Pogodny zachód (Junosza, 1891)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Pogodny zachód
Podtytuł Obrazek wiejski
Pochodzenie Kalendarz „Wieku“ Illustrowany na Rok Zwyczajny 1891
Wydawca Nakładem współpracowników „Wieku“
Data wydania 1891
Druk Drukarnia „Wieku“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


POGODNY ZACHÓD.
OBRAZEK WIEJSKI,
przez
Klemensa Junoszę.





W gładkiej powierzchni stawu przeglądał się blady księżyc, zawieszony na wysokościach wśród gwiazd, las czarny szemrał poważnie, a wierzby, długim szeregiem przy grobli stojące, kąpały w wodzie swe wątłe, smutnie zwieszone gałązki. Stare to były wierzby, wypróchniałe, poszarpane, pokrzywione dziwacznie. Niejedna z nich na połowę rozdarta, zdawała się urągać śmierci gałązkami młodemi; piorun ją rozszarpał i osmalił, wiatr gałęzie połamał, a ona jednak miała jeszcze dość siły, aby istnieć i wydać z siebie nowe pędy zielone i świeże.
Powiadają, że z takiej wierzby fujarka dźwięczniejsze ma brzmienie, ale że też tylko smutne i rzewne piosenki można na niej wygrywać.
Wierzby rosły przy grobli, a ta grobla była kapitalna, wysoka i długa. Tradycya niesie, że usypali ją ongi dawno, bardzo dawno, niewolnicy turcy — że przez długie lata wozili tu i nosili ziemię i faszynę, aż nareszcie wznieśli ów potężny wał wśród mokradli i skrócili tym sposobem drogę z Zabłocia do Olchówka o połowę blizko. Może też owe wierzby pokrzywione szumią zawsze tak smutnie, że grunt w tem miejscu krwawym potem przesiąknął i łzami, ale ktoby tam o tem myślał. Smutnie szumi wierzba, bo już dola jej taka, bo ją na płaczkę Bóg stworzył i nad wodami szumieć jej kazał.
— Każda drzewina, panie, ma swoje prawo, mówił mi raz pewien chłop stary: kolczata gruszka miedzy pilnuje w polu, sosnina piasków strzeże, a olcha stoi między błotami, niby bocian i patrzy na dusze „omentrów“, co po śmierci jak błędne ogniki po bagnach latają...
Lecz zostawmy w pokoju, grusze, wierzby, olchy i duszyczki „omentrów“ nieszczęśliwych, a natomiast rozejrzyjmy się po okolicy, o ile na to blade światło miesiąca pozwala... Lśni się gładka powierzchnia stawu i połyskuje migotliwie, lśni rzeczka wśród łąk, czarno rysuje się las i szereg wierzb pokrzywionych przy grobli. Na polach pusto już, bo żniwa tylko co ukończone, a zboże ludzie zwieźli do stert i do stodół. Cisza jakaś uroczysta panuje wśród tej pięknej nocy jesiennej; nawet gadatliwy młyn przestał trajkotać... tylko lekki wietrzyk igra swobodnie; trąca gałązki wierzb i olch, zaszeleści między brzozami na cmentarzu, to liść zeschły na ziemi potrąci, to kogutka na wieżyczce kościelnej poruszy, to znowu wodę pomarszczy na stawie, aż wreszcie, syty zabawą i figlem, do lasu na wypoczynek ucieknie.
Wszystko zdaje się drzemać, i las i pola i wody i wioska, rozrzucone nad stawem i dworek biały otoczony wieńcem topoli wysokich.
Ta uśpiona wioska zowie się Olchówek — a po za nią znajduje się niewielki folwarczek. Zabudowania gospodarskie stoją nieco opodal, na wzgórzu; dworek zaś bliżej stawu, do połowy prawie w cienisty ogród się schował. Nizki on jest, przygarbiony, widocznie dawne czasy pamięta, ale trzyma się jeszcze krzepko, jeszcze może niejedną nową budowlę przeżyje. Przed nim na dziedzińcu rosną wielkie klomby bzów i jaśminów, krzaki dzikich róż rozpościerają się bujnie, a nad tym drobiazgiem, niby ochmistrzyni poważna, lipa wiekowa szeroko rozpościera konary. Dziedziniec przecinają ścieżki wygracowane, utrzymane czyściutko, otacza go płot potężny z ostrokołu, w którym znajduje się brama, ale od parady tylko, gdyż jest zawsze na oścież otwarta.
Właściwie nie ma jej poco zamykać; miły gość zastanie zawsze drzwi otwarte, a niepożądany nie przyjdzie. Dwa ogromne kundle leżą na dziedzińcu jak sfinksy i wiernie strzegą swego gospodarza.
W cichym śnie pogrążona jest cała wioska, dworek i folwarczek. Białe obłoczki gonią się po niebie, to przysłaniając, to odsłaniając bladą twarz księżyca; u brzegu stawu uczepione czółno zakołysze się czasem; nadłamana gałąź lipy skrzypnie — i to jedyny znak, jedyny głos jaki dostrzedz i usłyszyć można.
Ale oto jeden z leżących na dziedzińcu sfinksów poruszył się, podniósł łeb do góry, nastawił ostro zakończone uszy i nadsłuchiwać zaczął. Widocznie niepokoiło go coś, obejrzał się na wszystkie strony, węszył i znów położył łeb na ziemi. Po chwili jednak zerwał się i obadwaj z towarzyszem swoim pobiegli za folwark na wzgórze. Powróciły ztamtąd niebawem i, usiadłszy na dziedzińcu, zaczęły wyć przeraźliwie.
Na wschodniej części horyzontu, za groblą, tam gdzie niebo zdaje się lasu dotykać, mignęło coś czerwonego, jak błyskawica... Mignęło raz, i drugi i trzeci, coraz silniej, aż niebo zakrwawiło się nagle i jak rumieńcem oblało łuną szeroką.
W oknie olchowieckiego dworku błysnęło światło. Widocznie obudzony wyciem psów gospodarz, przebudził się i dostrzegł złowrogą łunę. Wkrótce ubrany już całkiem, z latarką w ręku, wyszedł z domu i skierował się w stronę folwarku; jednocześnie wybiegł drugiemi drzwiami chłopak przerażony i pospieszył do czworaku budzić ludzi.
Ruch się zrobił na folwarku, zbiegli się fornale i parobcy, gospodarz wydał kilka rozkazów i w niespełna dziesięć minut zaprzągnięto jedne konie do sikawki, drugie do woza i cała służba olchowiecka popędziła na ratunek do ognia. Tęgie, doskonale utrzymane mierzyny, wyrywały ziemię kopytami; gospodarz wyprzedził znacznie swych ludzi, koń na którym siedział pędził jak wicher.
Do Zabłocia, dokąd spieszono z ratunkiem, była mila drogi z Olchówka, pożar tymczasem szerzył się z gwałtownością straszliwą. Folwark wyglądał jak morze płomieni, suche drzewo i słoma nie mogły mu stawić oporu. Zrozpaczeni ludzie, bezsilni w obec nieszczęścia, stali z załamanemi rękami, patrząc na zgubę swego mienia... Stodoły, obory, szopy spaliły się w mgnieniu oka, wiatr zaś, który podczas pożarów jak na zawołanie przychodzi, zaniósł kilka iskier na czworaki i na dwór... Kilku ludzi rzuciło się na ratunek, lecz napróżno; ogniste węże ślizgały się po dachach, gryzły ściany, miotały na wszystkie strony iskrami.
Staruszka jakaś przygarbiona, trzymając w rękach drżących obraz, modliła się głośno, inne kobiety z okrzykami rozpaczy biegały po dziedzińcu; jedne trzymały dzieci na rękach, drugie wynosiły, o ile mogły, fatałaszki różne i drobiazgi, a wszystkie traciły głowy zupełnie i strasznym lamentem rozdzierały powietrze...
Wśród nich, skamieniała z rozpaczy, nieruchoma jak posąg, stała pani płonącego domu... Sądzićby można, że przestrach mowę jej odebrał, że nie pojmowała co się w koło niej dzieje... tylko duże, szafirowe jej oczy biegały niespokojnie, jakby szukając czegoś.
W tej chwili ludzie z Olchówka, pod wodzą dzielnego swego gospodarza, znaleźli się przy ogniu i wytężyli wszystkie siły, aby chociaż dworek uratować.
Olchowiecki pan, jak go powszechnie chłopi nazywali, był dla wszystkich przykładem i zachętą. Zdawało się że ma siłę nadludzką, że go płomienie nie parzą; spokojny, jak wódz podczas bitwy, wydawał rozkazy, które spełniano natychmiast, chwilami zdawało się, że dworek musi ocaleć.
Kobieta skamieniała z bólu, zaczęła odzyskiwać przytomność, przebiegła kilka razy po dziedzińcu, zapytała o coś jednej i drugiej kobiety... i nagle, jak gdyby strasznem jakiemś przeczuciem wiedziona, z okrzykiem nieopisanej rozpaczy wpadła do płonącego domu...
Wszystkim dech zamarł w piersiach.
Płomienie obejmowały dach, belki trzeszczały, można się było spodziewać, że lada chwila dach runie, zawali się i pogrzebie nieszczęśliwą w grobie ognistym.
— Chłopcy, który za mną! — krzyknął Olchowiecki i wpadł do gorejącego domu. Dwóch młodych parobczaków rzuciło się za nim...
Nastała wtenczas taka cisza, że można było słyszeć syk iskier padających na sadzawkę, trzeszczenie gontów skręcających się w uścisku płomienia. Nikt nie śmiał ruszyć się, nikt słowa przemówić...
Trwało to przez dwie, trzy minuty, które się długiemi jak rok wydały...
Olchowiecki pan wybiegł z dworu, wynosząc zemdloną kobietę na ręku, parobcy wyskoczyli za nim, zadyszani, okopceni, czarni...
Natychmiast prawie rozległ się trzask spadających belek, przepalony pułap zawalił się, miliony iskier wzniosły się w górę, dym buchnął gęstszy, czarniejszy, zwinął się w kłąb, a potem wyprostował nagle i powoli popłynął w powietrze.
Olchowieccy ludzie nie mieli już co ratować: z pięknego folwarku i dworu pozostały tylko zgliszcza dymiące... Drzewa poopalane, czarne, szumiały żałośnie i z po za tumanów dymu wychylały się nagie, odarte z zieloności i listków, istne szkielety.
Na dziedzińcu było straszliwie gorąco.
Belki i ściany budynków, zamienione w stosy żarzących się węgli, połyskiwały krwawo, chwilami wydobył się z nich płomyk niebieskawy, mignął jak błędny ognik, znów zniknął i znowu się ukazał, a kłęby dymu wznosiły się w górę.
Ludzie stali gromadkami, o nieszczęściu gwarząc, przyczyny pożaru szukając, a nad zgliszczami, nad pogorzelców gromadką, unosił się księżyc blady, zimny i z obojętnością przedziwną płynął dalej swą drogą, het! po nad obłoczkami białemi.
Zemdloną właścicielkę zgorzałego dworku usiłowano do przytomności przyprowadzić; poczciwe wiejskie babiny wyczerpywały całą swą umiejętność by celu tego dopiąć, pryskały wodę na twarz, wodą zwilżały jej skronie, wołały o sól i ocet, ale gdzież szukać tych środków; wszakże wszystko spłonęło do szczętu.
Olchowiecki trochę się na bok usunął.
W krwawych blaskach ognia szlachetna jego postać rysowała się wyraźnie. Wysoki, szczupły, ubrany w strój obcisły, żołnierski mundur przypominający krojem, trzymał się prosto, pomimo że włosy, białe już prawie, świadczyły, że kawał czasu przeżyć musiał. Twarz miał ogorzałą, czerstwą, ozdobioną długiemi, białemi zupełnie wąsami; w oczach przebijał się spokój człowieka doświadczonego w walkach z losem, a zarazem powaga jakaś dziwna i poczciwość.
Było coś w całej tej postaci, co ją szczególnie sympatyczną czyniło i szacunek wzbudzało zarazem.
Zemdlona otworzyła oczy.
— Zosia! Zosia! — krzyknęła rozpaczliwie — dziecko moje! oddajcie mi moje dziecko!
Olchowiecki zbliżył się.
— Bądź pani spokojna — rzekł — dziecko jest: żyje.
— Oszukujecie mnie! — zawołała. — Zosia tam! tam! w tym ogniu!
— Wierz pani staremu — rzekł Olchowiecki — ja kłamać nie umiem... Zosia jest w tej chwili na wsi. Kiedy ogień wybuchnął, niańka porwała ją z łóżeczka i uciekła z nią na wieś; córeczka pani w tej chwili śpi zapewne spokojnie w chłopskiej chacie.
— Panie!
— Tak jest... dziecka już w domu nie było, kiedy pani rzuciłaś się na ratunek.
— Zkąd pan wiesz o tem?
— Byłem tam.
— W ogniu?
— Nie w ogniu, w jakim znów ogniu?! W domu który się palił, dwaj moi fornale byli tam również; w pierwszym pokoju leżałaś pani zemdlona, w innych nie było żywego ducha. Daję pani na to słowo uczciwości... przeszukaliśmy wszystkie kąty.
— Oj, paniusiu najmilsza — wtrąciła jakaś babina wpół z płaczem — toć w nas duch zamarł jak pani w to piekło gorejące skoczyła; chciałam „wieczny odpoczynek“ powiedzieć, a tu ani weź... jeno po mnie mróz przeszedł. A tak pani, tam wpadła, jak okiem mrugnął; chciałam przytrzymać, ale gdzie tam, jeno co się sukienka mignęła. Królowo Niebieska ratuj! już po naszej pani! Ale zawdy Bóg miłosierny, Olchowieckiego pana tu nasłał. On w ogień skoczył, on paniusię na rękach wyniósł, jak małe dziecko z takiego ognia, co nie przystąpić nawet...
Młoda kobieta obie ręce do swego zbawcy wyciągnęła...
— Nie dziękuj, pani — rzekł Olchowiecki — nic wielkiego; obowiązek to, nic więcej; ale przedewszystkiem pozwól pani, że ci się przedstawię, jestem najbliższym waszym sąsiadem: Jan Olchowiecki, mieszkam tam nad stawem w Olchówku.
— Dozgonna wdzięczność, panie.
— Co tam! poznaliśmy się w ogniu, więc przyjaźń będzie gorętsza. Ale przedewszystkiem trzeba panią gdzieś ulokować, zdaje się bowiem, że oprócz duszy i tego co na sobie, nic nie wynieśliście z ognia. O ile się domyślam, blizkich znajomych nie masz tu pani; sprowadziliście się niedawno.
— Trzy tygodnie temu, przyjechałam tu z małem dzieckiem i ciotką.
— Pani Konarska je na wsi — wtrąciła któraś z kobiet — nie wie nawet, co tu się z wielmożną panią działo. Zara jak się dwór zajon i Małgośka z małą Zosiunią uciekła, tak pani Konarska za nią; o! onaby za tem dzieckiem w przepaść skoczyła.
— A więc — rzekł Olchowiecki — jedźcie panie do mnie, dom dość obszerny jest; miejsce się znajdzie i dla was i dla waszej służby, zanim się odbudujecie cokolwiek...
— Doprawdy, nie śmiałabym...
— Więc cóż? jak kto ze szczerego serca prosi, to „nie śmiałabym“, — a nocować z małem dzieckiem i niemłodą zapewne ciotką pod gołem niebem, lub w najlepszym razie w pustej chłopskiej stodole, tobym śmiała; narazić siebie i dziecko na zaziębienie i niewygodę, dla czego? dla konwenansu? dla jakiejś ceremonii chińskiej: to nieładnie, moja pani, to bardzo nieładnie!
— Wybacz pan, ale sądziłam, że żonie pańskiej kłopotu się przyczyni.
— Moja żona już jest wolna od wszelkich kłopotów na zawsze... już krzyż na jej mogile poczerniał — dodał ze smutkiem. — Ja jestem sam jeden, jak mnie pani widzisz, nie mam już nikogo blizkiego; wszystko pomarło, lub pomarniało, niestety. Dom mój oddaję do dyspozycyi pani.
I nie czekając na odpowiedź, zwrócił się do otaczających kobiet i rzekł silnym, donośnym głosem:
— Odprowadźcie panią na wieś, do dziecka; ja zaraz konie przyślę, a wszyscy ludzie z folwarku, którzy się na wsi nie mogą pomieścić, mają siadać na mój wóz i do Olchówka: będzie dla każdego kąt i chleb, dopóki nie odbuduje się folwark.
— Boże wielmożnemu panu zapłać! Boże nagródź! — odezwało się kilkanaście głosów.
— Do widzenia wkrótce pani dobrodziejko — rzekł — za godzinkę konie będą, a proszę pamiętać, że czekam.
To mówiąc podał jej rękę.
Młoda kobieta wzruszona, ucałować chciała dłoń człowieka, który jej życie ocalił i w nieszczęściu pomoc ofiarowywał, ale nie pozwolił na to:
— A! pani dobrodziejko — rzekł z wyrzutem — cóżto ja biskup jestem, czy kto? całe życie sam całowałem kobiety po rękach i na starość od tego zwyczaju nie odstąpię: proszę nie bronić rączki i być dobrej myśli; nad nieszczęściem zaś dzisiejszem obradować będziemy w Olchówku.
Skłonił się z galanteryą i skinął na ludzi aby mu konia podali.
Ujął cugle w rękę, dotknął lekko grzywy i w mgnieniu oka był już na siodle.
Kary wierzchowiec parsknął i z miejsca zagrzmiał kopytami; przy krwawych blaskach pogorzeliska, widzieć było można cwałującego konia i jeźdźca pochylonego nieco naprzód na siodle.
Wkrótce i koń i jeździec zniknęli w mroku nocnym, a pogorzelisko czerniało coraz bardziej i gasło...
Ludzie rozchodzić się zaczęli, tylko parobczycha jakaś biedna zawodziła lament straszny, nad szczątkami jedynej swej krowy, zwęglonej w płomieniach.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W Olchówku nikt nie spał.
Łuna pożaru przebudziła wszystkich. Ludzie stali przed chatami patrząc na sąsiedzką niedolę; niejeden żegnał się nabożnie i z trwogą spoglądał na własną strzechę słomianą, na stodółkę napełnioną zbożem, na całe dobro swoje, które lada niebacznie rzucona iskierka w jednej chwili w popiół zamienić może. Kobiety drżały jak w febrze, a nawet dzieci małe przebudzone ze snu, z rozczochranemi włosami, powchodziły na płoty i patrzyły szeroko otwartemi oczami, jak sowy...
Przed dworkiem również gromadka ludzi stała, a wśród nich stara Kulasińska, klucznica i szafarka, w czepcu z pośpiechu przekręconym na bakier, w starej jakiejś chustce na ramiona narzuconej, opowiadała epizody z różnych pożarów widzianych przez nią w długiem życiu.
Słuchano uważnie, ponieważ pani Kulasińska była to osoba znaczna i światowa, pominąwszy tę okoliczność, że od jej woli wyłącznie zależało sutsze lub skąpsze okraszenie klusek, albo kartofli, co jest w życiu ludzkiem rzeczą dość poważną, pominąwszy, powtarzam, jej arbitralność w kwestyi okrasy — szanowano Kulasińską jako osobę, która wiele a wiele w swojem życiu widziała. Dość powiedzieć, że widziała nawet wojnę. Wprawdzie Szymon Sójka, gajowy, eks-podoficer saperów utrzymuje, że wojna nie tak wygląda jak Kulasińska opowiada, ale jego zdanie nic nie znaczy, wymowna albowiem kobieta potrafiła zawsze przekonać swoje audytoryum, że saper to nie żołnierz, że wojuje tylko łopatą, a jeżeli kiedy co zabił, to chyba gęś, albo kurę, którą gdzie ukradł przechodząc.
Kulasińska była w największym ferworze, gdy właśnie rozległ się tentent kopyt i po chwili dziedzic osadził spienionego konia przed gankiem.
— Hej! Jędrek — zawołał zeskakując z siodła — przeprowadź karego powoli, żeby obsechł — a ty Macieju zaprzęgaj zaraz do dużej bryczki i jedź do Zabłocia; we wsi dowiesz się w której chałupie są dwie panie z dzieckiem — przywieziesz je tutaj.
— Duchem, wielmożny panie — odrzekł Maciej i pobiegł ku stajni.
Pan Jan do pokoju wszedł.
— Pani Kulasińska! Kulasińska! — krzyknął aż się po wszystkich pokojach rozległo...
— Idę, idę, jeno się trochę ogarnę, przecież tak niejako wyjść, jak, nieprzymierzając, kocmołuch. Co pan każe? pewnie samowar? Już kipi, bo jak tylko pan wyjechał, kazałam Magdzie nastawić, ale to taka dziewka nicpoń, gęba jak bochenek chleba, a nawet dmuchać nie umie... Ja zawsze powiadam...
— To później już dopowiesz, moja Kulasińska, tymczasem do roboty!
— Boże miłosierny! czyż ja nie haruję ciągle jak, nieprzykładając, ten pies?
— Święta prawda, ale nie o to idzie. Naprzód we wszystkich pokojach ma się palić światło.
— Dyć za godzinkę Pan Bóg da dzień.
— Ma się palić światło — rzekł głosem stanowczym.
Kulasińska ramionami wzruszyła.
— Powtóre, ma być stół nakryty, samowar gotów i co gorącego do zjedzenia na kilka osób...
— Jest z obiadu kaczka calusieńka.
— Co ci się tylko podoba, nawet gęś. Z piwnicy przyniesiesz butelkę wina.
— Idę, panie, duchem, choć po nocy... choć jeszcze po tym strachu wszystko we mnie dygocze...
— Czekajno jeszcze...
— Słucham pana.
— W zielonym pokoju, w tym od ogrodu, ma stać łóżko posłane porządnie, jak się należy, czyściutko, na kanapce urządzone zaś posłanie dla dziecka. Wszak dziecinnego łóżeczka u nas nie ma?
— Panie odpuść! co też wielmożny powiada, zkądżeby?
— Oprócz tego, w drugim pokoju, obok zielonego, także trzeba posłać.
— I może znowuż dla dziecka?
— Dla dorosłej osoby. Po za tem niech Kulasińska pamięta, że za godzinę będziemy mieli gości. Przyjadą tu dwie panie z dzieckiem, proszę żeby miały jaknajlepszą wygodę, usługę, słowem wszystko, jak u siebie w domu.
Szafarka widocznie miała chęć do opozycyi.
— Proszę wielmożnego pana, ja już tyla świata widziałam i zestarzałam się..
— Słuchajno jejmość — rzekł — czyś ty widziała wojnę?
— Wojnę?! Matko Boża, widziałam tak jak wielmożnego pana widzę. Sprawiedliwie powiadam, jeszcze panną byłam wtedy...
— No więc kiedy tak, to niech sobie Kulasińska zakomenderuje: „na lewo w tył, marsz! i do ognia!“
Z temi słowy Olchowiecki wyszedł, klucznica została panią placu.
— Ha! tom doczekała na stare lata — mówiła sama do siebie — tom się dosłużyła dopiero! „Kulasińska nie gadać i do roboty.“ Nie gadać! rany Bozkie, czy ja gadam? czy to ja kiedy parę z gęby puszczę? czy tu kto słyszy moje słowo? Chyba jeżeli pacierz mówię, albo której dziewce nawymyślam, albo tego starego pijaka, Szymona wykrzyczę! Toż całe moje gadanie, bo i do kogo tu słowo przemówić w tem pustkowiu? „Kulasińska do roboty!“ jakbym ja nigdy nic nie robiła, jakbym po całych dniach wygrzewała się pod piecem, a nasz pan nie widzi tego, że żeby nie Kulasińska, toby cały Olchówek zmarniał, grosza by z niego nie było... Tymczasem Kulasińska tu, Kulasińska tam, i w kuchni, i w kurniku, i w oborze, i w pokojach, i przy gadzinie — wszędzie Kulasińska! Nieraz to już ledwie tchnę, aż mnie coś pod piersiami podpiera, aż mi od ciągłego ujadania się z ludźmi gęba spuchnie, aż mnie po wszystkich kościach łamie. Haruję, utykam, jak, nieprzymierzając, żydowski koń, a pan jeszcze powiada: Kulasińska do roboty! a jak ja chcę co powiedzieć, przetłumaczyć panu jako panu, żeby wiedział co się u niego dzieje, co się tu wyrabia, to nie chce nawet słuchać, tylko jak na sołdata: Kulasińska na lewo w tył, marsz! Żeby mnie choć nie znał, żeby choć nie wiedział, żem przecie nie byle jaka, że mój nieboszczyk piętnaście lat ekonomem był, to nie dziwiłabym się; ale zna mnie przecież, wie com za jedna i tak mnie poniewiera, tak mnie mustruje, jak nieprzymierzając jakiego smarowoza od harmaty. O matko miłosierdzia, wejrzyj ty na mnie sierotę!
Ocierając łzy rękawem, obrażona w swej godności szafarka, pospieszyła jednak wykonać zlecenie swego pana i tak się energicznie wzięła do rzeczy, że w godzinę niespełna wszystko już było gotowe...
Zaledwie niebo na wschodzie cokolwiek rumienić się zaczęło, powrócił Maciej z Zabłocia i przywiózł dwie panie wraz z maleńką Zosią, która otulona w ciepłą chustkę, spała spokojnie...
Olchowiecki wysiąść paniom pomagał.
— Proszę, bardzo proszę — mówił z uprzedzającą grzecznością — rozgośćcie się panie, bądźcie jak u siebie.
Kulasińska wzięła śpiące dziecko na ręce.
— Niech się wielmożna pani nie boi — rzekła — już ja to maleństwo duchem rozbiorę i położę. Czy to mi pierwszyzna? miałam i ja tego drobiazgu dosyć; a jaka śliczna dziewczynka, jak malowanie! doprawdy jak aniołek z obrazka, śliczności dziecko!
Z temi słowy babina weszła do dworku i pobiegła do przygotowanego dla pań pokoju.
Olchowiecki gości swych do jadalni poprosił.
— Rozgrzejcie się panie przedewszystkiem; po takich przejściach i wzruszeniach jest to koniecznem.
— Panie — odezwała się młoda kobieta, z oczami łez pełnemi...
— Słucham pani, ale zastrzegam sobie żebyśmy o wypadku dzisiejszym nie mówili; będzie na to czas jutro, pojutrze, teraz główna rzecz spokój, spokój i jeszcze raz spokój. Zamiast więc płakać, lepiej racz mnie pani przedstawić swojej cioci.
— Cioteczka zna już pana, mówiłam jej właśnie przez drogę.
— Tak, tak — wtrąciła ciotka z pośpiechem — wiem ile zawdzięczamy panu.
— Potem, potem o tem, pani dobrodziejko, teraz posiłek i spoczynek.
Panie zasiadły do herbaty; Olchowiecki przeprosił, że na chwilę do folwarku pójść musi i zostawił je same.
Gdy za pół godziny powrócił, młodszej pani nie zastał już; po doznanych wstrząśnieniach czuła się bardzo osłabioną i namówiona przez ciotkę, położyła się w łóżko.
Ciotka była to osoba już niemłoda, szpakowate włosy pokrywały jej skronie, wzrostu była słusznego, szczupła, trzymająca się prosto, a regularne rysy twarzy świadczyły, że niegdyś piękną być musiała.
Ujrzawszy wchodzącego gospodarza, rzekła głosem przyciszonym nieco:
— Panie, nie wiesz zapewne komu dałeś gościnność pod swym dachem?
— Przeciwnie, wiem — nieszczęśliwym.
— To prawda, bardzo a bardzo nieszczęśliwym; siostrzenica moja jest jedną z tych istot, których życie od samego prawie początku jest dramatem.
Olchowiecki usiadł.
— Przybyliście panie tutaj niedawno, wszak prawda?
— Kilka tygodni zaledwie.
— Jednak szczególna to rzecz...
— Domyślam się, co pana dziwi. Dwie kobiety same z dzieckiem przyjechały w te strony i objęły gospodarstwo: wszak prawda, panie?
— Istotnie, gdzież gospodarz?
— Otóż w tem całe nieszczęście, nie ma go.
— Więc siostrzenica pani jest wdową?
— Zanim panu na to pytanie odpowiem, zechciej wprzód wysłuchać historyi naszej rodziny. Dzieje to niedługie, a opowiedzieć je muszę, gdyż inaczej trudno byłoby zrozumieć i nasze położenie obecne i powody, które nas do przybycia w te strony skłoniły.
Dzień zaglądał już przez okna do pokoju, w folwarku ludzie się ruszali, żóraw studzienny skrzypiał ciągle — podnosząc wodę dla koni.
Pani Konarska machinalnie wzrok ku oknu zwróciła.
— Jak tu ładnie w Olchówku — rzekła — zupełnie jak u nas na Kujawach.
— Więc pani z Kujaw pochodzi?
— Tak jest, panie, mój ojciec miał w tamtych stronach majątek.
— Jakże godność pani ojca?
— Oksza.
— Pozwól-no pani, czy czasem nie Franciszek?
— Jan.
— To widać nie ten, miałem przyjaciela tego nazwiska, przyjaciela od serca, dzieliliśmy dobrą i złą dolę. Już on nie żyje nieborak, umarł daleko ztąd.
— Ach! teraz już wiem, to był stryjeczny brat mego ojca.
— No, moja pani, tem bardziej macie prawo do mego serca... Franciszek! mój dobry, poczciwy Franciszek! a pani jesteś córką jego brata.
— Rodzoną.
— Ilem ja temu Franciszkowi winien; życie mi ocalił w niebezpieczeństwie. Dziwne zrządzenie losu...
— Ojciec był człowiekiem dość zamożnym; umarł młodo, zostałyśmy, ja i siostra, dwie tylko bowiem nas było, na opiece krewnych. Obiedwie jednocześnie prawie wyszłyśmy zamąż. Ja zostałam wdową i biedna moja siostra także.
— Ja na szczęście nie miałam dzieci, siostra moja zaś miała jedyną córeczkę, tę właśnie, której pan ocaliłeś dziś życie. Gdy straciła ojca, biedna sierotka miała wtenczas lat ośm, czy dziewięć, bo nie pamiętam już dobrze. Matka jej, a moja siostra starsza, była to osoba nadzwyczaj wątła, szczupła i w ogóle nie odznaczała się kwitnącem zdrowiem. Do męża przywiązana była ślepo, wszystkie siły jej życia skupiały się w uczuciu dla tego człowieka; ona go uwielbiała, czciła prawie — to też nic dziwnego, że kiedy przyniesiono jej wiadomość, że nie żyje, nie mogła przenieść tego ciosu i...
— I umarła? — zapytał Olchowiecki nieśmiało.
— Gorzej jeszcze, dostała biedaczka obłąkania. Wiadomość okropna nie zabiła jej odrazu jak piorun, lecz odebrała jej przytomność. Z początku sądziłam, że to obłęd chwilowy, że czas, który jest najlepszym lekarzem, zagoi krwawiącą ranę żalu, że przyniesie ukojenie lub uspokojenie przynajmniej. Rzuciłam dom, gospodarstwo, wszystko i pospieszyłam do nieszczęśliwej siostry. Sama osierocona, sama w żałobie po najlepszym, ukochanym towarzyszu życia, musiałam otrzeć łzy i zająć się tamtą. Byłam silniejszą od siostry, a może też widok jej nieszczęścia kazał mi zapomnieć o własnem. Otoczyłam ją wszelkiemi staraniami, ale wszystko napróżno, przytomność nie wracała, myśli niemogły się już uporządkować. Z gwałtownego szaleństwa, żalu, miotania się i rozpaczy, przeszła biedaczka w stan dziwnego spokoju, stała się posłuszną jak dziecko, cichą, czasem nuciła jakieś pieśni bez związku, rwała kwiatki w ogrodzie lub zbierała kamyki na ścieżkach... ale nie poznawała już nikogo, nawet dziecko nie robiło na niej wrażenia; to okropne, panie, nieprawdaż?
Olchowiecki nie odpowiedział, skinął tylko głową twierdząco i westchnął.
— Wtenczas — mówiła dalej pani Konarska — lekarze odebrali mi wszelką nadzieję; ostatecznie zgodzili się na to, że cierpienie mej siostry jest nieuleczalne, że taką już do śmierci musi pozostać.
— Położenie było okropne. Dziecko potrzebowało opieki, nieszczęśliwa matka bardziej jeszcze, prócz tego były przecież dwa majątki, mój i siostry, obadwa zrujnowane, zniszczone, w opłakanym stanie. Cóż miałam robić? Sprzedać lub w dzierżawę puścić nie było sposobu; gospodarować zaś kobiecie samej jednej, niepodobieństwo. I tak źle i tak niedobrze, a jednak trzeba było coś postanowić.
— Czyż nie miałaś pani kogoś bliższego z rodziny, wreszcie z sąsiadów życzliwych?
— Gdzież tam panie: rodzina nasza szczupła rozproszyła się zupełnie, a sąsiedzi mieli tyle własnych kłopotów, że trudno było żądać, żeby się cudzymi interesami zajmować mogli... Wprawdzie byli tacy, którzy chcieli przyjść z pomocą, lecz tymi chęć wyzysku i obłowienia się groszem sierocym kierowała.
— Takich nigdy nie brakło.
— Znalazł się jeden jegomość, podobno nawet nasz kuzyn daleki i sam mi swoje usługi ofiarował; obiecał wszystkiem się zająć, podatki i towarzystwo opłacić, gospodarować najuczciwiej i dochody mi oddawać. Cóż miałam robić? zgodziłam się.
— I zostałaś pani oszukaną.
— Niestety, najfatalniej.
— Ten pan, o którym wspomniałam, osiadł w majątku moim, a ja zabrawszy siostrę z dzieckiem, wyjechałam do Warszawy. Biedna obłąkana z każdym dniem stawała się słabszą, niknęła prawie w oczach; trzeba ją było otaczać wszelkiemi wygodami, prowadzić kuracyę dość kosztowną, a tymczasem, wedle relacyi mego pana zarządcy, majątek żadnego dochodu nie dawał. Znalazłam się w niedostatku i kłopotach. Bóg wie jaki los spotkałby nas, gdyby nie zacny jeden prawnik, przyjaciel mego nieboszczyka męża; on w krytycznej chwili przyszedł mi z pomocą, usunął owego jegomości, zaprowadził administracyę od siebie, objął wszystkie interesa prawne i nareszcie sprzedał oba majątki, jak na owe czasy, dość korzystnie. Byłyśmy przynajmniej pod materyalnym względem zabezpieczone jako tako; ja swoją część otrzymałam w gotowiźnie, fundusz zaś mej siostry i córki jej nieletniej ulokowano w banku. Kilka lat przeszło nim się to wszystko uregulowało. Anielcia, siostrzenica moja, chodziła na pensyę, a biedna jej matka dogorywała powoli, jak lampa, gdy w niej oliwy zabraknie...
— I umarła?
— Umarła na moich rękach, z uśmiechem na twarzy wydała ostatnie tchnienie. Na Powązkach znalazła nareszcie odpoczynek.
— Więc pani zostałaś jedyną opiekunką sieroty?
— Tak; Anielcia pozostawała przy mnie stale, my dwie tylko pozostałyśmy z całej rodziny... Bóg mi świadkiem, panie, że chciałam dla tego dziecka zgotować najpiękniejszą przyszłość. Nietylko poczucie obowiązku skłaniało mnie do tego, ale i najtkliwsze, najserdeczniejsze przywiązanie. Ja kochałam to dziecko jak własne i ona także przywiązała się do mnie jak do matki... Niestety, niezawsze życzenia i zamiary nasze urzeczywistniają się. Mam na sumieniu Anielcię.
— Jakto? — zapytał Olchowiecki — nie rozumiem pani...
— Jeszcze chwileczkę cierpliwości, a przekonasz się pan, że sama, ja sama złamałam jej życie i uczyniłam ją bardzo, a bardzo nieszczęśliwą...
Mówiąc to, pani Konarska była bardzo wzruszoną, powieki jej zaczęły drgać nerwowo, powstrzymywała łzy, które gwałtem cisnęły jej się do oczów. Przestrach jakiego doznała, klęska, a wreszcie i samo opowiadanie wstrząsnęły nią do głębi.
Nie mogła dłużej panować nad sobą, oparła głowę na rękach i rozpłakała się jak dziecko.
— Niechno pani dobrodziejka uspokoi się, spocznie trochę — rzekł pan Jan — toż to już dzień zupełny. Trzeba odpocząć koniecznie, na pomówienie znajdziemy jeszcze dość czasu. Zostawiam panią tutaj i proszę nie poddawać się smutkom; Bóg dał, Bóg wziął i znowuż dać może.
Z temi słowy Olchowiecki wyszedł z pokoju. Zaraz udał się na folwark, obejrzał swe gospodarstwo, a po chwili wsiadł na konia i pojechał do pogorzeliska. Ani jeden budynek nie ocalał... cały folwark spalił się doszczętnie. Gdzieniegdzie tliły się jeszcze głownie, biały, gęsty dym wydobywał się z gromady belek zwęglonych. Wójt z nieodstępnym pisarzem badał przyczynę wypadku, chłopi kijami rozrzucali węgle w nadziei, że może jaki kawałek żelaza, albo pieniądze stopione, w nich znajdą.
Z jakiej przyczyny ogień wybuchnął, ktoż mógł zgadnąć? Noc była przecie, wszyscy spali, nawet wartownicy, którzy w nocy nad bezpieczeństwem wioski czuwają, ocknęli się dopiero wówczas, kiedy im łuna czerwona zajaśniała przed oczami.
Olchowiecki zręczne pytania to temu, to owemu zadawał, sądząc, że dowie się prawdy, że powód wypadku odkryje, ale daremnie. Nikt nic nie wiedział. Służba folwarczna twierdziła, że ogień był wszędzie zgaszony; o podpaleniu zaś rozmyślnem mowy być nawet nie mogło.
Zwykle złość lub zemsta skłania zbrodniarza do podłożenia ognia pod strzechę, a któż i za co miał się mścić na spokojnemi kobietami?
Chłopi rozeszli się do domów, parobcy zaś, fornale i w ogóle cała służba ze spalonego folwarku, wzięła się do uprzątania pogorzeliska. Zalewano tlejące jeszcze głownie, wyciągano opalone belki, cegłę, słowem, energicznie wzięto się do roboty.
Pan Jan zarządził wszystkiem, jak u siebie i poczynił przygotowania aby jaknajprędzej przynajmniej mieszkania dla parobków, stodoły i obory odbudować. Wysoko już wzniosło się słońce, kiedy do domu powrócił. Wjechawszy na dziedziniec ujrzał małą, jasnowłosą dziewczynkę, bawiącą się na trawniku. Kulasińska stojąc na ganku i zasłaniając dłonią oczy od słońca, przypatrywała się maleńkiej.
Ledwie z konia zsiąść zdążył, już Kulasińska recytować zaczęła:
— Proszę wielmożnego pana, jakie to śliczne, żeby kto nie urzekł, jakie mądre! a gospodyni! co to za gospodyni, to jak żyję nie widziałam! Panie obie jeszcze śpią, a to biedactwo wstało już od trzech godzin. Jak wstało tak zaraz do mnie, bo i do kogóż miało iść? Ona już była ze mną u kur, u kaczek, w oborze, a taka dowcipna i zna się, jak mi Bóg miły, zna się! Powiedziała, że łysa krowa najlepsza! ktoby się to po takiem maleństwie spodziewał?! i prawdziwie, że nasza łysa najlepsza w całej oborze. Takie małe i to odrazu, powiadam wielmożnemu panu, przez zająknięcia gada, że łysa najlepsza! Wiary dać trudno, dalibóg!
— Ale, moja Kulasińska, czyś pamiętała przynajmniej o śniadaniu dla tej małej gospodyni?
Szafarka z oburzeniem ramionami ruszyła.
— Jezus, Marya, Józef! wielmożny pan to zawsze!... toż u nas, nieprzykładając, nawet kura i to najedzona, że ledwie wól dźwiga, a takie dzieciąteczko miałoby głód mrzeć? a tożbym chyba sumienia nie miała! chybabym do świętej spowiedzi nie chodziła! Dałam herbatki, śmietanki, konfiturów, czego sama chciała, bo była ze mną i we spiżarni, wszędzie była; gdzie jeno ruszyłam się, to i ona za mną. Teraz chciała się zabawić na trawniku, to stoję i patrzę. Co to takie dziecko! to, proszę wielmożnego pana, trzeba strzedz jak oka w głowie, bo to i pies może, broń Boże, nastraszyć i gąsior uszczypnie! A staw? Matko Boża! aż mi mrowie przechodzi po plecach, gdy pomyślę, że u nas woda tak blizko! Czy to trudno o nieszczęście? Nóżka się obsunie i benc! i już po wszystkiemu. O, proszę wielmożnego pana, z temi dzieciakami to niech Bóg najwyższy broni; indyczęta w mokre lato łatwiej wyhodować, niźli taki drobiazg... Już ja w tem na wszystkie cztery boki jestem spraktykowana, to wiem.
Pan Jan nie przerywając mowy Kulasińskiej, która wpadła w zwykły swój oratorski zapał, przypatrywał się rozbawionej dziecinie. Mała była zajęta układaniem jakiegoś bukietu z trawy i jednocześnie prowadziła rozmowę z żółtym motylkiem, który siedział na kwiatku koniczyny. Zapytywała go o różne kwestye, ale on nie odpowiadał wcale, tylko skrzydełkami bezustanku trzepotał.
— Widzi wielmożny pan — rzekła Kulasińska — jak to się maleństwo ślicznie bawi; ani się obejrzy nawet — Zosiu! panienko!
Dziewczynka odwróciła główkę i spojrzała dużemi, niebieskiemi oczami.
— Chodź, chodź Zosiu na ganek, pan przyjechał, trzeba się z panem przywitać.
Dziecko z nieśmiałością zbliżyło się do pana Jana, lękało się zapewne jego wielkich wąsów i marsowej postawy, lecz trwoga krótko trwała. Stary umiał jakoś zjednać sobie sympatyę Zosi, tak dalece, że wdrapała się mu na kolana i rozmawiała z nim śmiało, bez obawy, jakby ze starym, dobrym znajomym.
Kulasińska pobiegła do kuchni, a pan Jan ze swoją nową przyjaciółką pozostał na ganku.
— Ty masz na imię Zosia? — zapytał.
— Ja Zosia, a ty?
— Dziadzio; pamiętaj, żebyś zawsze tak na mnie mówiła.
— Dobrze, a czy ty jesteś mój dziadzio?
— Twój.
— Prawdziwy?
— Prawdziwy, moje dziecko, najprawdziwszy.
— Ale wąsy to chyba masz nieprawdziwe?
— Dla czego?
— Bo takie białe; chyba sobie z nici zrobiłeś wąsy, ja wiem, że z nici; a czy ty umiesz bajki? dziadziu.
— Umiem, moje dziecko.
— To powiedz, mój złoty, drogi dziadziu, powiedz koniecznie, ja tak lubię bajeczki.
Trzymając dziecko na kolanach, zaczął opowiadać bajeczkę, ale wcale niepodobną do tych, które Zosia dotychczas słyszała. Opowiadał takie śliczne bajeczki, że Zosia otworzywszy szeroko modre oczęta, słuchała w zachwycie i odrazu pokochała dziadzia.
Powiedziała, że za nic na świecie nie odjedzie z Olchówka i mamy ztąd nie puści, bo w Olchówku ładnie i wszyscy ludzie dobrzy. Kulasińska bardzo dobra, a dziadzio jedyny w świecie, drugiego takiego nie znajdzie nigdzie.
W oczach pana Jana malowało się rozrzewnienie; jakieś nieznane dotychczas uczucie budziło się w jego sercu. Drobna istotka, szczebiocząca na jego kolanach, wydała mu się prawie nieziemskiem zjawiskiem.
Przytulał dziecinę do piersi, głaskał złotowłosą jej główkę i zdawało mu się, że ta drobna istotka osłodzi wszystką gorycz, jaką w życiu tułaczem wypił, że wynagrodzi wszystkie smutki, osamotnienie i sieroctwo starości.
Olchowiecki pieszcząc małą Zosię, marzył i rozrzewniał się, a ona szczebiotała do niego rozkosznie, uśmiechała się, gwarzyła, nazywała najdroższym dziadziem, ciągnęła za wąsy, aż nareszcie zmęczona długą zabawą, upojona świeżem powietrzem usnęła, oparłszy główkę na piersiach p. Jana.
Stary oddychać nie śmiał, siedział nieruchomo zupełnie, żeby nie obudzić malutkiej.
Wpatrywał się w jej twarzyczkę rumianą i przebiegał w myśli dzieje własnego życia. Wiatr przeciwnych losów miotał nim jak liściem oderwanym z gałązki rodzinnego drzewa, rzucał go na wszystkie strony, nie dał spokoju, ani wytchnienia.
Nie zaznał on słodyczy rodzinnego życia, nie znał prawie domowego ogniska.
Raz tylko błysnął mu promyczek szczęścia, ale na bardzo krótko; raz uśmiechnęło się do niego słońce, lecz zaraz zakryła je czarna chmura żałoby.
Kiedy miał blizko czterdzieści lat wieku, ożenił się z kobietą, którą ukochał oddawna, lecz po kilku miesiącach pożycia śmierć zabrała mu drogą towarzyszkę; został sam na świecie, sierota... Ani ojca, ani matki, ani brata, ani swata, a przyjaciele, koledzy, towarzysze rozsypali się po świecie szerokim... Gdzież ich szukać?
Próżnia, pustka przerażająca w około — a stary sam, jak pustelnik spędza dni ostatki w swoim eremie — w Olchówku.
Gdyby miał rodzinę, dzieci, wnuki, jakże inaczejby było.
Patrzy w śliczną twarzyczkę uśpionej Zosi i dziwne jakieś myśli do głowy mu się tłoczą, jakieś projekta tworzy, uśmiecha się pod wąsem i radby ucałować dziecko, a nie śmie, żeby mu snu miłego nie przerwać...
Myśl jakaś prześladuje go uparcie, a jest zapewne przyjemna, bo na policzki starca występuje rumieniec, w poczciwych oczach błyszczy radość...
Drzwi prowadzące na ganek otwierają się zwolna i ukazuje się w nich pełna, szeroka twarz Kulasińskiej.
Stara klucznica patrzy zdumiona przez czas jakiś, a potem wychodząc na środek ganku, woła:
— Rany Chrystusowe! toż wielmożny pan, jak rodzona matka tę dziecinę piastuje...
— Cicho! cicho! — rzekł, kładąc palec na ustach.
Kulasińska ramionami ruszyła.
— Przez urazy wielmożnego pana — rzekła półgłosem — takich dużych dzieci nie usypia się na ręcach... niechno pan pozwoli, wezmę ją i zaniosę do pokoju na sofę, podłożę poduszeczkę i prześpi się dziecina jak Bóg przykazał, bo tak to i dla niej niebardzo wygodnie i wielmożnemu panu ręce całkiem zcierpną. Niechże wielmożny pan pozwoli, ona się nie obudzi, nie, nie ma się co boić; takie dziecko śpi jak drewno, z harmaty można strzelać i nie obudzi się, jak mi Bóg miły, wielmożny panie, bo czy to mnie pierwszyzna z dziećmi?
— No, to niechże ją Kulasińska weźmie, tylko ostrożnie, delikatnie, żeby jej się jaka krzywda nie stała.
— O, rany Chrystusowe! co też wielmożny pan powiada, toć tyle lat tu jestem, a jeszczem szklanki nie zbiła, jeszczem głupiego jajka nawet nie stłukła, a cóż dopiero dziecko! Wielmożny pan też przez żadnego wyrozumienia, zawdy na mnie; a to niezdara! a to dużo gada. Mój Boże! czy ja gadam? czy choć słówko kiedy marne przemówię?!
— No, no, o tem kiedyindziej — teraz brać dziecko i marsz!
Babina, mrucząc półgłosem sama do siebie, wzięła Zosię na ręce i do pokoju weszła. Olchowiecki sam na ganku pozostał.
Wydobył z kieszeni fajeczkę krótką i kapciuszek, tytoniu nałożył, skrzesał ognia i otoczył się kłębami dymu.
Widocznie myśli jego gdzieś za tym dymem biegły daleko, daleko... w przeszłość zapewne, w przeszłość burzliwą, smutną, sierocą, w której rzadko kiedy błysnął jasny promyk radości. Myśl ludzka lubi odbywać takie odległe wędrówki, lubi ona liczyć długi różaniec smutków i zawiedzionych nadziei, cofać się w ubiegłe dzieje życia aż do szczęśliwych chwil dzieciństwa, do tego punktu, po za który pamięć już sięgać nie może. Przypomina sobie stary pan Olchowiecki, jak jeszcze ongi, ongi jako dzieciak na trawniku igrał, przypomina piękne oczy swej matki, które z taką miłością patrzyć na niego umiały.
Hej, jak to dawno! jak dawno; ile się to wody w rzekach przez ten czas przelało, ilu ludzi poginęło, pomarło. Któż to wszystko porachuje? Kto zliczy?
Tak duma stary Olchowiecki i myśli własnych się lęka i odpędzić je pragnie, ale te, niby gołębie spłoszone, powracają niebawem. Nieprzeparta siła wspomnień ciągnie go ku szczęśliwym chwilom dzieciństwa, rozwija przed nim niby w panoramie obrazy życia całego.
Tak się w tych dumach swoich zagłębił, że nie słyszał nawet jak drzwi od ganku skrzypnęły i dopiero szelest sukni kobiecej wyrwał go z zamyślenia.
Pani Konarska z siostrzenicą swą przyszły powitać gościnnego gospodarza. Nie obeszło się bez ponownych podziękowań i łez, lecz Olchowiecki w żart to obracał, wszelkich wyrażeń wdzięczności unikając.
— Co tam — mówił — wspominać nie ma o czem, jeńcami panie jesteście, i musicie tu siedzieć w Olchówku, jak w twierdzy, dopóki się spalony domek nie odbuduje. Nie ja paniom, lecz panie mnie łaskę robicie, rozweselając na chwilę moje samotne ustronie. Zresztą musi tak być, w ostatniej instancyi decyzya zapadła.
— Jakto?
— Zosia powiedziała, że tu zostanie i ani mamy ani babci z Olchówka nie puści.
— To już pan poznał się z Zosią? — spytała pani Aniela.
— O! to stara przyjaźń. Od dwóch godzin dopiero, ale serdeczna, jesteśmy z sobą na ty.
— A trzpiot niepoprawny! — rzekła śmiejąc się matka — musiała dobrze pana wynudzić.
— Gdzież tam! tak przyjemnie gawędziliśmy z sobą, że aż... usnęła.
— Zwykle o tej porze sypia godzinkę.
— Nie dziw, zmęczyła się; w towarzystwie Kulasińskiej zwiedzała gospodarstwo; ledwie panie usnęłyście, ona już wstała i — jak powiada moja szafarka — chodziła z nią wszędzie, po całym folwarku. Właśnie gdy powróciła z tego przeglądu, miałem honor być jej przedstawionym i...
— I co? dlaczego pan nie kończy — zapytała pani Konarska.
— I zakochałem się na starość!
— Przypuszczam jednak, że nie bez wzajemności.
— Zdaje mi się.
— Dzieci mają bo jakiś instynkt wrodzony, do dobrych ludzi lgną odrazu.
— Zaraz dobrych! dobrych! któż pani powiedział, że ja jestem dobry? powiedz pani raczej, że dzieci lgną do starych; bo starość, moja pani dobrodziejko, to drugie dziecięctwo człowieka. Zresztą czy dla tej, czy dla innej przyczyny, tak się dzieje, nie powinno nas w tej chwili obchodzić, dość, że zakochałem się w Zosi. Czy pani dobrodziejka, jako matka, nie ma nic przeciwko temu?
Pani Aniela uśmiechnęła się.
— Owszem, mam coś do nadmienienia, mały warunek.
— Warunek?
— Tak, idzie mi o to, żeby pan Olchowiecki, pozyskawszy wzajemność mojej Zosi, o czem ani na chwilę nie wątpię, nie rozpieścił jej zanadto.
— A broń Boże! ja stary rygorzysta, wychowany w karności, miałbym dziecko rozpieścić, to niepodobieństwo, proszę pani. Na warunek więc przystaję — a zresztą, wiadoma to rzecz, zakochani zgadzają się na wszystko.
Pani Aniela spojrzała w stronę Zabłocia, a pan Olchowiecki to spojrzenie przelotne dostrzegł i zrozumiał...
— Nie masz tam już nic — rzekł — nic nie ocalało — ale nie trzeba poddawać się rozpaczy, odbudujemy wszystko na nowo... Macie panie przecież kawałek lasu spory, drzewa na budowle nie zbraknie, a rzemieślników w okolicy dość.
— Sądziłam, przyjeżdżając w te strony, że znajdę tu nareszcie ten pożądany spokój i wytchnienie, że odpocznę po różnych bolesnych przejściach, których mi los nie szczędził. I istotnie, w tem ustroniu, wśród łąk i lasów, znalazłam ową atmosferę cichą, spokojną, wymarzoną. Dworek nasz był niewielki, ale wygodny i miły; sądziłam, że w nizkich jego ścianach wychowam moją Zosię — niestety inaczej się stało. Nie ma już dla nas kąta spokojnego na ziemi.
— Nie mów tak pani, proszę, nie poddawaj się myślom smutnym — i dziecko wychowasz i kąt spokojny znajdziesz. Tymczasem musicie przyjąć u mnie schronienie, a troskę o odbudowanie waszej siedziby także mnie powierzcie. Nie mam tak wiele zajęć, żebym nie mógł czasu na to znaleźć.
— Czem zasłużyłyśmy na tyle sympatyi?
— Ech, z paniami to zawsze tak. Poświęcenia, sympatye, ofiary! a to w gruncie nic nadzwyczajnego. Prosta rzecz: stary, samotny inwalid lubi gości i cieszy się, że Bóg mu ich zesłał... Co tam o tem mówić! oto lepiej chodźmy do pokoju, bo widzę, że Kulasińska chce tu wejść. Założyłbym się, że babina przyszykowała nam coś do jedzenia, a może i moja Zosia już nie śpi. Jako kawaler galant muszę być zaraz na jej usługi. Po obiedzie chciałbym paniom pokazać bliżej Olchówek, urządzimy małą wycieczkę na staw — bo trzeba paniom wiedzieć, że to moja chluba... Mam całą flotylkę złożoną z kryp i czółen, rybołówstwo przynosi mi nawet jaki taki dochód.
Potrafił zmartwione kobiety rozweselić nieco, rozruszać, że zapomniały trochę o smutkach swoich i nieszczęściach.
Przy obiedzie rozmowa była ożywiona, przeplatana dziecinnym śmiechem Zosi. Pani Konarska mówiła o stosunkach swoich rodzinnych, a że Olchowiecki za młodu żył w świecie, że miał mnóstwo kolegów i przyjaciół, przeto i wspólni znajomi znaleźli się. Wspomniano o tych i o owych, zadawano sobie nawzajem pytania, obliczano kto żyje, kto umarł i tak czas jakoś szybko na tej gawędce upływał, że ani spostrzeżono, jak się słońce zniżać potrochu zaczęło.
Dzień był pogodny, ciepły, staw lśnił się od promieni słonecznych.
Przy brzegu oczekiwało już dwóch ludzi z wielką, wygodną krypą. Panie usiadły na ławeczkach. Zosia wzdragała się nieco, ale pan Jan potrafił ją przekonać, że w tym stawie ryby są spokojne, nie wskakują do łodzi i nie kąsają grzecznych dziewczynek.
Trzymała go za rękę całą siłą swych drobnych paluszków. Z początku kołysanie się krypy przejmowało ją trwogą, lecz po chwili oswoiła się z niem i z zajęciem patrzyła na wodę, na ptaki unoszące się nad jej powierzchnią. Od czasu do czasu ryba zmąciła gładką falę, plusnęła, mignęła łuską srebrną, a Zosia wybuchała śmiechem radości i wyciągała rączki, aby rybkę pochwycić.
Olchowiecki staw był ogromny; z jednej strony otaczała go grobla, z drugiej lasy, a przy brzegach chwiały się trzciny wysokie, wśród których przebywało mnóstwo różnego ptactwa. Na środku wyspa dość duża, drzewami i zielenią pokryta, wychylała się z wody. Rzadko tam człowiek zaglądał, więc drzewa rozrastały się bujnie, nie słysząc nigdy zabójczego łoskotu siekier, a krzaki drobne i krzewy, nietrzebione nigdy, tworzyły zbite ściany zieleni. Na środku samym było miejsce wolne, trawą szmaragdową zarosłe. W lecie wśród tej trawy czerwieniły się poziomki, w krzakach było jerzyn, malin, porzeczek nieprzebrane mnóstwo, leszczyna rozkładała, niby wielkie wachlarze, giętkie swoje gałązki obsypane orzechami corocznie.
Nigdy się tu nie rozlegał huk strzałów, więc ptaki bezpiecznymi się czując, słały sobie gniazda na wyspie i spokojne wychowywały śpiewające potomstwo. To też gdy wieczór nadszedł, gdy się rzesza skrzydlata zleciała i posiadała na drzewach, brzmiał tu chór głośny, wesoły, z tysięcy głosów złożony.
Drobne ptaszki śpiewały na krzaczkach, turkawki z wysokiego dębu gruchały do siebie miłośnie, a pstry dzięcioł z wielką czerwoną głową, kując dziobem w starą sosnę, wybijał takt jak młotkiem.
Zosia była zachwycona tym widokiem. Nigdy w życiu jeszcze nie widziała razem tyle ptaszków i takich pięknych, tak ślicznie śpiewających.
Najbardziej jednak zajmował ją dzięciół, który nie zważając wcale na obecność ludzi, pracował tak zawzięcie, aż kawałki kory z sosny leciały.
— Dziadziu, mój dziadziu, czy te wszystkie ptaszki są twoje?
— Moje — odpowiedział z uśmiechem.
— I dzięcioł także twój?
— I dzięcioł.
— I rybki?
— Tak.
— I jerzyny także twoje.
— Moje, Zosiu.
— Ach, mój dziadziu kochany, jakiś ty bogaty! bogatszy niż król, o którym w bajce słyszałam.
Rozśmiał się Olchowiecki i ucałował maleńką, lecz ta szybko wyrwała się z jego objęć i pobiegła dalej, w głąb wyspy, podziwiać ptaszki i zrywać orzechy.
Matka poszła za nią; na polance tylko pan Jan z panią Konarską pozostał.
Usiedli oboje na zwalonej kłodzie dębowej i rozmawiać z sobą zaczęli.
— Panie — rzekła — znasz już naszą historyę, ale nie dopowiedziałam ci jeszcze ostatniego jej epizodu. Po śmierci mojej siostry zostałam sama z Anielcią i rozumiesz pan, że dziecko to stało się już jedynym i ostatecznym celem mego życia. Opiekując się Anielcią, nietylko spełniałam obowiązek, lecz czyniłam zarazem zadość potrzebie mego serca, gdyż przywiązałam się do mej siostrzenicy serdecznie. Bo też było to dziecko tak ujmujące, tak dobre, że opowiedzieć panu nie mogę... Dokładałam wszelkich starań, aby ją jaknajlepiej wychować i zapewnić jej los dobry. Niestety, Bóg chciał inaczej...
— Cóż się stało takiego? — spytał Olchowiecki.
— Pozwól pan, zaraz opowiem. Anielcia wyrosła na śliczną pannę, ale była ciągle bardzo wiotka i blada. Wiedząc, że matka jej nigdy nie odznaczała się kwitnącem zdrowiem i obawiając się jakiej choroby dziedzicznej, radziłam się najlepszych lekarzy, co zrobić, żeby możliwość podobnego wypadku uprzedzić. Zalecano podróże, górskie powietrze, to znowu południowy klimat i uspakajano moje obawy. Stosując się ściśle do tych rad, wyjechałam z Anielcią. Byłyśmy jakiś czas we Włoszech, później parę miesięcy w Szwajcaryi, nareszcie, już wracając do kraju, zatrzymałyśmy się w Wiedniu. Podróże posłużyły Anielci doskonale, rumieńce zdrowia wykwitły na jej twarzyczce, dobry humor nie opuszczał jej ani na chwilę. Szczęśliwą byłam widząc, że jaśnieje pięknością i rozwija się jak kwiat. W Wiedniu bawiłyśmy nieco dłużej i spotkałyśmy jednego z naszych rodaków, bo i tam są oni.
— Był to młody człowiek, nadzwyczaj sympatyczny, gładki, wykształcony; nazywał się Bolski.
— Bolski, pozwólno pani dobrodziejko, to nazwisko znane mi jest dobrze. Miałem towarzysza Władysława Bolskiego. Miałem o nim wiadomość, że osiedlił się gdzieś w Niemczech, ożenił się podobno z jakąś szwajcarką i nieźle mu się działo, ale od lat wielu nie słyszałem nic o nim.
— Otóż to był zapewne ojciec męża Anielci...
— Męża?
— Niestety, tak.
— Dla czego z takim żalem mówisz pani o tem?
— Ach, panie! Każde wspomnienie o nim rozdziera mi serce, ale pozwól dokończyć. Pan Jan Bolski poznał się z nami wypadkiem w teatrze, a że pomiędzy ziomkami, gdy się na obczyźnie spotkają, o zawiązanie znajomości bardzo łatwo, więc zaczął u nas bywać i stał się codziennym gościem. Stęsknione byłyśmy do dźwięków mowy ojczystej, do towarzystwa... a że ten pan był bardzo miłym, dowcipnym, przyjemnym w obejściu, że pochodził z dobrej rodziny, więc też zapraszałam go serdecznie, aby nas odwiedzał. Mówił, że jest inżynierem, że pracuje w jakiejś fabryce, że wynalazł maszynę, która przy odrobinie kapitału przyniosłaby mu miliony... Wierzyłam temu i widząc człowieka porządnego, pracowitego, z głową, pragnęłam szczerze ażeby zajął się Anielcią.
— I pragnienie pani spełniło się.
— Prędzej niż sądziłam. Co łatwiejszego, jak wyprowadzić w pole kobietę? Zkąd mogłam wiedzieć, że ten człowiek udaje i gra szkaradną komedyę...
— Pani, to nie może być, żeby on był synem Władysława! tamten był prawym i szlachetnym człowiekiem.
— Bywają wypadki... Co mam długo mówić; rzeczy poszły zwykłym trybem. Anielcia pokochała go całą siłą uczucia niewinnego serca i oddała mu rękę. Błogosławiłam ich ze łzami w oczach i cieszyłam się myślą, iż mogę umrzeć spokojnie, widząc moję sierotkę zabezpieczoną zupełnie. Powierzyłam mu prawie cały nasz kapitalik i byłam zupełnie szczęśliwa, szczęściem Anielci.
— Z początku wszystko zapowiadało się jaknajlepiej; on był dla Anielci dobrym, uprzedzającym, zdawało się że ją kocha szalenie! O swoich przedsiębiorstwach i interesach jakie podejmował, opowiadał cuda, milionów miał się dorobić. Szczęście trwało rok jeden, przyszła na świat Zosia, ale pan Bolski zamiast cieszyć się, stawał się jakimś chmurnym, zamyślonym, wiecznie był nibyto zajęty, a w domu bywał coraz rzadziej. Nareszcie pewnego dnia zażądał odemnie pieniędzy. Odmówiłam. Żądania zaczęły być coraz częstsze, coraz natarczywsze, Anielcia zalewała się gorzkiemi łzami... I ją i mnie traktował coraz gorzej, posuwał się nawet do obelg...
— A! nikczemnik.
— Nareszcie pewnego dnia, po gwałtownej scenie jaką nam zrobił, trzasnął drzwiami i nie pokazał się więcej. Nazajutrz dopiero miejską pocztą otrzymałyśmy od niego list, w którym z całym cynizmem oświadczał, że ożenił się tylko dla pieniędzy, a skoro takowych już mu nie dają, więc też nie widzi racyi żyć dalej z żoną i ze starą, skąpą ciotką — i wyjeżdża do Ameryki, gdzie znajdzie zapewne szczęście i miliony... Wyobrazić pan sobie może nasze okropne położenie... Anielcia rozpaczająca, ja tak oszołomiona, cały prawie nasz fundusz zmarnowany...
— A to łotr dopiero; takiego ojca syn! Cóżeś pani zrobiła dalej? czy poszukiwałyście przynajmniej tego jegomości?
— Po co? Anielcia widząc całą ohydą tego czynu, całą nikczemną komedyę uczuć kłamanych i fałszu, wcale nie pragnęła powrotu człowieka, dla którego teraz zamiast miłości pogardę czuć tylko mogła.
— Ależ trzeba było się starać o rozwód; przecież kobieta młoda, jak ona, mogła jeszcze znaleźć szczęście w związku z godniejszym jej człowiekiem.
— Co też pan mówi? Na prowadzenie kosztownej sprawy rozwodowej nie było funduszów — a po drugie, Anielcia zawiedziona raz tak fatalnie, postanowiła zająć się wyłącznie dzieckiem i o niczem więcej nie marzyć. Kto się tak strasznie rozczarował, ten nie wierzyłby już nawet najszczerszej prawdzie...
— Władysława syn! Władysława syn! — powtarzał półgłosem pan Jan.
— Powróciłyśmy do kraju, do Warszawy, w której można ukryć łzy i żyć samotnie, chociaż w pośród ludzi. Zaprowadziłam możliwą oszczędność, żeby to co nam jeszcze pozostało zachować na czarną godzinę i przeszło nam lat cztery smutno, jednostajnie, w opuszczeniu i sieroctwie. Dopiero niedawno, w spadku po krewnym, którego nie znałam nawet, dostał nam się ten folwarczek i w nim postanowiłyśmy osiąść na zawsze. Widzisz pan, że i ztamtąd zostałyśmy wypędzone... przez ogień.
— A przez Bóg żywy! moja pani nie mów tak! ja was ztąd nie puszczę, wyście moje siostry. Ja wam powinowaty, a może i krewny przez Okszów, jam towarzysz Władysława, którego syn taką wam krzywdę wyrządził... Gdyby Władysław żył, nie opuściłby was — i ja was nie opuszczę. Pomów pani z panią Anielą... lub nie, ja sam jej powiem.. Zresztą co mam mówić, nie puszczę was i basta! Chyba mnie o podstęp nie będziecie mogły posądzać; zaufajcie mi jak ojcu, jak przyjacielowi...
— Panie, czyż podobna?
— Czemu nie ma być podobna! cóż to znów! U mnie co w sercu to i w mowie, ceremonii nie znam i znać nie chcę. Daję wam serce i życzliwość, boście nieszczęśliwe i opuszczone... A przytem i ja przy was odżyję i ja znajdę może serca życzliwe.
Drobne rączki rozchyliły gałęzie leszczyny, wśród nich ukazała się złotowłosa główka i dźwięczny głosik zabrzmiał:
— Dziadziu! a kuku!
— O ty pieszczotko moja! — zawołał w uniesieniu pan Olchowiecki — pójdź, pójdź Zazulo śliczna, kukać mi będziesz szczęśliwe lata starości.
To mówiąc porwał dziecię na ręce i serdecznie całować je zaczął; pani Aniela wzruszona na tę scenę patrzyła.
— I miałybyście panie serce — zapytał — odebrać mi to dziecko, ten jedyny jasny promyk pogodnego zachodu?... Pani Anielo, odpowiedz?
— Słyszałam rozmowę pana z ciocią — rzekła młoda kobieta głosem drżącym od wzruszenia, a łzy zabłysły w pięknych jej oczach. Słyszałam wszystko co do słowa.
— I co mi pani odpowiesz? czy odbierasz mi Zosię?
Zamiast odpowiedzi ujęła rękę zacnego człowieka i przycisnęła ją do ust.
— Ojcem nam bądź — szepnęła.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Szybko idzie czas, dzień za dniem goni i niby gołąb skrzydlaty ginie w przestworzach nieskończoności. Wiosna zimę ściga, lato wiosnę, za latem złota jesień dąży. Pola zielenią się i obumierają znowuż, aby się na nowo pokryć szatą młodości i wdzięków.
Srebrem i złotem mienią się olchowieckie stawy, rosochate wierzby przy grobli pokrzywiły się jeszcze dziwaczniej, jeszcze inaczej, łąki pstrzą się milionami kwiatów.
Trzy lata przeszło od opisanych wyżej wypadków.
W Zabłociu nowy folwarczek zbudowano. Stary Szymon ex saper, stały niedowiarek co do wojskowych racyj Kulasińskiej, wedle wskazówek pana Jana gospodarstwo prowadzi. Ład tam i porządek panuje, a dobra, poczciwa ziemia zboże rodzi dla Zosieczki na posag.
Pani Aniela już jest wdową. Olchowiecki póty korespondował, póty jeździł i starania czynił, aż się dowiedział o losach Bolskiego. Zmarł on w Bostonie, gdzie się drugi raz z jakąś niemką ożenił. Akt zejścia, zalegalizowany jak należy, przysłano.
Pani Aniela jednak nie pragnie korzystać z wolności, jej tak dobrze w Olchówku, tak spokojnie i cicho...
Uczy Zosię, przy gospodarstwie pomaga, a wieczorem, gdy pan Olchowiecki z panią Konarską do bezika zasiądzie, na fortepianie różne dumki wygrywa. Dźwięczna melodya płynie po wodzie, po rosie; płynie, a słowiki z wyspy odpowiadają jej chórem.
Oto i teraz, słońce w blaskach zachodzi, różowe wachlarze na powierzchni stawu rozkłada; wietrzyk łagodny szumi, z wieżyczki kościelnej dzwonek się wieczorny odzywa.
Olchowiecki na ganku usiadł, Zosię na kolanach trzyma i „bajeczkę“ jej opowiada.
Z poza drzwi uchylonych od sieni ukazuje się okrągła twarz Kulasińskiej...
Stara klucznica słucha także, patrzy jak pan Olchowiecki dziecinę śliczną pieści...
Zadumała się baba i sama do siebie rzekła półgłosem:
— Boże miłosierny! Dziwny to pan, taki gniewny w oczach, taki strasznie wąsaty, a serdeczny i kochający... jak matka.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.