Przed burzą (Kraszewski, 1876)/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Przed burzą
Podtytuł Sceny z Roku 1830
Wydawca Księgarnia J. K. Żupańskiego
Data wyd. 1876
Druk J. I. Kraszewski
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Gdy się za Brennerem drzwi zamknęły a kucharka pobiegła dać znać pannie Julii o dyspozycyi ojca, poszła natychmiast do pokoju, w którym zostawiona lampka paliła się na biurku.
Brenner nie miał czasu ani papierów sprzątnąć (o czém pewnie zapomniał w pospiechu) ani ich uporządkować. Zdala postrzegła panna Julia porozrzucane notatki, jakby z pugilaresu wyjęte, i arkusz papieru, którego połowa była zapisana. Zrazu nie chciała ani okiem rzucić nawet na papiery, lecz biorąc lampę, oko jéj prawie mimowolnie padło na nagłówek już zapisanego arkusza i stanęła jak wryta....
Lice jéj okryła bladość śmiertelna, oczy stanęły kołem, oddech się w piersi zatrzymał... wejrzenie nie mogło się oderwać od papieru... Na nim — stał rozpoczęty raport tajnego policyjnego ajenta do jenerała Zandra... Z przerażeniem nie do opisania Julia nie dobrze nawet rozumiejąc, co to było, domyśliła się wszystkiego, czytając imiona osób przytomnych na schadzce w Literackiéj kawie. Między innemi stało tam imię pana Kaliksta Ruckiego.
Julia czytała... stała długo... zaczęła drzeć cała... lampkę upuściła z rąk i padła zemdlona na podłogę...
Szczęściem brzęk spadającéj lampy usłyszała Agatka zbierająca herbatę i wbiegła, a zobaczywszy panią jakby nieżywą na ziemi, lampę rozbitą i płonącą na podłodze, krzykiem swym cały dom poruszyła.
Małuska i kucharka wbiegły... Nie mogły one pojąć, co się stało. Płacząc chwyciły omdlałą, która powoli przyszła do zmysłów i zaniesiono ją na łóżko. — Zgaszono lampę, oczyszczono i zamknięto pokój radzcy..
Ale stan Julii, która płakała i okazywała niemal obłąkanie jakieś, tak strwożył ciotkę, że natychmiast po najbliższego doktora posłano na Nowy Świat. Był nim znajomy pani Maluskiéj młody jeszcze człowiek, który nawet — okazywał wielkie panną Julią zajęcie...
Nim doktor Borzęcki nadszedł, ratowano, uspokajano, jak umiały kobiety, ale o samym wypadku panna Julia nic powiedzieć nie umiała... Płakała i była jakby w rozpaczy, czego ciotka sobie na żaden sposób wytłumaczyć nie mogła... Po oczekiwaniu, które się długiém wydawało, nadszedł pospiesznie Borzęcki... Ciotka wybiegła do niego do przedpokoju i w krótkich słowach opowiedziała mu niezrozumiały wypadek.... Milcząc młody doktor wszedł do pokoju... Przybrawszy wesołą na pozór twarz zbliżył się do choréj, ale ta zdawała się go nie poznawać...
Na zapytanie pierwsze nie odpowiadała nic i po długich dopiéro naglących prośbach Borzęckiego wyjąknęła, że sama nie wie, co się z nią stało, — osłabła, zemdlała — upadła.
Doktor naturalnie o symptomy poprzedzające tę kryzys rozpytywał długo, ważył, patrzał, myślał, i nie mogąc odkryć nic oprócz tego, że to była jakaś niewieścia przypadłość nerwowa, nakazał spoczynek, środki uśmierzające, sen itp. W razie zaś, gdyby alarmujące symptomata wróciły, prosił, aby mu znać dano.
W czasie całéj narady prawie nie mówiąc nic, — z osłupiałemi oczyma siedziała biedna Julia — słowa z niéj dobyć było trudno. Najmniejszy szelest tylko przerażał ją tak, iż największą cichość musiano nakazać w domu.
W jednéj chwili cała kamienica już wiedziała o wypadku. Kucharka i Agatka musiały o nim opowiadać, ludność wszelka zebrała się około nich słuchać. — Obie opowiadały, każda inaczéj.
W kamienicy uczyniło to wrażenie przerażające.
Wersye kucharki i Agatki chociaż godzące się z sobą w głównych faktach różniły się wielce szczegółami.
Agatka, która weszła pierwsza, utrzymywała, że panna trzymała w ręku papier... i że taki coś musiała przeczytać... Kucharka dowodziła, że ojciec pannie Julii czynił wymówki (słuchała oczywiście pode drzwiami), za co się — zadaje z paniczem z górki... który ją przeprowadzał... O tém opowiadała i Agatka. Majstrowa Noińska i poważniejsze osoby domyślały się, iż ani chybi szło — zględem kawalera z górki, że ojciec mu był przeciwny, a panna go kochała. Przypuszczenia majstrowéj, która miała bujną wyobraźnią, szły nawet tak daleko, że kucharka się oburzyła.
— E! co bo znowu pani majstrowa se myśli. To panna nie taka, żeby, z pozwoleniem, mogła się w romansy wdawać na wschodach... Ją trzeba znać!
Rozprawy były długie i żywe, a gdy doktor schodził zamyślony, śledzono go pilno oczyma, — jakby mu coś z twarzy wyczytać chciano. Kucharka go zagadnęła.
— Proszę pana konsyliarza — cóż nasza panna... bo my ją tak kochamy.
— Możecie być spokojni — nic nie jest. Co ma być? Osłabła, upadła... stłukła sobie głowę, poleży jaki dzień i wstanie zdrowa jak ryba...
Noińska usłyszała to, ale przyjęła z niedowierzaniem.
— Daj on tak sam zdrów był! szepnęła. Ciotka na krok nie odstępowała od łóżka, dawano wodę z kroplami kwiatu pomarańczowego, laurocerasus.. różne rzeczy... nacierano... okładano. Stan jednak choréj wcale się nie zmienił. Jedna chwila na jéj młodéj i świeżéj twarzy uczyniła taką zmianę straszną, piorunującą, oczy tak patrzały dziwnie, obłąkanie, iż ciotka ręce łamała z rozpaczy... a tu Brennera, który tak niespodzianie został z domu porwany, nie wiedzieć kiedy się nawet było spodziewać.
Noc nadeszła i w kamienicy na dole wygadały się komoszki, na górce już tylko u pana Kaliksta i na pierwszém piętrze w pokoiku panny Julii się świeciło. Tu nikt oprócz Agatki, która siedząc usnęła, nie myślał się spać położyć. Czekano, aliści Brenner wróci. Panna Julia dostała gorączki. Ile razy znużona ciągłym płaczem zamknęła powieki, zrywała się z krzykiem, łamała ręce i powtarzała ciągle — A! ja nieszczęśliwa! Małuskiéj już najrozmaitsze myśli przychodziły, chciała dopytać u siostrzenicy coś, wywołać zwierzenie, Julia trzęsła głową — nie odpowiedziała nic — prócz że była najnieszczęśliwszą.
Godziny upływały powoli. — Północ, druga, trzecia, czwarta... — naostatek i na dzień się zabierało a Brenner nie powracał.
Około piątéj zaturkotała dorożka i zatrzymała się u bramy. Małuska wybiegła na dół wschodów. Obaczywszy ją Brenner się uląkł.
— Nieszczęście! mój radzco! nieszczęście! a my tu w domu same baby... nie wiedzieć co radzić... Julka nagle zasłabła... po wyjściu waszém weszła do gabinetu po lampę... i nie wiem, co się stało. Znaleźliśmy ją omdlałą, leżącą na ziemi.
Brenner, który jedyne dziecko nad życie kochał, nie odpowiadając ani słowa, rzucił się na górę... wprost do łóżka choréj. Tu, widok jego zamiast uspokojenie przynieść wywołał kryzys gwałtowną. — Ujrzawszy go Julia, zakryła sobie oczy i zemdlała znowu...
Brenner stał nad nią jak trup... On także zdawał się tracić przytomność... Małuska go targała za ręce... nie rozumiał, co do niego mówiła. Pobiegł do gabinetu, a dzień już dozwalał tam rozeznać wszystko — zatrzasnął drzwi za sobą.. Kucharka słyszała, jak z pasyą biuro zamykał... i biegał po izdebce. Wkrótce potém wrócił do córki. Posłano po Borzęckiego. Stan Julii się pogorszył...
Bieganie po domu, ruch, niepokój, wołanie ujść nie mogły uwagi mieszkającego na górce. Nad ranem po bieliznę na strych biegła kucharka, gdy Kalikst drzwi otworzył, pytając się, czy się co u nich nie stało?
— A! to pan nic nie wie! poczęła żywo jejmość — ta to istorye, proszę pana... trajedye, proszę pana... sądny dzień. Panna nam jak omdlała padłszy, tak do przytomności nie można jéj przyprowadzić. Co nie robili, doktor był... A płacze i rzuca się.. aż patrzeć okropno... Wszyscy stoją jak pozabijani... Pan płacze, ciotka, my wszyscy... Czy konwulsye, czy jakie chorobsko nagłe... ale płacze i krzyczy ciągle i to bez daj — racyi.. bo nic się nie stało.. ojca nie było... Tak, chwyciło coś... i...
Kalikst nie śmiał już pytać więcéj, tylko o imię doktora...
— A to nasz ordynaryusz, odpowiedziała kucharka, z Nowego Świata... Borzęcki, co chodzi do Dzieciątka Jezus...
Kalikst znał Borzęckiego i podziękowawszy kucharce zamknął drzwi, zaraz chcąc się ubrać, aby iść się go spytać o Julią...
Doktor tymczasem wezwany przyszedł, ale oprócz tych samych symptomów co poprzednio, spotęgowanych tylko — nic nie znalazł nowego. Nakazał te same środki a nadewszystko spoczynek... Radzca wyprowadził go niespokojny do gabinetu.
— Niech mi pan będzie łaskaw powiedzieć otwarcie — naprzód, czy grozi niebezpieczeństwo, potém... co mogło być przyczyną?..
Borzęcki ruszył ramionami...
— Niebezpieczeństwa dotąd nie widzę, ale tak silna jakaś kryzys — nie dobra dla przyszłości... Co do przyczyn, jabym się od pana chciał o nich dowiedzieć. Coraz mocniéj przekonany jestem, że przesilenie to, atak... wywołało wrażenie moralne, uczucie jakieś... wypadek — to nie jest choroba ze krwi, humorów, z nienormalnych funkcyi organizmu, ale cios z zewnątrz.. cios na nerwy...
Spojrzał na Brennera, którego twarz posiwiała i pożółkła, przybrała barwę niemal trupią... Stary radzca drzał...
— Nic nie wiem — wybąknął sucho.
Uprosiwszy o nowe odwiedziny po kilku godzinach — Brenner odprowadził doktora do sieni. Tu czekał nań Kalikst u góry na wschodach.
— Tst!..
Borzęcki podniósł głowę.
— Na minutkę proszę cię do mnie, bądź łaskaw...
Doktor, poznawszy starego przyjaciela od młodości, (nie wiedział, że tu mieszkał) przyjemnie zdziwiony, poszedł chętnie do niego...
— Dawno tu mieszkasz? spytał.
— Rok przeszło...
— Pewnieś ciekawy, co się dzieje na pierwszém piętrze i co ja tu robię.., A może cię śliczna panna obchodzi? Ja sam, przyznam się, obojętnie na nią patrzeć nie mogę...
Śmiejąc się, z obojętnością medyka Borzęcki rzucił się na kanapkę wyduszoną i wązką.
— Bardzo ładna panna! śliczna, miła i — nie głupia! dodał doktor... ale tatunio!
— Cóż się stało? spytał Kalikst
— Albo ja wiem! padła zemdlona w gabinecie ojca.. stłukła sobie głowę... ale stłuczenie jest niczém, symptomów wstrząśnięcia mózgu nie ma... Coś w tém wszystkiém jest tajemniczego... wrażenie jakieś... zmartwienie, rozpacz, nie wiem... Płacze i jest jak obłąkaną... Nic nie rozumiem... Kto wie... Histerya może... ale na to nie wygląda. Zdrowa, świeża a taka rozumna i zimna!!
— Znasz ojca? co to za człowiek? dodał Borzęcki. Jakiś radzca... cóż i komu radzi?? w komisaryacie...
Kalikst miał na ustach już wyraz ale go powstrzymał...
— Nie wiem o nim nic, nie znam go — odparł po namyśle. Sumienie mi każe ci powiedzieć, że — słusznie czy nie, ludzie się go wystrzegają.
Skrzywił się Borzęcki i usta zakąsił.
— Ja się o tém dopiéro wczoraj dowiedziałem, — kończył Kalikst, bo w domu uchodzi za kupca... za spekulanta...
— Jedno nie przeszkadza drugiemu — odezwał się Borzęcki. Daj mi fajkę, jeśli masz i — idę, bo mam innych chorych.
— Czy panny stan niebezpieczny? — zapytał Kalikst...
— Albo ja wiem! westchnął doktor. Z nerwami jak z waryatami nigdy wiedzieć nie można, co nas spotka... może być — nie — i może się stać co najokropniejszego. Jeszcześmy do tego nie doszli, aby ich drogi módz naprzód wyznaczać. Wedle wszelkiego podobieństwa, jeśli przyczyna ustąpi, młodość zwycięży, zdrowie wróci... Ale młodość téż ma to do siebie, że silniéj przyjmuje wrażenia. Wszak się w pannie nie kochasz przecie? śmiejąc się spytał Borzęcki.
— Nie — odparł Kalikst — chociaż przyznam ci się, że jest — niebezpieczną.
Borzęcki wstał ziewając. Z kościoła Św. Krzyża dolatywały głosy dzwonów, miasto się ruszało, wozy turkotały, ulice na nowo żyć poczynały. Nowym Światem już gdzieś komenderowana szła w milczeniu konnica... z innéj strony maszerowała piechota, bęben się gdzieś odzywał z daleka.
Brenner siedział u łóżka córki, Małuska poszła się modlić — sługi były na dole.
Nagle Julia poruszyła się, podniosła, obejrzała dokoła, i ojca widząc przed sobą, oczy w niego wlepiła. Lecz nie był to ów wyraz jéj dawny, z jakim patrzała na rodzica — zdawała się nań spoglądać z trwogą... z podziwieniem, z wyrzutem... Brenner mimowolnie zmięszany spuścił oczy. Wzrok ten przeszył go boleśnie. Pochylił się ku córce, która się cofnęła nieco od niego. Jeszcze raz potoczyła wzrokiem po pokoju i cicho odezwała się głosem drzącym.
— Ojcze mój, nieszczęśliwy... ja wiem — ja wszystko wiem.
Tu zamilkła, bo płacz przerwał jéj mowę i głos przytłumił.
— Dziecku się nie godzi sądzić rodzica ani mu czynić wymówek, lecz ojcze mój! ojcze! dla czegoś mnie tak wychował, że się wzdrygać muszę na to, co czynisz?
A! trzeba było dać mnie tam, gdzieby mi wszelkie uczucie odjęto... i wstyd i —
Nie dokończyła... głowa jéj padła na kolana, zatuliła oczy rękami, płakała zanosząc się.
Twarz Brennera w czasie, gdy słuchał jéj, mieniła się tak chyba jak człowieka, którego wiodą na ścięcie, który chce okazać męztwo a pada z trwogi i bólu... dźwiga się i sobą nie władnie, miota bezsilny i litość obudza tylko. Na przemiany blady, siny, żółty, czerwony, drzał cały... pot mu na czoło występował... Kilka razy ku córce się chylił i odstępował. Głosu mu brakło... w ustach spiekłych zaschło.
— Julio, rzekł — Julio — uspokój się... proszę cię... Nie godzi ci się mnie sądzić — samaś rzekła, nie sądź mnie — nie zabijaj... miéj litość nad sobą i nademną.
Nie mógł mówić więcéj...
Julia podniosła twarz zapłakaną, ale jakby siłą woli uspokojoną.
— Mój ojcze — odezwała się — ja — ja tu pozostać nie mogę... ten każdy chleba kawałekby mnie zadławił — ja muszę iść ztąd... Do klasztoru... na służbę... w świat, nie wiem — choćby na zgubę... ale ja tu pozostać nie mogę...
Brenner ręce załamał.
— Dziecko moje — krzyknął — chcesz mnie zabić chyba... Ja dla ciebie pracowałem, ja się zaprzedałem dla ciebie... ja sobie w łeb strzelę... nie przeżyję tego...
To mówiąc, na łóżko jéj głowę położył i sam płakać począł. Usłyszawszy go szlochającego Julia, chwyciła za głowę i zaczęła całować, jakby się już z nim żegnała. Milczeli oboje... Brenner się podniósł z dziką energią.
— Słuchaj — zawołał — daję ci słowo, jak kocham ciebie, na wszystko, co u człowieka święte... jeślim jakie złe uczynił — stokroć je naprawię i odsłużę... Zginę — ale się oczyszczę... Nie opuszczaj mnie, nie gub... nie zabijaj...
Cichym szeptem zbliżywszy się do Julii zakończył z nią rozmowę Brenner. Córka się uspokoiła, płakała jeszcze, lecz leżała na poduszkach, nie okazując znaków zburzenia... Brenner powtarzał nad nią — Zginę, ale się oczyszczę...
Coś sobie przypomniawszy w téj chwili, pobiegł do gabinetu — przyniósł papiery, zaczął je pokazywać Julii, szeptać znowu. Zdawało się, jakby chciał dowieść, iż spełnił swe obowiązki w taki sposób, iż raczéj ocalał niż szkodził...
Czy panna Julia uwierzyła mu, czy się w istocie przekonała, iż nie tak był winnym, jak sądziła — to pewna, że znowu cichym szeptem długim zakończyli rozmowę i Brenner, pożegnawszy ją, sam spiesznie wyszedł z domu.
Julia dopiéro teraz po wyjaśnieniu jego usnęła a ciocia Małuska na palcach wszedłszy znalazła ją już głębokim snem ujętą.
Nakazano w całym domu milczenie... Brenner tymczasem biegł uliczkami bocznemi z papierami za surdutem do pałacu Kossowskich, w którym mieszkał jenerał Lewicki... Pomimo uspokojenia córki i przebytéj ciężkiéj z nią chwili stary zaledwie iść mógł, tak jeszcze czuł się poruszonym, osłabłym. Nie mógł się znać uwolnić od obowiązku... Tyłem dostał się, — zataczając jakby pijany, do prywatnéj kancelaryi jenerała...
Tu w téj chwili nikogo nie było oprócz owego sławnego pijaka Charłampowicza, który zwykle raporta do w. księcia przepisywał. Ponieważ już od dni kilku Charłampowicz ciągłe był pijany tak, że przepisywać nie mógł, tego dnia grubym sznurem przywiązany był za obie nogi do stolika... Sznur zaś tak misternie na jakieś węzły był splątany, że choćby go mógł rozwiązać, nie potrafiłby potém spętlić podobnie. Charłampowicz blady, przepity, cuchnący wódką, ze czkawką, siedział nad papierem i ze złością ale z wprawą raczéj doskonałego rysownika niż kaligrafa z leżącego przed sobą brulionu raport kopiował.
Podniósł głowę zobaczywszy Brennera i nic nie mówiąc pokazał mu język tylko, spuścił oczy — pisał daléj.
Obok był pokój jenerała, który się właśnie do Belwederu wybierał. Nawet dla dowódzców i faworytów w. księcia wyprawa do Belwederu była sprawą wielkiéj wagi. Nawet jenerałowi nie przebaczył w. książę niezapiętego guzika, przyszytego na odwrót, najmniejszéj nieregularności w ubiorze, najnieznaczniejszéj emancypacyi przeciw formie. Każdy jadąc do Belwederu, choćby był Lewickim, Zandrem, Kratą, Aksamitowskim a nawet Blumerem, dobrze się musiał na około opatrzeć sam, nim się odważył stawić w przedpokoju księcia.
Gdy Brenner zapukał, jenerał się kończył ubierać; na kanapce mający mu towarzyszyć siedział właśnie Blumer, ów najposłuszniejszy z posługaczów, którego dla jego sprawności i trafności zwano „Kuchenrejterem w. ks..“ — Jak pistolety Kuchenrejtera, słynące z celności, tak Blumer z niemiłosiernego spełniania rozkazów był znanym...
— A! to ty! — odezwał się po rusku Lewicki — a cóż?
Brenner jąkać się zaczął. Stał u progu...
— Jaśnie Wielmożny jenerale — począł głosem drzącym — ja mam w domu nieszczęście, córka mi zachorowała śmiertelnie — proszę choć o dzień uwolnienia.
— Co? co? — krzyknął Lewicki. — Co ty, zbiesił się, czy co? To nie może być! Łżesz... Wczoraj widziałem twoją córkę, krasawicę, zdrową... co jéj może być?
— Dostała w nocy konwulsyi — zawołał Brenner.
Lewicki zburzony ramionami ruszył.
— To jéj doktora poślij! — zawołał — dziewka zdrowa, piękna... Jéjby młodego kirysiera tam wykomenderować, zarazby wyzdrowiała...
Słysząc te cyniczne drwiny, z których Blumer się śmiać zaczął, Brennerowi twarz pożółkła...
Jej Bohu! — dodał Lewicki — wczoraj pierwszy raz ją widziałem, ale panienka — cudo! Zkądże się jéj wzięło chorować?..
Milczał Brenner, Blumer mu się przypatrywał ciekawie.
— Co mnie tam choroba — dorzucił Lewicki — służba idzie przedewszystkiém... Ciebie nikt nie zastąpi. — Ja ci będę szukał innych? Gdzie? Kiedy? czasu nie ma.., a do takich rzeczy trzeba sprytu jak twój — rozumiesz... A zatém — poszedł precz i do roboty...
Brenner chciał coś mówić...
— E! jaka bestya... uparta! — krzyknął Lewicki nogą tupiąc — poszedł won, mówię... a nie... to...
I wskazał na drzwi...
W téj chwili, gdy Brenner już się wysuwał, do drugich drzwi zapukano i, Lewicki głos zmieniwszy, doskonałym akcentem, ze słodyczą i salonowym wdziękiem odezwał się do wchodzącego.
Charmé de vous voir, Monsieur le Comte... a quoi suis-je redevable de l’honneur de votre presence?
Ta nagła przemiana tonu z grubiańskiego na słodki należała zawsze do charakterystyki wysoko położonych osób, które bywały zmuszone dziesięć razy na dzień łajać najokrutniéj i przybierać salonowe formy i ogładę.
Przybyłym był pono jenerał Staś hr. Potocki... późniéj nieszczęśliwa i niewinna ofiara pierwszéj chwili rozgorączkowania.
Brenner wyszedł blady i pomięszany, stanął jeszcze u progu ze spuszczoną głową, a Charłampowicz miał sposobność powtórnie mu język pokazać. Nie widział go wcale Brenner, wlokąc się zwolna nazad z kancelaryi... i wysuwając z pałacu...
Odszedłszy od niego kroków kilka, stanął powtórnie, jakby się namyślał... Nie było sposobu uwolnienia się od obowiązku... Niepokój wołał go do łóżka choréj córki, niewola ciągnęła tam, gdzie musiał służyć w najohydniejszy sposób tym, co mu jego spodlenie płacili. Surowość i grubiaństwo jenerała Lewickiego, które może dawniéj i kiedy indziéj byłyby po nim, nie dotknąwszy go, spłynęły, na chorą padając duszę, dobyły z niéj gniew i pragnienie zemsty.
Zaczerwieniła mu się twarz...
Uczuł wściekłość niemal ku tym, co go tak sponiewierali, co nim pomiatali i nie taili się nawet ze wzgardą... W ręku ścisnął z całéj siły kij, który trzymał, i krokiem szybkim posunął się, spojrzawszy na zegarek, ku Bernardynom.
Obejrzał się jednak do koła wprzódy i ze zręcznością wprawnego od dawna do wywijania koziołków zająca — począł przemykać się kołując, przyczajając przy ścianach... dopóki, jak mu się zdawało, niepostrzeżony nie dostał się do klasztoru... Znowu popatrzał na zegarek... a że cela, do któréj zmierzał, była mu zapewne znana, nie pytając wprost poszedł do niéj i do drzwi zapukał...
Gdy po odpowiedzi ze środka Brenner wszedł, zastał ogromnego, opasłego ojca, który kaptur zrzuciwszy, właśnie po umyciu twarzy ocierał się ręcznikiem, stojąc w środku izdebki. Zobaczywszy Brennera, jakby oczom nie wierzył.
— Jak mi Bóg miły! czy Brenner czy upiór! a ty tu co robisz!!
Przybyły stał smutnie nie patrząc w oczy...
— Bracie a raczéj ojcze — odezwał się — bo choć mi jesteś stryjecznym, ale suknia cię ojcem nazywać każe. Ja tu od lat wielu mieszkam.
— Tu? a dopiéro dziś raczyłeś się do biednego Bernardyna dowiedzieć? hm? Cóż? czyż nie wiedział, że ja tu?
— Wiedziałem, odparł Brenner — ale dajcie mi siąść, bo padnę. Ojciec Porfiry wskazał stołek. Przypatrywał mu się tak ciekawie, niespokojnie, chmurno, iż w przeszłości stósunków przyjacielskich między stryjecznymi domyślać się było trudno.
— No, kiedyś już do mnie przyszedł, gadajże — odezwał się tłusty gospodarz kończąc ocieranie i zabierając miejsce na twardém swém łóżeczku. Co cię tu sprowadziło?
— Bieda! odezwał się Brenner.
— Aha! aha! rozśmiał się ksiądz — przyszła koza do woza! Proszę! bieda... Ale to, panie Boże mi pomóż, coś osobliwego, żeby się taki człowiek jak wy... z biedą spotkał. No — ja to co innego — ale ty, panie Pietrze, musiałeś zawsze chodzić takiemi drogami, że rychléj się mógłeś natknąć na to, co u was się szczęściem nazywa niż na biedę. To już coś osobliwego — a no — gadaj.
— Prawie ze spowiedzią do was przychodzę — rzekł Brenner ponuro.
— Słuchajże, jeżeli ze spowiedzią, to chodźmy do konfesyonału — ja cię tu tak, urwij, połaj, spowiadać nie będę. — A jeżeli ci się, kochanku, zda, że po staréj znajomości i dla pokrewieństwa cię rozgrzeszę łatwo — to się okrutnie mylisz...
— Mój kochany ojcze — odezwał się Brenner niecierpliwie — na spowiedź będzie czas... chcę twéj rady...
— Mojéj rady? rubasznie przerwał O. Porfiry, zdaje mi się, że i z tém kulą w płot trafiłeś! A co ja ci mogę innego poradzić, oprócz żebyś był uczciwym człowiekiem i dobrym chrześcianinem? A czy to ty potrafisz...
— No — nie żartuj — zawołał Brenner — dziś nie pora. Słuchaj, nie przeczę, że szelmą byłem i jestem nawet... ale mam jedno dziecko, które kocham — moje szelmostwo dziecko zabija... Chcę zostać — poczciwym...
W mowie człowieka tego było coś tak przekonywającego, tak prawdą tchnącego, że Bernardyn, który słuchał z szyderską miną w początku, spoważniał i zamilkł... Trwało milczenie chwilę — Brenner czekał, Bernardyn się namyślał...
— Cóż to ty? ożeniłeś się? kiedy? córkę masz czy syna? — spytał.
— Byłem żonaty, żona mi rychło zmarła, mam córkę, anioła — kocham ją nad życie... Od wczoraj mi zachorowała z rozpaczy, dowiedziawszy się, komu ja i jak służę — niech licho ich porwie... dziecko mi droższe nad wszystko. Rzucę... wyjadę, ucieknę...
— Albo to cię twoje kochane kacapy puszczą tak łatwo, odparł ksiądz. Mój kochany — grzech ciągnie pokutę za sobą; nie myśl, aby ze złém tak się było łatwo rozstać, jak się zdaje. Smoła przylega do człowieka. Ta to, mosanie, i Twardowski, o którym jest legenda, że djabłu duszę zapisał, pożałował potém tego, a no z pazurów grzechu, z łap szatańskich i et-cetera... nie łatwo się wydobyć...
Brenner się za głowę pochwycił.
— O nieszczęśliwa dola moja! — zawołał — jeśli dziecię stracę, sam sobie życie odbiorę... Na co mi ono? do czego? Dla niéj żyłem...
Jęczał tak, Bernardyn słuchał...
— Co pomoże lamentować, odezwał się — albo co ja i mogę radzić? ja? mnich, siedzący w celi. Tobie bo się w głowie przewróciło!
— Nie — rzekł Brenner — ty — to nie może być, ty się z patryotami musisz znać, tyś zawsze był zagorzałym... nie podobna, abyś z młodzieżą stósunków nie miał...
Bernardyn począł, chodząc po celi, śpiewać..

„Zawitaj ranna jutrzenko!“

I głową kiwał. Stanął potém przed Brennerem i otworzywszy tabakierkę poczęstował go tabaką...
— Masz mnie za okrutnego symplicyusza, bracie, odezwał się, karmiąc takiemi anegdotkami o skrusze.. o poprawie, o córce.. aby mnie muchy z nosa ciąguąć!
Ale u mnie i w klasztorze much nie ma, tu nic nie wyciągniesz.
Albo to Bernardyni do tego przeznaczeni, aby się w patryotyzmy bawili! Nasza rzecz zmyć głowę grzesznikowi, mszyczkę świętą odprawić, ochrzcić, dziecko katechizmu nauczyć — no — i ja ci się przyznam, jak wojenka, na koniu z krucyfiksem przed pułkiem... hejże — choćby na Moskala!
Tu się po ustach uderzył.
— O! bodajże — przepraszam! wyrwało się samo...
Ale — moja duszo — ciemnemi drogami, gdzie tylko człek guza sobie nabić może, my nie chodzimy...
Na to są inni...
— Nie wierzysz mi — zawołał Brenner.
— Już tam sobie sądź, jak ci się podoba — ale tu u nas nic nie wskórasz... Klasztor i sumienie możecie zrewidować — nie ma nic zakazanego. Daj mi święty pokój...
— Bóg z tobą — panie bracie — wstając ze stołka odezwał się Brenner — chciałem ci tylko powiedzieć jedno... Tu głos zniżył. — Dziś za Pragą w kolonii uczta dla Kamińskiego ze Lwowa... dozór nad nią mnie powierzony — niech będą spokojni... powiedz im, niech będą spokojni — uszy pozatykam...
O. Porfiry popatrzał długo, ręce założył w tył... od stóp do głowy stryjecznego mierzył, prychnął, ramionami ruszył i nic nie mówiąc dał mu tabaki drugi raz...
Zmięszany tém przyjęciem Brenner, rzucił się rękę jego całować, ścisnął ją, a gdy podniósł głowę, O. Porfiry ujrzał, że oczy miał łez pełne...
W téj chwili zmieniła się fizyognomia Bernardyna i rzekł cicho:
— Dajno pokój beczeniu, boś nie baba... chodźno ze mną...
I razem wyszli z celi...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.