Podróż do Brundisium

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Horacy
Tytuł Podróż do Brundisium
Podtytuł I 5.
Pochodzenie Wybór poezji, Satyry
Wydawca Filomata
Data wydania 1935
Druk Drukarnia Naukowa we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Paweł Popiel
Tytuł orygin. Egressum magna...
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały cykl Satyry
Pobierz jako: Pobierz Cały cykl Satyry jako ePub Pobierz Cały cykl Satyry jako PDF Pobierz Cały cykl Satyry jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Podróż do Brundisium (I 5).
Egressum magna...

Z Romy jak tylko wyszedłem ogromnej, Aricia przyjęła
W skromną gościnę; w podróży mi był towarzyszem Heliodor
Z greckich retorów najmędrszy, a stąd do Appia miasteczka,
Majtków; i wszelkiej hołoty, karczmarzy przebiegłych pełnego.
Drogę na dwoje z lenistwa dzielimy; lżej od nas wybrani
W jednym ją dniu przebywają, lecz w Appii mniej ciężko leniwym
Tamże ja wypowiadam z powodu wody cuchnącej
Wojnę brzuchowi, czekając na obiadujących przyjaciół
W kwaśnym humorze. Już noc gotowała się cienie na ziemi
Rozpościerać i znaki po niebie gwieździste rozpalać:
Wtedy pachołki wioślarzom, ci znowu pachołkom wymyślać
Poczną: „przybijajże tutaj“; „aż trzystu zabierasz“; „co znowu...
Dosyć już...“ W ciągu zapłaty, nim wreszcie muła zaprzęgli,
Cała minęła godzina. Złośliwe komary i błotne
Żaby nie dają nam spać, do tego holownik i wioślarz
(Skuci do szczętu) o swych nieobecnych dziewczynach na udry
Pieją. Na końcu znużony holownik zasypia, zaś majtek
Leniuch postronki od muła, którego na trawę puszczono,
Przywiązuje do skały i chrapie na wznak wywrócony.
Dzień się już robił, gdy czujem, że statek się wcale nie rusza;
Jeden z podróżnych nareszcie, sierdzisty, skoczywszy znienacka
Głowę i boki wioślarza i muła obrabiać poczyna
Prętem wierzbowym; o czwartej nas ledwo na ląd wysadzono;
Wtedy w twem źródle Feronio obmyliśmy ręce i twarze.
Pośniadawszy ze trzy wleczemy się mile podchodząc,
Wreszcie pod Anxur, stojący na skałach lśniących zdaleka.
Tamże miał przybyć Maecenas najlepszy, zarazem Cocceius
Jeden i drugi wysłani w poważnych sprawach na posłów,
Powaśnionych przyjaciół nawzajem godzić przywykli.
Tamże cierpiący na oczów ropienie nacieram je czarną
Maścią. Zatenczas Maecenas przybywa, Cocceius, a z nimi

Razem Capito Ponteius od stóp wytworny do głowy
Człowiek, najlepszy nad innych Antonia przyjaciel od serca.
Fundy przez Aufidiusa pretora Lusca rządzone
Chętnie mijamy, żartując z parady głupiego pisarza,
Togi z obszewką szeroką i kadzielnicy żarzącej.
W mieście Mamurrów następnie szukamy znużeni spoczynku,
Gdzie nas dachem opatrzył Murena, zaś Capito kuchnią.
Wschodzi następnie o wiele najmilsza jutrzenka, bo z nami
W Sinuessie spotyka się Varius, Vergilius i Plotius,
Dusze, nad które zacniejszych i ziemia nigdy nie niosła,
Ani też względem których bym przywiązanie miał większe.
Jakież to były uściski i jaka uciecha spotkania!
Nic z przyjacielem kochanym porównać w życiu nie mogę.
Tuż przy Campańskim moście najbliższy domek schronienie
Daje nam, drzewo i sól szafarze należną daniną.
Stamtąd stajem w Capui, gdzie z mułów juki zdejmują.
W piłkę grać idzie Maecenas, ja spać, jak niemniej Vergilius,
Piłka bo chorym na oczy i twardym w trawieniu nie służy.
Potem zamożne Cocceia domostwo nas bierze w gościnę,
Nad zajazdami Caudiów leżące. Na teraz po krotce
Walkę pomiędzy Sarmentem trefnisiem, a Messem Cicirrą
Muzo dopomóż opisać, z jakiego się ojca zrodziwszy
Każden potyczki się podjął. Ród Messa przesławny od Osków,
Pani Sarmenta przy życiu: a więc od podobnych się wiodąc
Przodków stanęli do walki, Sarmentus pierwszy: „do konia
Mogę cię równać dzikiego“. Śmiejemy się. Messus odetnie
Głową kiwając mu na to: „przyjmuję“. „Aj, żeby to rożek
Z czoła nie był wyciętym, to cóżbyś dopiero uczynił,
Kiedy tak chociaż kaleka wygrażasz?“ A blizna szkaradna
Czoło włosami obrosłe mu z lewej strony szpeciła.
Naszydziwszy dowolna z Campańskiej na twarzy choroby,
Prosi udawać Kyklopa jak tańczy w roli pasterza:
Zwłaszcza, iż ani kothurna i maski mu wcale nie trzeba.
Wiele mu na to się odciął Cicirrus, ażali łańcuchy
Złożył już Larom ze ślubu; że zaś był pisarzem, to wcale

Prawo własności u pani nie gorsze: na końcu go pyta:
Czemu wogóle uciekał, gdy jemu starczyło na żywność
Mąki funt jeden, chudemu zarówno jak małe pacholę.
W taki to sposób wesoło dłużyliśmy ową biesiadę.
Stąd na Benevent się prosto kierujem, gdzie chętny gospodarz
Chude piskorze gotując na ogniu się ledwie nie spalił.
Wolne po starej kuchni albowiem biegnące płomienie,
Rozproszone już... już dosięgały szczytu budynku.
Gości zgłodniałych i sług bojaźliwych mogłeś obaczyć
Porywających potrawy i ogień pospołem gaszących.
Tutaj nareszcie Apulia poczyna mi znane odkrywać
Szczyty, Atabula wiatrem spalone i nigdy z takowych
Nie bylibyśmy wyleźli, by tuż leżąca Trivika
Willa nie była przyjęła, niestety z dymem gryzącym,
Który przez komin z mokrego paliwa nam srodze dokuczył.
Stąd pędzimy na kołach dwadzieścia mil z rzędu w miasteczku
Chcąc popasać, którego nie można wierszem oznaczyć,
Znakiem atoli najłatwiej, bo rzecz najzwyklejsza się tutaj:
Woda sprzedaje; lecz chleb nad inne piękniejszy, że zwykle
Dźwiga przezorny podróżny na ramię go dalej ze sobą:
Bowiem ościsty w Canusium, gdzie wody na kubek nie starczy
Które to miejsce niegdyś waleczny założył Diomed:
Tutaj z druhami smutnymi się Varius niechętnie rozstaje.
Stąd znużeni do Rubów się dostajemy, bo długą
Drogę musieliśmy przebyć i gorszą jeszcze po deszczu.
Lepsza nazajutrz pogoda, lecz droga najgorsza od samych
Baru okolic rybnego; nakoniec przez Lymphy złośliwe
Gnatia stawiana do śmiechów i żartów dała sposobność,
Kiedy nam każą uwierzyć, że bez płomienia na świętym
Progu się pali kadzidło, niech wierzy w to żydek Apella,
Ale nie ja, nauczony, że pędzą bogowie szczęśliwy
Żywot, a jeśli przyroda co zdziała cudownie, to tego
Gniewnie bogowie nie zwykli ze stropu niebios zesyłać.
Długiej podróży i pismu Brundisium niech koniec położy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Horacy i tłumacza: Paweł Popiel.