Podróż podziemna/Rozdział 7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż podziemna
Podtytuł Przygody nieustraszonych podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Drukarnia aukc. T. Jankowskiego, ul. Wspólna 54
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyage au centre de la Terre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ 7.

Wyprawa do głębi ziemi. Bolesne pożegnanie.

Przepędziłem noc straszliwą. Nazajutrz, o wczesnym poranku usłyszałem wołanie.
Postanowiłem się nie odzywać, ale na dźwięk ukochanego głosu, wzywającego mnie słowami: — Mój drogi Axelu! — nie mogłem wytrwać w postanowieniu.
Wskoczyłem i wybiegłem z pokoju. Sądziłem, że moja znękana mina, i bladość wzruszą Małgosię, ale omyliłem się bardzo.
— Ach, mój drogi Axelu! — posłyszałem ździwiony, — widzę, żeś spokojniejszy, gdyż doskonale wyglądasz,
— Doskonale? — zapytałem i podszedłem do lustra, aby przyjrzeć się swemu wyglądowi.
W istocie wyglądałem lepiej, niż myślałem. To było nie do uwierzenia.
— Axelu! — odezwała się do mnie moja narzeczona, — dużo mówiłam z mym opiekunem. To wielki uczony, dojdzie on napewno do swego celu a jego sławę i ty będziesz dzielił... Pomyśl tylko, Axelu, że gdy powrócisz, będziesz już dorosłym i podobnym do niego.
Swobodnym w mowie, w czynie, swobodnym w...
Młoda dziewczyna zarumieniła się przy ostatniem zdaniu i nie dopowiedziała.
Wziąłem ją za rękę i wszedłem do gabinetu profesora.
— Mój stryju, — odezwałem się, — czy to już na dobre zdecydowana ta podróż?
— Jakto? Jeszcze wątpisz?
— Nie, — odrzekłem, nie chcąc go rozdrażnić, — pytam się tylko dlatego, że nie wiem, dlaczego się tak śpieszymy.
Wytłumaczył mi profesor poraz drugi, że nie jest to bezcelowy pośpiech.
Nie śmiałem na to odpowiedzieć. Wróciłem do swego pokoju z Małgosią.
Ona to postanowiła zapakować mi bieliznę i ubranie w walizce i zaraz się do tej czynności zabrała.
Zdawała się nie brać do serca tej podróży, jakby to była naprzykład podróż do Lubeki lub Helgolandu.
Jej małe rączki pakowały i pakowały bez przerwy. Rozmawiała z wielkim spokojem i rozwagą.
Drażnił mnie ten jej spokój. Wolałbym, żeby rozpaczała, płakała.
Nakoniec gdy ostatni przedział walizy został napakowany, wszedłem do przedpokoju.
W dniu tym zebrało się mnóstwo robotników i kupców.
— Czy pan oszalał? — pytała mnie Marta.
Zrobiłem ruch twierdzący.
— I zabiera panicza ze sobą?
Tożsamo potwierdzenie.
— I dokąd to?
Wskazałem jej ręką wnętrze ziemi.
— Do piwnicy? — krzyknęła stara kobieta.
— Nie, — odpowiedziałem. — jeszcze głębiej.
Przyszedł wieczór, nie miałem pojęcia o upływającym czasie.
— Jutro rano o szóstej wyjeżdżamy, — odezwał się do mnie profesor.
O godzinie dziesiątej rzuciłem się na łóżko, jak nieruchoma masa.
Podczas nocy opadła mnie trwoga. Śniłem o przepaściach, miałem dużą gorączkę.
Czułem się ciągnionym przez profesora, pogrzebanym.
Obudziłem się o godzinie piątej, złamany ze zmęczenia i wzruszenia. Zeszedłem do jadalni.
Przy stole siedział stryj i zajadał z apetytem . Patrzałem na niego z trwogą. Ale Małgosia tam była. Nie mówiłem nic i nie jadłem.
O wpół do szóstej rozległ się turkot na ulicy.
Obszerny powóz przybył, aby nas zabrać na kolej do Altony. Napełniono go zaraz bagażami mego stryja.
— A twoja waliza? — zapytał stryj.
— Już gotowa, — odrzekłem.
— Śpiesz się, bo spóźnimy się na pociąg!
Niepodobna było mi walczyć z przeznaczeniem. Zszedłem do pokoju, zabrałem walizę i ruszyłem do powozu.
W tej chwili profesor składał w ręce Małgosi rządy domowe.
Moja śliczna narzeczona zachowała swój zwykły spokój.
Ucałowała swego opiekuna, ale całując mnie, nie mogła powstrzymać łez, które spadły na moje policzki.
— Małgosiu! — wykrzyknąłem.
— Idź, mój drogi Axelu! idź! — rzekła do mnie — opuszczasz swą narzeczonę, ale za powrotem znajdziesz swą żonę.
Uściskałem Małgosię na pożegnanie, poczem wzruszony wsiadłem do powozu.
Marta i moja narzeczona długo stały na progu i powiewały chustkami.
Potem dwa konie, podniecone gwizdaniem furmana, puściły się ku Altonie galopem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.