Podróż na Jowisza/Księga II/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor John Jacob Astor
Tytuł Podróż na Jowisza
Podtytuł Powieść fantastyczno-naukowa
Wydawca Nakład Redakcyi "Niwy"
Data wydania 1896
Druk Druk Rubieszewskiego i Wrotnowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Milkuszyc
Tytuł orygin. A Journey in Other Worlds
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ V.
Zwiedzanie lądu, wrażenia.

Gdy podróżni zbudzili się ze snu, słońce stało już względnie wysoko na horyzoncie, a śpiew ptaków rozlegał się silny i wdzięczny niby głos kościelnych organów.
Znalazłszy w bliskości głęboki strumień, w którym woda miała stopień ciepła krążącej w żyłach krwi, wykąpali się, a chcąc zjeść śniadanie, spostrzegli dopiero, że zapomnieli zabrać z sobą prowizyj.
— To nie do darowania, taki brak przezorności! — zawołał Bearwarden, — ale jeśli teraz będziemy wracali do naszego statku, stracimy wiele czasu, któryby lepiej użyć można.
— Mamy przecie proch i fuzyę, drzewa i wody poddostatkiem, wypada tylko postarać się o zwierzynę, — zauważył Ayrault.
— Niepodobna przypuścić, aby tu była wyniszczoną, jak to już ma miejsce w wielu naszych na ziemi lasach — dorzucił Cortlandt.
— Niebardzo też musi być płochliwą, nie może się w nas domyślić nieprzyjaciela, nie posiadamy bowiem, ani skrzydeł, ani nóg pneumatycznych, jak dotąd spotykane stworzenia tutejsze; odgłos naszych wystrzałów także tu będzie nowością, której skutków nie znają one zapewne. Ale jak dotąd, nie spotkaliśmy jeszcze nic, czemby można głód zaspokoić, choćbyśmy nawet chcieli być niewybredni. Może powiedzie się nam lepiej w bliskości tego strumienia.
— Pytanie, czy tutejsza zwierzyna gustuje w gorącej wodzie?
— Jak sądzę, trzebaby nam iść brzegiem tego strumienia tak długo, aż wody jego ostudzone biegiem będą zimne; tam dopiero możemy się spodziewać, że spotkamy zwierzynę.
— Istotnie, to dobra myśl, — zawołał wesoło Bearwarden, — opatrzmy naszą broń i baczność!
Strumień płynął w stronę południową, szli tędy ku wulkanom.
— Trudno uwierzyć, — mówił Cortlandt, patrząc przed siebie, — że te góry znajdują się o setki mil odległości, powodem tego okoliczność, że wierzchołki ich przechodzą poza horyzont. Ten pozór płaszczyzny i niezmierna rozległość widoków są spowodowane ogromną przestrzenią Jowisza. Mając wzrok bardzo silny, lub dobrą lornetkę, z niewielkiego wzniesienia dałoby się objąć widok na 500 mil rozległy.
— Zastanawia mnie jednak, — zagadnął Ayrault, — że tu na Jowiszu, przechodzącym najwyraźniej epokę zwęglenia, atmosfera jest taka czysta. Wszak uczono nas, że gdy ziemia była w tym stanie, powietrze musiało być ciężkie i gęste.
— Było takiem na ziemi i tu jest niezawodnie, — odpowiedział Cortlandt, — ale pamiętasz chyba, że taki stan powietrza spowodowany jest przez gaz kwasu karbolowego, będącego zupełnie przezroczystym i niewidzialnym dla oka. Żaden z gazów, mogących pozostawać w powietrzu, nie mąci wzroku; para wodna jedynie zdołałaby to uczynić, ale chociaż skorupa tej planety nawet tuż pod powierzchnią jest jeszcze gorąca, leży ona zbyt daleko od słońca, aby wywołać parowanie wysokie. Unikając miejscowości niskich, obok źródeł gorących, będziemy mieli niezawodnie atmosferę równie przezroczystą jak na ziemi. Zastanawia mnie tylko, że oddychamy z taką łatwością. Mogę sobie to wytłomaczyć takiem tylko przypuszczeniem, że epoka węglenia już silnie posunęła się naprzód, przez co największa część kwasu węglowego jest zamkniętą w lasach lub pokładach węglowych Jowisza.
— Jak wytłomaczyć można, — zapytał Bearwarden, — tę wielką czerwoną plamę, która ukazała się tu w 1878 roku i zniknęła stopniowo po kilkunastu latach? Upatrywano w niej dowód niezawodny, że atmosferę Jowisza przepełniają pokłady gęstych, czarnych chmur. Może przypominasz sobie, w jak wielu starych księgach znajdujemy, że nikt nigdy nie mógł dostrzedz powierzchni Jowisza.
— Dosyć mnie zaciekawiały te dowodzenia, — odpowiedział Cortlandt, — ale nie dawałem im nigdy wiary. Epoka węglenia planety jest równocześnie epoką, w której powstają wielkie lasy; nicby w tem nie było dziwnego, gdyby owa plama, pomimo swej długości 27,000 mil i szerokości 8,000 mil, była spowodowaną przez lasy. Pokazywała się bowiem w stronie, którą na ziemi zwiemy strefą umiarkowaną.
Otóż pomimo, że oś tej planety jest prostą, wiatry i tak zmieniają kierunek, a skutkiem tego temperatura zmienia się z dniem każdym. Cóż może być prawdopodobniejszego, niż to, że pod wpływem wiatru północnego, trwającego długo, spory pas lasu, rozciągający się wzdłuż lodowców, zmienił kolor liści na drzewach, jak to ma miejsce każdej jesieni na ziemi? To byłoby wystarczające, zdaniem mojem, aby nadać odmienny kolor powierzchni; tem więcej że długość owej plamy rozciągała się ze wschodu na zachód, czyli wzdłuż linij klimatycznych, tak iż cała ta okolica mogła być narażoną na tę samą temperaturę, co zdaje się potwierdzać moje dowodzenie. Jedyną uwagą sprzeczną byłoby, że plama poruszyła się, jak mówią, ale to poruszenie przez pięć sekund miało być tak lekkie, iż można je wziąść za złudzenie optyczne, a zresztą mogła to być chwila, gdy pierwsza warstwa, dotknięta zimnem, posunęła się dalej. Zresztą zupełna nieruchomość plam na planetach znosiłaby teoryę chmur, mającą tu jeszcze silniejsze zastosowanie z powodu szybszego ruchu i większej gwałtowności wiatru.
— Mogła to być także chmura dymu, unosząca się nad wulkanami, coś w tym rodzaju, jak widzieliśmy po naszemtu przybyciu, tylko, że wielce wąpliwem jest, aby przez czas tak długi zdołała pozostać na miejscu. Zresztą plama, o której mowa, właściwie nie znikła nigdy całkowicie z powierzchni Jowisza, co naprowadza na myśl, że pochodzi ona poprostu z szeregu wulkanów wydających gęsty dym, którego kolor zmienia się w atmosferze. W każdym razie dotąd nie spotkaliśmy się tu jeszcze z żadną miejscowością, której horyzont byłby bezustannie pokryty czarnemi chmurami.
Tak rozmawiając, podróżni uszli spory kawał drogi, pomimo to temperatura wody nie zdawała się o wiele chłodniejszą,, a jakkolwiek pochyłość koryta strumienia była bardzo słabą i w tym stosunku na ziemi bieg jego byłby bardzo powolny, tu płynął szybko niby potok górski; powodem tego było, że na Jowiszu ciężar tej wody okazywał się o 2,55 większy, niż na ziemi.
— To dziwne, — rzekł Ayraułt, — że tak szybki bieg wody jej nie ostudza?
— Przeciwnie — odpowiedział Cortlandt, — stygnie ona, ale ponieważ pędzi tak prędko, jest przeto zbyt krótko wystawiona na działanie powietrza.
— Ta woda tak spieszy się do oceanu, — rzekł Bearwarden, — że nie zwraca się ani naprawo, ani na lewo, nawet nie poszerza nigdzie swych brzegów.
Olbrzymich rozmiarów paprocie i palmy rosły nad brzegiem wody, co poddało podróżnym myśl zbudowania sobie tratwy, a wsiadłszy na nią, popłynięcia z biegiem wody. Wybrali tedy dużą palmę nad samym strumieniem, Ayrault za pomocą kuli wybuchowej strącił ją o kilka cali nad ziemią i zwalił do wody; powtórzywszy jeszcze parę razy wystrzały, otrzymali dostateczną ilość drzewa, która, powiązana gałęziami bluszczu, dostarczyła im doskonałego statku.
Ayrault i Cortlandt dobrali sobie długich żerdzi do wiosłowania i wkrótce wszyscy trzej towarzysze prędko mknęli po wodzie. Zauważyli wkrótce, że na bujną roślinnością pokrytych brzegach gnieździło się mnóstwo węży i różnego rodzaju płazów; latające jaszczurki i inne ziemno-wodne zwierzęta roiły się wśród wody i na wybrzeżach. Ptaki z rodziny brodzących, podobne do żórawi i bocianów wielkości strusia, z dziobami uzbrojonemi w zęby, czatowały na zdobycz, siedząc na zwalonych kłodach drzewa, lub stojąc z zapuszczonym w wodę dziobem.
— Ciekawy jestem, jak tu ptaki bronią się od węży, których tak wiele w wodzie i nad wodą? — zapytał Bearwarden.
— Spojrzyj tylko na ich dzioby o podwójnych rzędach zębów, a będziesz spokojny o ich losy, — odparł Ayrault. — Zresztą patrz, każdy z tych ptaków, czekając tu na zdobycz, stoi tylko na jednej stosunkowo cieniutkiej nodze, zamała to przynęta dla węża.
— Sądzę, że walka o byt tych ptaków nie musi być zbyt nużącą, a węże, zamiast im szkodzić, służą pewno za główne pożywienie.
W miejscu, gdzie strumień, zmieniony w jezioro, zakreślał pewne zagięcie, zauważyli, że brzegi jego stawały się wynioślejsze i że coraz mniej na nich znajdowało się paproci, a natomiast palmy, sosny i drzewo kauczukowe wznosiły wysoko swe wierzchołki.
Okropny łoskot, wyraźnie zbliżający się z każdą chwilą, obił się o ich uszy; zdawało im się, jakby czuli drżenie ziemi; instynktownie zamilkli, wstrzymali oddech i pochwycili za broń.
Ciemna jakaś, ogromna masa pospiesznie zbliżała się do wody. Palmy i paprocie padały z trzaskiem pod nogami potwora, a straszna jego głowa migała wśród wierzchołków.
Gdy zbliżył się do brzegu, woda zadrżała w jeziorze; ciężar jego uginał wręb zarosły zielenią w który zagłębiały się całe zwalone pnie drzew. Wszystko, co żyło, ustępowało mu z drogi, płazy z pluskiem kryły się w wodzie, ptaki odlatywały w stronę lasu, nawet okrutny boa i dziki grzechotnik pełzały trwożnie, opuszczając zajmowane kryjówki.
Ogromny zwierz zatrzymał się na brzegu, ruszał niecierpliwie ogonem, podniósł do góry niezmiernych rozmiarów trąbę i niespokojnie węsząc, wciągał powietrze; miał on najmniej trzydzieści stóp wysokości i piędziesiąt długości.
Obejrzał się w około, spostrzegł tratwę i na niej ludzi, popatrzył się na nich głupowato i odrzucił wtył głowę.
— Traktuje nas pogardliwie, — rzekł Bearwarden, a jednak prawdopodobnie dostarczy nam śniadania.
Potwór poruszył się z miejsca; potrącona przez niego palma powaliła się na ziemię; miał już w dalszą, niszczącą puścić się drogę, gdy wtem dwa wystrzały równocześnie zabrzmiały, a tysiączne echa rozniosły odgłos ich po okolicy.

Wystraszone ptaki krzykiem napełniły powietrze.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: John Jacob Astor i tłumacza: Maria Milkuszyc.