Podróż podziemna/Rozdział 6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż podziemna
Podtytuł Przygody nieustraszonych podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Drukarnia aukc. T. Jankowskiego, ul. Wspólna 54
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyage au centre de la Terre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ 6.

Axel nie chce być współtowarzyszem swego stryja.

Na te słowa dreszcz przeszedł po mojem ciele.
Starałem się udać zadowolonego. Zresztą w podróży tej były i dobre strony.
Iść do głębi ziemi!
Łatwo wyobrazić zdziwioną minę profesora, gdy ujrzał stół nienakryty.
Wszystko się wyjaśniło. Przywrócono wolność dobrej Marcie. Pobiegła na targ i zakrzątnęła się tak szybko, że w godzinę potem głód nasz był zaspokojony i humor mój się poprawił.
Podczas obiadu stryj był wesoły, zdobywał się na coraz to nowe żarty, które pobudzały mnie do śmiechu. Po obiedzie kazał iść ze sobą do gabinetu.
Usłuchałem. Usiadł na jednym końcu stołu, ja naprzeciw niego.
— Axelu, — odezwał się do mnie słodkim głosem, — jesteś genjalnym chłopcem, zrobiłeś mi wielką przysługę.
Nie zapomnę ci tego nigdy i w odkryciach, jakie poczynimy, zasługę mieć będziesz ogromną!
— Poczekajcie! — pomyślałem, — jest w dobrym humorze, trzeba pomówić z nim o tej sławie!
— Przedtem wymagam od ciebie sekretu. Czy słyszysz?
Nie brak zazdrośników między uczonymi i wielu chciałoby odbyć tę podróż, a tymczasem dowiedzą się o tom dopiero po naszym powrocie!
— Czy stryj myśli, że liczba odważnych podróżników byłaby tak dużą?
— Naturalnie! żaden nie zawahałby się wyruszyć na tę wyprawę, o ileby czytał ten dokument.
— Co do mnie, to nie chcę temu uwierzyć. Nic nie dowodzi prawdziwości tego dokumentu.
— Jakto?
— Kto tam wie, czy ten Saknussemm odbył podróż? Może to tylko mistyfikacja. Profesor zmarszczył brwi. Żałowałem już, żem to powiedział.
Uspokoił się jednak, nawet uśmiechnął i rzekł:
— Właśnie przekonamy się o tem.
Widząc, że nic moje argumenty nie zdziałają, zacząłem z innej strony.
— A te Yokul, co one znaczą? Nie słyszałem o miejscowości podobnego nazwiska...
— Weź atlas, mój chłopcze.
Przyniosłem atlas, otworzyliśmy i wtedy profesor pokazał mi wyspę utworzoną z wulkanów, znaną pod imieniem Yokul. Nazwa ta oznacza lodowiec.
— Dobrze, — odpowiedziałem, — ale co oznacza Sneffels?
Sądziłem, że na to mi nie zdoła odpowiedzieć, ale omyliłem się bardzo.
Stryj mój rzekł do mnie:
— Spójrz na południową stronę Islandji, widzisz ten wystrzępiony wierzchołek skalisty. Czy widzisz?
— Widzę, — odrzekłem.
— A więc jestto ów Sneffels.
— Sneffels?
— Tak, jestto góra na pięć tysięcy stóp wysoka, najważniejsza w Islandji, z kraterem w środku.
— Ależ to niepodobna! — wykrzyknąłem.
— Niepodobna? Dlaczego? — spytał surowym tonem profesor.
— Gdyż k rater jej jest napewno zalany lawą, skały w środku są rozpalone...
— A jeśli to wulkan wygasły?
— Wygasły?
— Tak. Więcej jest wulkanów wygasłych, aniżeli czynnych.
Sneffels należy do wygasłych...
Na te wywody uczonego nie miałem już odpowiedzi.
— Cóż znaczy ten wyraz Scartaris? — zacząłem znowu.
— Scartaris to szczyt góry, która rzuca cień swój wgłąb krateru.
A więc stryj umiał na wszystko odpowiedzieć! Wyszedłem z pokoju zrozpaczony. Przyjdzie mi więc jechać razem do tego przeklętego krateru.
Postanowiłem rozmówić się z mą narzeczoną. Co też ona mi powie? Idąc drogą paliłem fajkę, gdy naraz spostrzegłem ją.
— Małgosiu! — zawołałem zdaleka.
Zmieszana trochę, że tak przy ludziach na nią wołam, podeszła do mnie.
— Mój drogi Axelu, — wyszeptała zarumieniona: — co się stało?
Opowiedziałem jej o zamiarach mego stryja, sądząc, że wybuchnie rozpaczą i nie pozwoli mi jechać.
Tymczasem moja narzeczona odpowiedziała natychmiast:
— Ach, Axelu, to będzie bardzo piękna podróż!
Zdziwiłem się ogromnie.
— Tak, mój drogi, to bardzo piękna podróż z takim uczonym, jak twój stryj!
— Jakto? — spytałem, — nie zatrzymujesz mnie nawet?
— Naturalnie, gotowam i sama wam towarzyszyć, o ile nie będę dla was przeszkodą.
— Mówisz na serjo?
— Mówię zupełną prawdę!
I tak, dziecko to roznieciło we mnie zapał, dodało mi energji.
Byłem zawstydzony.
— Małgosiu — rzekłem, — ciekawym, czy będziesz mówiła tak samo jutro przy spotkaniu?
— Jutro, mój drogi Axelu, będę mówiła tak samo, jak i dzisiaj.
Wzięliśmy się za ręce i poszliśmy razem, w milczeniu.
Noc już była gdyśmy wrócili na Królewską.
Sądziłem, że zastanę w domu spokój, że stryj mój śpi oddawna, tymczasem gwałt, krzyki, cały dom przekupniów...
Stryj mój nakupił sznurów, waliz, koszyków, mnóstwo narzędzi do kopania ziemi, rozbijania skał, mierzenia i t. p. Przywitał mnie naganą, że się wałęsam, kiedy tyle jest roboty przy przygotowaniu do drogi.
Odezwałem się, że do lipca jeszcze daleko, a więc zdążymy napewno.
Wtedy stryj wytłomaczył mi, że chcąc być w lipcu na kraterze, trzeba jechać pojutrze rano, że podróż do Islandji nietylko jest daleka, ale i obfitująca w przeszkody.
Niezbyt mi to było przyjemne, co usłyszałem, ale ratunku znikąd spodziewać się nie mogłem.
Wpadłem do swego pokoju, ale daremno starałem się usnąć.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.