Pokusy/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustaw Zieliński
Tytuł Poezye Gustawa Zielińskiego
Data wydania 1901
Wydawnictwo Własność i wydanie rodziny
Drukarz S. Buszczyński, Toruń
Miejsce wyd. Toruń
Źródło skany na commons, t. II
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron



POKUSY
FANTAZYA.





POKUSY.



1.

Pędzi jeździec przez stepy w noc ciemną,
Jakąś żądzą trawiony tajemną. —
Czy ucieka?... czy może w pogoni
Za tabunem porwanych mu koni?...
Czy go nuda w szeroki świat żenie?...
Może miłość, lub zemsty pragnienie?...
Myśl człowieka, — to przepaść! — któż zgadnie,
Jaki tam twór porusza się na dnie.

2.

W nagłym pędzie — koń stanął jak wryty;
Zarył w ziemię przedniemi kopyty,
Zestrzygł uszy — i chrapaniem z garła,

Dawał znaki, że czuł wielką trwogę.
Czyby tygrys zastąpił mu drogę?...
Czyby przed nim przepaść się rozwarła?...
Nie! — w tej chwili przez nieboskłon czysty,
Przelatywał meteor ognisty,
I nim ugasł z łomotem i trzaskiem,
Tak nieziemskim objął stepy blaskiem,
Takiem morzem świetlanego płynu
Oblał trawy — z ich puchem i kwiatem;
Że step — zdał się czarnoksięskim światem,
Z iskier: złota, szafiru, rubinu.

3.

Jeździec — młodzian w życia pełnej sile,
Mało zważał na niebios zjawisko;
Bo przy świetle, które trwało chwilę,
Dojrzał inne, — groźniejsze... tuż blizko.
Czterech konnych — w rzeczy dzielnych gońców,
Wprost nań biegło z czterech stepu końców;
W inne barwy, każdy był przybrany,[1]
Koń każdego, — innej był odmiany.
Widać — zdradnie został oskoczony,
A tu z nikąd pomocy, ni schrony.
Uciec!... hańba i niepodobieństwo!...
Czterech zwalczyć?... to istne szaleństwo!...
Więc się tylko — osadził w strzemieniu,
Za nóż chwycił — dla bliższej obrony,
I pozostał w miejscu niewzruszony,
Zdając resztę — swemu przeznaczeniu.

4.

Ów, co nań pędził od strony wschodu,
Na wiśnio-gniadym sadził bachmacie;
Widać potomek hańskiego rodu,
Od stóp do głowy — cały w szkarłacie.
A blask szat jego, takiej był mocy,
Że choć już ugasł ów wąż świetlany,
On, świecił sobą, śród cieniów nocy,
Jakby w jutrzenki ogniach skąpany;
Gwiazdą z rubinów miał kaftan spięty,
A na kołpaku — lychnis zatknięty.[2]
Powitał jeźdźca, skłonieniem głowy,
I doń przemówił takiemi słowy:

5.

„Błyszczy gwiazda poranna na Wschodzie,
Promieniami w świat daleki strzela;
Rośnie róża w czarownym ogrodzie,
Roskosz — w uśmiech jej listki rozdziela;
Uśmiech róży — to serce dziewicze,
Gdy przeczuwa miłości słodycze;
Blaski gwiazdy — to młodzieńca oczy,
Gdy je dziewczę swym czarem otoczy.
Ty, młodzieńcze chciej być gwiazdą Wschodu;
Ja ci różę ukażę ogrodu.
Żadna hurys w Edenie Proroka,
Nie ma blasku tak czarnego oka,
Ani włosa — z tak bujnemi sploty,
Ani ustek — milszych do pieszczoty.

Przy ognisku: potulna i cicha,
Jak ów fjołek, co w trawce oddycha;
Lecz niech w stepie dosiędzie rumaka,
Z orłem, chartem, puści się po fali
Traw szumiących... by polować ptaka,
Zgonić zwierza, co pomknął się w dali;
Dziwny ogień żarzy się w jej łonie,
Co z ócz tryska... i na licu płonie;
Że rozpoznasz w stepowej dziewczynie,
Krew Sułtańską, co w jej żyłach płynie.
Ale miłość — jak każdy dar nieba,
Aby posiąść: zdobyć ją potrzeba.

6.

Tam, na wschodzie, są góry olbrzymie
Ciemnym lasem porosły ich boki,
Wyżej skały, a ich szczyt wysoki
W śniegach wiecznych i w lecie i w zimie.
Do gór środka, jest przejście tajemne,
Przez parowy głębokie i ciemne.
Wąska ścieżka, którą dzikie kozy
Wydeptały, pędząc przez wąwozy,
Gdy je spłoszą wilki lub niedźwiedzie,
Pełna trudów, w ten górski świat wiedzie.
Nad huczącym w przepaściach potokiem,
Przez drzew gęstwy, przez skał rozpadliny
Piąć się trzeba — aż tam... gdzie przed okiem
Błysną fale śród wielkiej doliny.
Allach! Akbar! — krzykniesz od zachwytu,
Gdy w krąg ujrzysz otchłanie błękitu.

7.

Na jeziora rozległym obwodzie,
Cudny obraz odbija się w wodzie;
Z brzegów, lasy w głąb’ piętrami rosną,
Świerk z modrzewiem, wiąz miesza się z sosną;
Niżej lasów — ciemne, nagie góry,
Poszczerbione... burz i gromów ślady,
Z ich rozpadlin pędzą wodospady,
A po grzbietach czepiają się chmury;
Od chmur niżej — sterczą sczyty białe,
Niby starców głowy posiwiałe;
A pod niemi — na błękitów fali,
Coraz niżej, głębiej... coraz dalej...
Sunie księżyc i gwiazdy — lub słońce,
W tych bezdennych przepaściach świecące.

8.

Za jeziorem, w zacisznej ustroni,
Śród kwitnących morel i jabłoni,
Zasiadł auł — i zajął w użytek
Bujny padół, pod liczny dobytek.
Tam, zobaczysz, na rozkwitłej łące,
I wielbłądy z bydłem się pasące;
Jak pomiędzy ich spokojne stada,
Tabun źrebców pędzi jak kaskada;
Jak po wzgórzach pnąc się przez manowce,
Rozproszone skubią trawę owce.

9.

Śród aułu — jest jurta osobna,[3]

Wyższa, szersza i więcej ozdobna,
Białym kryta wojłokiem, a z góry
W dół, ujęta przez jedwabne sznury;
Tkań kaszmiru zdobi jurty ściany,
Z boków skrzynie, co mieszczą sprzęt drogi,
W środku perskie wspaniałe dywany,
I wzorzyste kobierce pod nogi.
A w tej jurcie — hoże dziewczę rośnie,
Które tęskni i marzy miłośnie.

10.

«Mam strój piękny, barwny i bogaty,
«Z chińskich tkanin kosztownych mam szaty;
«Sznury pereł, moc złotych pierścieni,
«Co się błyszczą od drogich kamieni;
«Nic mi nie brak — a przecież ja czuję,
«Że mi czegoś do szczęścia brakuje.

«Po jeziora gdy igram krysztale,
«Niby rybka co pluśnie nad fale,
«Widzę jasno w przezroczu tej wody,
«Że mi Allach nie skąpił urody;
«Nic mi nie brak, — a jednak ja czuję,
«Że mi czegoś do szczęścia brakuje.

«Mam służebnic orszak na skinienia,
«Co mi pracę w lekki trud zamienia;
«Chcę swobody?... mam stepy na okół...
«Jak wiatr leciem — koń mój, chart i sokół.
«Nic mi nie brak, — a przecież ja czuję,
«Że mi czegoś do szczęścia brakuje.


«Gdy noc cieniem otoczy namioty,
«Sny mnie budzą... bo czegóż się nie śni?...
«Słucham... słowik powtarza me pieśni,
«Ja tak lubię tę piosnkę tęsknoty;
«Nic mi nie brak, — a jednak ja czuję,
«Że mi czegoś do szczęścia brakuje.

«Stary Mułła, z gwiazd wróżył mi szczęście,
«Gdy mnie dzieckiem żądano w zamęście,
«Dziś, gwiazd pytam? — czy się z ich promieni
«Krążek światła w jeźdźca nie przemieni?...
«Gwiazdy milczą — i dopiero czuję,
«Jak mi wiele do szczęścia brakuje.»

11.

Narzeczony o którym wspomina
Rozmarzona, w swych dumach dziewczyna,
Ty nim jesteś!... wieść o tobie głucha,
Jak szmer liści, doszła do jej ucha,
I ubrała — w jej myśli młodzieńczej,
W gwiazd promienie i w kolory tęczy;
Teraz — wzrokiem śledzi na obszarze,
Czy się w dali choć pył nie ukaże,
A z za pyłu jaki jeździec dzielny,
Co wyprzedza swój orszak weselny!
Próżno czeka!... przez stepów przestworze
Pędzą — sarny i dzikie tabuny,
Lecą — wichry, orły i pioruny;
Kogo pragnie — dopatrzeć nie może.

Gdzież ów jeździec?... powtórzę ci w treści,
Smutny wątek, niedawnej powieści.

12.

W Siedmiorzeczu dwóch przyjaciół żyło,
W dwojgu piersiach, jedno serce biło.
Na barantę, na bój, czy na łowy
Powstał zamiar — to jak z jednej głowy;
Tak we wszystkiem zgadzali się wzajem,
Sułtan Akbaj, z Bijem Karybajem.
Czy koczować?... czy obrać siedlisko?...
Zawsze razem, zawsze siebie blizko,
Nigdy w sporze; — nic im na zawadzie,
Choć gromada chodzi przy gromadzie,
Chociaż tabun przy tabunie hasa,
Choć błoń sczupła ich stada wypasa.

13.

Raz rzekł Sułtan: „przyjaźń co nas łączy,
Niechże z nami w grobie się nie kończy;
Tobie Allach dał pociechę, syna,
W mojej jurcie rośnie mi dziewczyna;
Gdy dorosną, jak dwóch pni gałązki;
Niech się złączą przez małżeńskie związki;
Jednem drzewem niech się w górę wiją,
I nas starców — swym cieniem okryją.“
Ręka w rękę — i zamiar w tej chwili
Obaj ojce przysięgą stwierdzili.

14.

Przyszła zima, — ciężka, mroźna zima;
Śnieg się sypie... dla stad karmu nie ma;
Próżno konie kopią śnieg od głodu,
Zamiast trawy, dokopią się lodu.
„Trzeba spiesznie dobytek ratować,
Zwinąć jurty... w góry odkoczować,
Gdy z nas każdy inną pójdzie drogą,
Łatwiej stada wyżywić się mogą.“
Po naradzie, — Karybaj z Akbajem
Każdy innym powędrował krajem;
A Karybaj trupem drogę znaczy,
Stracił stada — i umarł z rozpaczy.

15.

U sułtana — to rozkosz i zbytek,
Z każdą chwilą mnoży się dobytek;
Auł — coraz szerzej się rozpiera,
U ogniska — tłumna czeladź zbiera;
Allach w szczęściu i zdrowiu go chowa.
W tem, uboga przychodzi doń wdowa,
Prosi wsparcia, pokazuje syna,
Dawną przyjaźń, przysięgę wspomina.
Sułtan w złości, obelg im nie sczędził,
Wdowę z dzieckiem wyszczuł i wypędził;
„Precz mi z oczu!... jam nie bogacz taki,
Bym mógł wszystkie przygarniać żebraki,
Wybrać zięcia, który jeść co niema...
Ja nie oddam córki bez Kałyma“.[4]
O! Akbaju! gdzież święte umowy?...

Czy je wicher rozpędził stepowy?
Czy je słońce spaliło?... czy morze
W swe bezdenne schłonęło je łoże?...
Gdzież twa przyjaźń?... co jak gwiazda lśniąca
Miała obu przyświecać bez końca?
Wszystkoż znikło?... wyschło, jak zdrój czysty,
W twego serca pustyni piaszczystej?...
A czas leci... oj! płynie powoli,
Temu w sczęściu — a owym, w niedoli.

16.

Duch rycerski zawsze w twej rodzinie
Stał wysoko — jej krew w tobie płynie,
A do czynu nie brak ci odwagi,
Więc się pomścij tak ciężkiej zniewagi;
Twoje prawa niczem nie zachwiane. —
Chcesz wziąć odwet za krzywdy doznane?...
Teraz pora!...
Auł w górach skryty
Mieści — starce, dzieci i kobiéty;
Sułtan o los swych skarbów spokojny,
Wszystkich zdatnych na koń i do wojny,
Na daleką wziął z sobą wyprawę,
Zyskać nowe zdobycze i sławę.
Śmiały napad na auł śród nocy,
Rzuci popłoch, — a przy mej pomocy
Znajdziesz sczęście — gdyż twa narzeczona
Chętnie w twoje skłoni się ramiona. —
Ja ci drogę ukażę tajemną,
Jeśli żądasz miłości? — jedź ze mną.






II.
1.

Gdy ów, swe czynne zalecał usługi
Czwałem z południa nadbiegł jeździec drugi;
Koń pod nim dzielny, maści był bułanéj
Sam — w żółte barwy cały przyodziany,
Lśnił — niby złotym pyłem potrząśnięty,
Na złote słońce, miał kaftan zapięty.
Noc była ciemna — ale w owej chwili
W stronie południa, gdzie się niebo chyli
I krańcem swoim brzegów stepu sięga,
Ciągnęła chmura, niby czarna wstęga,
I takie blaski wciąż miotała z siebie,
Że było widno na ziemi i niebie.

2.

Zręcznie osadził konia przybysz nowy
I temi jeźdźca powitał słowy:
„Młodość, miłość, krasne lice,
To są tylko błyskawice;
Czar roskoszy, serc wzajemność,
Gwiazdy — co spadają w ciemność!“

Na nikłym blasku, któż swą przyszłość wspiera?
Gdy dusza młoda na świat się wydziera,
Żal, gdy ją zwichnie, lub w więzach zatrzyma,
Jakieś tam dziewczę z czarnemi oczyma.
Kwiat róży piękny, — ale krótkotrwały
Lada wiatr strząśnie... słoneczne upały
Zżółcą i spalą — i rychłą przemianą
Blaski ulecą... a kolce zostaną.
Kwiat róży piękny... czyż dla jego woni,
Wstrzyma się łowiec, gdy za zwierzem goni?...
Gdy piersią twoją owładła tęsknota,
Jak życie odziać w cudne sczęścia farby?
Do sczęścia droga jedyna, przez skarby
W postaci pereł, djamentów i złota.
Ale bogactwo, jak każdy dar nieba
Ażeby posiąść... zdobyć je potrzeba.

3.

Jest kraj, z którego wyżyn Arnu płynie,[5]
Nim się w piaszczyste rozleje pustynie,
Kraj żyznych dolin, wdzięcznie okolonych,
Wiecznie kwitnących i wiecznie zielonych;
Po wzgórzach lasy z balsamicznem tchnieniem,
Wabią do siebie owocem i cieniem.
Poza wzgórzami, groźne wstają góry,
Olbrzymie skały, co jak chińskie mury
Od wtargnień zimy, bronią jak od wroga,
A w końcu dolin — przez przepaście droga;
Szalona Arnu hucząc śród kamieni,

Tysiące w siebie pochłania strumieni;
A chcesz tam dotrzeć, zkąd czerpie swe wody?...
Świat niedostępny... zamknięty przez lody;
Sterczą iglasto w wiecznych śniegach sczyty,
Na których niebo wspiera swe błękity.

4.

W owych dolinach — śród wiecznej zieleni,
Wspaniałe słońce w ognistym turbanie
Jakby Padyszach na niebios rydwanie,
Rozrzuca wkoło złoto swych promieni.
To też smug każdy tej sczęśliwej ziemi,
Wciąż się okrywa płodami złotemi;
Złotym nektarem nalewa się trzcina,
Winorośl złote swe grona rozpina
Przez drzew gałęzie, w sploty łącząc drzewa,
Gdzie złoty owoc śród liści dojrzewa,
A całe łany złoty blask odziewa.
Ale nietylko słońce z sczodrej dłoni,
Wszystkie bogactwa składa do tych błoni:
Tam, każdy potok czystem złotem płynie,
A gdy się spuścisz do krain podziemnych,
W skałach głębokie odkryjesz jaskinie,
Dziwnie błyszczące w swych kryjówkach ciemnych;
Sądzisz, że iskry, że gwiazdy, że kwiaty,
W zaczarowane objęły cię światy,
A to opale, szmaragdy, rubiny,
Które sam Allach spuścił w te doliny.

5.

Z tych ziem błogich wyszła karawana;
Sto wielbłądów ugina swe garby,
Sto wielbłądów dźwiga wielkie skarby,
Kupców Giaurów, których zręczność znana,
Jak oszustwem, na drodze zamiennéj,
Dać zły towar — a wziąć drogocenny.
Psy niewierne, co szydzą z Proroka,
Z juk wielbłądzich nie spuszczają oka,
Bo ich dusze jakby za pokutę,
Do tych skarbów, chciwością przykute.
To też sobie obliczyli z góry,
Ile zysku da im przedmiot który;
Gdzie i komu... zbyć towar bogaty:
Szale Indu, kitajskie bławaty,
W licznych pakach, sprzęt srebrny i złoty,
I nad wszystko cenniejsze — klejnoty.

O! kto cząstkę tych skarbów posiędzie,
Żyć... użyje — i sczęśliwym będzie.

6.

Karawana pójdzie przez pustynie,
Przez szlak czarny, głodnym stepem zwany,[6]
Przez ruchomych piasków oceany,
Gdzie ślad każdy zsuwa się i ginie,
Jak na wodzie,... skoro łódź przepłynie.
Tylko zdala ludzki, lub wielbłąda
Szkielet biały, z pod piasków wygląda,

I wskazuje, jakby dla przestrogi,
Gdzie kierunek tej pustynnej drogi;
Któżby zechciał w kraj przekleństw i grozy,
Swe wędrowne posunąć obozy?
Walczyć z tarczą rozżarzoną słońca,
Kiedy pali ogniem swych promieni,
Albo z wichrem — gdy z końca do końca,
Na ogromnej tych pustyń przestrzeni
Rwie kurzawy, zaćmi dzienne blaski,
I jak morzem, porusza te piaski;
Któżby zechciał, złożyć tam swe kości?...
Gdyby nie miał wiary i pewności,
Że po dziennym trudzie i po znoju,
Cały tabun wypocznie u zdroju,
Gdzie zaczerpnie nowych sił i życia
Do dalszego tych pustyń przebycia.

7.

Nam te szlaki z dawien dawna znane,
Więc możemy zdobyć karawanę.
W stepach zbierzem ochoczą drużynę,
Na łup, zawsze gotowych junaków,
Którzy na wzór tych drapieżnych ptaków,
Krążą zdala, gdy wietrzą zwierzynę.
Z tą drużyną, ruszym na spotkanie
Zagłębionej w piaskach karawanie.
Zasypiemy źródła na ich drodze,
Gdy ich giaury nie znajdą — więc w trwodze
Czy kierunku złego nie obrali,

Łatwo dadzą sprowadzić się daléj,
Przez omylne znaki — na bezdroża,
W coraz dziksze tych pustyń przestworza.
Dnia piątego, tonąc w piaskach wrzących,
Śród oddechów powietrza duszących,
Gdy wielbłądów część padnie... a ludzie
Na pół żywi i złamani w trudzie,
Gdy pragnienie wzrośnie do szaleństwa,
A znój weźmie resztę sił i męstwa:
Wypadniemy z zasadzki — i strzały
Puścim gęste — a w zębach kindżały...
Zawre walka — i przy nas wygrana;
A w zdobyczy — będzie karawana.
Potem podział: — ty, jak wódz oddziału,
Część najlepszą otrzymasz z podziału.

8.

Teraz — zdjąć chciałbym zasłonę z twych oczu,
I jak w sennego marzenia przezroczu,
Przesunąć obraz — dotąd jeszcze mglisty,
Lecz który może wziąć byt rzeczywisty.

Kiedy na bujnej stepowej równinie,
Stanie twój auł... i sto jurt rozwinie,
A na około, jak zasięgniesz okiem,
Cieszyć się będziesz własnych stad widokiem,
Bydła i owiec, wielbłądów i koni,
Gdy rozproszone śród rozkwitłych błoni
Brodzą — w traw żyznych falistej powodzi,
Tymczasem słońce pod poziom zachodzi:

W auł wracają wypasione stada,
I za gromadą, ciągnie się gromada,
Niosąc wymiona wypełnione mlekiem;
I brzmi powietrze pastuchów okrzykiem,
Psów naszczekaniem — krów głębokim rykiem,
Przeciągłem owiec tysiąca beczeniem,
I kłusujących dojnych klaczy rżeniem;
Tak, że źrebięta trzymane śród klatek,
Gdy głos posłyszą wracających matek,
Rwą swoje pęta... łamią opór wszelki,
Rżąc — każde pędzi do swej karmicielki.
A nad tę wrzawę i w zgiełk zlane głosy,
Wybija w górę dźwięczna pieśń pastusza,
I czystą nutą uderza w niebiosy.
Tak orzeł — kiedy unosi się w słońce,[7]
Gromady ptastwa u stóp wirujące,
Jednym swym krzykiem — gromi i zagłusza.

9.

W aule coraz głośniejsze wre życie...
Tylu stad na raz i ludzi przybycie,
Wrzawa się wzmaga i rośnie i szerzy,
Oprzętem zwierząt zajętych pasterzy,
Krzątaniem niewiast około wieczerzy;
I brzmią po jurtach gęśli skoczne tony,
To je ryk przerwie, to znów śmiech szalony,
Tak, że w noc późną, ciągły zgiełk się słyszy; —
Aż sen się spuści i wszystko uciszy.

10.

A jeśli każesz na wysokie drzewce
Zatknąć chorągiew — zdaleka i bliska
Gość nie ominie twego koczowiska.
Pobożni Chodże i stepowi piewce,
I podupadła lub skrzywdzona rzesza,
Co się tak chętnie przy zamożnych wiesza,
Cisnąć się będzie do gościnnej misy,
By kęs twój spożyć i pić twe kumysy;
A za to — cuda niestworzone prawić,
I twoje imię uwielbiać i sławić.
Wieść zaś — co szybko krańców stepu sięga,
Obudzi podziw... co to za potęga!?
Co to za gwiazda błysła światłem nowem,
Ponad obszarem zamierzchłym koczowym?
Bijów, Sułtanów najpiękniejsze córy
Wyglądać będą, czy rychło do któréj
Z nich, wyślesz strojne z podarkami swaty,
I czy dasz kałym liczny i bogaty?
A nawet ojciec twojej narzeczonej,
Pierwszy ci przyjdzie uderzyć pokłony,
Aby przebłagać — uzna własną winę,
I za niewielki kałym — da dziewczynę.
Zresztą — cześć zyskać i rozgłos śród ludu,
Czyż to nie warto zabiegów i trudu?...
Ja twą dolę chcę zrobić przyjemną.
Jeśli pragniesz bogactwa? — jedź ze mną.






III.
1.

Jeszcze ów swojej nie dokończył mowy,
Gdy od północy, nadbiegł przybysz nowy;
Pod nim — koń Arab, biały bez odmiany,
Sam cały w bieli, jak z srebra ulany,
I z półksiężycem na kołpaku lśniącym,
Raczej być duchem zdał się — niż żyjącym.
Ale się ciemną odznaczał urodą,
Przy ogorzałej twarzy — czarną brodą.

2.

W tej chwili właśnie — na samej północy,
Stanęły słupy czarniejsze od nocy;
Lecz wraz, w ich środku, śród ciemnego łona,
Zabłysła jasność... ognista, czerwona,
Rosnąc w potęgę... zdała się natężać,
A potem zwolna przygasać i zwężać;
Znów, obrót iskier wszczął się bezustanny,
Każdy słup ogniem rozżarzył się nowym,

Z każdego, trysły dyamentów fontanny
W krąg otoczone deszczem rubinowym;
I chwilę trwało to złudne widziadło,
Aż znów przygasło, — a kiedy już zbladło,
Cień się od światła półkolem odgrodził,
I tak się zdało — że z tamtąd dzień wschodził.

3.

Przybyły, jeźdźca powitał ukłonem
I tak przemówił doń — poważnym tonem:
„Miłość, bogactwo, — są to dary cenne,
Ale nie trwałe — bo łatwo odmienne...
Czas... ludzie... zresztą wypadków zawiłość,
Pochwycą skarby i ostudzą miłość.
Ja, żądzom twoim radbym dać ostrogi,
Na podnioślejsze, myśl skierować drogi;
Brak pragnień — zwykle niemoc ducha zdradza;
Cel, jaki radbym ci wskazać — jest władza.
Ale tę władzę, jak każdy dar nieba,
Ażeby posiąść — zdobyć ją potrzeba.

4.

Jak gwiazdy gasną na niebios błękicie,
Tak i na ziemi, im świetniejsze życie,
Tem większa ciemność — kiedy mąż zasługi
Składa w grób żywot i plenny i długi.
Tak — dogorywa Han na swej stolicy...
Licznie zebrani rodów naczelnicy,
Śród ciągłych kłótni, zbrojną ręką radzą,

Komu po śmierci tę władzę oddadzą.
Han, nie zostawia potomków po sobie,
Zaraza, w jednym złożyła ich grobie,
Są, dalsi krewni, którzy postrach szerzą
Wzajem się niszcząc — mordem i grabieżą.
Obaj chcą władzy — naród, zdjęła trwoga,
O wybawienie śle modły do Boga,
A nie śmie uznać żadnego — za wroga.

5.

Ktoby wystąpił... śmiało i otwarcie
Przeciw obydwom — ten znajdzie poparcie
W całym narodzie, — i ci, co w tej chwili
Padli na duchu — chwycą się oręża,
Skupią swe siły — bo będą wierzyli,
Że to sam Allach, zesłał do nich męża,
Który im spokój i pomyślność wróci,
A wichrzycieli — złamie lub ukróci.

6.

Tobie przystało wziąść prym przed innemi,
Wszak ród swój wiedziesz od władców tej ziemi.
Walka cię czeka zacięta i długa,
Lecz w miarę przeszkód rośnie i zasługa;
Gdy rozgromieni padną przeciwnicy,
I wrócisz spokój wzburzonej krainie,
Wówczas przywodząc zwycięzkiej drużynie,
Pójdziesz hołd złożyć do Hanów stolicy.

Grom dział, huk kotłów i surm dźwięki grzmiące,
Witać cię będą... a ludu tysiące
Cisnąć się będzie, by dotknąć twej szaty,
Złożyć ci wieńce i sypać ci kwiaty
Po drodze; — kiedy na dzielnym rumaku,
W poważnych mężów i licznym orszaku
Wjedziesz na zamek — i letniemu Hanu
Uderzysz czołem — jak ojcu i panu.
A Han — przez wdzięczność serce ci otworzy,
I swoją władzę w ręce twoje złoży.

7.

A rządzenia nie tak trudna sztuka,
Gdy się własnych korzyści nie szuka,
Gdy do siły, łączy się przebiegłość,
Która wpoi: bojaźń i uległość.
Przy tem baczność! — gdy dostrzeżesz ślady,
Na twe życie czychającej zdrady,
Zgnieść ją trzeba jak szkodliwą żmiję
Co z swym jadem pod trawą się kryje.
Butnej dumie każesz podciąć skrzydła,
Niech się nie dmie i niech się nie puszy;
Na miłości własne — włóż wędzidła;
Gdy okiełznasz, — żadna się nie ruszy;
Głupców, błaznów, których zastęp mnogi,
Wciąż się będzie cisnąć w twoje progi,
Każ przepędzać na stepowe łany
Niech tam pasą: osły lub barany.
Dla potrzebnych, skrzywdzonych i nędzy

Bądź miłościw i nie sczędź pieniędzy;
Ale strzeż się jak ognia lub moru,
Wpuścić podłość do swojego dworu,
I pochlebstwo, które głaszcząc uszy
Wszystko dobre wyśsie i wysuszy,
Jak ów owad, co na drzewa pada
I liść, kwiaty i owoc objada.
Strzeż — niech podłość twej władzy nie kala,
A pochlebstwo, w swych splotach nie więzi,
To, i drugie, trzymaj zawsze z dala;
A gdy blisko — to już na gałęzi.
Bo rządzenia nie tak trudna sztuka,
Mieć dłoń silną, — to cała nauka;
A zostawisz pamięć w lata długie,
Żeś złe karcił, a wznosił zasługę.

8.

Wypoczynek znajdziesz po staremu,
Śród rozkoszy i pieszczot haremu.
Mur wysoki i obronne wieże,
Ów przybytek osłania i strzeże;
Obca stopa przekroczyć te progi,
I wzrok obcy wcisnąć się nie waży,
Bo rzezańców czarnych, zastęp mnogi,
Dniem i nocą stoi tam na straży.
Tam — roskoszne, cieniste ogrody,
A w ich środku lustro czystej wody;
Łódź wesoła ślizga się i pędzi
Stada białych i czarnych łabędzi;

Rybki złote i błękitne w centki,
W zastawione chwytają się wędki;
Rozproszone sarenki po błoni,
Biorą pokarm podany im z dłoni;
Śród kwietników, w marmurowe wanny,
Deszcz kryształów leją wciąż fontanny,
A zwabiona latawców gromada,
Przelatując od drzewa do drzewa,
Błyszczy barwą piór cudnych i śpiewa,
I krawędzie fontanny obsiada.

9.

Czyje ramie porusza te łodzie?
Kto na wędki łowi rybki w wodzie?...
Komu ptaszki chwytają karm z ręki?...
Kto pierzchliwe przyswaja sarenki?...
Kto kwiatami zdobi włosów sploty?...
Kto się stroi w perły i klejnoty?...
Oto, orszak niewieścich piękności,
Kwiat nad kwiaty, które władcy swemu
Z ziem dalekich wzięte do haremu,
Dań składają — z wdzięków i miłości.

10.

Więc w haremie skoro zajdzie słońce,
A w ogrodach błyśnie lamp tysiące;
W pysznym kiosku, lub też pod namiotem,
Jedwabiami błyszczącym i złotem,
Gdy na perskim odpoczniesz dywanie,

Wonnych kadzidł otoczon obłokiem,
A przed tobą, śliczny orszak stanie,
Lic niewieścich z pałającym wzrokiem,
Gdy śpiew jednych i muzyczne dźwięki
Innych, taniec rozwinie ich wdzięki
W miękkie ruchy, i zmysły podraźni
W iskry, gwiazdy, słońca — wyobraźni, —
Cóż porównać da się z owym stanem?...
Jak bydź władcą i wyboru panem.

11.

Chociaż miłość z pieszczotą edeńską,
I odwaga — co zdobi pierś męzką,
Nawet sława, która zwykle ludzi
Silnie wstrząsa i do czynów budzi;
Są to czucia co pod niebo wznoszą,
Ale zemsta — jest serca rozkoszą...
Jeśli wroga z duszą złą i hardą,
Który dąży by cię okryć wzgardą
Ufny w siłę, zechce ci ubliżyć,
W proch obrócić, shańbić lub poniżyć,
Albo szkodzić, mienie twe zagrabić,
Albo stawić zasadzki — by zabić;
Gdy go zdołasz w moc swoją pochwycić,
Zgiąć kark dumny, krwią zemstę nasycić
I miecz krwawy zatknąć na mogile, —
To najmilsze w życiu ludzkiem chwile.
Albo, gdy masz sobie przekazane
Ciężkie krzywdy — przez przodków doznane,

Które z ojca przechodzą na syna,
I jak świętość, nosi je rodzina
W głębi serca, — aż doczeka chwili,
Że potomkom tych, co ją skrzywdzili
Zada odwet, co się zarumieni
Krwi potokiem i falą płomieni.

12.

Nie działanie trwożne, tajemnicze,
Może zemsty rozjaśnić oblicze
Ani dać jej roskosz i słodycze.
Jej potrzeba aby jawną była,
A tę jawność — daje tylko siła,
Albo władza, która możne wrogi,
Gnie jak trzcinę i ściele pod nogi.
Ja ci przyszłość chcę rozjaśnić ciemną
Jeśli pragniesz mieć władzę! — jedź ze mną.





IV.

Gdy trzej wysłańcy, z trzech stron jeźdźca stali,
I na odpowiedź w milczeniu czekali,
Nadbiegł i czwarty od zachodniej strony;
Znać pędził szybko, bo koń był spieniony,
A na ognistym przybywał rumaku
Wronym bez zmiany. — Sam, dorodny młodzian,
Od stóp do głowy, w czarne szaty odzian,
Tylko miał orle pióro przy kołpaku.
Wraz za nim, łuna smugami krwawemi,
Coraz się wyżej wznosiła od ziemi,
Szła do pół nieba — jak gdyby odbicie
Stepów płonących, na nocy błękicie.
Przybyły, ręką wskazał na pożary...
„Tam walka! — spór to dawny, jak świat stary,
Dzikich najeźdźców co za łupem gonią,
I tych — co swobód i swej ziemi bronią.“...
A nachylając się do jeźdźca ucha,
Szepnął mu słowo, — tym jednym wyrazem

Tak rozpłomienił młodzieńczego ducha,
Że bez wachania wyrzekł: — „jedźmy razem!“ —
Jakoż — dwaj jeźdźcy wespół się objęli,
Pomknęli czwałem i w ogniach zniknęli.





Przypisy

  1. W inne barwy każdy by! przybrany.

    Ubiór Kirgizów, mianowicie zimowy, składa się z długiego baraniego kożucha, którego poły owijają się około nóg, a na to wciągają szarawary skórzane, zapuszczone w buty, pasem rzemiennym utwierdzone, — na głowie czapka spiczasta z baraniego kożucha, zwana „małachaj“, której skrzydła w czasie silnych mrozów zapuszczają się na kark i szyję, chroniąc twarz, i zostawiając zaledwie otwór dla oczu potrzebny. — Ubiór to nie estetyczny, ale praktyczny, od gwałtownych mrozów jakie w zimie bywają w stepach, zabezpieczający. — Kirgizy kochają się w jaskrawych kolorach, to też często zobaczyć można, że całe ubranie jest jednego koloru, czerwonego lub żółtego, którym skóra zwierzchnia „małachaja“, kożucha i spodni, jest zafarbowana. — Inni wyglądają zupełnie biało, jeśli skóra odzienia jest świeżo wyprawna i niefarbowana, inni nareszcie czarno, skoro się ich odzienie mocno zbrudzi.

  2. A na kołpaku — lychnis zatknięty.

    Lichnis chalcedonica, kwiat obficie w stepach rosnący, a w ogrodach naszych znany pod nazwiskiem „gorącej milości.“

  3. Śród Aułu — jest jurta osobna.

    Auły są to wsie koczowe kirgizkie z niniejszej lub większej ilości jurt złożone. — Jurty zaś są pojedyncze namioty, formy półkulistej, pokryte wojłokiem, z okrągłym otworem u wierzchu do wypuszczania dymu. Kirgizi, a za niemi Rossyanie, nazywają jurty „kibitkami“; nie użyliśmy tego wyrażenia, albowiem w naszym języku ma zupełnie odmienne znaczenie.

  4. Ja nie oddam córki bez kałyma. —

    Kałym — jest opłata jaką daje kawaler ojcu lub bratu swojej narzeczonej. — U kirgizów żony się kupują; kałym w ogóle, składa się z pewnej ilości zwierząt domowych większych i drobniejszych; wysokość jego zależy od wdzięków i społecznego stanowiska tej, którą sobie życzy Kirgiz wziąść za małżonkę. —

  5. Jest kraj z którego wyżyn Amu płynie,

    Rzeka Amu-daria, starożytny Oxus, biorąca początek w łańcuchu gór zwanych Stindu-kusz, wpada do morza a właściwiej jeziora Aralskiego. —

  6. Karawana pójdzie przez pustynie,
    Przez szlak czarny... głodnym stepem zwany.

    Kara-kum znaczy: Czamy-piasek, czarna pustynia; Bidpak-dała znaczy: Step głodny, ciągnący się dwieście werst bez wody i trawy; leży pomiędzy górami Ak-tau z północy, jeziorem Bałchasz ze wschodu, rzeką Sir-darją z południa, a rzeką Sary-su od zachodu, pomiędzy 45 i 47 stop. szer. geograficznej, a 85, 30 i 95, 30 długości geograficznej.

  7. Tak orzeł — kiedy unosi się w słońce

    Porównanie o orle jest wzięte z natury — kilka razy zdarzyło mi się widzieć na stepach, wielkiego orła, jak spuściwszy się z powietrznych wyżyn, usiadł na ziemi. — W tej chwili, nie wiedzieć skąd, zebrała się gromada, wron,kawek, srok, gawronów, wróbli i innego ptastwa, i obsiadła orła na około, wprawdzie w dosyć przyzwoitem oddaleniu, — gromada ta ruszała się, chodziła, podskakiwała: kracząc, sczebiocząc, nigdy jednak zanadto się nie przybliżając. Orzeł siedział spokojnie, przypatrując się tym ewolucyom ptaszej gawiedzi; — jeżeli podleciał i przesiadł się na inne miejsce, cała gromada pociągnęła za nim, aby go znów otoczyć jak poprzednio; dopiero gdy lot obrał w wyższe powietrzne przestrzenie, gromada ptaków odprowadziwszy go do pewnej wysokości, powracała na ziemię i rozpierzchała się tak bez śladu, jak niewiadomo skąd się poprzednio zebrała.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gustaw Zieliński.