Pięciotygodniowa podróż balonem nad Afryką/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Pięciotygodniowa podróż balonem nad Afryką
Wydawca Nakład J. Sikorskiego
Data wydania 1873
Druk Druk J. Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Cinq semaines en ballon
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Indeks stron


Pogoda była piękna, wiatr łagodny; Wiktoria wzniosła się prawie pionowo do wysokości 1,500 stóp, co wskazywało spadnięcie słupa barometrycznego o dwa cale bez dwóch linji.
W takiej wysokości silniejszy prąd powietrza uniósł balon ku południo-zachodowi. Wyspa Zanzibar ukazała się w całości na tle morza; błonia przybrały postać próbek różnych barw materji, grube wiązanki drzew znaczyły bory i gąszcze.
Mieszkańcy wyspy mieli postać robaczków. Przeraźliwe ich krzyki zwolna głuchły w powietrzu i tylko strzały armatnie okrętu drgały w wewnętrznej wklęsłości balonu.
— Co za śliczny widok! — zawołał Joe, po raz pierwszy przerywając milczenie.
Nikt mu nie odpowiedział, Doktór obserwował zmiany barometryczne i notował różne szczegóły wzlotu. Kennedy patrzał i nie mógł się napatrzyć.
Promienie słońca przyszły w pomoc piecykowi, powiększyła się sprężystość powietrza. Wiktorja wzniosła się do wysokości 2,500 stóp.
Resolute wyglądał jak łódka rybacka, a brzegi Afryki kreśliły się wyraźnym pasem pienistym.
— Nikt z panów nie mówi? — rzekł Joe.
— Patrzymy, — odpowiedział doktór zwracając lunetę ku lądowi.
— Ja muszę gadać!
— Ile ci się spodoba, mój chłopcze.
I Joe począł wykrzykiwać: — Ach! och! cudownie! dalibóg!
Przebywając morze, doktór uznał za stosowne utrzymywać się w równej wysokości; mógł bowiem obejrzeć większą przestrzeń brzegów. Termometr i barometr zawieszone wewnątrz otwartego namiotu, miał ciągle na oku; drugi barometr umieszczony zewnątrz, miał służyć do obserwacyj nocnych.
Po dwóch godzinach Wiktoria pędząc z szybkością więcej niż ośmiu mil na godzinę, zbliżyła się ku brzegom. Doktór postanowił zbliżyć się ku ziemi; złagodził płomień piecyka i wkrótce balon spuścił się na 300 stóp od ziemi.
Znajdował się ponad Mrimą, któreto nazwisko dają tej części wschodnich wybrzeży afrykańskich. Gęste zarośla korzeniodrzewu (Rhizophora) osłaniały brzegi; opadnięte morze pozwalało widzieć te korzenie, opłukiwane przez fale Oceanu Indyjskiego. Piasczyste wzgórza nadbrzeżne zaokrąglały się na widnokręgu, a góra Nguru sterczała wierzchołkiem w północno-zachodniej stronie.
Wiktorja minęła wioskę, która na mapie doktora oznaczona była nazwą Kaole. Zgromadzona cała ludność warczała z gniewu i trwogi; daremnie Murzyni puszczali strzały na tego potwora powietrznego, który majestatycznie kołysał się ponad ich bezsilną wściekłością.
Wiatr dął ku południowi, ale kierunek ten niebardzo niepokoił doktora; owszem pozwalał mu zwiedzić drogę, którą wytknęli kapitanowie Burton i Speke.
Kennedy przerwał nakoniec milczenie i w wykrzyknikach współubiegał się z Joem.
— Fraszka dyliżanse! — wołał jeden.
— Fraszka steamery! — wołał drugi.
— Dzieciństwo koleje żelazne! — krzyknął Kennedy, — przebiegasz niemi kraj, nic nie widząc!
— Balon, to mi rzecz! — dodał Joe; — nie czujesz ruchu, a matka przyroda skwapliwie pokazuje, ci wszystkie swe bogactwa.
— Co za widok! o dziwy! o zachwycie! senne rajskie widzenie!
— A może zjemy śniadanie? — zapytał Joe, któremu świeże powietrze dodało apetytu.
— Dobra myśl, mój chłopcze.
— O! gotowanie nie będzie długie! suchary i mięso solone.
— I kawy ile kto zechce — dodał doktór. Pozwalam ci pożyczyć trochę ognia z mego piecyka, jest go dosyć, a tym sposobem niema obawy pożaru.
— W istocie, byłaby to rzecz okropna. Nad głowami mamy jakby beczkę prochu.
— Niekoniecznie, — odpowiedział Fergusson; — ale gdyby się gaz zapalił, spłonąłby zwolna, a my spuścilibyśmy się na ziemię, co nie byłoby rzeczą przyjemną. Ale nie obawiaj się, nasz balon jest szczelnie zamknięty.
— A więc jédzmy, — rzekł Kennedy.
— Tymczasem, panowie, pomagając wam w konsumowaniu, postaram się przygotować dobrą kawę.
— W istocie — wtrącił doktór — Joe między innemi przymiotami ma znakomity talent gotowania tego wybornego napoju, który robi z różnych ingredjencyj tajemniczych.
— Proszę pana, jesteśmy w obłokach, więc mogę panom wykryć moją tajemnicę. Moja kawa jest poprostu mięszaniną, w równych ilościach użytych trzech gatunków kawy: arabskiej moki, kawy z wyspy Burbon i kawy z wysp południowo-amerykańskich.
W kilka minut potem dymiły się trzy filiżanki kawy, któremi biesiadnicy w wesołym humorze zakończyli swe śniadanie; następnie każdy zajął swe stanowisko i patrzył.
Kraj odznaczał się nadzwyczajną żyznością, Kręte i wązkie dróżyny zagłębiały się w gąszcze zieloności. Przebiegali nad polami zasianemi tytuniem, kukurydzą i jęczmieniem, które już dojrzewały; tu i ówdzie szerokie smugi obsiane ryżem, rumieniły się purpurą kwiatów. Widzieli na wysokich słupach zamknięte w klatkach barany i kozy, aby ich nie porwały lamparty. Szczodra ziemia pełną ręką rozsypała przepyszną roślinność. W licznych wioskach powtórzyły się krzyki zgrozy na widok Wiktorji, i doktór Fergusson roztropnie unikał zbliżenia się na strzał z łuku; mieszkańcy stojąc przed swemi chatami, długo przeklinali podróżnych.
W południe doktór poradziwszy się mapy, poznał, że znajdują się nad krajem Uzorano. Na polu sterczały drzewa kokosowe, bawełniane i inne krzewy wyniosłe, ponad któremi unosiła się Wiktorja. Joe osądził, że roślinność ta jest bardzo naturalną, gdyż znajduje się na ziemi afrykańskiej. Kennedy postrzegał zające i przepiórki, ale strzelać do nich byłoby próżno proch tracić, bo jakże zabrać. zabitą zwierzynę?
Żeglarze, powietrzni pędzili z szybkością 12-tu mil na godzinę i wkrótce przybyli pod 38°,20’ długości nad wioskę Tunda.
W tem miejscu, — rzekł doktór — zachorowali na silną gorączkę Burtou i Speke, i zdawało się, że wyprawa ich się nie uda. Bo choć nie bardzo oddalili się od brzegu, już znużenie i umartwienia dały im się ciężko we znaki.
W istocie, w tej okolicy powietrze jest zawsze zaraźliwe; doktór unikał nieznośnych wyziewów, które słońce ciągnęło w górę, unosząc balon do znacznej wysokości.
Niekiedy spostrzeżono karawanę jak zatrzymała się w cieniu drzew, czekając na chłód wieczorny nim dalej puści się w drogę. W tych to miejscach ogrodzonych płotami, kupcy chronią się od dzikich zwierząt i drapieżniejszych jeszcze pokoleń. Krajowcy pierzchali na widok Wiktorji. Kennedy chciał im się z bliska przypatrzyć, ale Samuel nie pozwolił.
— Naczelnicy ich mają karabiny, a w nasz balon łatwo trafi kula.
— Alboż dziura od kuli sprawiłaby nasz upadek? zapytał Joe.
— Nie zaraz, ale wkrótce dziura rozdarłaby się bardziej i gazby uleciał.
— A więc trzymajmy się zdala od tych hultajów.
Co oni sobie myślą patrząc jak pływamy po obłokach? Mają pewnie ochotę czcić nas jak bóstwa.
— Niech czczą — odpowiedział doktór — ale z daleka. Zawsze się na tem zyskuje; Patrzcie, postać kraju już się zmienia; wioski są rzadsze, drzewa mangowe znikły; roślinność tu ustaje. Grunt coraz jest górzystszy, i łańcuchy gór muszą być niedaleko.
— W istocie — rzekł Kennedy — zdaje mi się, że widzę jakieś wyniosłości z tej strony.
— Na zachodzie.... to pierwsze łańcuchy Urizare; niewątpliwie góra Dutomi, poza którą pewnie znajdziemy jakie schronienie nocne; podsycę płomień piecyka, bo musimy wznieść się do sześciuset stóp.
— Dalibóg, proszę pana, wyśmienity jest pański pomysł — rzekł Joe — robota nie trudna ani nużąca; zakręcić kruczek i po wszystkiem.
— Teraz nam wygodniej — rzekł myśliwy gdy balon uniósł się w górę; — odbijanie się płomieni słonecznych od czerwonego piasku, prawdziwie było nieznośne.
— Jak wspaniałe drzewa! — zawołał Joe — choć to rzecz bardzo naturalna, ale niezmiernie piękna! Z dwunastu takich można las utworzyć.
— To są baobaby — odpowiedział doktór Fergusson; — patrzajcie, pień tego ma pewnie ze sto stóp obwodu. Może przy tem drzewie zginął Francuz Maizan w r. 1845, bo jesteśmy nad wioską Deże Mora, dokąd sam jeden się dostał. Naczelnik okolicy kazał go przywiązać do pnia baobabu, i ten Murzyn okrutny zwolna przecinał mu żyły, śpiewając pieśń wojenną; następnie poderznął mu gardło, zatrzymał się by wyostrzyć nóż stępiony i oderwał głowę nieszczęśliwego nie obciąwszy! Biedny Francuz miał ledwie lat dwadzieścia sześć.
— I Francja nie pomściła się za tę zbrodnię? — zapytał Kennedy.
— Francja żądała zadośćuczynienia; said Zanzibaru robił co mógł by schwytać mordercę, ale daremnie.
— Nie zatrzymujmy się w drodze — rzekł Joe — doprawdy panie, suńmy się w górę.
— Tem chętniej mój chłopcze, że góra Dutumi niedaleko. Jeśli moje obrachowania nie mylą, przebędziem ją przed siódmą wieczór.
— Czy nie będziemy podróżowali nocą? — zapytał myśliwy.
— Ile możności postaramy się tego unikać; przy ostrożności i czujności możnaby podróżować bez niebezpieczeństwa, ale nie dość jest przebiedz Afrykę, trzeba ją widzieć.
— Dotychczas nie możemy narzekać, proszę pana. Kraj bardzo uprawny, i najżyźniejszy w świecie: a powiadają że to pustynia! Oj ci jeografowie!. —
— Poczekaj Joe, poczekaj; później zobaczysz.
Około wpół do siódmej wieczorem, Wiktorja zbliżyła się do góry Dutumi, i żeby ją przebyć należało wznieść się trzy tysiące stóp; w tym celu doktór podniósł temperaturę o ośmnaście stopni. Można rzec, że w istocie balon mu był posłuszny. Kennedy pokazywał przeszkody do zwalczenia, a Wiktorja szybowała w obłokach, niedotykając góry.
O ósmej spuścili się na przeciwną pochyłość nieco łagodniejszego spadku, wyrzucono z łodzi kotwice i jedna z nich napotkawszy gałęź olbrzymiego nopalu uczepiła się silnie. Natychmiast Joe spuścił się po linie i umocował ją dokładnie. Zrzucono mu drabinkę jedwabną i wdarł się znowu do łodzi. Statek powietrzny zatrzymał się prawie nieruchomy, bo góra zasłaniała go od wschodniego wiatru.
Przygotowano wieczerzę, i podróżni po długiej przejażdżce powietrznej, sprzątnęli sporą część zapasów.
— Ileśmy zrobili drogi? — zapytał Kennedy połykając ogromny kawał mięsa.
Doktór spojrzał na mapę atlasu der Neuesten Entdeckungen in Africa, wydaną w Gotha przez jego uczonego przyjaciela Petermana. Atlas ten miał służyć na całą podróż doktora, bo zawierał drogę Burtona i Speke’a do wielkich jezior, Sudan według doktora Barth’a, dolny Senegal według Wilhelma Lejean i deltę Nigra według doktora Baikie.
Fergusson zabrał także dzieło, które zawierało wszystkie wiadomości o Nilu pod t. The sources of the Nile, being a general survey of the basin of that river and of its head stream with the history of the Nilotic discovery by Charles Beke, th. D.
Miał wreszcie wyborne mapy wydane w buletynach Towarzystwa jeograficznego londyńskiego, i mógł widzieć każdy punkt odkrytych okolic.
Zaznaczając na mapie, poznał że przebyli szerokość dwóch stopni czyli sto dwadzieścia mil ku zachodowi (35 mil).
Kennedy zauważył że droga skierowała się ku południowi. Ale doktór był z tego zadowolony, bo ile możności pragnął poznać ślady swych poprzedników.
Postanowili podzielić noc na trzy części, aby każdy mógł z kolei czuwać nad bezpieczeństwem dwóch drugich. Doktór miał czuwać część pierwszą nocy od dziewiątej godziny, Kennedy obudzić się o północy, a Joe o trzeciej z rana.
Tak więc Kennedy i Joe zawinąwszy się w kołdry, rozciągnęli się pod namiotem i spali spokojnie, a doktór Fergusson czuwał.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: anonimowy‎.