyszycie?
Ten prężył się, Tylko twarz coraz bardziej mu bielała. Ze wstydu, oczywiście.
— Tak jest, według rozkazu...
— Bo na ludziach ja się znam, cacanie znam, Każdego z was widzę naskroś, przez bebechy, — srożył się zwierzchnik, upojony przenikliwością swą i doświadczeniem. — Jeszcze dziś wrócicie do kompanji. Z marzeń o szarży trzeba zrezygnować; za wasze, jako oficera, postępki ja nie chcę odpowiadać. A najlepiej by było, gdybyście całkiem wzięli rozbrat z wojskiem. Ot, znalazłem dla was zawód właściwy: Jechna, wstąpcie wy do seminarjum duchownego, a może ten zarodek szelmy, jaki w was siedzi, od święconej wody się uspokoi, od postów i umartwień zdechnie nareszcie. Jeżeli mojej rady posłuchacie, gotów jestem wyjednać dla was zupełne zwolnienie z wojska.
Wbrew radzie przełożonego, Jechna pozostał siedem bez mała lat w szeregach. Do dwu dawniejszych ran przybyły jeszcze dwie, a może nawet i trzy, ale z nich wylizał się pomyślnie. W ostatnim roku miał jakąś dyscyplinarkę, sam nie zdaje sobie sprawy o co, tego jednak wystarczało, by wypaść z listy kandydatów do Virtuti wyższego stopnia i do rangi podchorążego.
Przeszedłszy do cywila, otrzymał posadkę jako tak zwany podurzędnik na poczcie w mieście Y., gdzie z mężem swym, lekarzem Żytniakiem, przebywała i w dobrobycie zlekka tyła siostra Jechny, Michalina, dawna nauczycielka domowa. Posadka była skromna, bardzo nawet skromna, a polegała na tem, że Karol narazie miał stemplować listy. Na początek, nim się otrzaska z maszynerją poczty. Dostał też przywiązaną do stanowiska stancyjkę na poddaszu, do której sprzętów pożyczyła mu siostra, trochę może zadowolona, że niemrawy i rodzinie nie bardzo przysparzający splendoru familjant zamieszka sobie oddzielnie.
Delikatne te intencje Karol czuł wyraźnie, zupełnie się niemi nie przejmując. Rozumiał je nie jako upokorzenie, ale jako przykrość, zwykłą przykrość, która jest przecież jednym ze składników życia, czemś co zupełnie zresztą życia nie pozbawia smaku ani uroku. Przecież to takie jasne: Żytniakowie są zamożni, wykształceni, bywają u wojewody, u biskupa, gdy on tylko stempluje listy (narazie choćby), jako nadetatowy podurzędnik, protegowany swego szwagra.
Nie mniej jednak stosunki Karola z domem siostry były zażyłe, tą zażyłością, która powstaje z dobrze zachowanego dystansu. — Wieczorami, po zamknięciu biura, Jechna przebierał się i szedł na przechadzkę, lub jeżeli to się działo zaraz po pierwszym, to do kina, na bilard do cukierni, a potem do Żytniaków na herbatę. Tam było mu najcieplej i najzaciszniej — gaz syczał w palniku, gwiżdżący samowar przekomarzał się — z papugą; w kredensie, gdy ulicą przejeżdżał cięższy wóz, melodyjnie dźwięczały szkła, a na stole białem światłem żarzył się nieskazitelny obrus. Żytniak siedzi, kiwa głową albo piórkiem dłubie w zębach, lub przegląda dzienniki stołeczne, Żytniakowa w modnym negliżu, tęgim biustem oparta o stół, robi rachunek z kucharką, co chwila jej przerywając: „co takiego, przecież jeszcze wczoraj marchew kosztowała tyle to a tyle!“ Za oknem, tuż za czarnemi szybami noc, grudzień, a tutaj na obrusie pachnie złote masło, stygnie półmisek z pieczenią, a w czarnej wnęce nieoświetlonego obecnie saloniku czeka fortepian, gramofon i gitara.
Szklankę z herbatą Jechna otaczał dłońmi, jakby zazdrosny o promieniejące napróżno ciepło, przymykał oczy, sycąc się atmosferą dobrobytu i stanowiska. Świadomość przebywania w bliskiem, bezceremonjalnem zetknięciu z ludźmi bardzo wykształconymi, przejmowała go prądem niewypowiedzianej roskoszy.
— Tak, wykształcenie to wielka rzecz — myślał sobie, przysłuchując się opowieści Żytniaka o nowych jakichś łacińskich chorobach, lub o przelotnem spotkaniu z wojewodą. Z wojewodą, z samym wojewodą, o którym tutaj, w tym domu, mówi się tak zwyczajnie... Ot, naprzykład: „Wiesz, spotkałem się z Cyburskim... Ucałowania rączek dla ciebie... Proponują mu departament w ministerjum... Przyrzekłem, że jeszcze przed naszym wyjazdem do Francji zajdziemy do nich”“.
— Wykształcenie to bardzo wielka rzecz — przychodzi do wniosku Jechna, szukając przytem poetyckich uzasadnień. Już je ma: „Wykształcenie jest niczem zdrowie, lub ojczyzna: jak się ten skarb cenić powinno, ten się tylko dowie, kto go utracił”“.
Karolowi wtedy uderzała do duszy gorycz, więc brał konfitur do herbaty, albo wychodził do salonu, by nastawić gramofon na „Chryzantemy“ lub na „Czarną Mańkę“, rzeczy najukochańsze, najsmutniejsze z całego repertuaru. I gorycz mijała, wessana przez sztukę.
Albo kiedy Żytniakowie zaczynali z sobą dla wprawy mówić po francusku, w tonie wzajemnego podziwu poprawiając się od czasu do czasu! Jechna w swej wątłej karjerze naukowej otarł się o niemiecki, ale francuskiego nie znał zupełnie. Zupełnie? No, tego powiedzieć nie można. Coś niecoś umiał, niedużo, tyle mniej więcej, wiele potrzeba wodzirejowi trzeciego stopnia, a zatem „pardon“, „że wu pri“, „szen”“, „orebur”“, „miuzik pli wit”“. I jeszcze kilkanaście zwrotów, przeważnie luksusowych, w życiu niemających przystosowania, jak naprzykład „torreador, je vous adore”, albo „donnę moi ton royaume”. I na tem pewnie koniec.
Jechna przeto słuchał, obce dźwięki osaczały go, gnębiły, imponowały boleśnie, ale i słodko zarazem. Tak, wykształcenie to wielka rzecz...
W szyby biła ulewa.
— Co za deszcz! — wzdrygnęła się Żytniakowa. — Na tę pluchę kupiłam sobie dzisiaj sportowe obuwie. Angielskie podobno.
Żytniak, sącząc herbatę, pogodnie zauważył:
— Lada dzień złapią mrozy, a obuwie sportowe lepsze byś sobie znalazła w Paryżu. I większy wybór przedewszystkiem.
Na święta bowiem Żytniakowie wybierają się do Paryża, a potem na Jasny Brzeg. Pewnie że mogą: tacy bogaci; chorzy na schodach godzinami przesiadują, bo w poczekalni miejsca brak, a z kolacją czekać trzeba na doktora czasem i do dziesiątej.
— Paryż — bezgłośnie westchnął Jechna. — Stolica świata, jak mówi nasz kasjer.
I Karol, przez zmrużone rzęsy przyglądając się białej fali światła w palniku, myśli o Paryżu. Jak taka stolica świata może wyglądać? To pewnie i prezydent francuski musi być taki starszy nad wszystkimi prezydentami i królami. Jakie tam pewnie muszą być urzędy, jaka poczta! Parowa maszyna znaczy marki, elektryczność przyjmuje listy i pieniądze, wszędzie para i elektryczność!
— Słuchaj Karolu, — nagle odezwała się siostra. — Antek (tak było na imię Żytniakowi) widział się dzisiaj z twoim naczelnikiem. Podobno niebardzo jest z ciebie zadowolony. Coś tam znów nabroił?
Jechna czerwienieje z instynktownego wstydu, ponieważ niczego sobie jakoś nie przypomina. Niczego, krom takiej przemowy zwierzchnika:
— Panie Jechna, powierzyłbym panu kasę korespondencyjną, ale, wyznam, czegoś się boję. Podejrzana mi się wydaje ta pańska skromność i pracowitość, a ja, racjonalista i empiryk, na ludziach się znam, jak chyba nikt. Pomijam wyższe właściwości mego umysłu, panie, ale czy sam zawód, czyż poczta nie jest najlepszym punktem do obserwowania człowieka, charakteru? Źle, panie łaskawy!
— Cóżem uczynił? — bąknął spłoszony podurzędnik.
Naczelnik omal nie spalił się w wybuchu:
— Co to jest za indagacja! To nie pańska rzecz, zrozumiano? I pamiętaj pan, można być krewnym doktora Źytniaka, a mimo to w końcu rozstać się z pocztą. Ja, panie, jestem racjonalista, mnie pan nie uśpi, nie podejdzie, ja kości pańskie widzę, każdą myśl mam, jak na dłoni, ja w oszacowywaniu ludzi nie posługuję się bujdą intuicji, ja jestem wychowany na racjonaliźmie! Już czuję coś niedobrego. W panu dojrzewa bardzo brzydki kawał, panie dobrodziejski...
Przełożony posiniał z oburzenia, a przy pierwszej sposobności poskarżył się na Karola, który teraz z wypiekami na twarzy kręci się w sztychach spojrzeń Żytniaków.
— Mój drogi, tylko nie zrób nam zawodu — cierpko, z pozorami serdeczności prosi siostra, — Sam wiesz, że ze swoim przykrym charakterem nigdzie długo nie popasiesz, a i na poczcie niejedno nie uszłoby ci bezkarnie, gdyby nie wpływ Antka. Byłoby to samo, co z seminarjum i z wojskiem.
Jechna pije ogromnemi łykami herbatę, trawiony bezprzedmiotowym wstydem. Coby nie uszło bezkarnie? Co przeskrobał w seminarjum i w wojsku? Czem się naraził na poczcie, że aż naczelnik poskarżył się Żytniakowi?
— Jechna jest przedewszystkiem tępy — przypomniała mu się przypadkowo zasłyszana opinja księgowego.
Tępy, to znaczy nie ostry, a właściwie o szefie mówią, że jest za ostry, więc go nie lubią i do Warszawy nie przeniosą. I dogodź tu bliźniemu! Pozatem ludzie tępi, jak wiadomo, bardzo wszędzie są potrzebni. Do czego? Do budowy hierarchji przedewszystkiem, oni bowiem znajdują się u spodu piramidy, oni stanowią podstawę i fundament dla warstw górnych, coraz górniejszych, coraz mędrszych, Ludzie tępi odgrywają znaczną rolę, jako wyborcy w elekcjach do senatu i do sejmu, które to izby, zdaniem mechanika z telegrafu, zdecydowanego faszysty „wzajemnie sobie przeszkadzają w nic nierobieniu”.
To, co ma być gwoździem niniejszej opowieści, stało się w kilka dni po wyjeździe doktorostwa do Francji. Karol, na wyraźną prośbę siostry mieszkający narazie u Żytniaków, jako symbol ciągłości w czuwaniu nad gospodarstwem domowem, powrócił kiedyś do tymczasowego locum w stanie jaskrawego rozweselenia alkoholem. Było już po północy, służba spała.
Jechna zaświecił lampy w salonie i w gabinecie, puścił w ruch gramofon, i, szczęśliwy z daru życia, zaczął się przejmować rolą prawdziwego gospodarza domu. Bawiło go to, a jednocześnie mu schlebiało. Wdziawszy biały fartuch Żytniaka, swawolnie dopasował klucz do szafki z instrumentami, i z zespołem buteleczek. Dobrze mu było, bezpiecznie, radośnie w tę noc mokrej grudniowej zawieruchy.
To była fatalna noc. Właśnie miał już Jechna zdjąć z siebie fartuch i kropnąć się do łóżka, gdy brzęknął dzwonek. Jako prawie domownik, Karol wiedział, co tutaj taki dzwonek oznacza, podążył więc ku drzwiom.
Trudno mi stawiać bezapelacyjną tezę, istnieją bowiem dwie djagnozy faktu: zbrodnia i figiel, Według mnie, Karol, wczuwszy się w postać szwagra (był, jak zaznaczyłem, silnie podniecony wódką), nie zastanawiając się nad tem co czyni, co zamierza, otworzył drzwi...
Może nawet chciał spóźnionym pacjentom powiedzieć, że doktora niema i przez kilka tygodni nie będzie, ale oto poczuł na ręku zimną szczecinę czyichś wąsów.
— Wielmożny panie koncyljarzu! — skamłał chłop w przemokłej burce, w przedpokoju rozwir żując z der jakiś rzężący tobół, który okazał się niebawem żywą, czy też ledwie żywą babą. — Wielmożny panie, ponoć wrzód w gardle. Stara prawie że nie dycha....
Jechna tak był podniecony, że widocznie nie mógł odrazu wyjść z granej w samotności roli doktora.
Wprowadziwszy chorą do gabinetu, zbadał ją poczem podszedł do fatalnej szafki. Może to był tylko figiel, psi figiel? Z pierwszej z brzegu flaszeczki samozwaniec wlał do szklanki nieco czerwonej cieczy, zalał to wodą, następnie dosypał jakiegoś proszku, zmieszał wszystko i podał chorej. Ta, usiłując przełknąć lekarstwo, usta rozwierała coraz szerzej, krzywiła się, charcząc przytem i kaszląc nieznośnie.
— Wszystko będzie dobrze — pocieszał Jechna chłopa, klepiąc go po mokrem ramieniu. — A teraz ulokujcie się gdzie w jakim zajeździe i dajcie chorej odpocząć. Lek zacznie działać niezadługo.
Kiedy został sam, siadł na kanapie i zaczął nucić. Szczegół ten doskonale pamięta pokojówka, która, na brzęk dzwonka zerwawszy się z łóżka, zaciekawiona postępowaniem brata pani, całą scenę dokładnie podpatrzyła w trybie zawodowym, to znaczy przez dziurkę od klucza. Według zeznań służącej pan Karol długo bawił się ulubioną melodją doktora Żytniaka (pewnie wciąż widząc się w jego roli), aż wreszcie twardo, w postawie siedzącej zasnął.
W tem miejscu muszę nadmienić, że jedynym materjałem, na którym później oparła się hypoteza co do pobudek figla, wyczynionego przez Jechnę, była ta cząstkowa, ale jakże zastanawiająca rewelacja pokojowej.
Obudził samozwańca, już rankiem, nagły i niewytłumaczony strach. Jechna czuł, że coś się stało, nie wiedział tylko co. Za oknami tliło się mętne światło, padał miękki a ciężki śnieg. Karolem trzęsła febra, może następstwo zatrucia wódką albo przeczuciami, z których Jechna sprawy sobie jeszcze nie zdawał. Aż wreszcie w mózgu mgły się przetarły, pamięć wróciła, również nagle, bo w przedpokoju odezwał się dzwonek.
Pędząc ku drzwiom, Jechna miał pełną duszę rozpaczy. I śmierci: już myślał o śmierci. Babę pewnie otruł jakimś fatalnie zastosowanym środkiem! Więc to tak wygląda wyzwolenie zwierzęcia, bestji, którą mądrzy ludzie od tylu lat w nim czuli, gdy on sam... Jezus Marja!
— Jezus Marja! Żywego człowieka wpędziłem do grobu!
Dwie sekundy odległości od przedpokoju, drugie dwie szamotania się z zamkiem drzwi, ale męki wieczność chyba! Cała dusza zebrała się w sobie, by cierpieć.
Dźwięknął łańcuch. Przed Jechną w ramie drzwi stanęła szara, brzydka postać. Zaraz wyrzuci z siebie straszne jakie słowo lub drąg do góry podniesie, by zabić! Tak, to ten sam chłop, ten sam..,
Jechna przymknął oczy. Za chwilę stanie się zemsta.
Lecz nie. Na przegubie dłoni poczuł szczecinowate ssanie pocałunku, a w uszach zawyła mu niedorzeczna melodja radości:
— Pękł, zaraz wrzód pękł, wielmożny koncyljarzu, pękł od tego lekarstwa! — Dziękuję pokornie, pękł! Choć my i biedne ludzie, ale zający własnego utłuku i masła przyślem na święta uczciwie, po Bożemu, byle krzywdy pana koncyljarzowej nie było. Pękł, baba już chce zryć, śmieje się, kuntentna taka, błogosławi wielmożnego za ten jego cudowny, pewnie poświęcony lek...
Jechna oczy rozwarł dopiero wtedy, gdy znowu trzasnęły drzwi, a w przedpokoju zaległa cisza.
Po ataku trwogi przyszło ukojenie. Nie, nie ukojenie: zdumienie. Jakeż bo? To on byle czego nalał, a baba zamiast umrzeć, wyzdrowiała? Przecież ona powinna była niechybnie rozstać się z tym światem, kiedy Karol Jechna, podurzędnik pocztowy, postać jakoby dostatecznie tępa, świętakradczo sięgnął po funkcję, tylko dyplomowanemu lekarzowi przysługującą, funkcię leczenia chorych. — Czyżby tylko leczenia? Gdzież tam, bo i uzdrawiania!
Z tem samem uczuciem ogląda swoje cudotwórcze medykamenty. Stoją na biurku, jeszcze nieschowane. Cóż to takiego? Co, eliksir do zębów, a proszek — zwykły puder francuski! Więc to tak można naprawdę? I to od tego, tylko od tego umierający wraca do zdrowia? — Gdyby Jechna dał babie nafty, albo choćby musztardy, życie i wtedyby nad śmiercią odniosło zwycięstwo? Na cóż więc studja, inteligencja wrodzona, dyplom, praktyka, ślęczenie nad księgami, kiedy dość byle czego nalać do dzioba, by chorobą nawet śmiertelną djabli w końcu wzięli?
Stoi Jechna przy oknie z flakonem eliksiru w ręku, a w oczach ma osłupienie.
Z okna roztaczał się widok na duży dom, zwany w mieście „pałacem biskupim”. Szpetny grymas fasady dotąd imponował Jechnie, jak imponowała sama już nazwa „pałac”, jak imponował budowniczy, autor gmachu, jeden z ojców miasta.
Teraz Karol z odrazą patrzy na pretensjonalną budę:
— Nieprawda! Ja też potrafię taki sam, a nawet piękniejszy jeszcze zbudować! Cóż to za sztuka? Cegły kładzie się jedna na drugiej, aż pałac sam wyrośnie. Sam, bez żadnych politechnik, cyrklów i logarytmów oszukańczych!
Proszę uważać, jak prędko wzmagał się i rozrastał w rozpaczliwej argumentacji błąd myślowy szaleńca.
Stoi Jechna z eliksirem w palcach, a w bladej twarzy ma skrzep nienawiści.
— Oszustwo! — zawołał wprost w cały świat, zawołał pełen niewiary w wiedzę Żytniaka, w racjonalizm naczelnika poczty, w nieomylność wojewody, w okazałość burmistrza.
(Proszę bacznie śledzić proces wykolejania się tego prostaczka i darować mu bluźnierstwa, albowiem sam nie wie co mówi i czyni).
Czemu ta baba nie umarła! Wyrzuty sumienia znieść można, uciekniesz od nich do konfesjonału, do pokuty. Ale baba żyje i taka stąd katastrofa!
Jechna gwizdnął ostrzegawczo, podejrzliiwe. Obco wyglądała mu teraz nawet sama flaszeczka z eliksirem. E, zawracanie głowy, żaden to pewnie eliksir, kłamstwo zwyczajne, brachu, Jechna (z jaką błyskawiczną szybkością dokonana ruinacja!) Jechna nie wierzy już nikomu i niczemu, wszystko go wprowadza w stan rozdrażnienia: automatyzm oddechu, — przechodnie na ulicach, instalacja gazu w mieszkaniu.
To wszystko, koło czego w życiu przechodzi się bezboleśnie, co się automatycznie w psychice asymiluje, jako pewną łączność tak dalece organiczną, i zwartą iż zgoła nie zastanawiającą, teraz to wszystko rozpadło się na luźne, wrogie sobie nawet elementy, a każdy z nich własną ma treść, własne uroszczenia, każdy wymaga oględzin zbiska, czy przypadkiem nie gnieździ się w nim oszustwo.
W fartuchu lekarskim stał tak Jechna pod oknem, aż do wieczora, do nocy, panicznie bojąc się własnego ruchu, stał pośród trzęsawiska swoich doświadczeń, blady, z flaszeczką jakiegoś kalodontu w garści, jak z przepustką do piekła.

Dopiero kiedy noc na dobre się rozsiadła, wypadł z bezruchu, po ciemku związał dwa ręczniki, i, nie zdejmując nawet fartucha, powiesił się na nich w gabinecie doktora Żytniaka.





XVI.
CZŁOWIEK, KTÓRY BYŁ WSZYSTKIEM.

Pociąg parł naprzód, na spotkanie zbliżającej się burzy. Południe znagła pociemniało. Widnokręgi, dotąd w słońcu, w zbożach i w przezroczystym niebie jakby rozpylone, odsunięte w nieuchwytną dal, teraz zbliżały się, ostre już i sine, wyraźną zarysowane pręgą.
Niebawem w blaszane dachy wagonu i w szyby zastukał ziarnisty deszcz. Wzdłuż toru, żółtym gościńcem, kiecki naciągnąwszy na głowy, pod wiatr szły kolorową grupą baby i dziewuchy, na tle burzy tak rodzajowe w barwie i w geście, iż rzekłbyś, że wyszły z ram obrazów, by, jako rzeczywistość, pójść w życie, w świat. Nad złotym jeszcze niedawno dniem burza rozpięła granatową gęstą chmurę. W tem potęgującem się ściemnieniu groza była i urok niesamowity.
Jedyny współtowarzysz mój, jakiś masywny kolejarz, wielkie chłopisko z obliczem, którego barwa zwierzała się o zamiłowaniu olbrzyma do wyskoku, na dźwięk pierwszych kropel deszczu wstrząsnął się, był, jak gdyby poczuł na sobie chłód ulewy, poczem sięgnął za siebie, skąd wyglądała potężna butla z nadużytą już treścią.
— Leje! — szepnął w tonie wyrzutu, ustami przywierając do szyjki szkła. — Leje! Bo ja to jestem wodnik prawdziwy.
— Czemu wodnik? — pytam przez grzeczność, zapatrzony w ocierające się o okna widoki (o, czemuż nie jestem zezowaty, bym mógł jednocześnie z obu stron konsumować wrażenia)!
— Niby czemu? Bo nie znoszę wody. Jakem się upił po raz pierwszy przed dwudziestu pięciu laty, tom dotąd jeszcze nie otrzeźwiał. Jak tu otrzeźwieć, jeżeli człek trzy razy dziennie dobrze musi sobie dziobnąć.
I zamilkł. Ale ja wiem, że nie na długo, że przy pierwszej sposobności westchnie, szepnie coś do siebie — może słówko otuchy — poczem znów wargami dopadnie szklanego ujścia butelki. Przy pierwszym grzmocie, czy też przy pierwszym promyku słonecznym, jeżeli niebo się wypogodzi, on o swojej czynności nie zapomni. Od dwóch godzin, to jest od chwili, kiedym wsiadł do pociągu truskawieckiego, okazja do łyczka, do hauściku nadarzała się co kilka chyba minut. Najwięcej tematu dostarczał upał.
— Ufff, gorąąąco — warknie góra ciała i cmoknie szkło, — Taki już ze mnie suchotnik.
— Czyżby? — dziwię się szczerze, z szacunkiem oglądając rozrost i szerokość ramion rzekomego gruźlika.
— To znaczy, że zasycha mi w gardle. Muszę pić. Wiadomo, taki letnik jak ja...
— Jak to letnik?
— Tak to. W lecie pijam nie mniej, niż zimą. Pocóż miałbym pić więcej? — pytał przekornie, nie mnie chyba, bom mu się nie sprzeciwiał. — Całkiem nie widzę potrzeby. Taki już ze mnie równik.
— Aż równik? — powtarzam machinalnie.
— A tak. Pijam bowiem zarówno w dzień, jak w nocy, zarówno w zimie, jak w lecie. Równość — to moja naczelna zasada.
Przez chmury prześlizgnął się zielony wąż ognia. Za chwilę szyby okna dźwięknęły.
„Równik” wykonał gest zgorszenia i sięgnął za siebie.
— Burza — oświadczył w tonie rewelacji. — Dobrze, że jestem taki woźnica, iż zawsze z sobą wożę sznapsa. Bo czy to człowiek wie, co go czeka? Jeszcze przed kwadransem pogoda, jak miód, a teraz, masz tobie, strzela.,. Śmierci się nie obawiam, ale też i nie jestem specjalnie zainteresowany w tem, by rozstawać się z życiem. Wogóle proszę uważać mię za osobistość bezinteresowną.
— W samej rzeczy?
— Niech pan sam powie — zawołał woźnica, przysuwając się do mnie. — Czy pijaństwo to taki dobry interes? Gdzież tam, mówię panu. Ale pić mogę zawsze, taki już jestem nieprzemakalny. Bo w życiu to bywa tak,
— Niby jak? — sennie podtrzymuję djalog.
— Toż mówię: tak. Tak albo inaczej, ale zawsze bywa. Kiedyś miałem duże nawet przedsiębiorstwo. Fiuuuu! Poszło! I dziś jestem jak ten nie przymierzając bezwodnik węgla.
Posępnie opuścił dymiącą głowę.
— Cóż to za dziwna przenośnia...
— Zupełnie zwykła. Bezwodnik węgla, ponieważ wody nie znoszę, a ten interes, który straciłem, to był właśnie skład węgla,

— Trrruskawiec! — wrzasnął konduktor, gdy pociąg zatrzymał się na gwarnej jakiejś stacyjce.





XVII.
KILKA SŁÓW O ROZTERCE UZDROWISKOWEJ
I O INNYCH RZECZACH.

A zatem Truskawiec, miejsce kędy spieszą opuchłe wątroby, przekrwione kiszki, skamieniałe nerki, rozszerzone lub zwężone worki sercowe, zwapniałe tętnice, Tutaj przy dźwiękach orkiestry zakładowej na żwirowych deptakach przyglądają się sobie modnie ubrane obojga płci zołzy, anemje, złogi moczanowe. Tutaj na pokutę.przyjeżdża przyzwyczajenie do., jednej mocnej“ przed obiadkiem, oraz inklinacja do „dwóch piwek“ przy obiadku, do koniaczku po obiadku, do cygareczka po kawusi z likierkiem, tu przed lekarzami spowiada się i kaje popęd do obżarstwa, opilstwa i innych grzechów, nie mniej przyjemnych w chwili wykonywania.
Truskawiec, unikat podobno, rzekomo perła wód polskich, najskuteczniejszy w chorobach następujących: (tu wymień sobie wszystkie, jakie znasz cierpienia). W Truskawcu znajdziesz najlżejszą naszczawę alkaliczną, jak również zdumiewające wprost, jeżeli idzie o efekt, kąpiele.
W tem miejscu, za przykładem czytelnika, odczuwam już lekkie zaćmienie w głowie, wynikające stąd, że na dobrą sprawę każde nasze uzdrowisko uważa się za królowę i perłę wód, każde posiada najlżejsze szczawy, najcięższe solanki lub borowiny, najskuteczniejsze w następujących cierpieniach (powtórz sobie wszystkie niedomagania i choroby, jakie znasz i o jakich nigdy nie słyszałeś). A jakie pokrewieństwa znakomite! Polskie Vichy! Ojczysty Spaa! Rodzimy Sitzbad! Stoisz sobie, człecze, na pierwszym lepszym dworcu kolejowym, poobwieszanym prospektami kąpielisk, a każdy z tych kolorowych kartonów robi do ciebie oko, każdy ciągnie za połę, ryczy w samo ucho autokomplementy, a wszystkie razem wydzierają sobie ciebie z rąk, chciwe i zgorączkowane,
— Panie blady, chodź pan do mnie, skutecznie i wesoło będzie. Wynoś się stąd Ciechocinku malaryczny, też się wybrał, patrzcie, moi mili! Panie cierpiący, niech pan aby nie da się wziąć na kawał. Taki naprzykład Ciechocinek...Słone bajorko nazwał sobie „źródłem radjoczynnem” i kontent... Hihihi! Nałęczów, Krynico, odknajcie od tego pana, ten pan już do mnie...Co, nie do mnie? Bodajeś gnaty po drodze pogubił! Pożałujesz jeszcze, kiedy cię na fest pokręci!
— Jak go pokręci, to ja go w mig odkręcę, a tobie wara do inteligentnego gościa! — odgraża się uzdrowisko, które odniosło zwycięstwo nad współzawodnikami i nad twoją rozterką.
Rozterka ta jest chyba najcięższą chorobą, a przejawia się mniejwięcej tak:
Gdy po Sprowadzeniu zewsząd bezpłatnych prospektów przychodzisz do wniosku, że wszystko to same perły, djamenty, wszystkie cię wyleczą, o ile tam tylko tam podążysz po zdrowie, — wtedy rozpoczyna się wędrówka po lekarzach. Każdy z nich, wiadomo, ma swoje sympatje, przekonania i niechęci, nic przeto dziwnego, że po tygodniu, zielony i rozdygotany, mruczysz napoły już przytomnie:
— Jeden powiedział, że umrę śmiercią przyśpieszoną, jeżeli natychmiast nie pojadę do Ciechocinka, drugi zagroził powolną agon ją w razie gdybym podążył do Ciechocinka, a nie do Lubienia. Trzeci dowiódł mi naocznie, że poprzednie dwie sprzeczne z sobą rady pchają mię za życia do grobu i, znalazłszy jeszcze jakąś nową chorobę, zawołał: „panie, prawie że już świętej pamięci! Nie traćmy nadziei, ale natychmiast do Buska, tylko do Buska“...

Mnie osobiście zabezpiecza przed torturami rozterki cel mej wędrówki, zgoła niekuracyjny. Ani myślę powtórzyć błędu, popełnionego już w Sopotach i w Ciechocinku: nie pójdę do lekarza. Poco mam nie spać nocami ze zmartwienia, poco mam zadawać sobie pytanie, czy nie poradzić się jeszcze pedjatry, bo a nuż tkwi we mnie jaka choroba, jeszcze z czasów dzieciństwa? Czy nie zajrzeć do lekarza chorób kobiecych, który mógłby we mnie wykryć coś ze swego zakresu, zwłaszcza że pewna życzliwa mi ongi postać w mojej wrodzonej subtelności dopatrywać się zaczęła cech kobiecych? A może i do weterynarza? Kto wie, czy nie siedzi we mnie jakie choróbsko atawistyczne, pochodzące z tych czasów, kiedy człowiek jeszcze nie awansował na człowieka, a był dopiero obiecującą małpą?





XVIII.
GAWĘDY I ROZRYWKI.

Tej, której szukam, w Truskawcu niema. A zresztą, skąd mogę powiedzieć, że niema osoby, której nie znam ani z imienia, ani z nazwiska, nie wiem, jakiej jest maści, i już nie pamiętam nawet wyglądu?
W każdym razie szukam. Szukam, to znaczy, że od czasu do czasu uświadamiam sobie, że jestem w Truskawcu i że nazajutrz po przybyciu czas już stąd się zabierać.
Po południu siadłem na ławce przy źródle „Naftusi”, właśnie takiej wody, przynoszącej ulgę we wszystkich niedomaganiach, i z nudów zacząłem studjować otoczenie. Dokoła mnie chałaty, peruki, pejsy, ale nie brak też i europejskich strojów. W rękach kubki z zimną cieczą, spijaną poważnie, z namaszczeniem. Zjawienie się moje, jako jedynego narazie aryjczyka sprawiło, że żargon i niemiecki, wciąż jeszcze bardzo modny wśród żydów małopolskich, przekształca się w polszczyznę, o której można tyle tylko powiedzieć, że jest to polszczyzna ludzi dobrej woli.
Oczywiście, rozmowy toczą się wokół spraw handlowych i medycznych. Kuracjusze opowiadają sobie z zajęciem, jak to ktoś kogoś na czemś okpił i jak komuś pomogła Naftusia.
— Oh, jak ona pędzi, jak pędzi! — wymlaskuje swoją pochwałę jakaś ruda, stukilowa piękność.
— Co pędzi? — dziwię się, czując, że spojrzenie i słowa damy w moją są skierowane stronę.
A ona się śmieje, uroczo zawstydzona. Co pędzi? Pan dobrodzej udaje, że nie wie. Pewnie że nie żywot pędzi. A tak mi to potrzebne na moje kamyki w wątrobie...
— Nawet brylanty w wątrobie to niepotrzebna rzecz — przychodzi do wniosku jakiś filozof w amerykańskich okularach na garbatym nosie. — To tak jak z grzybem: on wszędzie jest pożądany, choćby w barszczu, byle nie w ścianę, albo w podłogę.
— A pan na co cierpi? — pytam siwowłosego patrjarchę, smakowice chłepcącego wodę.
— Moja mater ja źle się przemnienia — brzmi melancholyjna informacja. I
— Tak, to nieprzyjemne zdarzenie — rzeczę współczująco. — Naftusia tutaj dużo ma do powiedzenia. A propos. Znam przypadki bardzo zastanawiającej przemiany materji bez udziału wód leczniczych. Naprzykład cynk w połączeniu z miedzią przy domowym wyrobie monet daje podobno złoto.
— Ale za to się siedzi — uprzedza, kiwając głową, jakiś smutny młodzian. — Nawet długo się siedzi.
— Siedzi ten, kto do tak delikatnego spławu używa cynku — fachowo objaśnia elegant w jasnych getrach.
Jestem zakłopotany, jak przystało na laika, który nieostrożnie wszczął rozmowę z zawodowcami.
— Bardzo być może, proszę panów. Znam wszelako inne wypadki. W dwudziestym roku, kiedy rząd regestrowa! zapasy niektórych towarów, policja śledcza wykryła kiedyś w jakiemś podwórku istne złoża nigdzie niezameldowanego sukna. Nałożono plomby, drzwi opieczętowano, niby do czasu przybycia komisji rzeczoznawców. Ale oto gdy ta komisja przybyła i pieczęcie zdjęła, okazało się, że w składzie tymczasem w ciągu paru dni stał się cud, naprawdę rekordowa przemiana materji. Wyobraźcie sobie państwo, zamiast sukna, władze znalazły zwyczajny barchan.
Zdarzenie, jak z bajki, a mimo to najzupełniej prawdziwe.
Patrjarcha westchnął z pobłażliwością Ben Akiby.
— Czy pan dobrodizej jest handlujący? — spytał łagodnie.
— Niestety, nie, Bóg świadkiem, że radbym handlować, ale nie mam czem, Narazie, to ja, za przeproszeniem, piszę.
— Tak, to odrazu widać, że pan musi być jakimś, przepraszam za wyrażenie, poetą. Bo to jest, proszę mi wierzyć, bardzo niedokładna przemiana materji. Barchan w tym czasie dużą miał cenę.
Zakłopotanie moje wzrasta.
— Możliwe, że to nie był barchan, tylko tektura — usprawiedliwiam się pospiesznie.
Po ławkach przebiegł prąd śmiechu. Miałem wrażenie, że się sypię coraz niezręczniej.
— Tektura, to złoto — tłumaczył mi ktoś bardzo chudy i bardzo ruchliwy. — Ja handluję tekturą, to ja sie na tem znam.
Ku mej wściekłości, towarzystwo najwidoczniej mną się bawiło. Zagryzam wargi i szukam pojednania.
— Doprawdy, nie pamiętam... To już było tak dawno, tak dawno. A zdaniem panów, co to mogło być?
Sędziwy patrjarcha zamyślił się. Głaskał szklankę, chwiał głową, marszczył brwi, aż rzekł:
— W co mogło się przemienić sukno, pyta pan dobrodziej? To pewna, że ani w barchan, ani w tekturę. Czy towaru było dużo?
— Podobno bardzo dużo. Kilkanaście wagonów.
Źrenice starca błysnęły ożywieniem.
— Jeżeli zaszła zupełnie dokładna, doskonała przemiana materji, a tylko taka naprawdę się kalkuluje, to sukno powinno było się przemienić w jakiś tańszy, najniepotrzebniejszy towar.
—Naprzykład... — Naprzykład? — naglę mędrca z pejsami.
— Naprzykład w kilkanaście wagonów rozporządzeń i cyrkularzy o konfiskacie pochowanych towarów.
Odchodzę ze znacznie rozszerzonem wykształceniem z zakresu alchemji towarowej, i zmierzam ku werandzie restauracji, która w tej chwili bije zgiełkiem i wesołością. Wszystkie prawie stoliki są już zajęte. Orkiestra łupi najnowsze szymidła, strzela szampan, wybuchają śmiechy pojedyńcze i zbiorowe. To, korzystając z pogody i niedzieli, na wieczór zjechała z pobliskiego Borysławia, z Tustanowic, oraz z Drohobycza — wielka, rozrzutnie się bawiąca „nafta”. W przyległej bocznicy posłusznie czeka długi szereg powozów i aut. W takich chwilach orgji bractwo cierpiętnicze, różne artretyki, reumatyki, nerkowcy, anemiści wątrobiarze, siedzą cicho w parku lub w domu, ustąpiwszy miejsca, ku radości gospodarza zakładu i kelnerów, stęsknionej za zabawą, choćby najkosztowniejszą, nafcie. Wszyscy ci Francuzi od ropy, Amerykanie, Anglicy, Niemcy, świeżo nabyte obce obywatelstwo manifestujący jedwabnemi banderami w butonierach, Jeany, Johny i Johanny. to przeważnie nasi dobrzy znajomi z Kołomyi, z Tarnowa, Pieczyniżyna, którzy via Paryż. Londyn. Nowy Jork wrócili do kraju, już do źródeł ropy, jako pełnomocnicy lub kontrolerzy kompanji naftowych. Rodzima plutokracja wschodniego obyczaju, gwarzy sobie w borysławskiej polszczyźnie.
Jakaś starsza dama chwali się roztropnością swego syna.
— Kiedy jechał do Paryża, prosiłam go, żeby mi kupił kilka ozdobnych koszul, wiadomo bowiem, co to jest Paryż. Dawidek przywiózł, bardzo ładne, ale same nocne. Czemu nocne, nie dzienne? pytam. A on, mądrala taki, odpowiaduje: przecież widzisz, że już zima się zbliża, dzień jest taki krótki, że prawie go niema, a noc długa, więc czy nie właściwsze będą nocne?
Gdzieindziej znowu odzywa się głos, brzmiący zadowoleniem. To opancerzony w tłuszcz semita, pewnie dyrektor interesu od benzyny, zabawia swoją młodą a bardzo znużoną żonę.
— Wiesz, moja droga, że my to jesteśmy naprawdę deserowa para.
— Niby dlaczego my mamy być deserową parą? — apatycznie pyta go żydówka.
A on się śmieje, ssąc grubemi wargami cygaro.
— A bo ja jestem Pomeranc, do tego, jak mówisz, stary piernik, a ty Róża, z domu Zucker... A oprócz tego zimna jesteś dla mnie, jak lody. Żem ja się jeszcze przy tobie nie zakatarzył, cud boski!
Koło mnie przy winie siedzi dwu niemieckich żydków,
— Byłem w Krakowie — rzecze jeden — zwiedziłem to naprawdę, jak mówią, renesansowe miasto. Wunderschön!Nie wiem tylko, dlaczego w Polsce tak wysoko cenią Wewel?

— Nie wiesz? Przecież to rodzina posesja Wawelbergów!





XIX.
REFORMA PRZYRODY.
Na zachodzie zgasła już ostatnia złota pręga. Kotlinę truskawiecką wypełnił mrok, na alejach niebieski, granatowy zaś w gąszczach zarośli. W górze rozpoczęła się gwiezdna iluminacja. Za wzgórzami parku, na pochyłościach Karpat, czarną lawiną toczy się ku dolinie zbita masa borów i lasów. W sinej mgle wieczora tysiącami światełek zamigotał pracowity Borysław, dniem i nocą wysysający z ziemi naftę i wosk.

W rozległym parku gdzieniegdzie mży się przytwierdzona do słupa żarówka. W krzewach zielonemi zygzakami pląsają iskry — to letnia noc stroiła się w djademy świetlików.
Cicho jest i uroczyście. Ale w ciszy tej przyczaiło się bujne życie: ławki wzięła w posiadania młodzież. Wszędzie widzisz przywarte do siebie sylwety.
Szczęście samotności! Wsłuchaj się tylko w tę pozorną ciszę, a dojdą cię szepty, westchnienia lub nucona piosenka. Czasem wzbije się śmiech nerwowy, krótkotrwały i zamrze równie nagle, bez przejść i akcentów, jak nagle się zaczął.
Szukam dla siebie miejsca — bezskutecznie, wszystkie ustronia są już zaanektowane. Stwierdzam, że w Truskawcu odbywa się nietylko kura — cja ale i kogut-acja, Idę przeto dalej.
W górę wspinając się stromą aleją, koło mostku, słyszę jakieś warczenie. Czyżby i krzaczki były tu zajęte? — myślę ze smutkiem.
Po chwili doszedł mię przejmujący szept:
— Mam cię, nicponiu! Teraz już mi nie uciekniesz! Ani mrumru! Marsz do jaskini!
Struchlałem, bo przez mózg przemknęło mi niesamowite przypuszczenie:
— Rozbójnicy! Porwanie!
Znacie pewnie szczególne objawy, towarzyszące stwierdzeniu grożącego niebezpieczeństwa — galareta w nogach, jeż na głowie (o ile nie jest łysa), a na plecach zimne mrowisko.
Wysiłkiem woli wprowadzam dolne kończyny w ruch, błagając Opatrzność, by strzegła mię od prób bohaterstwa.
Ale oto z niebezpiecznych gąszczy wypada jakieś ciało. Nastąpił karambol niemal nosem w nos.
— Kto to? — jednocześnie zabrzmiało pytanie moje i przypuszczalnego rozbójnika.
Ten widocznie też nie był pewien siebie, gdyż przezornie odsunął się kilka kroków. W chwili zderzenia zdążyłem jednak zauważyć, mimo mrok, twarz wychudłą i brodatą, oraz duże, spłoszone oczy. Obcy średniego był wzrostu, zlekka pochylony, a miękki kapelusz na głowie ułożył mu się w fantastyczne kształty.
— Kto tam, do czarta? — wołam, starając się przybrać postawę możliwie najgroźniejszą.
Tamten zaś, wykonawszy jakiś gest pokory, zaczął się tłumaczyć.
— To tylko ja... Przepraszam, że to ja, że to tylko ja. Pan pewnie spodziewał się spotkać w krzakach kogo innego? Ubolewam doprawdy...
W głosie jego drgał smutek i zalęknienie.
— A kogo pan tam uwięził w jaskini?
Nieznajomy zmieszał się jeszcze bardziej.
— W jaskini? Oh, Boże! To była jedynie ponuro brzmiąca przenośnia. Złowiłem właśnie kilka świętojańskich robaczków i umieściłem je w pudełku. Ale proszę się nie obawiać, krzywdy im nie wyrządzę.
— Pan jest przyrodnikiem? — pytam zupełnie już ochłonięty z przedwczesnej trwogi.
—I tak, i nie — odpowiedział mi, zaglądając do tekturowego pudełeczka. — Przyrodnikiem o tyle tylko, że chciałbym osłabić nieco dzikość praw, panujących w przyrodzie.
Cooo! — wołam i siadam na ławce. — Może pan spocznie chwilę? Zatem reforma przyrody? Wielkie, niebotyczne zamysły! I do tego właśnie potrzebne są panu świetliki?...
Ale on żywo mi przerywa.
—Świetliki to tylko środek do osiągnięcia mojego celu. Zaraz to wytłumaczę, ale proszę się nie śmiać. Zresztą niech się pan śmieje — cała moja działalność odbywa się wśród kolców drwin. To nic. Ciekaw jest pan mojej koncepcji? Bardzo prosta. Jaki jest najłatwiejszy sposób obłaskawenia przyrody? Czy nigdy pan się nad tem nie zastanawiał, że krwiożerczy szakal, jedna z jego odmian, dała nam w końcu stosunkowo łagodnego psa, łagodnego mimo ciągłe obcowanie z najbardziej drapieżnem zwierzęciem, jakiem jest człowiek? Zatem obłaskawienie jest zasadniczo możliwe i skuteczne, a było by jeszcze łatwiejsze, gdyby nie zły przykład człowieka. Ale to długa, na tysiące lat obliczona metoda. Trzeba przeto było szukać innych sposobów. To mnie, panie, przypadł w udziale zaszczyt odnalezienia właściwej drogi. Wszak mogę panu zaufać?
Siadł koło mnie i głęboko zajrzał mi w oczy.
—Trzeba... Niech pan uważa... Trzeba skrzyżować gatunki drapieżne z gatunkami o instynktach łagodniejszych. Naprzykład owcę z wilkiem. Mojem zdaniem to nie jest fikcja. Trudności? Hmmm... A cóż jest łatwe? Od czego wysiłki, postęp. Ja osobiście tego jeszcze nie potrafię urzeczywistnić, rzucam tylko myśl. Właściwie, mam już za sobą jakieś tam próby, w tym kierunku poczynione, ale narazie bez dodatnich wyników. Starałem się mianowicie poznać bliżej obyczaje i mowę naszej cichej owcy. Ale nawet owca przy bliższem zetknięciu się z człowiekiem wykoleja się, demoralizuje. Kiedyś spędziłem noc w owczarni... Ah, panie, to było straszne! Chcąc owce sprowokować do zwierzeń, zacząłem z ukrycia beczeć, a one, bezgłośnie zmówiwszy się z sobą, napadły mię i okrutnie pogryzły! Czy pojmuje pan absurd, perwersyjny absurd sytuacji: być pogryzionym przez najłagodniejsze ze stworzeń?
Przycichł zgnębiony. Chwiał głową w zdumieniu, z którego widać dotąd jeszcze nie ochłonął.
Z przeciwnej strony alei, stamtąd, gdzie czarną ścianą wznosił się zagajnik, dobiegł mię jakiś^ szmer, jak gdyby syknięcie. Prawdopodobnie złudzenie, gdyż nikogo nie widzę.
— Wszystko to dobrze — mówię w dalszym ciągu, zwracając się ku swemu rozmówcy — ale skąd panu takie pomysły...
Nieznajomy zasępił się.
—Skąd? To są smutne motywy. Muszę, widzi pan, okupywać krzywdy, jakie światu, ludzkości wyrządza mój brat. To zupełnie inny człowiek, okrutny na zimno. Czy pan wie, co ten potwór wymyślił. Przez siedem lat siedział u mnie, jadł, pił i medytował w samotności. „Muszę coś takiego wykombinować” mawiał, „coś takiego, coby mi dało sławę i majątek. Muszę wynaleźć nowe metody wojny”. Po siedmiu latach bezczynności i rozmyślań, to wcielenie szatana udało się do jakiegoś urzędu czy też sztabu z projektm masowego oślepiania wrogów. Mianowicie, gdy wybuchnie wojna, trzeba wziąć na bolony duży ładunek opiłek żelaza i, wzniósłszy się nad pozycje nieprzyjacielskie, krzyczeć z góry: „ej, wy tam, słuchajcie”. A gdy zaciekawieni żołnierze podniosą głowy....
Brodacz wzdrygnął się i twarz zasłonił dłońmi.
—...Wtedy cały ładunek sypnąć im w oczy. Teraz pan rozumie, że mając w rodzinie takiego gagatka, musiałem tytułem rehabilitacji moralnej mną całkiem pójść drogą.
Po chwili dodał, zamyślony:
— Przyroda ma straszną konstytucję. Weź pan naprzykład obyczaje skorpjonów: samica, wszedłszy w związki małżeńskie zabija samca, ćwiartuje go i pożera po kawałku. A żona pająka obrywa mężowi swemu głowę! Okropność!
Z ciemności znowu wypadło ostre syknięcie żeśmy już obaj je usłyszeli, — Kto tam? — spytał warkliwie.— Kto tam się wtrąca do rozmowy?
Z mroku wypadła opryskliwa odpowiedź. Język i akcent żadnych nie budziły wątpliwości, że przemawia do nas potomek tych śmiałków, którzy ongi, reemigrując z Egiptu, suchą nogą przeszli przez morze Czerwone.
Po pierwsze ja nie jestem żaden kto tam, tylko prokurent dużej firmy w Kołomyi, (Prospekty i cenniki wysyłamy na pierwsze żądanie odwrotną pocztą gratis i franco), Powtóre, ja siedzę na swojej ławce i rozmawiam ze swojem własnem zdziwowaniem, dziwować zaś to ja mam prawo zawsze.
Kiedy myśmy milczeli, stropieni wystąpieniem nieoczekiwanego świadka naszej rozmowy, tamten ciągnął dalej.
— A ja bardzo dziwuję tym rzeczom, które pan dobrodziej rozpowiedział. Że pająkowa obrywa pająkowi głowę — — to dobrze jemu tak, poco się z byle kim zadaje? Kiedy u nas, u ludzi, blondynka bije i urywa głowy, to człowiek się żeni z brunetką. Czemu pająk nie postara się o znajomość z jakie łagodniejsze bydlę? Czemu nie pójdzie do boże krówkę, albo do motylkowej? Dobrze jemu tak, nic go nie żałuję. A to opowiadanie, że jeden kopytowiec nie może się spokrewnić z dwukopytniczką, to jest zupełna nieprawda. Ja, dzięki Bogu nim zostałem prokurentem swojej firmy (panom kupcom ustępstwo, poszukujemy agentów bez kaucji), dużo podróżowałem i stąd wiem, znam nawet taki przypadek, kiedy akuszerka wyszła za strażnika, ale dzieci to oni mieli. Pokrzyżowanie zupełnie się udało.
Niewidzialny prokurent, pewnie chory na wątrobę, rozzłościł się, splunął i podnieconym głosem
—Przyroda, przyrodniki, filozofy! Nauczyciel w gimnazji uczył mego syna i innych chłopców, że wszystkie te gwiazdy, to niebo, i nasza ziemia, to pływa w eteru. Eter, dobry towar. Gdyby tak było naprawdę, to niech pan mi wierzy, nasza firma, choć niby handluje manufakturą, a nie drogerjami, o tem by się oddawna dowiedziała (solidnym klijentom dajemy na raty). Co ja mówię! Nietylko nasza firma, ale wszystkie żydki oddawna by już o tem wiedziały. Przyroda, filozof ja! Mądrych rzeczy uczą w szkole, niema co powiedzieć!

Wstał, jeszcze raz splunął, i postękując, przeszedł przed nami aleją, wiodoącą do uciszonego już Truskawca.





XX.
NA FINISCHU.

Zatem — stało się. Przełom.
Wędrówka moja teoretycznie trwać by mogła do nieskończoności, a w każdym razie bardzo jeszcze długo, gdyby nie nagły zwrot w metodzie poszukiwań.
Zamierzałem właśnie autem machnąć się z Krakowa do Buska i do Solca, gdy oto nieoczekiwanie w pamięci odżył mi jakiś skrawek jedynej mojej rozmowy, jaką miałem z Lalką w Bagateli.
Prawda! Przecież ja kusiłem ją do ucieczki, kusiłem wizją Włoch, na co ona najwyraźniej mi odrzekła:
— Wenecja! Wybieram się tam niedługo...
Cóż za gapa ze mnie! Cóż za okaz roztargnienia! istocie, obdarzonej taką pamięcią zjełczałą i wykoszlawioną uwagą, zachciało się laurów Holmsa i Ossendowskiego!
To było oszałamiające odkrycie. Serce zamarło mi ze wzruszenia. Nie Sopoty, nie Truskawiec, ani Krynica, nie Busk i nie Ojców, ale Wenecja, tylko Wenecja!
W kilka dni potem, odbywszy gehennę formalnością paszportowych, opuszczałem granice kraju wód, zwierząt i duchów, by w mieście dożów znaleźć wreszcie tę, której szukałem zrazu, z pasją, a potem już tylko przez inercję.
W Wenecji tydzień cały minął mi na przetrząsaniu hotelów, restauracji, cukierni. U „Florjana” zaglądałem pod kapelusz każdej niewieście, nawet z Campanilli badałem okolicę, a wieczorem wdzierałem się w rozleniwione, żółte stado gondol, których żywa zawartość chóralnie się wydzierała, piała, rechotała do księżyca. Bo gdy się jest w Wenecji, trudno odmówić sobie rozkoszy barkarolli.
—Prachtvoll! — wzdychają gondole, stłoczone wokół łodzi, na której wynajęty przez Hotel Bauera tenor bzdyczy jakąś canzonetkę.
— Wunderschoen! Nicht wahr, Frau Kommerzrat?
— Wanda, Zdzisiek, śpiewajta, próżniaki — nawołuje jakaś mamusia, pewnie pani wędliniarzowa z Targówka. — Śpiewajta! Stary, każ im śpiewać! Droga tyle kosztowała, a te baranie głowy ani me ani be. Widzicie, nobkoło wszystkie państwo śpiewają! Siódmego dnia zdarzył mi się wypadek, który mię skłonił do rozmyślań nad pomysłowością kobiet, a jednocześnie i nad plastyką mojej mimiki, dotychczas przez życzliwe osoby uważanej za wzór wyrazistości. Mianowicie oberwał mi się guzik u fragmentu szaty, od wieków słusznie zwanego spodniami. Wzywam tedy pokojówkę, czarnooką szelmę, i gestykulacją daję jej do zrozumienia, że z powodu tego braku jestem smutnym jeńcem hotelu.
Uśmiechnęła się do mnie, że aż mi poty wystąpiły na czole. Niebawem wróciła, oddając mi własność moją... To było straszne: wszystkie guziki odprute. Tak bowiem dziewczę zrozumiało moje zlecenie mimiczne. Nim spodnie znowu stały się możliwe do użycia, upłynęło parę godzin, w ciągu których... O, Lalko, czy przebaczysz moją płochość? O, Ireno, mgło marzeń zamarłych!
W każdym razie pyjama Lalki, ta sama, która już w Ciechocinku rolę swoją odegrała, teraz przeszła na własność pokojowej, Emilji. Upominek ten miał tę dobrą stronę, że mnie osobiście nic nie kosztował. Moje rozstanie się z pijamą było symbolem przerwania poszukiwań Lalki. Jeżeli już Lalki niema w Wenecji, to musiała pójść do nieba. Wobec czego: ciche westchnienie, paciorek, uszczypnięcie w biały podbródek Emilji — na pożegnanie z Wenecją.
I znowu pociąg pospieszny niósł mię na północ, ku legendarnej krainie wód, zwierząt i duchów. Wracam do Warszawy. Wracam z pewną pociechą w sercu, że moja Odysseja (dziś powinno się mówić: Ossendoja) powiodła mi się całkiem niezgorzej. Bo proszę tylko pomyśleć, co za szczęściarz ze mnie: jeździć po świecie w pogoni za niewiastą, ulec obłędowi pościgu, szukać dobrowolnie nieszczęścia — a w wyniku wrócić samemu, bez poszukiwanej, bez bagażu kaprysów i niezadowolenia — to się dopiero nazywa wyjść cało z niebezpiecznej awantury.
Na dworcu w Warszawie złożyłem sobie solenną gratulację:
—Winszuję pomyślnego zakończenia eskapady, owo ją drogą, jaka ta Lalka poczciwa: cichem pójściem do nieba uszczęśliwiła aż dwie kochające ją istoty: męża i mnie.
Tegoż dnia po południu, gdym szedł na tradycyjną czarną do Węgierkiewiczowej, kędy czekała już im mnie czereda kolegów, którym miałem opowiedzieć dzieje swej szalonej tułaczki, przy wejściu do cukierni ktoś schwycił mię za łokieć.
Oglądam się — i blednę. Władek Guzyczyraki — Zambrzycki, wdowiec. W ręku dźwiga jakieś paczki — niewątuliwie cukry i ciastka.
Oczywiście, padamy sobie w objęcia, co czynię tem chętniej, że w objęciach przyjaciela łatwiej jest ukryć własne zmieszanie.
—Doskonale się składa! — woła zacny kompan. — Musisz pójść do nas na kawę.
—Do Łodzi? — pytam głosem najsmutniejszym. — Pójść do Łodzi... Do was?
—„Czyżby się po raz drugi ożenił” — daję sobie w myśli pytanie, w twarzy Zembrzyckiego dopatrując się cech szaleństwa.
—Jakto, nie wiesz, żeśmy się ostatecznie przenieśli do Warszawy? —
—Jakto „wy”? — dziwię się zupełnie szczerze.
— My, to znaczy ja i żona.
— Jaka żona? — badam opanowany przez niepokój.
Ten zaś wzrusza ramionami.
— Miałem i mam tylko jedną żonę. Jest nią Lalka.
— Więc...
Urywam, bowiem nie zdaję sobie sprawy, co mam mówić. Tylko serce skacze mi, jak pchła.
Oprzytomniałem dopiero na ulicy, gdy oblał mię zaduch i swąd miasta.
— Więc... Któż, do czarta, znalazł ją i gdzie?
Zambrzycki śmiał się, gdyby pomylony.
—Kto? Nikt. Ona sama. I to nazajutrz po rzekomem jej zniknięciu. Okazuje się, że wtedy cały dzień spędziła w Wenecji...
— Człowieku — przerywam mu wrzaskliwie. — Ja stamtąd dziś wracam! Przetrząsnęłem wszystkie hotele, ani śladu.
Teraz Zambrzycki był zdumiony.
— Co za hotele?...
— No, w Wenecji...
— Przecież tam niema ani jednego hotelu...
Stanął, oparł się o latarnię i prysnął donośnym śmiechem.
— A to ładne nieporozumienie! Ja mówię o parku „Wenecja”, w Strudze pod Warszawą, gdzie ojciec mojej żony, czcigodny pan Marcin Okraczek, trzyma budkę z wodą sodową i piernikami. Lalka, uważasz, posprzeczawszy się ze mną, chcąc mię zaniepokoić, pojechała do „Wenecji do taty, którego jako idealnie dobra córka, często zresztą odwiedza...
— I jeszcze jedna nowina — rzekł Zambrzycki, a w głosie jego brzmiała radość. — Dalaj — Lama i król Nepalu zrzekli się nareszcie praw do mnie, jako do kapłana sekty Putra. Dziś jestem już obywatel polski, a mimowolne bramińskie moje małżeństwo uświęcił kościół...
Kiedyśmy się zbliżali do domu, w którym państwo Zambrzyccy zafundowali sobie mieszkani. Władek stanął nagle i rzekł:
— A pyjama Lalki?
Czułem, jak się rumienię.
— Widzisz, mój kochany, to długa historja. Długa, zabawna i pouczająca. Dzieje tej pyjamy i dzieje ostatnich dwóch miesięcy — opowiem wam przy czarnej kawie...
(W tem miejscu czytelnik niechaj cofnie się do pierwszej kartki niniejszej książki { o ile ciekaw jest tych dziejów, niech sobie przeczyta romans podróżniczy „Przez kraj wód, zwierząt i duchów”, od początku, aż po ostatnie słowo:

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Filochowski.