Strona:PL Astor - Podróż na Jowisza.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

ani skrzydeł, ani nóg pneumatycznych, jak dotąd spotykane stworzenia tutejsze; odgłos naszych wystrzałów także tu będzie nowością, której skutków nie znają one zapewne. Ale jak dotąd, nie spotkaliśmy jeszcze nic, czemby można głód zaspokoić, choćbyśmy nawet chcieli być niewybredni. Może powiedzie się nam lepiej w bliskości tego strumienia.
— Pytanie, czy tutejsza zwierzyna gustuje w gorącej wodzie?
— Jak sądzę, trzebaby nam iść brzegiem tego strumienia tak długo, aż wody jego ostudzone biegiem będą zimne; tam dopiero możemy się spodziewać, że spotkamy zwierzynę.
— Istotnie, to dobra myśl, — zawołał wesoło Bearwarden, — opatrzmy naszą broń i baczność!
Strumień płynął w stronę południową, szli tędy ku wulkanom.
— Trudno uwierzyć, — mówił Cortlandt, patrząc przed siebie, — że te góry znajdują się o setki mil odległości, powodem tego okoliczność, że wierzchołki ich przechodzą poza horyzont. Ten pozór płaszczyzny i niezmierna rozległość widoków są spowodowane ogromną przestrzenią Jowisza. Mając wzrok bardzo silny, lub dobrą lornetkę, z niewielkiego wzniesienia dałoby się objąć widok na 500 mil rozległy.
— Zastanawia mnie jednak, — zagadnął Ayrault, — że tu na Jowiszu, przechodzącym najwyraźniej epokę zwęglenia, atmosfera jest taka czysta. Wszak uczono nas, że gdy ziemia była w tym stanie, powietrze musiało być ciężkie i gęste.
— Było takiem na ziemi i tu jest niezawodnie, — odpowiedział Cortlandt, — ale pamiętasz chyba, że taki stan