Poeta i świat (Kraszewski, 1929)/Część I/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Poeta i świat
Część Część I
Rozdział IX
Pochodzenie Poeta i świat
Data wydania 1929
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Złoczów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IX.
Czem jest miasto dla poety.
Wsi spokojna, wsi wesoła,
Który głos twej chwale zdoła?
Kochanowski, P. Ks. II. Sobótka XII.

I kiedy wjeżdżał do Wilna Gustaw, jak mu się dziwnie wydało miasto, po wdzięcznej wsi, tak poetycznej, tak spokojnej, tak naturalnej! Mimowoli przypomniał sobie słowa angielskiego poety:,
»Bóg stworzył wieś, człowiek zbudował miasto!«
Ten tłum ludzi zbliżonych do siebie, a obcych sobie bardziej niż gdziekolwiek indziej, mieszkających w domach ściśniętych bez innego widoku, prócz dachów czerwonych, zadymionego nieba, kawałka bruku i zielonej latarni, — tłum ludzi obojętny, samolubny, głuchy na wszystko prócz swojej korzyści, — wydał się Gustawowi zupełnie innym światem; w tych wielkich murach, zimnych, pustych, widział groby, a miasto w jego oczach było cmentarzem żyjących.
W kościołach nawet inny był Bóg, nie ten co na wsi; złoto, srebro, drogie kamienie, marmury, śmieszne były, chcąc zdobić miejsca, które wielkość jego czyni wyższemi nad wszystkie ozdoby. — Kapłani w purpurach, w złocie, nie wydali mu się sługami Boga, który był ubóstwa i pokory nauczycielem. Nabożeństwo przemawiające do oczu nie do serca, zimne i wystawne, nie zastąpiło dla niego cichych modłów kaplicy wiejskiej, gdzie lud pracowity na przegniłych deskach przed drewnianym ołtarzem, ze łzami dziękuje, prosi, modli się do Boga!
A ludzież miejscy, którzy dla każdego mieli uśmiech, a dla nikogo pomocy; słodką grzeczność świata na ustach, a w sercu chłód i truciznę samolubstwa, choroby uporczywie do ich diatezy przywiązane, — ludzie miejscy potrącający z pogardą ubogiego, kłaniający się możnym i bogatym więcej niż kościołom, do których chodzili wdzięczyć się, nie modlić, jakże się prostemu, wieśniaczemu sercu Gustawa zepsutymi wydawali!
A kobiety strojne, wdzięczne, zalotne, z uśmiechem na ustach, który w szyderstwo dla jednych, w przymilanie dla drugich na rozkaz się zmieniał, kobiety, które nie umiały się zarumienić ani spuścić oczu, które nigdy nie miały młodości, bo nie znały wstydu, których niewinność starła się dotknięciem świata, nim w sercu urodzić się mogła, — kobiety te jakże dalekie były od ideału przeczystych aniołów, które Gustaw marzył!
I smutne było miasto dla poety, bo zawsze miasto jest stolicą i siedliskiem handlu na wszystko: gasną w niem wszystkie uczucia, a egoizm króluje, wszystko się przedaje, rozum, wdzięki, rozkosz, szacunek, zdrowie, wszystko, — zacząwszy od funta tabaki, a skończywszy na modłach pogrzebowych za dusze.
— Ach! — myślał Gustaw — ileżby to ci ludzie zyskali na wsi, tam, z tem świeżem powietrzem, z słodkiemi wdziękami cichego przyrodzenia, w większej samotności; mniej widząc siebie, więcejby się kochali, tam czuliby Boga, którego tu nie widzą, bo głos jego piorunu głuszy turkot karety bogacza. Jego cuda wyśmiewa głupia ciżba półmędrków, jego wielkość niszczą drobnostkowe robótki ludzi, którzy się w oczach tłumu wielkimi wydają. Ci ludzie zawsze ściśnieni, zawsze ocierając się o siebie, przejmują swoje błędy, wyśmiewają cnoty, nigdy nie mają chwili do zastanowienia, bo w ciągiem żyjąc odurzeniu, kręcą się bez myśli, jak nad wirem rzeki. — I te kobiety, tak świeże, młode, a tak blade, tak przekwitłe przed zakwitnieniem, które widziały tysiąc razy całą historję człowieka na poddaszu, na ulicy, nie wierzące w dwudziestym roku w nic, prócz pieniędzy, jakżeby odżyły pod wiejskiem niebem, gdzie wszystko oddycha czystą miłością, wiarą i nadzieją, których próżno szukać pod okopconym dachem kamienic.
I mówią — myślał Gustaw — że młodzież może się przetrzeć na świecie, posłana do miasta. Cóż to jest, co oni tak nazywają? nabranie śmiałości, a utrata wstydu — jednem słowem zepsucie. Przetrzeć się na świecie, jest to utracić wiarę w uczucia wstydu i miłości, przekonać o koniecznej potrzebie samolubstwa, i powrócić do domu, splamionem sercem i usty zwodzić wieśniaków, szydzić z nich, i oddać im z procentem to, czem ich w mieście przywitano — szyderstwo i oszukaństwo.
Kilka dni obeznania z młodzieżą nauczyło Gustawa, że nie na długo przywożą i to nie wszyscy, z domu prostotę, szczerą pobożność i serce chrześcijańskie, wykształcone do familijnych uczuć matczynemi rękoma. Ujrzał on młodzież oszukującą się nawzajem, przepędzającą życie na rozkoszach, które tego nawet imienia nie były warte, trawiącą dni drogie bez myśli, celu i zastanowienia.
Smutno ścisnęło się jego serce, kiedy ujrzał i posłyszał wyśmiane te święte dotąd dla niego uczucia szacunku i wdzięczności dla krewnych i rodziców, poświęcenia dla przyjaciół, religijnej czci dla kobiet, poważania dla siwych włosów; kiedy posłyszał bluźnierstwa chwalone jak rozum, bezwstyd i zuchwalstwo zalecane jak umiejętność życia, kiedy pacierz jego odmówiony u łóżka na klęczkach ściągnął na niego długie śmiechy i pogardliwe wejrzenia. Lecz szyderstwo i przykład, tak silne pobudki zgorszenia, nie skutkowały na Gustawie.
Raz szedł on ulicą i myślał właśnie o tym świecie miejskim, tak różnym od cichego domu, w którym się wychował, od wiejskich ludzi, od tamtych kobiet, w tem ujrzał przed sobą staruszkę idącą o kiju, siwą, drżącą, zgarbioną. Twarz jej była blada, zmarszczona, oczy wpadłe, ręce suche, podpierała się parasolikiem powleczonym kawałkiem biało-żółtego perkalu. Strój jej oznaczał ubóstwo niedawne jeszcze, bo składał się ze szczątków dostatków; suknię miała starą, wytartą, ale atłasową; chustkę gęsto cerowaną, ale tyftykową przed laty. Tłum mijał obojętnie staruszkę; nie jeden ją potrącał, nie jeden rzucił jej przechodząc przykre słowo lub przykrzejsze wejrzenie, tylko Gustaw rozczulony, spoglądał na tę ruinę wieku i dostatków, smutną, samą, opuszczoną, wśród wesołych i bogatych.
Ona szła, nikogo nie widząc, powoli, dźwigała ogromną księgę, z której wyglądały okulary, i kończyła modlitwy, tę rozmowę duszy z jedynym przyjacielem opuszczonego, z Bogiem.
Nagle za nimi krzykliwy głos kuczera oznajmił poszóstną karetę jakiegoś bankruta, który żył jeszcze jak pijawka, krwią i łzami kilkudziesiąt familij. Powóz leciał, kuczer wrzeszczał, wszyscy się ustąpili co prędzej, wszyscy prócz staruszki, bo ta biedna była głucha i nie słyszała głosu kuczera i nie widziała pańskiej karety. Już konie prawie ją roztratować miały, gdy Gustaw, krzykiem nagłym obudzony, porwał bezsilną na ręce i odniósł na bok, a nim przyszła do siebie i miała czas go pobłogosławić, uszedł dalej, unikając podziękowań i wdzięczności. Lecz staruszka dążyła za nim prędko, nie spuszczając z niego oka, i korzystając z zastanowienia, porwała za połę.
— Poczekajże, moje dziecię — rzekła cichym głosem — niechże ci choć podziękuję za twoją poczciwość, niech cię pobłogosławię.
Gustaw nachylił głowę, a staruszka przeżegnała go powoli.
— Niech ci Bóg nagrodzi, moje dziecię, bo ja inaczej jak życzeniem nie mogę; a na pamiątkę, naści ten obrazek. I wyjęła z swojej książki nabożnej świętego Antoniego di Padova, na którym były widoczne ślady nabożnych pocałunków, pocałowała go raz jeszcze i oddała Gustawowi.
— To najlepszy mój patron, najskuteczniejszy — odezwała się — módl się do niego, gdy ci źle będzie na świecie; on mnie często ratował!
I biedna staruszka zachwalała swego patrona, chociaż ją zostawił w połatanej sukni, samą jedną, o kiju na starość, bez dziecka, bez przyjaciela.
Tak Gustaw pierwsze w życiu odebrał błogosławieństwo, a choć go nad nim obca ręka skreśliła, uczuł jednak, że skarb niósł z sobą. Nie jestże bowiem skarbem błogosławieństwo starego?
Musiał także staruszce powiedzieć swoje nazwisko, bo go inaczej puścić nie chciała.
Potem chwycił obrazek, podziękował i zniknął na zawrocie ulicy. Staruszka powlekła się do domu pilnując muru i kończąc przerwane pacierze, a jeden z kolegów Gustawa wracał do swojej izdebki i rzucając książki na ziemię, wołał do towarzyszów:
— To szalony z tego Gustawa! dziś widziałem, jak o mało się pod konie nie rzucił, dla wyratowania starej jakiejś baby. Gdyby jeszcze za jaką młodą! mógłby rachować na wdzięczność. A tak zyskał pewno błogosławieństwo i pacierze! cha! cha!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.