Pięciotygodniowa podróż balonem nad Afryką/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Pięciotygodniowa podróż balonem nad Afryką
Wydawca Nakład J. Sikorskiego
Data wydania 1873
Druk Druk J. Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Cinq semaines en ballon
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Indeks stron


Wiatr stale przyjazny przyspieszył bieg okrętu Resolute ku miejscu przeznaczenia. Szczególniej na kanale Mozambickim żegluga była spokojna, Podróż morska dobrze wróżyła o podróży powietrznej. Każdy niecierpliwie wyglądał chwili przybycia i pragnął przyłożyć rękę do ostatnich przygotowań doktora Fergussona.
Nakoniec statek zbliżył się do miasta Zanzibar, leżącego na wyspie tegoż nazwiska, i d. 15-go kwietnia o jedenastej rano zarzucił kotwicę w porcie.
Wyspa Zanzibar należy do imana Muskatu. sprzymierzeńca Francyi i Anglii; jestto niewątpliwie jedna z najpiękniejszych kolonij. Do portu zawija mnóstwo okrętów z okolic sąsiednich.
Wyspę dzieli od brzegów afrykańskich kanał, którego największa szerokość nie przechodzi 30 mil (8 i pół mili niemieckiej).
Prowadzi rozległy handel gumą, kością słoniową, a nadewszystko „czarnem mięsem”, gdyż Zanzibar jest wielką targowicą niewolników. Tu gromadzą wszystkie łupy zdobyte w bitwach, które nieustannie staczają z sobą naczelnicy środkowej Afryki. Handel ten rozciąga się na cały brzeg wschodni aż do Nilu, i podróżny Lejean własnemi oczyma patrzył na jawną frymarkę ciałem ludzkiem pod banderą francuzką.
Gdy Resolute przybił do brzegów, konsul angielski Zanzibaru stawił się na pokładzie do rozporządzenia doktora, o którego projektach wiedział od miesiąca z dzienników europejskich, — ale dotychczas należał do licznej rzeszy niedowiarków.
— Wątpiłem, — rzekł podając rękę Samuelowi Fergussonowi, — ale teraz już nie wątpię.
Ofiarował swój własny dom na mieszkanie dla Fergussona, Dicka Kennedy i poczciwego Joe.
Za jego staraniem doktór otrzymał różne listy od kapitana Speke’a. Kapitan i jego towarzysze strasznie ucierpieli od głodu i nieznośnej pogody, nim dostali się do kraju Ugogo; z nadzwyczajną trudnością posuwali się naprzód i nie mogli tak prędko dać o sobie wiadomości.
— Tych niebezpieczeństw i umartwień postaramy się uniknąć — rzekł doktór.
Rzeczy trzech podróżnych przeniesione zostały do domu konsula. Zabierano się złożyć balon na brzegach Zanzibaru; miejsce było dogodne przy ogromnym budynku, który mógł zasłonić od wschodniego wiatru. Olbrzymia ta wieża podobna do beczki osadzonej na dnie, przy której sławna beczka Heidelberska wydałaby się zwyczajnym antałkiem, była rodzajem warowni, której strzegli uzbrojeni w dzidy Betuczowie, żołnierze załogi leniwi i krzykliwi.
Ale gdy miano przenosić balon, ostrzeżono konsula, że ludność wyspy oprze się temu przemocą. Nic bardziej ślepego nad fanatyczne namiętności. Wiadomość o przyjeździe chrześcjanina, który miał ulecieć w obłoki, przyjęto z gniewem; Murzyni bardziej rozdraźnieni niż Arabowie, widzieli w tym projekcie zamach przeciw ich religji, gdyż wyobrażali sobie, ze chciał urągać słońcu i księżycowi, które jak wiadomo, są przedmiotem czci ludów afrykańskich. Postanowili więc niedopuścić świętokradzkiej wyprawy.
Konsul zawiadomiony o tych usposobieniach, naradzał się z doktorem Fergussonem i kapitanem Pennetem. Dzielny dowódca okrętu nie chciał cofać się przed pogrózkami, ale wyperswadował mu przyjaciel.
— Oczywiście zwyciężylibyśmy krajowców, — rzekł, nawet żołnierze załogi imana, dopomogliby nam w potrzebie, ale kochany kapitanie, o przypadki nie trudno; lada uderzenie może zaszkodzić balonowi i udaremnić podróż. Trzeba więc postępować najoględniej.
— Ale co począć? Wylądowawszy na brzegach Afryki, napotkamy też same trudności! Co czynić?
— Nic w świecie prostszego, — odpowiedział konsul. Widzisz pan te wyspy z tamtej strony portu? wysadźcie balon na jednej z nich, otoczcie się szpalerem majtków, a unikniecie niebezpieczeństwa.
— Wybornie, — rzekł doktór — i możemy wygodnie dokończyć przygotowań.
Kapitan usłuchał rady. Okręt Resolute zbliżył się do wyspy Kumbeni. Dnia 16-go kwietnia rano złożono balon w bezpiecznem miejscu na lądzie, w gęstym lesie na stromym gruncie.
Wbito dwa pale ośmdziesiąt stóp wysokie, w pewnej od siebie odległości, i z pomocą bloku podniesiono balon na sznurze; był on wówczas zupełnie próżny. Balon wewnętrzny uczepiony był u szczytu zewnętrznego tak, iż mógł być współcześnie podniesiony.
U spodu każdego balonu osadzono rury do wprowadzenia wodorodu.
Dzień następny, 17-ty kwietnia, upłynął na urządzaniu aparatu do wydobywania gazu; składał się on z trzydziestu beczek, w których rozkładano wodę za pomocą żelaztwa i kwasu siarczanego, złączonych z sobą w znacznej ilości wody. Wodoród przechodził do obszernej beczki środkowej, oczyściwszy się w przelocie, a ztąd przechodził znów do każdego statku powietrznego rurami. Tym sposobem kaidy z nich zapełnił się oznaczoną dokładnie ilością gazu.
Do tej roboty użyto tysiąc ośmset siedmdziesiąt garncy kwasu siarczanego, szesnaście tysięcy pięćdziesiąt funtów żelaza i dziewięć tysięcy sto siedmdziesięt garncy wody.
Robota rozpoczęła się następnej nocy około trzeciej z rana, i trwała ośm godzin. Nazajutrz statek powietrzny wdzięcznie kołysał się nad łódką, utrzymywany za sznury znaczną liczbą worków pełnych ziemi. Aparat rozszerzania gazu osadzono starannie, a rury wychodzące z balonu zostały szczelnie zatknięte w skrzyni cylindrowej.
Kotwice, sznury, narzędzia, kołdry podróżne, namiot, żywność i broń zajęły w łodzi naznaczone miejsce; zapasy wody sprowadzono z Zanzibaru. Dwieście funtów balastu pomieszczone w pięćdziesięciu workach, złożono na dnie łodzi, tak jednak by zawsze były pod ręką.
Około piątej wieczór ukończono wszystkie przygotowania; placówki nieustannie czuwały dokoła wyspy, a łodzie okrętu Resolute krążyły po kanale.
Murzyni nie przestawali wyrażać swego gniewu krzycząc, wykrzywiając się i łamiąc członki niemiłosiernie. Czarodzieje przebiegali rozdrażnione gromady, podburzając do walki; kilku fanatyków rzuciło się wpław ku wyspie, ale oddalono ich z łatwością.
Wówczas rozpoczęły się czary i zaklęcia; sprowadzacze deszczu, którym się zdało, że mogą rozkazywać chmurom, przywoływali na pomoc huragany i ulewy kamienne[1]; w tym celu zebrali liście różnych drzew kraju, gotowali je na wolnym ogniu, a tymczasem zabijano barana, zanurzając mu w sercu długą iglicę. Ale na złość wszelkim ceremonjom niebo ciągle było pogodne; próżno tylko krzyczeli i zabili barana.
Widząc to niepowodzenie, Murzyni oddali się wściekłej hulatyce, upijając się temboem, gorącym trunkiem wyrabianym z drzewa kokosowego, i togwą, rodzajem bardzo mocnego piwa. Późno w noc rozlegały się ich śpiewy dzikie, przeciągłe.
Około szóstej wieczór podróżni zebrali się na ostatni obiad u kapitana i oficerów. Kennedy, którego nikt nie zapytywał, mruczał jakieś niewyraźne słowa i nie spuszczał z oczu doktora Fergussona.
Uczta była smutna. Zbliżenie się chwili stanowczej budziło przykre uwagi. Co przeznaczały losy tym śmiałym podróżnikom? Czy wrócą do swych przyjaciół i zasiądą u domowego ogniska? Jeśli balon zawiedzie, co poczną wśród ludów okrutnych, w okolicach nieznanych, w niezmiernych puszczach?
Te różne myśli trapiły rozdrażnione wyobraźnie. Doktór Fergusson zawsze zimny, zawsze nieczuły, gawędził o tem i owem. Ale napróżno usiłował rozproszyć smutek zaraźliwy; nikt nie był wesoły.
Obawiając się jakiej napaści na doktora i jego towarzyszów, zatrzymano ich na noc na pokładzie okrętu Resolute. O szóstej rano opuścili kajutę i udali się na wyspę Kumbeni.
Balon z lekka kołysał się pod tchnieniem wiatru wschodniego. Dwudziestu majtków ujęli sznury, a kapitan i oficerowie czekali na uroczysty odjazd.
Wówczas Kennedy zbliżył się do doktora, wziął go za rękę i rzekł:
— Tak więc Samuelu, postanowiłeś jechać?
— Najmocniej postanowiłem, kochany Dicku.
— Wszak robiłem co mogłem, by cię odwieść od podróży?
— Tak jest.
— Więc mam sumienie spokojne i jadę z tobą.
— Byłem tego pewny, — odpowiedział doktór, mocne wzruszenie na chwilę zmieniło jego rysy.
Nadszedł czas ostatnich pożegnań. Kapitan i jego oficerowie serdecznie uściskali nieustraszonych przyjaciół, nie wyjmując zacnego Joe, który był dumny i uszczęśliwiony. Każdy z obecnych pragnął dotknąć ręki doktora Fergussona.
O dziewiątej trzej towarzysze podróży wsiedli do łódki, doktór zapalił w piecyku i rozniecił mocne gorąco. Balon dotychczas trzymający się przy ziemi w doskonałej równowadze, po kilku minutach zaczął się wznosić i majtkowie musieli popuścić sznury. Łódka wzniosła się na stóp dwadzieścia.
— Przyjaciele, — zawołaj doktór, stając między dwoma towarzyszami i zdejmując kapelusz, — dajmy naszemu okrętowi powietrznemu imię, które mu szczęście przyniesie! niech się nazywa Wiktorja!
Rozległy się grzmiące okrzyki:
— Niech żyje królowa! wiwat Anglja!
W tej chwili siła wzlotu niezmiernie wzrosła. Fergusson, Kennedy i Joe przesłali ostatnie pożegnania przyjaciołom.
— Puśćcie wszystko! — zawołał doktór.
I Wiktoria szybko uniosła się w obłoki — a Resolute na jej cześć strzelał z czterech swych armatek.

Przypisy

  1. Tak Murzyni nazywają grad.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: anonimowy‎.